Jedna mała dziurka

Irokez, rogaining 24-godzinny, Mistrzostwa Polski, Mielec, 21-22.04.2018

8.00 Zaczynamy. Do zespołu zaprosił mnie Tadeusz Podraza, zawodnik nie bardzo szybki, za to bardzo wytrzymały. Co sezon kończy kilkanaście imprez ultra mających po 100, 200, a nawet ponad 600 kilometrów długości

8.20 Pierwszy punkt zaliczamy nieco naokoło. Wychodzimy z niego przez bagienko i ze zdziwieniem patrzymy na teoretycznie szybszych od nas Bartka karabina i Mariusza Opiołę, którzy dobiegają dopiero do punktu z przeciwnej strony

11.20 Mamy już ponad 500 punktów przeliczeniowych. To 1/4 mojego planu zrobiona w 3.20. Ciepło jest, jakieś 25 stopni. Niedługo Tadek złapie na termometrze 29 stopni

12.00 Tracimy ochotę na bieganie. Jest za gorąco

13.00 Zaliczamy 8D. Zabawny jest wzór perforatora na tym punkcie, ma tylko jeden ząbek

14.30 Atakujemy wieś ze sklepem. Niestety sklep był czynny tylko do 13.00. Wbijamy się na jedno z podwórek i prosimy gospodarzy o wodę.

15.00 Przed startem wymieniłem w butach zniszczone wkładki. Przełożyłem nowe z innej pary. Teraz czuję, jak te nowe zaczynają wędrować wewnątrz buta, a przód jednej z nich zwija się

17.00 Zgubiłem kompas. Do tej pory nawigowaliśmy razem, choć dowodził Tadeusz. Od tego momentu będzie nawigował sam, bez mojej pomocy

18.00 Piecze mnie pod lewą stopą. Zrobił mi się bąbel od pozwijanej wkładki. Wyrzucam ją i dalej idę w trochę zbyt luźnym bucie

19.00 Sklep. Przed sklepem Milada Klapkova i Michal Klapka. Jak przystało na Czechów siedzą i piją piwo. Milada wygrywała kiedyś setkowy ranking PMnO, a Michal bywał na podium klasyfikacji generalnej

23.00 Niedobrze, kryzys. Czuję, że słabnę. Nie daję rady utrzymać tempa partnera. Jedzenie nie wchodzi, słodkie picie też nie. Przez jakiś czas można by mnie przewrócić jednym palcem. Dawno już mnie tak nie stargało.  Chwilę leżę na ziemi, potem dopada mnie telepawka (temperatura w nocy spada do 6 stopni). Jakoś jednak zbieram się i człapię za Tadkiem

24.00 Punkt 5A, zagłębienie terenu. W miejscu gdzie powinien być punkt jest wielkie wyrobisko. W pobliżu jest kilka mniejszych. Szukamy punktu przez 40 minut, tzn. Tadek szuka, a ja błąkam się półprzytomny. Chcę położyć się i umrzeć, ale wstyd mi przed kumplem, więc łażę w tę i z powrotem udając, że szukam z nim

0.40 Siedzę na skraju wyrobiska powtarzając mantrę „75 metrów od drogi. Ale tu go przecież nie ma. 75 metrów od drogi. Ale tu go przecież nie ma.” Tadek też ma dość. Odpuszczamy. Idziemy na następny punkt. Nawykowo liczę kroki i nagle przychodzi olśnienie. Od wyrobiska do drogi jest 35 metrów czyli punkt musi być 40 metrów dalej. Odliczamy, wchodzimy w krzaki i… mamy go! Szukaliśmy po wyrobiskach, a on siedział w zwykłym dołku

2.00 Odżyłem. Alleluja!

4.00 Jesteśmy obaj zmęczeni. Zaczynamy robić błędy nawigacyjne. Tu 15 minut, tam 20, spada nam tempo

5.00 Lewa stopa pali. Bąble zaczynają gwałtownie rozmnażać się. Rosną w oczach

6.00 Zrobiliśmy wszystkie zaplanowane punkty. Zostały jeszcze dwie godziny. Może zrobilibyśmy coś jeszcze?

6.45 Trochę pogubiliśmy się, ale złapaliśmy 3C

7.18 Meta. Już wystarczy. Uff, co za ulga. Według moich wyliczeń mamy 2230 punktów

7.25 Sędzia liczy nasze punkty. Wychodzi 2150. Biorę do ręki kartę i sprawdzam. Też wychodzi 2150. No dobra, i tak nieźle

7.26 Na metę wchodzą Piotr Jaśkiewicz i Radek Defeciński. Faworyci. Sędzia liczy punkty: 2140. Ogrywamy ich!

7.45 Mariusz Opioła i Bartek Karabin na mecie. Zrobili jakiś kosmiczny wynik, nikt ich nie prześcignie

7.55 Finiszują Kasia Sochacka i Przemek Witczak. Mają 2200 i zajmują drugie miejsce.


iro

Trzecie miejsce w Mistrzostwach Polski. Co za wynik! Pierwszy raz odkąd startuję jestem na podium mistrzowskiej imprezy. Nie miałem do tej pory szczęścia do takich zawodów. Zawsze byli lepsi ode mnie. Bo nie ukrywajmy: nie jestem jakimś supertalentem. Owszem, zdarza mi się mocno  zap…dalać na treningach, ale tak naprawdę, mimo wielkiego doświadczenia jestem tylko dobrym przeciętniakiem. Ot, czasem wyrwę jakieś podium w mniejszej imprezie. Ale w ważnych medale zdobywają inni.

Ostatni raz na podium setki na orientację stałem 13 lat temu. Potem było świetne 6. miejsce w Mistrzostwach Europy w rajdach przygodowych, były nawet wygrane pięćdziesiątki, ale na długich nawigacyjnych trasach byłem daleko od miejsc najwyższych. Teraz niespodziewanie udało się. Niespodziewanie, bo w trakcie zawodów wydawało mi się, że jestem cieniutki. Dopadł mnie potężny kryzys, który udało się przełamać. O tej edycji Irokeza będę pamiętał i opowiadał przez lata.

Nie było by to możliwe bez Tadka. To on nawigował, to on był motorem napędowym zespołu. Wydawało mi się, że jestem słaby, a w rzeczywistości to on był taki mocny. Tadeusz ma dość niezwykłe miejsce w historii polskiego ultra. Tam, gdzie inni kończą on dopiero zaczyna. Ma w dorobku 300-kilometrowy Tor Des Geants i 600-kilometrowy Goldsteig. Dwa razy był na podium Beskidy Ultra Trail, najtrudniejszej w Polsce imprezy ultra. Po raz trzeci stanął na podium Mistrzostw Polski w rogainingu. Niewielu zawodników ma taki dorobek.

rano


Fajna jest ta Puszcza Sandomierska. W okolicy Mielca jest identyczna jak pod Stalową Wolą. Wszędzie sosny, sporo piachu, może tylko wydmy większe. Właściwie to czułem się tam jak domu.

To samo można powiedzieć o Irokezie. Pod szyldem Compassu imprezę robią Mariusz Maryniak i Piotr Pietroń. Ciekawe, ale moją pierwszą imprezą ultra był wiele lat temu Salomon Trophy, także robiony przez Compass. Przez lata zmienili się ludzie, ale szyld wciąż jest ten sam. Jakość tych imprez też jest wciąż na wysokim poziomie. Pod względem rozstawienia punktów czy konstruowania trasy to impreza wręcz archetypowa.

Jedyne, co zmieniłbym w Irokezie, to dołożyłbym klasyfikację par mieszanych. Takiej np. Katarzynie Sochackiej trudno jest ogrywać mężczyzn. Wynik zrobiła fantastyczny i jako najlepsza kobieta zasługuje na tytuł Mistrzyni Polski.


To jednak jeszcze nie koniec emocji.

Wtorek dwa dni po zawodach, 20.10 Tadek przysyła informację: „Nie zaliczyli nam 8D”. Dzwonię do Mariusza i pytam, czy można jeszcze składać protesty.

-Tak, można jeszcze do czwartku.

-Czy możesz sprawdzić jeszcze raz karty startowe? Chodzi nam o punkt 8D

-Ten, na którym był perforator z jednym ząbkiem?

W tym momencie wszystko staje się jasne. Perforator robił jedną malutką dziurkę, która umknęła uwadze sędziego. Nie zauważyłem jej i ja, gdy sam liczyłem punkty.

Środa, 9.00 Na Facebooku ukazuje się komunikat o zweryfikowaniu wyników. Mamy 2230 punktów i wskakujemy na drugie miejsce.

Jesteśmy z Tadeuszem wicemistrzami Polski!!!

31301962_943629575797446_4358197405099753472_n

Fot. FB Compass zawody

 

 

Reklamy

Mala Hana

Mala Hana to niewielki region etnograficzny na Morawach. Kilka wiosek i miasteczek zagubionych gdzieś między pagórkami. Od dwudziestu trzech lat odbywa się tam dalkovy pochod Malohanacka Stovka. To jednak nie wszystko – równolegle startuje tam Opatovske Smajd, marsz turystyczny na trasach od 10 do 50 kilometrów. Spory, jeżeli dobrze zrozumiałem relację w czeskiej telewizji, to w tym roku wzięło w nim udział ponad 600 uczestników. Stovka wchodzi w skład  cyklu CSUT – Czesko Słowacki Ultra Trail.

Wybraliśmy się tam we dwóch ze Staszkiem Olbrysiem. Na miejscu spotkaliśmy Rafała Koszyka, stałego bywalca czeskich imprez. Oprócz nas była też grupa Węgrów z m. in. Balintem Orsi (zwycięzcą jednej z edycji Beskidy Ultra Trail) i Robertem Kovacsem (dwukrotnym zwycięzcą ponad sześciusetkilometrowego Goldsteiga). Łącznie na starcie stanęły 82 osoby.

Zaskoczeniem na starcie był brak itinera. Dostaliśmy za to mapy z rozrysowaną trasą wiodącą w całości po turystycznych szlakach. Początek był mocny, pierwsze kilometry, pod górkę, robiliśmy w tempie ok. 6 minut na kilometr. Marzyło mi się po cichu pobicie rekordu życiowego. Trasa wydawała się nietrudna, tylko 2350 metrów podejść. Sprawy nie ułatwiał jednak śnieg. Nie było go bardzo dużo, ale trasa była zmrożona i śliska.

Wszystko szło dobrze gdzieś d0 42. kilometra. Tam przez chwilę mapa nie bardzo zgadzała mi się z drogą. W sumie to drobiazg, ale po chwili zgubił mi się niebieski szlak. Nie ruszyło mnie to jakoś, postanowiłem pójść kawałek asfaltem, a potem pierwszą napotkaną drogą dojść do szlaku. Ale jakoś dalej teren nie zgadzał mi się z mapą. Po czterech kilometrach wyciągnąłem kompas i…

… i zadziwiłem sam siebie. Przez cztery kilometry szedłem w kierunku dokładnie odwrotnym od prawidłowego. Żeby wrócić do dobrej drogi musiałem nadłożyć osiem kilometrów. Plan na zrobienie życiówki legł w gruzach. Motywacja również.

Trochę odechciało mi się szybko biegać. Nie miałem jednak nic lepszego do roboty. Bez zbytniego przemęczania się powoli turlałem się do mety. Musiałem wyrobić się do 13.30, bo kilka minut później zaczynał się olimpijski konkurs skoków narciarskich. Ten plan udało się zrealizować idealnie. Na mecie byłem trzydziesty, po 16 godzinach i 48 minutach. Nawet nie przebierałem się;  tak jak stałem poszedłem w miasto szukać baru z telewizorem i olimpijską transmisją.

Zwycięzcy, Tomas Klimsa i Robert Frohn zrobili całość w 10.55. Najszybsza kobieta, Eliska Kaniowa była na mecie w 13.19.

Gdy wchodziłem na metę przed czternastą, na scenie rozkładała się bluegrassowa kapela. Po skokach, o 16.30 zespół grał nadal. Poszedłem spać, a gdy wróciłem chwilę przed dwudziestą zespół wciąż jeszcze był na scenie. Pod sceną wirowało kilka par, a ręce tańczących zamiast na biodrach krążyły po pośladkach partnerów. Można tylko pozazdrościć Czechom umiejętności bawienia się.

Krótko podsumowując imprezę:

Zalety: świetna atmosfera, przebijająca nawet nasze imprezy na orientację: z jednej strony mocni ściganci, z drugiej osoby łojące piwo jeszcze przed startem. Ciekawa i mimo stosunkowo  niewielkich przewyższeń wcale nie łatwa trasa. Po drodze sporo ładnych widoków. Niskie wpisowe (ok. 68 złotych). Tani ( 7 zł) nocleg na miejscu

Wady: niefrasobliwe oznaczenie punktów kontrolnych. Kto nie znał trasy czasem musiał ich długo szukać (Staszek Olbryś szukając trafił nawet aż do sąsiedniej wioski). Trasa została wyznaczona w sposób umożliwiający skracanie, co wykorzystało kilku uczestników. W skrajnym przypadku można było na tym ugrać nawet koło godziny.  Wyniki zostały opublikowane dopiero trzy dni po zwodach.

W Czechach nie mówcie nigdy „szukać”, to niecenzuralne. Używajcie określenia „hledat”.

Mój start: czwarty raz w Czechach i czwarty raz sportowa porażka, wynik prawie trzy godziny słabszy od zakładanego. Mimo to wróciłem usatysfakcjonowany, pod każdym względem zadowolony. Może to kwestia klimatu imprez w tym kraju, trochę trudności trasy, może też specyficznego stylu organizacji, ale starty w tym kraju zawsze są dla mnie piękną przygodą, i to przez duże P.

DSC02589

 

 

Jak Dzika Świnia

Rodopy to pasmo górskie leżące na Bałkanach. Całkiem spore, mają powierzchnię około  240 na 100 kilometrów. Jakieś 80 % z tego przypada na Bułgarię, a reszta należy do Grecji. Gdzieś na skraju Rodopów, tam gdzie zaczyna się Nizina Tracka leży pięćdziesięciotysięczne miasto Asenowgrad.  W miejscowości tej mieściła się baza Persenk Ultra, jednego z największych w Bułgarii ultramaratonów.

Kilka zdań o imprezie: do wyboru były trzy trasy. Najdłuższa Persenk Ultra miała 157 km / + 7100; wystartował na niej Tadeusz Podraza. Najkrótsza Orehowo Trail miała 53 km / +2200. Skusiły się na nią Ewa Skubida i Anna Podraza. Trzecia trasa, ta moja,  miała najlepszą nazwę: Wild Boar Ultra, Dzika Świnia. Jej parametry to 105 km / + 5000.

Jak znaleźliśmy tę imprezę? Od czasu gdy działa ITRA, na jej stronie można znaleźć kalendarz imprez rozgrywanych na całym świecie. W samej Bułgarii są jeszcze co najmniej dwie porównywalne: Piryn Ultra i Triawna Ultra. Ciekawa sprawa: choć to imprezy konkurencyjne, organizatorzy porozumieli się w niektórych kwestiach. Na przykład finisherzy na wszystkich trzech dostają medale, z których można ułożyć efektowną gwiazdę. Mają na to trzy lata. Tadek już kombinuje, jak dojechać na pozostałe dwie imprezy, aby złożyć sobie komplet.

Kolejna ciekawostka: przed startem podczas kontroli wyposażenia sędziowie oznaczyli numerami… batoniki które zabieraliśmy na trasę. Po co? By móc namierzyć delikwentów, którzy mieliby ochotę na wyrzucenie śmieci na trasie i mieć podstawę do ukarania ich. Bardzo dobry pomysł, przydałoby się wprowadzić to u nas.

Startujemy o osiemnastej. Na początek mocne uderzenie: podbieg (raczej podejście) z 200 m npm. na 1400. Temperatura na starcie to ponad 30 stopni. Na szczęście wkrótce robi się chłodniej czyli jakieś dwadzieścia na plusie. Dalej ciepło, ale już jest lepiej. Na zbiegu trasa robi się bardzo techniczna. Skaczemy z kamienia na kamień gdzieś w środku niczego. Nie widzę żadnej ścieżki, ale nagle w środku tej nicości wyrasta przed nami niewielki most. Ma jakieś dwa tysiące lat, zbudowali go Rzymianie. A potem znowu ścieżka znika. Po co Rzymianom most w takim miejscu? Kawałek dalej jest gwóźdź programu: zbocze tak nastromione, że organizatorzy zainstalowali 400 metrów poręczówek. Zejście bez nich nie byłoby możliwe. Tadek, który ma na koncie więcej liniówek ode mnie powie później, że trudniejszą technicznie trasę widział do tej pory tylko w Andorze.

Po mniej więcej trzech godzinach zaczyna mnie potężnie boleć głowa. Brnę do przodu, ale czuję się fatalnie. Po kolejnych dwóch odgaduję przyczynę: jest ciągle ciepło, a ja za mało piję. Odwodniłem się. Taki stary i taki hm… niemądry, błąd jak u początkującego zawodnika. Na punktach odżywczych staram się pić jak najwięcej i kilkanaście kilometrów dalej jest już lepiej. Punktów było siedem i były dobrze zaopatrzone. Woda, cola, owoce, sery białe i żółte, chleb, pomidory, zupa, co kto sobie zażyczył to miał. Na każdym punkcie były osoby z przeszkoleniem medycznym. Trochę rozwaliłem sobie kolano.  Sanitariusze proponowali mi, że oczyszczą i zdezynfekują ranę. Nie skorzystałem, szkoda mi było czasu. Z tego samego powodu nie skorzystałem też z masażu na trasie (dziewczyny nie spieszyły się tak bardzo i wykorzystały okazję).

Czym najbardziej różnił się ten bieg od tych rozgrywanych w Polsce? Rzucała się w oczy żywiołowość wolontariuszy. Robili wszystko, by uczestnicy dobrze czuli się na trasie. Bardzo mocno dopingowali zawodników. To nie były tylko brawa przy wejściu na punkt. To był głośny doping dla każdego już na kilkadziesiąt metrów wcześniej. Bardzo to było miłe, nakręcało do dalszego napierania.

Jeden z zawodników lokalnych oznajmił mi, że zna jedno słowo po polsku. Brzmiało ono „kurwa mać”. Obu nas to bardzo cieszyło: on cieszył się ze swoich zdolności lingwistycznych, ja z piękna i ekspansywności rodzimego języka.

Tuż przed świtem przeleciał meteoryt. Olbrzymi był, nigdy jeszcze takiego nie widziałem. Leciał długo. Najpierw był błysk, potem została po nim długa żółta, a potem turkusowa smuga. Chyba pierwszy raz w życiu zdążyłem pomyśleć sobie życzenie zanim zgasła.

Moim celem było złamanie dziewiętnastu godzin. W nocy biegałem raczej topornie, ale udawało mi się trzymać tempo. Przyszedł jednak osiemdziesiąty czwarty kilometr i wszystko odmieniło się. Pomyślicie pewnie: przyszedł kryzys. A figa! Byłem w tym momencie dziewiętnasty. Do najbliższego zawodnika miałem 15 minut straty. Do jedenastego 40. Nie wiadomo dlaczego nagle poczułem się dobrze. Ba, poczułem w sobie moc! Pomyślałem sobie „Teraz albo nigdy. Oni są zmęczeni, wiec ich przeskoczę”. Irracjonalne? Bezsensowne? Poleciałem jak Dzika Świnia. Jak natchniona Dzika Świnia! Mijałem wszystkich jak maszyna. Jednego, drugiego, trzeciego. Czwartego i kolejnego. I jeszcze jednego! Na jednym przelocie minąłem siedmiu zawodników! Nadrobiłem prawie godzinę. Na tym odcinku miałem trzeci czas zawodów!

Efekt? Czas 17.45. Dało mi to 12. miejsce w klasyfikacji generalnej i 3. w kategorii + 40.

Czy mogło być lepiej? Może powinienem przyspieszyć wcześniej? Może powinienem. Ale wiem, że w końcówce dałem z siebie wszystko. Że nadrobiłem godzinę na ostatnich dziewiętnastu kilometrach. Że biorąc poprawkę na przewyższenie pobiegłem najszybszą setkę w życiu. Że z mety na kwaterę doszedłem na chwiejnych nogach, a potem zasnąłem na siedząco na podłodze. Że mając 46 lat i ponad 100 imprez ultra w nogach udało mi jeszcze się podnieść  sobie poprzeczkę.

Tadek zajął 12. miejsce tak jak ja. PKŻ była 30. na prawie 60 pań. Ania skończyła w limicie i kolejny raz zdobyła punkty ITRA.

Podsumować trzeba jeszcze: fajnie było. Cała nasza czwórka zrobiła wyniki na miarę swoich możliwości. O imprezie można wyrażać się w samych superlatywach. Doskonale zorganizowana. Z bardzo trudną trasą ze względu na przewyższenia i niewyraźne, ale dobrze oznakowane kamienne ścieżki (jedyny mankament: trasa była mocno zalesiona, mało widokowa). Z fantastycznymi wolontariuszami. Aż korci, żeby tam wrócić i sprawdzić, co mają do zaoferowania Triawna i Piryn.

 

 

Iszinik 100 czyli naddunajska zlewka

Bardzo chcieliśmy gdzieś wystartować w długi listopadowy weekend. Paradoksalnie o węgierskim Isziniku nie myśleliśmy wcale. Był zbyt skomplikowany logistycznie: gdzie indziej start, gdzie indziej meta dla mnie, jeszcze gdzie indziej dla PKŻ. Na dodatek nie było noclegów. Niespodziewanie na horyzoncie pojawił się mający na koncie dwa ukończone Rzeźniki  Kapitan SQ. Nie dość, że postanowił sam wystartować, to jeszcze znalazł kierowcę, który miał nas zawieźć na start, a potem pozbierać. Za kierownicą miała usiąść Karolina, dla której weekend zapowiadał się pracowicie. Miała dojechać z Mazur do Budapesztu, pozwiedzać stolicę Węgier, ściągnąć nas z trasy i wrócić z powrotem. Dawało to jakieś 2500 kilometrów w trzy doby.

Fot. Gyula Rakk

Nieszczęśliwym zrządzeniem losu w dniu imprezy nad Węgrami akurat przechodził front atmosferyczny. Zaczęło padać na kilka godzin przed startem. Po sprawdzeniu prognozy meteo z występu zrezygnował SQ. Przyznać mu trzeba, że była to decyzja rozsądna. Stosunkowo niewielkie doświadczenie połączone z warunkami na trasie nie dawało mu prawie żadnych szans na dotarcie do mety. A my z PKŻ ruszyliśmy w bój. PKŻ na turystycznej trasie 50 km / + 1250, a ja na sportowej 100 / + 3000.

Organizacja imprezy była trochę inna niż na imprezach krajowych. Można było zgłosić się na setkę sportową i turystyczną, przy czym trasa obu była jednakowa. Czym więc różniły się? Trasa sportowa miała wyższe wpisowe, ok. 135 złotych. Zawodnicy na dziewięciu punktach kontrolnych dostawali jedzenie i picie. Mieli też elektroniczny pomiar czasu. Pewnym utrudnieniem był natomiast limit: 17 godzin. Uczestnicy trasy turystycznej musieli radzić sobie swe własnym zakresie z jedzeniem i piciem, a czas mieli mierzony ręcznie. Za to płacili tylko 60 zł i mieli 25 godzin na pokonanie trasy. Trasa nie była oznaczona, natomiast 99 % szło szlakami turystycznymi.

Ostatecznie wystartowało około piętnastu biegaczy i ponad dwustu hikerów. Wśród uczestników sporo znajomych twarzy. Jak się jeździ, to się zna ludzi. Właściwie to więcej mam znajomych wśród uczestników imprez węgierskich, niż na polskich liniówkach. Bo na polskie prawie nie jeżdżę. Może zacznę, jak sensownie potanieją. Czyli chyba jednak nie zacznę.

Ruszamy. Pada, mokro i zimno. Jakieś trzy stopnie na plusie, a obok mnie śmigają trzej kolesie w krótkich spodenkach. Ciekawe, dokąd dali radę dobiec? W tym stroju raczej niedaleko. Bo jest nieszczególnie przyjemnie. Mokro w butach i w spodniach, mokro pod kurtką, a nawet w majtkach. Na początku trzymam się grupy czołowej, potem wyprzedza mnie jakieś 15 – 20 osób. Pada bez przerwy, a na większych wzniesieniach psychikę nadweręża mgła, taka jak np. na zdjęciu poniżej. Żeby była jasność: zdjęcie było wykonane około południa. PKŻ twierdzi, że zastanawiała się nawet nad skorzystaniem z czołówki.

Fot. Gyorkos Virag

PKŻ sprawiła się doskonale. Dotarła do mety z czasem ledwie 10 minut gorszym od rekordu życiowego. Podobno chciała zejść z trasy, ale nie bardzo było dokąd. Podobno miała lekką hipotermię. Podobno na trasie było strasznie. Podobno była to najtrudniejsza impreza w jej życiu.

Trasa wiodła wzgórzami Gerecse, Pilis i Budai. Są to bardzo ładne, falujące pagórki. Bardzo przyjazne dla biegaczy. Niezbyt strome, a mimo to dało się zrobić na nich spore przewyższenie. Widokowo mogło by być całkiem ładnie, gdyby była jakaś widoczność. Ale z tym było kiepsko. Przez chwilę jednak udało się zza wzgórz zobaczyć wstęgę Dunaju.

A ja sobie truchtałem, raz wolniej, raz szybciej, tak na jakieś piętnascie godzin. Jak mi było zimno, to przyspieszałem. Dużo jadłem, mało piłem. Do dyspozycji było sporo picia, ale zimnego. Przez całą imprezę wypiłem tylko 1,3 litra izotonika. Byłoby całkiem fajnie, gdybym nie zgubił cztery razy drogi. Jak to możliwe, że mając do dyspozycji telefon z trackiem GPS tyle razy gubiłem się? Próbowaliście kiedyś obsługiwać telefon z panelem dotykowym w mokrych rękawiczkach i na deszczu? Jak popróbujecie, to zrozumiecie. W efekcie zamiast stu kilometrów zrobiłem 109. Widocznie bez nadróbki byłoby nudno.

Fot. Gyula Rakk

Gorsze było to, że w miejscowości Dorog na sześćdziesiątym pierwszym kilometrze nie znalazłem punktu kontrolnego. Było to największe miasteczko na trasie. Zaglądałem w okna wszystkich napotkanych barów i nic. Nie mogłem wrócić, bo zacząłem wypadać poza limit czasowy, pobiegłem więc dalej, choć spodziewałem się dyskwalifikacji. Ale NKL to jeszcze nie jest powód, by rezygnować z imprezy.

Gdzieś po dziesięciu godzinach prawie przestał padać deszcz. Zrobiło się jakoś przyjemniej. Chmury zaczęły się trochę rozchodzić i nagle gdzieś w dole, u stóp wzgórz Budai pojawiły się światła Budapesztu. Było to piękne zjawisko. Warto było przyjechać na Iszinika choćby ze względu tych kilka spojrzeń z góry na światła wielkiego miasta.

Czasu na podziwianie nie było jednak dużo. Z ostatniego punktu kontrolnego do mety było jeszcze siedem kilometrów, z tego kawałek pod górkę, a mi zostało tylko sześćdziesiąt minut. Trzeba było sprężyć się. Mus to mus, zacisnąłem zęby i przyspieszyłem. Kontrolowałem czas i dystans z telefonem w ręku. Im bliżej mety, tym bardziej przyspieszałem. Udało się, finiszowałem w 16.59, na niespełna minutę przed limitem.

W bazie wszystkich osobiście witał szef imprezy Daniel Rolf Szekely. Przesympatyczny facet i bardzo kontaktowy. Podobno mówi w sześciu językach. Po polsku niestety nie, ale dogadaliśmy się. Przede wszystkim okazało się, że nie będę zdyskwalifikowany. Daniel uznał, że wierzy, że pokonałem całą trasę i brak jednego punktu nie jest dla niego problemem. Drugą niespodzianką było to, że finiszowałem jako piąty wśród biegaczy, a siódmy w ogóle. Pogoda bardzo mocno przerzedziła stawkę. Ogółem do mety dotarło niespełna sto osób.

Siódme miejsce?! Bomba! To najlepszy wynik na setkę w tym sezonie. Nie będę jednak ukrywał: skończyłem stargany. Zwykle po sobotniej setce w poniedziałek spokojnie idę do pracy. Tym razem nie dałem rady. Ale satysfakcja po hardcorowej imprezie pozostanie.

Krali Marko 90

Dlaczego akurat Macedonia? Bo dużo gór. Bo wszędzie ładnie. Bo niedrogo. Bo egzotycznie, a niedaleko. Bo mają tam imprezę ultra.

Krali Marko Trail: główna trasa 90 km / + 4300 , 4 punkty ITRA. Kamena Baba 31 km / +1250. Treskavec Trail 16 km / +800  Dodatkowo dla dzieci kilometrowy Markukule.

2

Plan był prosty: najpierw dwa dni w samochodzie, aby dojechać. Potem 5 dni zwiedzania kraju. W weekend Hiu robi Króla Marka, a PKŻ Kameną Babę.

Wpisowe zapłacone na 3 miesiące przed zawodami: Kamena Baba: 28 zł, Krali Marko 134 zł. W ramach wpisowego (długa trasa) koszulka bawełniana, koszulka techniczna i medal na mecie. Także nocleg przed i po imprezie na podłodze w hali sportowej. Sama hala ładna, funkcjonalna, ale swego rodzaju zdziwienie wywołała „narciarska” ubikacja.

Ruszamy z Varosh, przedmieścia Prilepu w sobotę o dwudziestej trzeciej. 58 osób. Są gospodarze, są Bułgarzy, Serbowie, Kosowianie i jeden Polak (czyli ja). Krótkie trasy będą jeszcze bardziej międzynarodowe: Amerykanie, Australijczyk i Finka. Między nimi zaś PKŻ i Przemek Śmiertka, przesympatyczny Polak.

W dużym skrócie trasa dziewięćdziesiątki składa się z sześciu długich podbiegów i sześciu równie długich zbiegów. Pierwsze podejście to Treskawiec. Punkt kontrolny jest na terenie monastyru, jednego z najstarszych i najpiękniejszych w Macedonii. Zaczynam spokojnie, bez szaleństw. Pod strome górki nawet nie próbuję podbiegać. Za to miejscowi biegną jak wariaci, bez względu na stromiznę. Patrzę na to z uśmiechem; wiem, że zapłacą za to w dalszej części wyścigu. Na razie jestem gdzieś w połowie trzeciej dziesiątki.

Trasa w całości oznaczona taśmą z elementami odblaskowymi. Biegłem bez mapy i bez GPS. Oznakowanie bardzo dobre.

Za Treskawcem zbieg. Piękny, techniczny, skakanie z kamienia na kamień. Góry naokoło Prilepu wyglądają mniej więcej tak, jak gdyby ktoś wymieszał w gigantycznej betoniarce zaprawę, a potem chlusnął z wiaderka na ziemię. Kamienie, kamienie i jeszcze raz  kamienie porozrzucane wśród trawy. Teraz ja biegnę jak wariat na dół. Do czasu. Chwila nieuwagi i sruuu… Leżę…  Na moment zabrakło mi tchu, ale pozbierałem się i pobiegłem dalej. Tylko już mniej radośnie.

Jeszcze mniej radośnie zrobiło się po powrocie do domu. Upadłem jak siatkarz, na klatkę piersiową. Dwa dni po zawodach zdiagnozowałem sobie pęknięte (a może i złamane) żebro.

Druga góra to Kozjak, prawie 1800 m npm. Tak wysoko jeszcze nigdy nie biegałem. Stroma jest. Dwa kilometry podejścia zabrały aż 38 minut. Po drodze mijam rywali, jednego za drugim. Procentują treningi w wieżowcu na schodach. Rześko jest, temperatura spada do pięciu stopni, a ja w krótkich spodenkach. Naginać trzeba szybko, to będzie cieplej. Chwilę idę z Bułgarami. Pytają, czy często biegam ultra. Gdy odpowiadam, że w tym roku to moja jedenasta impreza, dostaję ksywkę ” Maszina”. Bardzo fajne określenie.

Jest siódma rano, trzecia górka za mną. Przed chwilą wstało słońce, a ja biegnę po trzykilometrowej połoninie. Żadnej ścieżki, sama trawa upstrzona raz za razem kapeluszami kani. I między tymi kaniami biegnę sobie slalomem. I jest pięknie.

W międzyczasie niepostrzeżenie przebijam się na dziewiąte miejsce. Kolejny zawodnik jest pół godziny przede mną. Próbuję odrobić dystans, ale idzie to powoli. 33 minuty, 29, 28… Walczę, cisnę ile sił w nogach, ale ten skurczybyk ciągle jest daleko z przodu. Na punktach kontrolnych szybko łykam po 2 – 3 kubki coli, łapie w ręce coś do jedzenia, sprawdzam stratę i biegnę dalej. Ale ten z przodu jest lepszy.

Punkty kontrolne: było ich dziewięć. Pomiar czasu elektroniczny, oraz potwierdzenie u sędziego. Do picia woda, izotonik i cola. Duży wybór jedzenia. Dodatkowe dwa punkty kontrolne na najwyższych wierzchołkach potwierdzane perforatorem.

Ostatnie podejście, znowu Treskawiec, tylko od drugiej strony. W nogach osiemdziesiąt kilometrów. Kryzys. Temperatura skoczyła do dwudziestu stopni. Poddaje się, przestaję walczyć o wynik. Tempo gwałtownie spada. Mam dość. Dogania mnie Igor Josifov, czołowy ultras macedoński. Ten kraj ma zaledwie dwa miliony obywateli, wiec trochę łatwiej być tam czołowym zawodnikiem. Igor też jest zmęczony, ale ma więcej mocy niż ja. Spokojnie mógłby mnie wyprzedzić, ale ma ochotę sobie pogadać. Jestem tutaj gościem nieco egzotycznym, niewielu Polaków odwiedza ten region. Na metę wchodzimy razem.

Wynik końcowy: dziesiąte miejsce, 16 godzin i 17 minut. A może nawet ósme, bo wyprzedziły mnie dwie kobiety, a nie wypada mi ścigać się w jednej kategorii z płcią piękną. Polscy kibice są na to bardzo wyczuleni. Zwycięzca, Iwajło Atanasow z Bułgarii pokonał trasę w 12.14.

Mały minus: choć na punktach k0ntrolnych jedzenia i picia bylo w bród, to na mecie nie było nic.

Okoliczności przyrody przypadły do gustu także PKŻ. Zwłaszcza zbieg z Treskawca. Na trasie znalazła sobie nowe koleżanki: Serbkę i Macedonkę. Międzynarodowe towarzystwo trochę się rozplotkowało, wskutek czego w pewnym momencie panie zgubiły oznakowanie. Trzykilometrowa nadróbka kosztowała je dodatkowe 45 minut na trasie. Ale kto paniom zabroni spacerów po górach. Efekt finalny: 22. miejsce na około 30 kobiet.

Organizacyjnie imprezę należy ocenić bardzo dobrze. Czułem się dobrze „dopieszczony”. Atrakcyjna widokowo trasa. Trochę technicznego biegania, trochę bezdroży, spore przewyższenia. Noclegi, jedzenie, picie, oznakowanie – wszystko na dobrym poziomie. Atmosfera w bazie i na trasie wyśmienita. Te zawody z czystym sumieniem można polecić nawet mocno wymagającym.

—–

A kim był Królewicz Marko (Krali Marko Mrnjavczewić)?

 

Fotki spod wiosennego Sluknova

Wczoraj było małe święto: po raz pierwszy od Wielkanocy poszedłem na trening. Na imprezie w Czechach dopadła mnie kontuzja: przy piszczelu nad stawem skokowym zrobił się stan zapalny. Bardzo bolesny był, w Wielką Niedzielę miałem problemy z chodzeniem. Na szczęście noga powoli dochodzi do siebie. Jeszcze trochę boli przy napinaniu mięśni, ale da się już biegać. Będzie dobrze!

Dostałem kilka zdjęć z Jarnim Sluknovskem. Autorem jest Dominik Guzowski, który był na turystycznej trasie 30 km. Trzydziestka pokrywała się zarówno z pięćdziesiątką, jak i z setką. Widoki po drodze były więc te same.

PKŻ i Daniel w akcji:

2

Dolina Łaby:

1

Na skały, na dół, na skały, na dół:

3

Chwilami trasa wyglądała tak:

4

Po drodze były i takie widoczki:

1

Ekipa, już po:

2

Gdyby komuś było mało, polecam do przeczytania relację zawodnika z wyższej półki, Łukasza Pawłowskiego.

—–

Poprzedni wpis miał kończyć się tekstem „Imprezę sponsorowała liczba 92”, tylko sobie zapomniałem. Zatem, nadrabiając zaległości: imprezę sponsorowała liczba 92.

Jarnim Šluknovskem

Najpierw trzeba było przejechać 700 kilometrów samochodem w pięć osób do czeskich Mikulaszowic. Potem szybka zmiana środka transportu na pociąg. Po drodze, przez Niemcy,  jeszcze dwie przesiadki i byłem na miejscu startu w Krupce. Tak wyglądała moja logistyka przedstartowa na Jarnim Śluknovskem, 115-kilometrowej imprezie pieszej.

Reszta ekipy nie miała łatwiej: PKŻ i Daniel szli na 50 km, a Magda i Pinio na 30. Wszyscy następnego dnia jechali samochodem do niemieckiego Kohlmuhle. Tam zostawiali auto i pociągiem ruszali na start do Bad Schandau. Część ekipy szła prosto na metę do Mikulaszowic, część miała koniec trasy w Kohlmuhle. Proste, nieprawdaż?

W pociągu poznałem się z Ladislavem Mazurkiem. Od razu widać było, że jedziemy w to samo miejsce. Ladislav w zeszłym roku zaliczył siedem setek i dwadzieścia pięć pięćdziesiątek. Mogę tylko pomarzyć o takim dorobku. Jeszcze taki drobiazg: Ladislav ma 65 lat!

Na starcie w Krupce trwała właśnie impreza. Prawie wszyscy uczestnicy ładowali w siebie piwo. Zazwyczaj to ja jestem tym, co nie wylewa za kołnierz, ale tu poczułem się nieswojo. Bo przed startem to ja tylko soczek popijałem, a wszyscy Czesi łoili piwo. Jedno, drugie, niektórzy nawet trzecie. A potem jak gdyby nigdy nic poszli sobie na trasę. Cóż, podobno Polacy są sztywni i nie umieją się bawić (to słowa, które usłyszała PKŻ na mecie). Coś w tym jest, Czesi potrafią być naprawdę wyluzowani.

Przed startem uciąłem sobie miłą pogawędkę z Łukaszem Pawłowskim. Parę słów zamieniłem też z jedną z tutejszych legend – Jirką Hoffmanem. Jiri chodzi zawsze na trasę z wielką, ponad dwukilową księgą. Zbiera do niej pieczątki ze wszystkich miejsc, które odwiedził. Idąc na setkę dobrowolnie dokłada sobie do plecaka dwa kilogramy! W ten sposób Jirka zaliczył już ponad 700 (słownie:siedemset) setek!

Ruszyliśmy na trasę. Początek był mocny jak u Hitchcocka: czterystumetrowe podejście pod wyciągiem narciarskim, na wprost. Padał deszcz, było  dużo błota i właściwie od początku wiedziałem, że tego dnia nic wielkiego z siebie nie wycisnę. Na dodatek zgubiłem gdzieś tabletki przeciwbólowe. Bez nich, jako dyskopata nie mam co myśleć o dłuższym bieganiu. No to nie biegałem. Gorsza sprawa, że pojawił się ból przy piszczelu nad stawem skokowym, z każdym kilometrem narastający. Rozsądnie sprawę traktując to powinienem wycofać się na 65 kilometrze. Ale nie po to tyle jechałem, by kończyć przed czasem. PKŻ udało się przekazać mi porcję tabletek przeciwbólowych i moglem ruszać dalej w trasę.

Cała zabawa zaczynała się dopiero po 65 kilometrze. Najpierw niezwykła góra Lilienstein, a potem okolice Bastein, serce Saskiej Szwajcarii. Przebiegaliśmy po pięknym moście pomiędzy skałami ( PKŻ która biegła godzinę wcześniej była tak skoncentrowana na mapie, że na mecie zapytała „a gdzie był ten most?”), a obok pięciu kolesi w regionalnych strojach grało na trombitach. Wyszło słońce i widoki były przecudne. Tylko kilometry mijały coraz wolniej, bo teren był ciężki. Na zmianę do góry i na dół. Po schodach, po kamieniach i po drabinach. Drabina w górę, schody w dół. Schody w górę, a potem zejście w dolinę. I tak na okrągło.

Kryzysy też były. 10 kilometrów przed końcem, już w nocy,  na wielkiej odkrytej przestrzeni przegapiłem drogowskaz i błąkałem się godzinę w tę i z powrotem. Potem spotkałem Rafała Koszyka i rozmowa z nim odwróciła uwagę od problemu: tabletki przestały działać. Na dodatek temperatura spadła poniżej zera i zrobiło się bardzo zimno. Rafał też był już umęczony, ale jakoś doturlaliśmy się do mety. Była w zupełnie innym miejscu niż spodziewaliśmy się, kilometr bliżej. Cóż, warto czasem czytać dokładnie opisy, aby wiedzieć dokąd iść. Ponieważ poszedłem gdzie indziej – przegrałem z Rafałem o dziesięć minut.

Czas miałem tragiczny, ale ukończenie tej setki dało mi mnóstwo satysfakcji. Trasa była piękna widokowo i trudna. Bardzo trudna. Na metę udało się dotrzeć pomimo kontuzji, więc w prywatnym rankingu sportowych osiągnięć Jarnim Sluknovskem będzie stało wysoko.

Impreza była doskonale zorganizowana. Cztery trasy miały różne miejsca startu i mety, ale udało się to świetnie dograć. Było to tym trudniejsze, że większa część „czeskiej” imprezy rozegrana była na terenie Niemiec. Egon Wiesner i Olaf Cihak mają kilka świetnych patentów na zrobienie niewielkim kosztem zawodów w obcym kraju.

Nie lubię na blogu pisać o polityce, ale stwierdzić trzeba ważną kwestię: organizacja rajdu w dwóch krajach była możliwa tylko dzięki istnieniu Strefy Schengen. Każdego, kto temu przedsięwzięciu życzy źle, będę miał za intelektualnego szkodnika i wstecznika.

Zwycięzca, Tomasz Stverak ukończył całość w 14.30. Łukasz Pawłowski był piąty. Ostatni na mecie pojawili się po 44 godzinach i 20 minutach.

Wyniki ekipy:

Hiu – 35. / 115 km/4500, 63 osoby, 27.07

PKŻ – 3. / 50 km/2400, 11.28, 8 pań, spisała się doskonale

Daniel – 9./ 50 km, 11.28, 31 osób, trochę bał się samotnej nawigacji, więc biegł z PKŻ

Magda i Pinio – ukończyli trasę 30 km/1600. Pierwszy raz byli na takiej imprezie i dali sobie radę

Zdjęcia wrzucę za parę dni.