A niech to Motyla Noga!

Na rajd do Pruchnika nie dojechał. Przegrał w starciu z przełącznikiem świateł w samochodzie.

Męczył się strasznie przez cały tydzień. Bardzo chciał zmierzyć się z najtrudniejszą w historii trasą Rajdu Dolnego Sanu. W końcu zadzwonił do mnie z pytaniem: „Masz jeszcze mapę setki?”

Akurat jedna mapa mi jeszcze została. Zostały też punkty kontrolne, bo i ja miałem problem z samochodem i nie zebrałem ich na czas. Odprawę zrobiliśmy w niedzielę o osiemnastej w Stalowej Woli, a o dwudziestej trzeciej w Pruchniku Paweł Szpak samotnie ruszył na trasę setki.

W nocy szło mu całkiem nieźle. Dzięki delikatnie minusowej temperaturze podłoże było twarde, więc kilometry uciekały szybko. Sytuacja zmieniła się diametralnie w dzień. Nawigacja po południowej stronie Sanu (właściwie wschodniej, ale na mapie wyglądało to na południową) była bardzo trudna. Drogi na mapie zupełnie nie pokrywały się z tymi w terenie. Na dodatek ziemia rozmarzła, więc ścieżki zamieniły się w paskudną mokrą breję.

Od poniedziałkowego popołudnia posuwałem się samochodem tropem Pawła. Zbierałem lampiony z punktów kontrolnych i wirtualnie asekurowałem go. Szacowałem, że ma szansę na zrobienie całości trasy w około 26- 27 godzin. Niestety tuż przed dwudziestą pierwszą dostałem informację: „Wysiadł mi achilles. Jestem w Dubiecku”.

W momencie rezygnacji Paweł miał w nogach 91 kilometrów i + 2200 metrów przewyższenia. Do mety brakowało mu jeszcze 20 kilometrów w poziomie i 800 m w pionie.

Nie wiem, za co on tak lubi tego eR-De-eSa. Wiem, że tym, co zrobił, bardzo mi zaimponował.

P1010976

 Paweł na I Rajdzie Dolnego Sanu, Stalowa Wola 2008

Relacja live na blogu Motylej Nogi

Reklamy

Być jak Steven Bradbury

Jaki mam plan na tegoroczny sezon? Wygrać klasyfikację generalną PMnO!

Niemożliwe, nieprawdaż?

W pięciu pierwszych imprezach ani razu nie bylem na podium, a lepszych ode mnie, patrząc na wyniki jest ze dwa tuziny. A jednak mam nadzieję.

Pierwszym, co dało mi szansę była zmiana regulaminu. W bieżącym sezonie większe szanse mieć będą zawodnicy startujący dużo. Siedem startów to teoria. Przy obecnym regulaminie uwzględniającym połówki nawet dwanaście imprez to może być mało. A tak się składa, że w tym sezonie mogę startować często. Inni niekoniecznie.

Drugą zmianą w regulaminie jest rozmieszczenie wysoko premiowanych imprez. Do tej pory premiowało ono zawodników z północnego zachodu Polski. W tym sezonie po raz pierwszy od kilku lat szanse będą mniej więcej równe.

Skoro regulamin jest po mojej stronie –  przeanalizujmy konkretnie, po nazwiskach, szanse poszczególnych uczestników. Pierwsza jest grupa mocarzy, którzy startują raz, dwa razy do roku. Klasyczny przykład to Mariusz Plesiński, etatowy zwycięzca Śnieżnych Konwalii. Ale także inni: Bartek Karabin, Paweł Moszkowicz, Irek Waluga i jeszcze paru. Ci są zupełnie niegroźni. Odbierają punkty innym, ale nie liczą się w generalce.

Co dalej? Michał Jędroszkowiak. Najmocniejszy z wszystkich. Walczy na dwóch frontach, na 50 i na 100. Może na którymś z nich nie wyrobi się i nie da rady wystartować siedem razy? Potem Marcin Sontowski. Na razie wygrywa wszystko. Ale… może złapie jakąś kontuzję? Albo uzna, że jest tak mocny, że przestawi się na imprezy liniowe? Dalej Marcin Hippner. Na razie wydaje się, że w tym sezonie postawi na TP 100. Z regularnie startujących mocarzy trzeba jeszcze wymienić Pawła Jankowiaka. Jego problemem jest nieregularność. Co z tego, że czasem dołoży 20 minut Jędroszkowiakowi, skoro na następnych zawodach skończy bez jednego PK albo da się głupio zdyskwalifikować.

Dalej jest grupa mocnych średniaków. Piotrowie Kwitowski i Gębarowski, Bernard Waszczyk, Stanisław Kaczmarek. Wszyscy mocniejsi ode mnie. Ale i wszyscy do ugryzienia. Wszystkich czasem łapią kontuzje. Mają też żony, dzieci, pracę zawodową. Każda żona to jeden start mniej. Każde dziecko to też jeden start mniej. Każda kochanka to trzy starty mniej. Dadzą radę uzbierać po siedem równych startów (nie licząc połówek)?

Piotra Szpakowskiego wykończy geografia. Mieszkając w Tomaszowie Lubelskim właściwie nie ma szans na równą rywalizację. Wszędzie ma daleko.

Reasumując: wszyscy są na koniec sezonu do pokonania. Tak powinien odpowiedzieć optymista.

Pesymista powie: każdy z nich jest lepszy. Można ograć jednego, może dwóch, ale na pokonanie wszystkich nie ma szans. Takie cuda w sporcie nie zdarzają się. NIE MA SZANS!

Nie ma szans? A słyszeliście kiedyś o Stevenie Bradbury?

Steven to łyżwiarz. Uprawiał short track. Był solidnym średniakiem, żadną wielką gwiazdą. Owszem, zdobył trzy medale mistrzostw świata i jeden olimpijski, ale wszystkie w sztafecie. Do sukcesów indywidualnych nie miał szczęścia. Zawsze inni byli lepsi.

Na dodatek był łyżwiarzem pechowym. W karierze przytrafiły mu się dwie bardzo poważne kontuzje. Kiedyś podczas jednego z wyścigów przy upadku łyżwa rywala przecięła mu tętnicę udową (przy tętnie około 200!) oraz rozcięła mięsień czworogłowy. Cudem uratowała go natychmiastowa pomoc. Stracił około czterech litrów krwi. Przy szyciu założono mu 111 szwów.

Kilka lat później znów miał groźny upadek. Tym razem złamał dwa kręgi w kręgosłupie szyjnym. Lekarze poskręcali go śrubami i zabronili dalszego uprawiania sportu. Ale Steven był uparty. Przeszedł skomplikowaną operację i wrócił do treningów.

Zmienił mu się jednak charakter. Zatracił odwagę, zaczął jeździć asekuracyjnie. Bał się kolejnego wypadku. Mimo to zakwalifikował się do australijskiej ekipy na igrzyska w 2002 roku.

Po losowaniu nikt nie dawał mu większych szans. W ćwierćfinale, z którego awansować miało dwóch zawodników, miał za rywali dwóch mistrzów świata. Do mety dojechał jako trzeci i wydawało się, że odpadł. Wtedy zdarzył się cud: jeden z rywali został zdyskwalifikowany za przeszkadzanie innym. Bradbury został przesunięty na drugie miejsce i awansował dalej.

W półfinale długo jechał na ostatnim miejscu. A potem cud zdarzył się po raz drugi: trzej rywale przed nim przewrócili się. W zupełnie niespodziewany sposób Steven awansował do olimpijskiego finału.

To, co zdarzyło się w finale przekracza granice wyobraźni. Nie potrafię tego opisać, to jedna z najbardziej niezwykłych historii olimpijskich, jakie miały miejsce od początku ich rozgrywania. Obejrzyjcie koniecznie film z tego wyścigu. Nie trwa długo, a warto. Steven Bradbury to ten w turkusowym kostiumie.

Salt Lake City 2002, short track, 1000 m finał

—–

Czy po obejrzeniu filmu znajdzie się jeszcze odważny, który powie, że nie mam szans? Przed  nami jeszcze ponad pół sezonu i wszystko może się zdarzyć. A ja z przyjemnością zostanę Stevenem Bradbury pieszych maratonów na orientację.

 

 

Król

2007 – 2. PP 100

2008 – 3. PP 100, 2 zwycięstwa

2009 – 2. PP 100, 4 zwycięstwa

2010 – 2. PP 100, 3 zwycięstwa

2011 – 1. PP 100, 7 zwycięstw, 2. MP 100,  TP 50 2 wygrane, 2. MP 50

2012 – 3. PP 100, 4 zwycięstwa, 1. MP 100,  TP 50 3 wygrane

2013 – 1. PP 100, 5 zwycięstw, 1. MP 100

2014 – TP 100 – 1 zwycięstwo, 1. MP 100, TP 50 – 2 wygrane, 1. MP 50

2015 – 2. MP 100,  1. PP 50, 7 wygranych, 1. MP 50

2016 – 1. PP 100, 3 zwycięstwa, 1. MP 100,  1. PP 50, 5 wygranych, 1. MP 50

5 zwycięstw w klasyfikacji generalnej Pucharu Polski (jedenaście razy na podium) – 3 x 100, 2 x 50

48 wygranych imprez – 29 x 100, 19 x 50

7 x Mistrz Polski (dziesięciokrotny medalista) – 4 x 100, 3 x 50

Król jest jeden: Michał Jędroszkowiak

Klasa Sonny Billa

Sonny Bill Wiliams to nowozelandzki rugbista. Trochę także bokser, stoczył na ringu sześć zwycięskich walk. Lepiej jednak idzie mu na boisku. Cztery lata temu  ze swoją drużyną narodową zdobył Puchar Świata – najważniejsze trofeum w rugby.

Sonny-Bill-Williams-1200

Fot. 3news.co.nz

W ostatnią sobotę rozegrany został finał kolejnej edycji Pucharu. Po pasjonującym meczu Nowa Zelandia z Sonny Billem w składzie pokonała Australię i drugi raz z rzędu zdobyła mistrzowski tytuł. Gdy zwycięzcy celebrowali swój sukces zdarzyło się coś niespodziewanego. Nie będę tego opisywał, lepiej obejrzeć film.

https://www.youtube.com/watch?v=0vgM1rlfxnM

W kilka sekund Sonny Bill Wiliams stał się sportowcem, którego kibice będą kochać już zawsze. Sonny Bill – jesteś wielki!

To są moi koledzy

Jest taki piłkarz Sebastian Mila. Nie wybitny, ale dobry. Strzelił kiedyś gola mistrzom świata Niemcom. Jest też drugi piłkarz Robert Lewandowski. Megagwiazda. Może nawet najlepszy piłkarz na świecie. Niedawno w jednym meczu strzelił pięć goli w dziesięć minut. Media prześcigały się w pochwałach, ale jego wyczyn najfajniej skomentował na Twitterze Mila. Napisał z dumą „Robert Lewandowski to jest mój kolega”.

—–

Tydzień temu odbyła się najtrudniejsza polska impreza ultra: Beskidy Ultra Trail. Dwustusześćdziesięciokilometrową trasę pokonało tylko dwóch zawodników: Bartłomiej Karabin i Tadeusz Podraza. Zarówno kibicowanie jak i wyniki końcowe sprawiły mi mnóstwo radości. Powód jest prosty – tak jak Mila mogę z dumą obwieścić: Bartek i Tadek to są moi koledzy. Z Bartkiem robiliśmy w tym roku Koronę Gór Polski. Z Tadkiem często jeździmy razem na zawody, razem też pojechaliśmy na wakacje. Sam jestem za słaby na BUT-a, ale sukcesy ludzi których znam osobiście, a na dodatek mam z nimi mnóstwo dobrych wspomnień cieszą. Może nie tak jak własne, ale cieszą.

—–

Rok temu jedynym zawodnikiem który ukończył BUT-a był Węgier Balint Orsi. Ciekawa sprawa, bo to też jest mój kolega. Poznaliśmy się na Rakoczi Teljesitmenytura, a potem Balint zapraszał mnie na organizowane przez siebie imprezy. Sprawa robi się jeszcze ciekawsza, gdy głębiej poszperamy w historii. O ile dobrze pamiętam to dwa lata temu na podium BUT-a byli Maciej Więcek, Konrad Ciuraszkiewicz i Michał Kiełbasiński. Też koledzy. Z Maćkiem startowaliśmy razem w Adventure Trophy 2010 i Rajdzie Zimowym 360` 2011. Z Michałem w Ferrino Extrem Marafon 2009. Konrad – AREC 2013. Sami koledzy. Fajnie jest mieć takich. Jakimś dziwnym trafem podium beskidzkiej imprezy przyciąga ludzi z którymi miałem przyjemność startować.

—–

Na koniec mała sugestia: czy wiecie już z kim musicie zakolegować się aby stanąć na podium najtrudniejszego polskiego ultra?

Mistrz Bartłomiej

Uwielbiam takie newsy. Po pierwsze dlatego, że tak dramatycznego finału mistrzostw kraju jeszcze nie było. Po drugie dlatego, że zwycięzca to fajny gość. Po trzecie dlatego, że miesiąc temu miałem przyjemność brać z nim udział w przedsięwzięciu o którym pisałem już kilkakrotnie.

Podaję wiec za facebookową stroną Izerskiej Wielkiej Wyrypy, Mistrzostw Polski na 100 km w pieszych maratonach na orientację:

„Co za finał. Co za emocje. O 9:20 na mecie pojawił się Michał Jędroszkowiak. Przez przypadek nie podbił punktu na którym pobierał mapę do BnO. Zawrócił więc w kierunku Zajęcznika by naprawić błąd. Pojawił się na mecie po 22 minutach z kompletem punktów. W międzyczasie, a dokładnie o 9:35 finishował Bartłomiej Karabin i to on jest nowym Mistrzem Polski na dystansie 100km. Bartłomiej pokonał dystans ponad 98 km, w pionie zaliczając 3000m w czasie 14 godzin i 35 minut. Gratulujemy.”

2

Odszedł Janek

Jeszcze trzy tygodnie temu na Ełckiej Zmarzlinie piliśmy razem piwo. Wymyślił wtedy wyjazd na bieg górski do Rumunii. Bardzo zapalił się do tego pomysłu.

Jan Gracjasz – multimedalista wszelkiego rodzaju zawodów na orientację, zarówno krajowych, jak i  i międzynarodowych. Mistrz Europy w rogainingu

Nie pojedziemy już do tej Rumunii. Będzie nam brakować widoku jego kolorowej kurtki.

Żegnaj Janku

Janek