Szerszenie znad Chodelki

Trzy miesiące bez jeżdżenia na zawody to bardzo dużo. Choć do wyleczenia kontuzji jeszcze daleka droga, instynkt wziął górę i postanowiłem wystartować w pięćdziesiątce. Akurat w zeszły weekend był Mordownik. Najfajniejsza impreza w PMnO, na dodatek Mistrzostwa Polski.

Były tylko dwa problemy: pierwszy – że Mordownik to trudna impreza. Po trzymiesięcznej przerwie, bez treningów, niewiele tam bym osiągnął. Drugi: kontuzja wciąż jest niewyleczona. Ale udało się już zdiagnozować, co mi dolega. Wykończyłem w kolanie rzepkę. Na razie łykam prochy, a jeżeli nie pomogą to dostanę zastrzyk w kolano. Grunt, że noga nie pójdzie pod nóż. Jest też trochę mniej fajna wiadomość: fizjoterapeuta wyłapał jeszcze jeden problem i wysłał do chirurga. Tu muszę poczekać na potwierdzenie diagnozy, ale tym razem chyba nie obejdzie się bez skalpela.

Wracając do Mordownika: w obecnym stanie nie miałem po co tam jechać. Szczęśliwym trafem w tym samym terminie niedaleko od domu, między Lublinem a Kraśnikiem, miał odbyć się Rajd Żródeł Chodelki, ośmiogodzinny rogaining. Spakowaliśmy z PKŻ Erkę, namówiliśmy jeszcze Daniela Pocertescu i pojechaliśmy do Kłodnicy.

Na początku chciałem sobie pobiegać. Nie bardzo jednak dało się, bo PKŻ i Erka postanowiły iść ze mną. Chciałem jakoś pozbyć się ich, ale były strasznie uparte. Ja szybciej, to one też. Ja uciekam, to Erka szczeka. Odpuściłem, postanowiłem poczekać aż same zrezygnują. Po pięciu i pół godzinach, po trzydziestu kilometrach w końcu zmęczyły się. Poszły na metę, pozwalając mi poszaleć w samotności. No to przyspieszyłem na tyle, na ile pozwoliło kolano. Na mecie na liczniku miałem 46 kilometrów. Ile zrobiłbym, gdybym był zdrowy? Na tej trasie jakieś 60 – 64 kilometry.

Efekt końcowy był jednak doskonały. Wygrałem i to ze sporą przewagą nad drugim w klasyfikacji Mariuszem Motyką. PKŻ była trzecia, ale nie w kategorii kobiecej, tylko w generalnej. Obsada nie była wprawdzie szczególnie mocna (mocni pojechali na Mordownika), ale zwycięstwo zawsze sprawia przyjemność. Jak w takim razie wypadłbym na Mordowniku? Gdyby nawigacja poszła dobrze, miałbym szanse na zaliczenie kompletu punktów kontrolnych i miejsce w połowie drugiej dziesiątki. Gdyby nie poszła dobrze – skończyłbym bez dwóch – trzech, trzydziesty w klasyfikacji.

Miejsce na podium trasy trzygodzinnej wywalczył także Pocertescu. Było to jego pierwsze podium w karierze. Zapewne długo będzie je wspominał, bo na trasie miał niecodzienne przygody. Pocertescu zmuszony został do stoczenia boju z dzikim stworem. Jeden z punktów kontrolnych zlokalizowany był w pobliżu gniazda szerszeni. Owady trochę denerwowały się na przybiegających co jakiś czas zawodników. Stara prawda mówi, że gdy w pobliżu człowieka lata szerszeń, należy zachować spokój. Nie machać rękami, nie ruszać się. Można nawet do owada zagadać, spytać jak leci. Wtedy jest szansa na udobruchanie osobnika. Tak też postępował Pocertescu. Nieszczęśliwie jednak złożyło się, że kolega który był z nim na punkcie zachowywał się dokładnie na odwrót. Machał dużo rękami. W końcu  szerszeń naprawdę wkurzył się i zaatakował. Na dodatek zastosował odpowiedzialność zbiorową: kolega go wkurzył, a on użądlił Daniela. Tu jednak trafił na twardszego od siebie: Pocertescu okazał się być bardziej jadowity i szerszeń padł trupem!

Szczerze mówiąc to jad szerszenia nie jest jakoś szczególnie toksyczny. Ba, jest mniej toksyczny niż jad pszczoły czy osy. Ukąszenie tego owada jest jednak nieporównywalnie bardziej bolesne. Zawsze też może okazać się, że poszkodowany ma alergię na ukąszenia. W tym konkretnym przypadku skończyło się na bólu.

Jak ocenić Rajd Źródeł Chodelki od strony organizacyjnej? Było całkiem nieźle. Trasa była fajnie ułożona, z możliwością pokombinowania. Punkty stały tam gdzie powinny. Za lampiony robiły kartki A4, ale nie było najmniejszych problemów ze znalezieniem ich. Od strony sportowej wszytko zagrało tak jak powinno. Od strony socjalnej też było dobrze: dobra zupa na mecie, koszulki dla uczestników i możliwość noclegu w bazie. Drobne niedociągnięcia oczywiście też były, ale na tyle drobne, że nie wpływały na obraz całości.

Było fajnie!

Jeszcze taka mała ciekawostka: pierwszy raz zrobiłem imprezę ultra, na dodatek na orientację w sandałkach. I chyba nie ostatni. Jeżeli tylko nie ma chaszczy, to w sandałach całkiem fajnie biega się.

 

Reklamy

Jedna mała dziurka

Irokez, rogaining 24-godzinny, Mistrzostwa Polski, Mielec, 21-22.04.2018

8.00 Zaczynamy. Do zespołu zaprosił mnie Tadeusz Podraza, zawodnik nie bardzo szybki, za to bardzo wytrzymały. Co sezon kończy kilkanaście imprez ultra mających po 100, 200, a nawet ponad 600 kilometrów długości

8.20 Pierwszy punkt zaliczamy nieco naokoło. Wychodzimy z niego przez bagienko i ze zdziwieniem patrzymy na teoretycznie szybszych od nas Bartka karabina i Mariusza Opiołę, którzy dobiegają dopiero do punktu z przeciwnej strony

11.20 Mamy już ponad 500 punktów przeliczeniowych. To 1/4 mojego planu zrobiona w 3.20. Ciepło jest, jakieś 25 stopni. Niedługo Tadek złapie na termometrze 29 stopni

12.00 Tracimy ochotę na bieganie. Jest za gorąco

13.00 Zaliczamy 8D. Zabawny jest wzór perforatora na tym punkcie, ma tylko jeden ząbek

14.30 Atakujemy wieś ze sklepem. Niestety sklep był czynny tylko do 13.00. Wbijamy się na jedno z podwórek i prosimy gospodarzy o wodę.

15.00 Przed startem wymieniłem w butach zniszczone wkładki. Przełożyłem nowe z innej pary. Teraz czuję, jak te nowe zaczynają wędrować wewnątrz buta, a przód jednej z nich zwija się

17.00 Zgubiłem kompas. Do tej pory nawigowaliśmy razem, choć dowodził Tadeusz. Od tego momentu będzie nawigował sam, bez mojej pomocy

18.00 Piecze mnie pod lewą stopą. Zrobił mi się bąbel od pozwijanej wkładki. Wyrzucam ją i dalej idę w trochę zbyt luźnym bucie

19.00 Sklep. Przed sklepem Milada Klapkova i Michal Klapka. Jak przystało na Czechów siedzą i piją piwo. Milada wygrywała kiedyś setkowy ranking PMnO, a Michal bywał na podium klasyfikacji generalnej

23.00 Niedobrze, kryzys. Czuję, że słabnę. Nie daję rady utrzymać tempa partnera. Jedzenie nie wchodzi, słodkie picie też nie. Przez jakiś czas można by mnie przewrócić jednym palcem. Dawno już mnie tak nie stargało.  Chwilę leżę na ziemi, potem dopada mnie telepawka (temperatura w nocy spada do 6 stopni). Jakoś jednak zbieram się i człapię za Tadkiem

24.00 Punkt 5A, zagłębienie terenu. W miejscu gdzie powinien być punkt jest wielkie wyrobisko. W pobliżu jest kilka mniejszych. Szukamy punktu przez 40 minut, tzn. Tadek szuka, a ja błąkam się półprzytomny. Chcę położyć się i umrzeć, ale wstyd mi przed kumplem, więc łażę w tę i z powrotem udając, że szukam z nim

0.40 Siedzę na skraju wyrobiska powtarzając mantrę „75 metrów od drogi. Ale tu go przecież nie ma. 75 metrów od drogi. Ale tu go przecież nie ma.” Tadek też ma dość. Odpuszczamy. Idziemy na następny punkt. Nawykowo liczę kroki i nagle przychodzi olśnienie. Od wyrobiska do drogi jest 35 metrów czyli punkt musi być 40 metrów dalej. Odliczamy, wchodzimy w krzaki i… mamy go! Szukaliśmy po wyrobiskach, a on siedział w zwykłym dołku

2.00 Odżyłem. Alleluja!

4.00 Jesteśmy obaj zmęczeni. Zaczynamy robić błędy nawigacyjne. Tu 15 minut, tam 20, spada nam tempo

5.00 Lewa stopa pali. Bąble zaczynają gwałtownie rozmnażać się. Rosną w oczach

6.00 Zrobiliśmy wszystkie zaplanowane punkty. Zostały jeszcze dwie godziny. Może zrobilibyśmy coś jeszcze?

6.45 Trochę pogubiliśmy się, ale złapaliśmy 3C

7.18 Meta. Już wystarczy. Uff, co za ulga. Według moich wyliczeń mamy 2230 punktów

7.25 Sędzia liczy nasze punkty. Wychodzi 2150. Biorę do ręki kartę i sprawdzam. Też wychodzi 2150. No dobra, i tak nieźle

7.26 Na metę wchodzą Piotr Jaśkiewicz i Radek Defeciński. Faworyci. Sędzia liczy punkty: 2140. Ogrywamy ich!

7.45 Mariusz Opioła i Bartek Karabin na mecie. Zrobili jakiś kosmiczny wynik, nikt ich nie prześcignie

7.55 Finiszują Kasia Sochacka i Przemek Witczak. Mają 2200 i zajmują drugie miejsce.


iro

Trzecie miejsce w Mistrzostwach Polski. Co za wynik! Pierwszy raz odkąd startuję jestem na podium mistrzowskiej imprezy. Nie miałem do tej pory szczęścia do takich zawodów. Zawsze byli lepsi ode mnie. Bo nie ukrywajmy: nie jestem jakimś supertalentem. Owszem, zdarza mi się mocno  zap…dalać na treningach, ale tak naprawdę, mimo wielkiego doświadczenia jestem tylko dobrym przeciętniakiem. Ot, czasem wyrwę jakieś podium w mniejszej imprezie. Ale w ważnych medale zdobywają inni.

Ostatni raz na podium setki na orientację stałem 13 lat temu. Potem było świetne 6. miejsce w Mistrzostwach Europy w rajdach przygodowych, były nawet wygrane pięćdziesiątki, ale na długich nawigacyjnych trasach byłem daleko od miejsc najwyższych. Teraz niespodziewanie udało się. Niespodziewanie, bo w trakcie zawodów wydawało mi się, że jestem cieniutki. Dopadł mnie potężny kryzys, który udało się przełamać. O tej edycji Irokeza będę pamiętał i opowiadał przez lata.

Nie było by to możliwe bez Tadka. To on nawigował, to on był motorem napędowym zespołu. Wydawało mi się, że jestem słaby, a w rzeczywistości to on był taki mocny. Tadeusz ma dość niezwykłe miejsce w historii polskiego ultra. Tam, gdzie inni kończą on dopiero zaczyna. Ma w dorobku 300-kilometrowy Tor Des Geants i 600-kilometrowy Goldsteig. Dwa razy był na podium Beskidy Ultra Trail, najtrudniejszej w Polsce imprezy ultra. Po raz trzeci stanął na podium Mistrzostw Polski w rogainingu. Niewielu zawodników ma taki dorobek.

rano


Fajna jest ta Puszcza Sandomierska. W okolicy Mielca jest identyczna jak pod Stalową Wolą. Wszędzie sosny, sporo piachu, może tylko wydmy większe. Właściwie to czułem się tam jak domu.

To samo można powiedzieć o Irokezie. Pod szyldem Compassu imprezę robią Mariusz Maryniak i Piotr Pietroń. Ciekawe, ale moją pierwszą imprezą ultra był wiele lat temu Salomon Trophy, także robiony przez Compass. Przez lata zmienili się ludzie, ale szyld wciąż jest ten sam. Jakość tych imprez też jest wciąż na wysokim poziomie. Pod względem rozstawienia punktów czy konstruowania trasy to impreza wręcz archetypowa.

Jedyne, co zmieniłbym w Irokezie, to dołożyłbym klasyfikację par mieszanych. Takiej np. Katarzynie Sochackiej trudno jest ogrywać mężczyzn. Wynik zrobiła fantastyczny i jako najlepsza kobieta zasługuje na tytuł Mistrzyni Polski.


To jednak jeszcze nie koniec emocji.

Wtorek dwa dni po zawodach, 20.10 Tadek przysyła informację: „Nie zaliczyli nam 8D”. Dzwonię do Mariusza i pytam, czy można jeszcze składać protesty.

-Tak, można jeszcze do czwartku.

-Czy możesz sprawdzić jeszcze raz karty startowe? Chodzi nam o punkt 8D

-Ten, na którym był perforator z jednym ząbkiem?

W tym momencie wszystko staje się jasne. Perforator robił jedną malutką dziurkę, która umknęła uwadze sędziego. Nie zauważyłem jej i ja, gdy sam liczyłem punkty.

Środa, 9.00 Na Facebooku ukazuje się komunikat o zweryfikowaniu wyników. Mamy 2230 punktów i wskakujemy na drugie miejsce.

Jesteśmy z Tadeuszem wicemistrzami Polski!!!

31301962_943629575797446_4358197405099753472_n

Fot. FB Compass zawody

 

 

Roztoczańska porażka

Rzadko zdarza mi się ogłaszać przed imprezą, że jadę aby wygrać. Jednak przed Roztoczańską 13 bylem pewny swego. Chciałem walczyć o pierwsze miejsce. Skończyło się na siódmym. Jak to się stało?

Zarys ogólny: Roztoczanska 13, Kraśnik, ośmiogodzinny rogaining. Satrt 8.00 . Okoliczności przyrody atrakcyjne: wzgórza, dolina Wyżnicy. Wysoka temperatura powietrza.

9.10 pierwszy kwiatek:

Hiu

Punkt kontrolny zlokalizowany na zarośniętej przecince w sosnowym lesie, obok zakola rzeki, które zmieniło swoje położenie. Opis „stare sosny”. Ponad dwadzieścia minut straty.

Stan rywalizacji o 13.00: Wojciech Zając, późniejszy zwycięzca, Piotr Szpakowski (drugie miejsce) i ja jesteśmy w okolicy PK 52. Mam 3 punkty przeliczeniowe więcej od Wojtka i 5 więcej od Piotra.

13.20 , PK 56, „szczyt pagórka”. Moment kluczowy:

56

W terenie w porównaniu z mapą nie ma ścieżki od południa, za to do wsi prowadzi asfaltowa droga. Wąwozy są dwa, równoległe. Jest mnóstwo skarp, jest krzyż, jest sto ewidentnych miejsc, gdzie można postawić punkt. Tylko pagórka nie ma i lampionu też. Organizator twierdzi, że pagórek był.

Odpuściłem. Straciłem ponad 50 minut na dojście i szukanie punktu. Nie zdobyłem pięciu punktów przeliczeniowych. Straciłem szansę na zwycięstwo.

14.10, PK 36 „akacja”, gwóźdź do trumny:

Według mapy punkt jest przy drodze obok potoku. W terenie przebieg i rodzaj drogi nie zgadza się z mapą. Za drogą jest skarpa, a za skarpą droga, która również nie wygląda na właściwą. Po pół godzinie szukania punkt odnajduje się przy drodze na górze. Nie dało się opisać tego punktu jako „skarpa góra”?

Efekt finalny: siódme miejsce. Miało i powinno być pierwsze. Porażka. Nie osłodziła jej ani dobra atmosfera w bazie, ani serwowana przez organizatora dziczyzna.

Nie będę pisał, co myślę o chowaniu punktów w krzakach. W ogóle nic już dziś nie będę pisał, bo nie umiem być obiektywny.

Minęły trzy dni, a ta porażka dalej boli.

PKŻ niczego przed startem nie zapowiadała, a poszło jej lepiej. Razem z Anią Podrazą znowu wygrały. Mało tego, uzyskały niemal męski wynik. W klasyfikacji open były o… jedno miejsce za mną. Znowu żona jest lepsza ode mnie. Akurat tym jednak wcale się nie martwię.

Imprezę sponsorowała liczba 95.

Dusiołek z irokezowym bonusem

Logistyka na weekend była trudniejsza niż zazwyczaj. W piątek po południu wyruszyliśmy do Nowej Góry pod Krzeszowicami. PKŻ miała ścigać się w Irokezie, dwunastogodzinnym rogainingu, a ja, dzięki uprzejmości organizatorów,  miałem zaplanowany nocleg. Rano według planu miałem zgarnąć z Krakowa koleżankę, by zameldować się w Wiśniowej koło Dobczyc w bazie Dusiołka Górskiego. Wskutek nieprzewidzianego zbiegu okoliczności koleżanka musiała wrócić w połowie drogi z powrotem. Co gorsza, zostałem bez pilota i trochę błądziłem w podkrakowskich wioskach. W bazie zameldowałem się osiem minut przed startem. Jak zdążyłem w tym czasie przebrać się, spakować, odebrać materiały startowe i zjeść na śniadanie pół słoika klopsików – sam nie wiem. Ale zdolny jestem, to dałem radę.

1

Fot. Dariusz Czechowicz

Ruszyliśmy. Wszystkie trasy razem, 15, 35 i 50 kilometrów. Na czoło wysforowały się młode wilczki. Pocieszałem się myślą, że nie jest sztuką biegać szybko pierwsze kilometry. starcie. Sztuką jest biegać szybko ostatnie. Na dwójce byłem dwudziesty. Na trójce już piętnasty. Korzystając z okazji pozdrawiam załogę punktu trzeciego. Serwowali tam bardzo smaczne dopalacze. Skorzystałem z czeskich doświadczeń i popróbowałem. W praktyce oznacza to, że pierwszy raz w życiu wspomagałem się podczas zawodów wysokoprocentowym alkoholem.

Po rozejściu się tras bylem już szósty. Na kolejnych trzech punktach na każdym byłem o jedno miejsce wyżej. Ani razu nie wyprzedziłem rywala w bezpośredniej walce. To przeciwnicy robili błędy orientacyjne. Hiu robi dobry wynik dzięki nawigacji! – tego dawno nie było. Jeszcze ciekawsze jest to, że mapa była banalna. Poza jednym przypadkiem nie wiem, gdzie oni gubili się.

Biegłem wiec trzeci i było super. Żeby jednak nie było idealnie – w końcówce potrzebna była wpadka. I była, ale nie moja, tylko organizatorów. Mieli dość niefrasobliwe podejście do stawiania niektórych punktów. Przedostatni według mapy powinien był stać dwieście metrów przed wierzchołkiem Wierzbanowskiej Góry. Stał 50 metrów za, zupełnie nie tam gdzie go szukałem. Trochę zdenerwowałem się, gdy na zbiegu zobaczyłem jakieś dwie minuty za sobą koszulkę kolejnego zawodnika.

Jak już jestem na podium, to miejsca łatwo nie oddam. No to przyspieszyłem na podejściu pod Ciecień i to tak solidnie. Na zbiegu z Ciecienia na wszelki przypadek przyspieszyłem jeszcze bardziej,  do 5.37 na kilometr. Na mecie z dwóch minut przewagi zrobiło się dwadzieścia. Zdolny przecież jestem, to dałem radę.

Wygrał (chyba, bo w necie jeszcze nie ma wyników) Marek Bartyzel, zawodnik z wyższej biegowej ligi. Drugi był Marcin Ignacyk. Było to jego pierwsze podium w nawigacyjnej karierze. Mój czas – 7.41.

Trasa była typowo fizyczna, 54 km / + 2000 sumy podejść. Zarazem była bardzo widokowa i logicznie poprowadzona przez wszystkie większe szczyty w otoczeniu doliny, w której znajdowała się baza. Nawigacja bardzo łatwa. Trasa szła w większości po szlakach, a punkty rozlokowane były na wierzchołkach. Ktoś, kto regularnie jeździ na Dusiołki mógłby poruszać się w tym terenie niemal bez mapy.

—–

W tym samym czasie PKŻ dzielnie walczyła z przestrzenią w Irokezie. Zajęła… pierwsze miejsce! Wygrała!

Są dwie wersje opowieści o tym, jak wypadła. Pierwsza – złośliwa – mówi, że w jej kategorii wystartowały tylko dwie zawodniczki: PKŻ i Anna Podraza. Obie poszły na trasę razem, obie siłą rzeczy musiały wygrać. Druga wersja mówi, że panie zrobiły wynik lepszy o jakieś 30 % niż w poprzednim Irokezie. Na trasie dwunastogodzinnej obok nich rywalizowało dziewięć męskich zespołów. Gdyby zostały sklasyfikowane z panami – byłyby czwarte. Pokonałyby większość z nich. Przecież one też są całkiem zdolne.

iro(1)

Dusiołek Dariusza Czechowicza

Fotki z Irokeza by Hiu

 

 

 

 

 

 

Jeszcze raz na podium

Znowu podium. To już nudne się robi. Co weekend start, co weekend miejsce w czołówce. Żadnych wpadek nawigacyjnych, żadnych sensacji. Wywalczyłem trzecie miejsce.

Tym razem padło na trzynastogodzinny rogaining Roztoczańską 13. Zdobyłem 86 punktów przeliczeniowych, na metę wpadłem na dwie minuty przed limitem. Do zwycięzcy Stanisława Kaczmarka zabrakło 10 punktów przeliczeniowych. Żeby zmieścić się na podium musiałem zrobić ponad 83 kilometry.

Najbardziej zdziwił mnie sam początek imprezy. Na swój drugi PK wpadłem po mniej więcej godzinie od startu i niespodziewanie nadziałem się na Zenka Lulka i Tadka Podrazę. Towarzystwo niczego sobie. Dowcip polegał na tym, że dla nich to był dopiero pierwszy punkt. Ugrzęźli w pokrzywach i szuwarach. Skoro zaś już na starcie miałem punkt więcej od dobrych nawigatorów – wiedziałem, że będzie dobrze. Z Tadkiem spędziliśmy na trasie sporo czasu razem. Najpierw trochę ścigaliśmy się, potem trochę pokolaborowaliśmy, a na koniec rozdzieliliśmy się aby znów się pościgać. Bardzo ambicjonalnie bylem do tej rywalizacji nastawiony. W tym roku Tadek już cztery razy był ode mnie lepszy, więc pałałem żądzą rewanżu. Tym razem to on popełniał błędy nawigacyjne i w końcu udało mi się być na mecie przed nim.

W niezwykły sposób rozstrzygnęły sie losy pierwszego miejsca. Trzyosobowy zespół zdobył jeden punkt więcej od Staszka, ale panowie weszli na metę minutę po limicie. Dwa punkty karne kosztowały ich spadek na drugą pozycję.

Nie tylko ja zająłem trzecie miejsce. Tę samą lokatę na trasie sześciogodzinnej zajęły PKŻ i Ania Podraza startujące jako team. Przy okazji panie dokonały niezwykłego wyczynu: wbiły się na podium z… minusowym dorobkiem punktowym. Minus nie dziwi – spóźniły się na metę 20 minut. Zaskakująca może być lokata, ale to nie ich wina, że zgłoszeni rywale nie pojawili się na starcie. Nikt im przecież nie zabraniał.

Sama impreza była bardzo sympatyczna. Organizatorzy stawiają na integrację lokalnego środowiska. Promują też imprezy na orientację jako sposób na spędzanie czasu z rodziną. Przyjemnie było patrzeć na zespoły składające się z rodziców i dzieci. Pod względem sportowym trasę należy ocenić dobrze. Do wyboru było wiele wariantów. Kto chciał mógł pokombinować do woli. Mankamentem było zbytnie pochowanie punktów kontrolnych.

Koniecznie trzeba wspomnieć jeszcze o jednym: o jedzeniu na mecie. Kto lubi sobie pojeść ten mógł czuć się ukontentowany. Grochówka, pierogi, dwa rodzaje ciasta, dżem, domowy smalec, kiszone ogórki. Dużo tego było. I wszystko dobre.

10

—–

Przez ostatnie półtora miesiąca wystartowałem w pięciu imprezach. Cztery razy byłem na podium, za piątym doholowalem do niego PKŻ. Takiej serii nie miałem jeszcze nigdy w życiu. Wcale nie byłem w tym czasie w jakiejś szczególnie wysokiej formie. Bywałem już sporo mocniejszy. Ale udało mi się wcielić w życie ważną prawdę o bieganiu: nie biega się nogami. Biega się głową.

Większość tych imprez była jedynie niewielkimi lokalnymi zawodami. Nie przeszkadza mi to w niczym. Zapierniczałem najlepiej jak potrafiłem i przy okazji doskonale bawiłem się. W sensie sportowym był to doskonale wykorzystany czas.

—–

W kolejnym tygodniu zaplanowany był start w Mountain Touch Challenge. Impreza niestety została odwołana. Na jej miejsce zespół Polowanie na Wiewiórkę wymyślił nowy projekt. Zupełnie autorski. Szczegóły za kilka dni.

Roztoczańska 13

Lubię imprezy na orientację które odbywają się blisko miejsca gdzie mieszkam.

Lubię rogaining.

Lubię gdy imprezę organizują pozytywnie nakręceni ludzie.

Lubię gdy wpisowe nie jest wysokie.

Wszystkie te cechy mają zawody na które wybieram się za niespełna dwa tygodnie: Roztoczańska 13. Do wyboru będą dwie trasy: sześcio- i trzynastogodzinna. Miejsce akcji: Kraśnik. Organizatorem jest Miejska Biblioteka Publiczna w Kraśniku, ale personalnie stoją za nią Anna i Przemysław Roztoccy.

Zapowiada się dobra zabawa.

Żona mnie bije

W tym tygodniu wpis nie był planowany, ale trochę pozmieniały się realia i udało się znaleźć czas, aby coś skrobnąć o rogainingu na Jurze.

Mistrzostwa Polski – odbyły się tylko w jednej kategorii, zespołowej na 24 godziny. Wywołało to kilka przetasowań na liście startowej – żaden z trzech najlepszych krajowych zespołów jeszcze tydzień przed imprezą nie widniał na liście startowej. Oznacza to, że niektórzy potraktowali mistrzostwa  całkiem poważnie

Obsada – była dobra, nawet bardzo dobra. Rozbiła się jednak na wiele kategorii. Niespodziewanie najlepiej obsadzoną była męska na 6 godzin. Nie jest to dziwne, gdy spojrzy się, jak wiele imprez ekstremalnych odbywa się co tydzień. Nawet najtwardsi nie mają szansy oblecieć wszystkich. Trzeba wybierać gdzie się sprężyć, a gdzie oszczędzać siły

Pogoda – padało na starcie, padało w trakcie imprezy. Chwila mi padało rzęsiście. Mokro było, ale ogólnie warunki były niezłe. Mogło być znacznie gorzej

Partner – Marek Porębski. Startuje głównie w pięćdziesiątkach. Na ostatnim RDS wbił się do pierwszej dziesiątki. Rekord na setkę ok. 17 godzin na Kieracie

zdjęcie0009

Współpraca – bardzo dobra. Nawigowaliśmy wspólnie i dobrze się dogadywaliśmy. Zrobiliśmy parę błędów nawigacyjnych, ale ogólnie szło nam nieźle. Kilka razy mieliśmy szczęście – w momentach gdy byliśmy nieco pogubieni nagle spotykaliśmy w lesie ludzi lepiej zorientowanych od nas

Kryzysy – Marek nie przyznaje się do żadnego. Mi przytrafił się jeden półgodzinny tak gdzieś po szesnastu godzinach

zdjęcie0012

Pustynia – Błędowska. Przeszliśmy pustynię i było to fajne przeżycie. Niedługo będzie wielka atrakcją turystyczną. Poszło na to ponad dwa miliony euro. Inwestycję częściowo finansuje Unia Europejska, co złośliwi mogą wykorzystać do stwierdzenia, że UE zamienia nam kraj w pustynię

pustynia

Efekt – czwarte miejsce. Zeszliśmy z trasy po dziewiętnastu godzinach. Do limitu było jeszcze mnóstwo czasu, ale na więcej nie byliśmy przygotowani. Zajęliśmy czwarte miejsce. Do podium zabrakło… jednego punktu kontrolnego. Czesi ograli nas najmniejszą możliwą różnicą, o 10 punktów wagowych. Skądinąd wiemy, że mieli na trasie informację, ile punktów im potrzeba, aby nas ograć.Tak czy inaczej – byli od nas odrobinę lepsi

Mistrzowie – Tadeusz Podraza i Leszek Herman – Iżycki. Choć mało biegają, to świetnie nawigują. Startowali razem w rogainingu trzeci raz. Byli faworytami i zrobili to, co mieli zaplanowane

Spóźnienia – do tej konkurencji trzeba mieć głowę i umieć sobie zaplanować trasę. Spóźnienie na metę może drogo kosztować. Wprawdzie Uli Zimny upiekło się, mimo spóźnienia była pierwsza, ale Jan Goleń z tego powodu stracił zwycięstwo, a Sławek Łabuziński został zdyskwalifikowany

Organizacja – perfekcyjna. Punkty stały jak trzeba, obsługa była sprawna, a na dodatek, co nie zawsze się zdarza, serdeczna

Atmosfera – wyśmienita

Najlepszy wynik – Kaspars Osis z Łotwy. Zapytany w jaki sposób dostał się na Jurę z tak dalekiego kraju uśmiechnął się i odparł ” Mieszkam w Czechach, 30 kilometrów od Brna”

Deser – wynik PKŻ. Na trasie dwunastogodzinnej pierwszy raz w życiu wbiła się na podium. Zajęła trzecie miejsce, lepsze od mojego. Żona mnie bije – tego jeszcze nie przerabialiśmy

zdjęcie0015

Wrażenia ogólne – zachwyciłem się rogainingiem. Mam nadzieję, że będą organizowane kolejne