U Hucułów

Zaczęło się poważnie, od hymnu. To były oficjalne Mistrzostwa Ukrainy w trailu. Atmosfera szybko zelżała, gdy na scenę wyszły dwie panie i zabawiały sportowców ukraińską popsą. Po kilku piosenkach ruszyliśmy na trasę Sokole Oko, najdłuższą, 52 km / +2800 na Hucuł Trail.

DSC03001.JPG

Założenia były proste: czas w granicach 8 – 9 godzin i miejsce na podium w kategorii + 40. W zeszłym roku w 8 godzin zrobiłem Dusiołka, imprezę o prawie identycznych parametrach. Początek był nawet niezły, pierwsze 10 km  biegłem na 7.30. Tylko miejsce było słabe, bo gdzieś w połowie czwartej dziesiątki. Już druga górka brutalnie zweryfikowała plany. Dość stroma była i prawie stanąłem w miejscu. Powolutku wszyscy mnie wyprzedzali, a ja człapałem krok za krokiem.

DSC03030

Nie tak miało być. To była druga górka, a takich większych na trasie było siedem. I na każdej kolejnej byłem coraz słabszy i wolniejszy. Nie wiem, co się stało, bo na mecie nie byłem bardzo zmęczony. Na drugi dzień też nic mnie nie bolało. Żadnych zakwasów, żadnej rwy kulszowej. Tylko siły nie miałem, by biegać.

Pod górę wiadomo, biegać się nie da. Na dół też nie, bo za stromo. Po śniegu nie, bo ślisko. Po błocie to już w ogóle się nie da. To może po równym? Nie, gdzieś trzeba przecież odpocząć. Niedobrze mi było cały czas i głowa bolała. W końcówce pozwoliłem sobie nawet na małego pawia. Wtedy zrobiło mi się lepiej, ale do mety było już za blisko, żeby cokolwiek nadrobić.

Ale jak się nie da, jeżeli się da. Zwycięzca zrobił całość poniżej siedmiu godzin.

Do mety doturlałem się po dwunastu godzinach, cztery godziny powyżej planu,co wystarczyło do 55. miejsca na 77 uczestników.  Żenada. Beznadzieja. Dno.

A może jednak nie do końca? To wcale nie były łatwe zawody. Co prawda śniegu nie było dużo, ale za to błota nie brakowało. Nie byłem nigdy na Łemkowynie, ale to, co zobaczyłem na Hucule w zupełności mi wystarcza. Błoto płytkie, błoto głębokie, zasysające, przytrzymujące, wywracające, oblepiające i poślizgowe. Każde możliwe. A buty w tym błocie ważyły każdy o kilogram więcej niż powinien.

DSC03562

Zanikające ścieżki? Były. Odcinek poprowadzony przez środek strumienia? Proszę bardzo, był. W poprzek strumienia? Takiego górskiego, z siłą wodospadu i po śliskich kamieniach też był. A może by tak kilkaset metrów pod górę przez wąski wąwóz, oczywiście przez potok  ? Najlepiej tak stromy, żeby chwilami trzeba było używać wszystkich czterech kończyn? To wszystko udało się zmieścić na trasie Sokolego Oka.

Zawody były bardzo spektakularne pod względem widokowym. Choć nie wybiegliśmy powyżej 900 m npm, to widoki na grzbiety i doliny Beskidów Huculskich były niezwykle efektowne. Co podejście oglądać mogliśmy nową dolinę. Przez kilometrów biegliśmy po cudnych połoninach. Zadziwiające jest, jak wysoko ludzie budoją domy, choć trudno czasem znaleźć do nich sensowną drogę. Przez chwilę otwarł się nam niezwykły widok na Hryniawy, Czywczyn i Czarnohorę z Popem Iwanem. Miałem chwilę satysfakcji, gdy biegnąc z trojgiem zawodników lokalnych, nie oni mi, lecz ja im, localesom, opowiadałem o górach zamykających horyzont.

Punkty odżywcze były skromne. Woda, cola, figi, banany, jakieś ciastka, na niektórych cieple zupki. Było ich pięć, na taki dystans wystarczająco. Opublikowany był dokładny wykaz i z góry było wiadomo czego i gdzie się spodziewał.

Były i mankamenty. Najsłabszym punktem zawodów było oznakowanie trasy. W niektórych miejscach zbierały się kilkuosobowe grupy szukające ostatniego znacznika. Powtarzało się to kilkukrotnie. Dołożyłem sobie w ten sposób jakieś trzy kilometry. Rozwiązanie tego problemu było jednak banalne: wystarczyło mieć wgrany w jakieś urządzenie track GPS, by nie gubić się.

Drugim mankamentem było niedoszacowanie trasy. Na FB zawodnicy ukraińscy pisali, że było to ok.  55 km / + 3400. Zwłaszcza ten drugi parametr troche zmienia ocenę końcową osiągniętego rezultatu.

Organizatorem imprezy był Aleksandr „Szura” Olivson. Powinni go pamiętać uczestnicy Bergson Winter Challenge. Przed kilku laty często przyjeżdżał do Polski, by ze swoim zespołem regularnie plasować się na podium najdłuższej trasy tych zawodów. Szura ma też w dorobku miejsce w pierwszej dziesiątce mistrzostw świata w rajdach przygodowych. Kiedyś miał świetne wyniki jako zawodnik, teraz jest równie dobry jako organizator. Robi największe na Ukrainie imprezy trailowe:

Hucuł Trail, marzec, Wyżnica, 23 i 52 km

Dzembronia Trail, kwiecień, Dzembronia, 24 i 42 km

Karpatia Trail, czerwiec, Wołowiec, 66 i 103 km

100 BukoMil, sierpień, Worochta, 71, 118, 186 km

Endurance Trail, wrzesień, Bukowel, 20 i 55 km

Strona organizatora

Strona Hucuł Trail

DSC03012

Komu można te imprezy polecić? Typowym ultrasom biegającym z klapkami na oczach  po równych drogach w poszukiwaniu punktów ITRA niekoniecznie. Ale ci, którzy biegają ultra na orientację powinni być usatysfakcjonowani. Uczestnicy rajdów przygodowych również. Te imprezy powinny podobać się też klasycznym poszukiwaczom przygód, dla których wynik sportowy będzie drugorzędny.


Hiu – zrobiłeś wynik poniżej planu. Pamiętaj jednak, że nie masz już 30 lat, taki prawie oldboy już jesteś. Nie piernicz, że było słabo, bo impreza była bardzo konkretna i za dwa – trzy lata będziesz bardzo dumny, że ją ukończyłeś.

DSC03561

Reklamy

Porachunki z Pokuciem

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, gdzieś w Beskidach Pokuckich…

…eee… gdzie?..  w jakich Beskidach?…pisz Hiu normalnie, przecież nie ma takich Beskidów, a już na pewno w Polsce nie ma…

Był koniec kwietnia 2008. Dwie polskie czwórki wybrały się na Ferrino Extreme Marafon, ponad trzystukilometrowy rajd przygodowy do położonej u stóp Czarnohory Worochty (Czarnohora brzmi lepiej, to już niektórzy kojarzą gdzie). Pojechały i poniosły klęskę. Zespół Brubeck / napieraj.pl nie przetrwał nawet pierwszej nocy, koledzy z Adventury wytrwali na trasie niewiele dłużej. Składy były ciekawe. W Brubecku oprócz mnie byli jeszcze Maciek Tracz, wtedy absolutna czołówka krajowego adventure racing i Krzysztof Dołęgowski, ten od Chudego Wawrzyńca. Miała z nami startować wtedy nikomu szerzej nie znana Agata Matejczuk, ale coś jej wypadło i zastąpiła ją Iza Cieluch. Iza, bardziej znana pod nazwiskiem Burzyńska, niedługo potem stanęła na podium setki w B7D.

Skład był bardzo mocny, a jednak polegliśmy. Pokonała nas nocna przeprawa z rowerami na plecach przez Beskidy Pokuckie. Polegliśmy w walce z błotem, śniegiem i drogami istniejącymi jedynie w wyobraźni autora mapy. Na pocieszenie zostało nam, że prawdopodobnie jesteśmy w ósemkę jedynymi Polakami, którzy z rowerami na plecach pokonali to pasmo górskie w poprzek, na dodatek w warunkach półzimowych. I tak zostanie pewnie co najmniej przez następne 5o lat, bo pożytku z takiego przejścia nie ma żadnego, a sława ma zasięg bardzo ograniczony. Właściwie to nawet zerowy.

Relacje Maćka i Izy z 2008 roku

EM

Na FEM wróciliśmy prawie wszyscy rok później. Adventura (Magda Łączak, Paweł Dybek, Igor Blachut, Irek Waluga) zajęła 3. miejsce w mastersach. Mi udało się wystartować w parze z Michałem Kiełbasińskim. Kolejne w tym zestawie duże nazwisko. Po czterech dniach i trzystu kilometrach rywalizacji zajęliśmy drugie miejsce. Udowodniliśmy sobie, że potrafimy okiełznać ukraińskie Karpaty. Tym razem jednak bój toczył się w Czarnohorze, Gorganach i na Świdowcu. Tylko przez parę chwil mieliśmy w zasięgu wzroku Beskidy Huculskie.

P1120689


Minęło prawie dziesięc lat. Przypomniałem sobie o zawodach na Ukrainie dzięki Sławkowi Konopce, który organizuje tam Bojko Trail. Trasa tej imprezy jest bardzo spektakularna. Za jednym zamachem można zaliczyć Pikuja, Ostrą Horę i Połoninę Równą. Niewiele jest w Polsce tras takiej urody.

Mam jednak taki defekt, że w obcym kraju wolę spotykać raczej autochtonów. Polaków oglądam wystarczająco często w Polsce. za granicą nie są mi do niczego potrzebni. Dlatego  zupełnie mnie nie pociagają zawody takie jak właśnie Bojko Trail czy Lavaredo UT, gdzie naszych liczy się nie na sztuki, tylko na autokary.

Dużo wiecej przyjemności sprawia mi ściganie się z zawodnikami lokalnymi.


Poszukałem, pogrzebałem i… mam!

Hucuł Trail na Pokuciu. Tym samym Pokuciu, gdzie dziesięć lat temu ponieśliśmy totalną porażkę. Będzie okazja odkuć się po latach. Tym przyjemniejsza, że za organizację odpowiada… ta sama ekipa Szury Olivsona, która kiedyś organizowała FEM.

Dystans nie powala, raptem 52 kilometry. Przewyższenie już bardziej: + 2800 metrów. Będzie syto, bardzo syto. To jednak nie koniec atrakcji. Na dzień dzisiejszy na trasie leży 30 – 40 centymetrów śniegu. Trasa przed zawodami nie będzie odśnieżana. Gdyby taka impreza odbywała się u nas dystans zapewne zostałby skrócony (jak np. na Niepokornym Mnichu). Ukraińcy nie są tacy delikatni, biegają bez względu na warunki. W zeszłym roku zwycięzca potrzebował na pokonanie tej trasy aż siedem i pół godziny, a osiem godzin wystarczało do miejsca na podium.

Jest jeszcze jeden drobiazg dodający imprezie smaku. Będą to certyfikowane przez Ukraińską Federację Lekkoatletyczną Mistrzostwa Ukrainy w trailu.

Może być fajnie.


A Huculi to taki lud na wymarciu, żyjący gdzieś na granicy Serbii. Oglądałem film, to wiem.

Mala Hana

Mala Hana to niewielki region etnograficzny na Morawach. Kilka wiosek i miasteczek zagubionych gdzieś między pagórkami. Od dwudziestu trzech lat odbywa się tam dalkovy pochod Malohanacka Stovka. To jednak nie wszystko – równolegle startuje tam Opatovske Smajd, marsz turystyczny na trasach od 10 do 50 kilometrów. Spory, jeżeli dobrze zrozumiałem relację w czeskiej telewizji, to w tym roku wzięło w nim udział ponad 600 uczestników. Stovka wchodzi w skład  cyklu CSUT – Czesko Słowacki Ultra Trail.

Wybraliśmy się tam we dwóch ze Staszkiem Olbrysiem. Na miejscu spotkaliśmy Rafała Koszyka, stałego bywalca czeskich imprez. Oprócz nas była też grupa Węgrów z m. in. Balintem Orsi (zwycięzcą jednej z edycji Beskidy Ultra Trail) i Robertem Kovacsem (dwukrotnym zwycięzcą ponad sześciusetkilometrowego Goldsteiga). Łącznie na starcie stanęły 82 osoby.

Zaskoczeniem na starcie był brak itinera. Dostaliśmy za to mapy z rozrysowaną trasą wiodącą w całości po turystycznych szlakach. Początek był mocny, pierwsze kilometry, pod górkę, robiliśmy w tempie ok. 6 minut na kilometr. Marzyło mi się po cichu pobicie rekordu życiowego. Trasa wydawała się nietrudna, tylko 2350 metrów podejść. Sprawy nie ułatwiał jednak śnieg. Nie było go bardzo dużo, ale trasa była zmrożona i śliska.

Wszystko szło dobrze gdzieś d0 42. kilometra. Tam przez chwilę mapa nie bardzo zgadzała mi się z drogą. W sumie to drobiazg, ale po chwili zgubił mi się niebieski szlak. Nie ruszyło mnie to jakoś, postanowiłem pójść kawałek asfaltem, a potem pierwszą napotkaną drogą dojść do szlaku. Ale jakoś dalej teren nie zgadzał mi się z mapą. Po czterech kilometrach wyciągnąłem kompas i…

… i zadziwiłem sam siebie. Przez cztery kilometry szedłem w kierunku dokładnie odwrotnym od prawidłowego. Żeby wrócić do dobrej drogi musiałem nadłożyć osiem kilometrów. Plan na zrobienie życiówki legł w gruzach. Motywacja również.

Trochę odechciało mi się szybko biegać. Nie miałem jednak nic lepszego do roboty. Bez zbytniego przemęczania się powoli turlałem się do mety. Musiałem wyrobić się do 13.30, bo kilka minut później zaczynał się olimpijski konkurs skoków narciarskich. Ten plan udało się zrealizować idealnie. Na mecie byłem trzydziesty, po 16 godzinach i 48 minutach. Nawet nie przebierałem się;  tak jak stałem poszedłem w miasto szukać baru z telewizorem i olimpijską transmisją.

Zwycięzcy, Tomas Klimsa i Robert Frohn zrobili całość w 10.55. Najszybsza kobieta, Eliska Kaniowa była na mecie w 13.19.

Gdy wchodziłem na metę przed czternastą, na scenie rozkładała się bluegrassowa kapela. Po skokach, o 16.30 zespół grał nadal. Poszedłem spać, a gdy wróciłem chwilę przed dwudziestą zespół wciąż jeszcze był na scenie. Pod sceną wirowało kilka par, a ręce tańczących zamiast na biodrach krążyły po pośladkach partnerów. Można tylko pozazdrościć Czechom umiejętności bawienia się.

Krótko podsumowując imprezę:

Zalety: świetna atmosfera, przebijająca nawet nasze imprezy na orientację: z jednej strony mocni ściganci, z drugiej osoby łojące piwo jeszcze przed startem. Ciekawa i mimo stosunkowo  niewielkich przewyższeń wcale nie łatwa trasa. Po drodze sporo ładnych widoków. Niskie wpisowe (ok. 68 złotych). Tani ( 7 zł) nocleg na miejscu

Wady: niefrasobliwe oznaczenie punktów kontrolnych. Kto nie znał trasy czasem musiał ich długo szukać (Staszek Olbryś szukając trafił nawet aż do sąsiedniej wioski). Trasa została wyznaczona w sposób umożliwiający skracanie, co wykorzystało kilku uczestników. W skrajnym przypadku można było na tym ugrać nawet koło godziny.  Wyniki zostały opublikowane dopiero trzy dni po zwodach.

W Czechach nie mówcie nigdy „szukać”, to niecenzuralne. Używajcie określenia „hledat”.

Mój start: czwarty raz w Czechach i czwarty raz sportowa porażka, wynik prawie trzy godziny słabszy od zakładanego. Mimo to wróciłem usatysfakcjonowany, pod każdym względem zadowolony. Może to kwestia klimatu imprez w tym kraju, trochę trudności trasy, może też specyficznego stylu organizacji, ale starty w tym kraju zawsze są dla mnie piękną przygodą, i to przez duże P.

DSC02589

 

 

Jak Dzika Świnia

Rodopy to pasmo górskie leżące na Bałkanach. Całkiem spore, mają powierzchnię około  240 na 100 kilometrów. Jakieś 80 % z tego przypada na Bułgarię, a reszta należy do Grecji. Gdzieś na skraju Rodopów, tam gdzie zaczyna się Nizina Tracka leży pięćdziesięciotysięczne miasto Asenowgrad.  W miejscowości tej mieściła się baza Persenk Ultra, jednego z największych w Bułgarii ultramaratonów.

Kilka zdań o imprezie: do wyboru były trzy trasy. Najdłuższa Persenk Ultra miała 157 km / + 7100; wystartował na niej Tadeusz Podraza. Najkrótsza Orehowo Trail miała 53 km / +2200. Skusiły się na nią Ewa Skubida i Anna Podraza. Trzecia trasa, ta moja,  miała najlepszą nazwę: Wild Boar Ultra, Dzika Świnia. Jej parametry to 105 km / + 5000.

Jak znaleźliśmy tę imprezę? Od czasu gdy działa ITRA, na jej stronie można znaleźć kalendarz imprez rozgrywanych na całym świecie. W samej Bułgarii są jeszcze co najmniej dwie porównywalne: Piryn Ultra i Triawna Ultra. Ciekawa sprawa: choć to imprezy konkurencyjne, organizatorzy porozumieli się w niektórych kwestiach. Na przykład finisherzy na wszystkich trzech dostają medale, z których można ułożyć efektowną gwiazdę. Mają na to trzy lata. Tadek już kombinuje, jak dojechać na pozostałe dwie imprezy, aby złożyć sobie komplet.

Kolejna ciekawostka: przed startem podczas kontroli wyposażenia sędziowie oznaczyli numerami… batoniki które zabieraliśmy na trasę. Po co? By móc namierzyć delikwentów, którzy mieliby ochotę na wyrzucenie śmieci na trasie i mieć podstawę do ukarania ich. Bardzo dobry pomysł, przydałoby się wprowadzić to u nas.

Startujemy o osiemnastej. Na początek mocne uderzenie: podbieg (raczej podejście) z 200 m npm. na 1400. Temperatura na starcie to ponad 30 stopni. Na szczęście wkrótce robi się chłodniej czyli jakieś dwadzieścia na plusie. Dalej ciepło, ale już jest lepiej. Na zbiegu trasa robi się bardzo techniczna. Skaczemy z kamienia na kamień gdzieś w środku niczego. Nie widzę żadnej ścieżki, ale nagle w środku tej nicości wyrasta przed nami niewielki most. Ma jakieś dwa tysiące lat, zbudowali go Rzymianie. A potem znowu ścieżka znika. Po co Rzymianom most w takim miejscu? Kawałek dalej jest gwóźdź programu: zbocze tak nastromione, że organizatorzy zainstalowali 400 metrów poręczówek. Zejście bez nich nie byłoby możliwe. Tadek, który ma na koncie więcej liniówek ode mnie powie później, że trudniejszą technicznie trasę widział do tej pory tylko w Andorze.

Po mniej więcej trzech godzinach zaczyna mnie potężnie boleć głowa. Brnę do przodu, ale czuję się fatalnie. Po kolejnych dwóch odgaduję przyczynę: jest ciągle ciepło, a ja za mało piję. Odwodniłem się. Taki stary i taki hm… niemądry, błąd jak u początkującego zawodnika. Na punktach odżywczych staram się pić jak najwięcej i kilkanaście kilometrów dalej jest już lepiej. Punktów było siedem i były dobrze zaopatrzone. Woda, cola, owoce, sery białe i żółte, chleb, pomidory, zupa, co kto sobie zażyczył to miał. Na każdym punkcie były osoby z przeszkoleniem medycznym. Trochę rozwaliłem sobie kolano.  Sanitariusze proponowali mi, że oczyszczą i zdezynfekują ranę. Nie skorzystałem, szkoda mi było czasu. Z tego samego powodu nie skorzystałem też z masażu na trasie (dziewczyny nie spieszyły się tak bardzo i wykorzystały okazję).

Czym najbardziej różnił się ten bieg od tych rozgrywanych w Polsce? Rzucała się w oczy żywiołowość wolontariuszy. Robili wszystko, by uczestnicy dobrze czuli się na trasie. Bardzo mocno dopingowali zawodników. To nie były tylko brawa przy wejściu na punkt. To był głośny doping dla każdego już na kilkadziesiąt metrów wcześniej. Bardzo to było miłe, nakręcało do dalszego napierania.

Jeden z zawodników lokalnych oznajmił mi, że zna jedno słowo po polsku. Brzmiało ono „kurwa mać”. Obu nas to bardzo cieszyło: on cieszył się ze swoich zdolności lingwistycznych, ja z piękna i ekspansywności rodzimego języka.

Tuż przed świtem przeleciał meteoryt. Olbrzymi był, nigdy jeszcze takiego nie widziałem. Leciał długo. Najpierw był błysk, potem została po nim długa żółta, a potem turkusowa smuga. Chyba pierwszy raz w życiu zdążyłem pomyśleć sobie życzenie zanim zgasła.

Moim celem było złamanie dziewiętnastu godzin. W nocy biegałem raczej topornie, ale udawało mi się trzymać tempo. Przyszedł jednak osiemdziesiąty czwarty kilometr i wszystko odmieniło się. Pomyślicie pewnie: przyszedł kryzys. A figa! Byłem w tym momencie dziewiętnasty. Do najbliższego zawodnika miałem 15 minut straty. Do jedenastego 40. Nie wiadomo dlaczego nagle poczułem się dobrze. Ba, poczułem w sobie moc! Pomyślałem sobie „Teraz albo nigdy. Oni są zmęczeni, wiec ich przeskoczę”. Irracjonalne? Bezsensowne? Poleciałem jak Dzika Świnia. Jak natchniona Dzika Świnia! Mijałem wszystkich jak maszyna. Jednego, drugiego, trzeciego. Czwartego i kolejnego. I jeszcze jednego! Na jednym przelocie minąłem siedmiu zawodników! Nadrobiłem prawie godzinę. Na tym odcinku miałem trzeci czas zawodów!

Efekt? Czas 17.45. Dało mi to 12. miejsce w klasyfikacji generalnej i 3. w kategorii + 40.

Czy mogło być lepiej? Może powinienem przyspieszyć wcześniej? Może powinienem. Ale wiem, że w końcówce dałem z siebie wszystko. Że nadrobiłem godzinę na ostatnich dziewiętnastu kilometrach. Że biorąc poprawkę na przewyższenie pobiegłem najszybszą setkę w życiu. Że z mety na kwaterę doszedłem na chwiejnych nogach, a potem zasnąłem na siedząco na podłodze. Że mając 46 lat i ponad 100 imprez ultra w nogach udało mi jeszcze się podnieść  sobie poprzeczkę.

Tadek zajął 12. miejsce tak jak ja. PKŻ była 30. na prawie 60 pań. Ania skończyła w limicie i kolejny raz zdobyła punkty ITRA.

Podsumować trzeba jeszcze: fajnie było. Cała nasza czwórka zrobiła wyniki na miarę swoich możliwości. O imprezie można wyrażać się w samych superlatywach. Doskonale zorganizowana. Z bardzo trudną trasą ze względu na przewyższenia i niewyraźne, ale dobrze oznakowane kamienne ścieżki (jedyny mankament: trasa była mocno zalesiona, mało widokowa). Z fantastycznymi wolontariuszami. Aż korci, żeby tam wrócić i sprawdzić, co mają do zaoferowania Triawna i Piryn.

 

 

Iszinik 100 czyli naddunajska zlewka

Bardzo chcieliśmy gdzieś wystartować w długi listopadowy weekend. Paradoksalnie o węgierskim Isziniku nie myśleliśmy wcale. Był zbyt skomplikowany logistycznie: gdzie indziej start, gdzie indziej meta dla mnie, jeszcze gdzie indziej dla PKŻ. Na dodatek nie było noclegów. Niespodziewanie na horyzoncie pojawił się mający na koncie dwa ukończone Rzeźniki  Kapitan SQ. Nie dość, że postanowił sam wystartować, to jeszcze znalazł kierowcę, który miał nas zawieźć na start, a potem pozbierać. Za kierownicą miała usiąść Karolina, dla której weekend zapowiadał się pracowicie. Miała dojechać z Mazur do Budapesztu, pozwiedzać stolicę Węgier, ściągnąć nas z trasy i wrócić z powrotem. Dawało to jakieś 2500 kilometrów w trzy doby.

Fot. Gyula Rakk

Nieszczęśliwym zrządzeniem losu w dniu imprezy nad Węgrami akurat przechodził front atmosferyczny. Zaczęło padać na kilka godzin przed startem. Po sprawdzeniu prognozy meteo z występu zrezygnował SQ. Przyznać mu trzeba, że była to decyzja rozsądna. Stosunkowo niewielkie doświadczenie połączone z warunkami na trasie nie dawało mu prawie żadnych szans na dotarcie do mety. A my z PKŻ ruszyliśmy w bój. PKŻ na turystycznej trasie 50 km / + 1250, a ja na sportowej 100 / + 3000.

Organizacja imprezy była trochę inna niż na imprezach krajowych. Można było zgłosić się na setkę sportową i turystyczną, przy czym trasa obu była jednakowa. Czym więc różniły się? Trasa sportowa miała wyższe wpisowe, ok. 135 złotych. Zawodnicy na dziewięciu punktach kontrolnych dostawali jedzenie i picie. Mieli też elektroniczny pomiar czasu. Pewnym utrudnieniem był natomiast limit: 17 godzin. Uczestnicy trasy turystycznej musieli radzić sobie swe własnym zakresie z jedzeniem i piciem, a czas mieli mierzony ręcznie. Za to płacili tylko 60 zł i mieli 25 godzin na pokonanie trasy. Trasa nie była oznaczona, natomiast 99 % szło szlakami turystycznymi.

Ostatecznie wystartowało około piętnastu biegaczy i ponad dwustu hikerów. Wśród uczestników sporo znajomych twarzy. Jak się jeździ, to się zna ludzi. Właściwie to więcej mam znajomych wśród uczestników imprez węgierskich, niż na polskich liniówkach. Bo na polskie prawie nie jeżdżę. Może zacznę, jak sensownie potanieją. Czyli chyba jednak nie zacznę.

Ruszamy. Pada, mokro i zimno. Jakieś trzy stopnie na plusie, a obok mnie śmigają trzej kolesie w krótkich spodenkach. Ciekawe, dokąd dali radę dobiec? W tym stroju raczej niedaleko. Bo jest nieszczególnie przyjemnie. Mokro w butach i w spodniach, mokro pod kurtką, a nawet w majtkach. Na początku trzymam się grupy czołowej, potem wyprzedza mnie jakieś 15 – 20 osób. Pada bez przerwy, a na większych wzniesieniach psychikę nadweręża mgła, taka jak np. na zdjęciu poniżej. Żeby była jasność: zdjęcie było wykonane około południa. PKŻ twierdzi, że zastanawiała się nawet nad skorzystaniem z czołówki.

Fot. Gyorkos Virag

PKŻ sprawiła się doskonale. Dotarła do mety z czasem ledwie 10 minut gorszym od rekordu życiowego. Podobno chciała zejść z trasy, ale nie bardzo było dokąd. Podobno miała lekką hipotermię. Podobno na trasie było strasznie. Podobno była to najtrudniejsza impreza w jej życiu.

Trasa wiodła wzgórzami Gerecse, Pilis i Budai. Są to bardzo ładne, falujące pagórki. Bardzo przyjazne dla biegaczy. Niezbyt strome, a mimo to dało się zrobić na nich spore przewyższenie. Widokowo mogło by być całkiem ładnie, gdyby była jakaś widoczność. Ale z tym było kiepsko. Przez chwilę jednak udało się zza wzgórz zobaczyć wstęgę Dunaju.

A ja sobie truchtałem, raz wolniej, raz szybciej, tak na jakieś piętnascie godzin. Jak mi było zimno, to przyspieszałem. Dużo jadłem, mało piłem. Do dyspozycji było sporo picia, ale zimnego. Przez całą imprezę wypiłem tylko 1,3 litra izotonika. Byłoby całkiem fajnie, gdybym nie zgubił cztery razy drogi. Jak to możliwe, że mając do dyspozycji telefon z trackiem GPS tyle razy gubiłem się? Próbowaliście kiedyś obsługiwać telefon z panelem dotykowym w mokrych rękawiczkach i na deszczu? Jak popróbujecie, to zrozumiecie. W efekcie zamiast stu kilometrów zrobiłem 109. Widocznie bez nadróbki byłoby nudno.

Fot. Gyula Rakk

Gorsze było to, że w miejscowości Dorog na sześćdziesiątym pierwszym kilometrze nie znalazłem punktu kontrolnego. Było to największe miasteczko na trasie. Zaglądałem w okna wszystkich napotkanych barów i nic. Nie mogłem wrócić, bo zacząłem wypadać poza limit czasowy, pobiegłem więc dalej, choć spodziewałem się dyskwalifikacji. Ale NKL to jeszcze nie jest powód, by rezygnować z imprezy.

Gdzieś po dziesięciu godzinach prawie przestał padać deszcz. Zrobiło się jakoś przyjemniej. Chmury zaczęły się trochę rozchodzić i nagle gdzieś w dole, u stóp wzgórz Budai pojawiły się światła Budapesztu. Było to piękne zjawisko. Warto było przyjechać na Iszinika choćby ze względu tych kilka spojrzeń z góry na światła wielkiego miasta.

Czasu na podziwianie nie było jednak dużo. Z ostatniego punktu kontrolnego do mety było jeszcze siedem kilometrów, z tego kawałek pod górkę, a mi zostało tylko sześćdziesiąt minut. Trzeba było sprężyć się. Mus to mus, zacisnąłem zęby i przyspieszyłem. Kontrolowałem czas i dystans z telefonem w ręku. Im bliżej mety, tym bardziej przyspieszałem. Udało się, finiszowałem w 16.59, na niespełna minutę przed limitem.

W bazie wszystkich osobiście witał szef imprezy Daniel Rolf Szekely. Przesympatyczny facet i bardzo kontaktowy. Podobno mówi w sześciu językach. Po polsku niestety nie, ale dogadaliśmy się. Przede wszystkim okazało się, że nie będę zdyskwalifikowany. Daniel uznał, że wierzy, że pokonałem całą trasę i brak jednego punktu nie jest dla niego problemem. Drugą niespodzianką było to, że finiszowałem jako piąty wśród biegaczy, a siódmy w ogóle. Pogoda bardzo mocno przerzedziła stawkę. Ogółem do mety dotarło niespełna sto osób.

Siódme miejsce?! Bomba! To najlepszy wynik na setkę w tym sezonie. Nie będę jednak ukrywał: skończyłem stargany. Zwykle po sobotniej setce w poniedziałek spokojnie idę do pracy. Tym razem nie dałem rady. Ale satysfakcja po hardcorowej imprezie pozostanie.

Krali Marko 90

Dlaczego akurat Macedonia? Bo dużo gór. Bo wszędzie ładnie. Bo niedrogo. Bo egzotycznie, a niedaleko. Bo mają tam imprezę ultra.

Krali Marko Trail: główna trasa 90 km / + 4300 , 4 punkty ITRA. Kamena Baba 31 km / +1250. Treskavec Trail 16 km / +800  Dodatkowo dla dzieci kilometrowy Markukule.

2

Plan był prosty: najpierw dwa dni w samochodzie, aby dojechać. Potem 5 dni zwiedzania kraju. W weekend Hiu robi Króla Marka, a PKŻ Kameną Babę.

Wpisowe zapłacone na 3 miesiące przed zawodami: Kamena Baba: 28 zł, Krali Marko 134 zł. W ramach wpisowego (długa trasa) koszulka bawełniana, koszulka techniczna i medal na mecie. Także nocleg przed i po imprezie na podłodze w hali sportowej. Sama hala ładna, funkcjonalna, ale swego rodzaju zdziwienie wywołała „narciarska” ubikacja.

Ruszamy z Varosh, przedmieścia Prilepu w sobotę o dwudziestej trzeciej. 58 osób. Są gospodarze, są Bułgarzy, Serbowie, Kosowianie i jeden Polak (czyli ja). Krótkie trasy będą jeszcze bardziej międzynarodowe: Amerykanie, Australijczyk i Finka. Między nimi zaś PKŻ i Przemek Śmiertka, przesympatyczny Polak.

W dużym skrócie trasa dziewięćdziesiątki składa się z sześciu długich podbiegów i sześciu równie długich zbiegów. Pierwsze podejście to Treskawiec. Punkt kontrolny jest na terenie monastyru, jednego z najstarszych i najpiękniejszych w Macedonii. Zaczynam spokojnie, bez szaleństw. Pod strome górki nawet nie próbuję podbiegać. Za to miejscowi biegną jak wariaci, bez względu na stromiznę. Patrzę na to z uśmiechem; wiem, że zapłacą za to w dalszej części wyścigu. Na razie jestem gdzieś w połowie trzeciej dziesiątki.

Trasa w całości oznaczona taśmą z elementami odblaskowymi. Biegłem bez mapy i bez GPS. Oznakowanie bardzo dobre.

Za Treskawcem zbieg. Piękny, techniczny, skakanie z kamienia na kamień. Góry naokoło Prilepu wyglądają mniej więcej tak, jak gdyby ktoś wymieszał w gigantycznej betoniarce zaprawę, a potem chlusnął z wiaderka na ziemię. Kamienie, kamienie i jeszcze raz  kamienie porozrzucane wśród trawy. Teraz ja biegnę jak wariat na dół. Do czasu. Chwila nieuwagi i sruuu… Leżę…  Na moment zabrakło mi tchu, ale pozbierałem się i pobiegłem dalej. Tylko już mniej radośnie.

Jeszcze mniej radośnie zrobiło się po powrocie do domu. Upadłem jak siatkarz, na klatkę piersiową. Dwa dni po zawodach zdiagnozowałem sobie pęknięte (a może i złamane) żebro.

Druga góra to Kozjak, prawie 1800 m npm. Tak wysoko jeszcze nigdy nie biegałem. Stroma jest. Dwa kilometry podejścia zabrały aż 38 minut. Po drodze mijam rywali, jednego za drugim. Procentują treningi w wieżowcu na schodach. Rześko jest, temperatura spada do pięciu stopni, a ja w krótkich spodenkach. Naginać trzeba szybko, to będzie cieplej. Chwilę idę z Bułgarami. Pytają, czy często biegam ultra. Gdy odpowiadam, że w tym roku to moja jedenasta impreza, dostaję ksywkę ” Maszina”. Bardzo fajne określenie.

Jest siódma rano, trzecia górka za mną. Przed chwilą wstało słońce, a ja biegnę po trzykilometrowej połoninie. Żadnej ścieżki, sama trawa upstrzona raz za razem kapeluszami kani. I między tymi kaniami biegnę sobie slalomem. I jest pięknie.

W międzyczasie niepostrzeżenie przebijam się na dziewiąte miejsce. Kolejny zawodnik jest pół godziny przede mną. Próbuję odrobić dystans, ale idzie to powoli. 33 minuty, 29, 28… Walczę, cisnę ile sił w nogach, ale ten skurczybyk ciągle jest daleko z przodu. Na punktach kontrolnych szybko łykam po 2 – 3 kubki coli, łapie w ręce coś do jedzenia, sprawdzam stratę i biegnę dalej. Ale ten z przodu jest lepszy.

Punkty kontrolne: było ich dziewięć. Pomiar czasu elektroniczny, oraz potwierdzenie u sędziego. Do picia woda, izotonik i cola. Duży wybór jedzenia. Dodatkowe dwa punkty kontrolne na najwyższych wierzchołkach potwierdzane perforatorem.

Ostatnie podejście, znowu Treskawiec, tylko od drugiej strony. W nogach osiemdziesiąt kilometrów. Kryzys. Temperatura skoczyła do dwudziestu stopni. Poddaje się, przestaję walczyć o wynik. Tempo gwałtownie spada. Mam dość. Dogania mnie Igor Josifov, czołowy ultras macedoński. Ten kraj ma zaledwie dwa miliony obywateli, wiec trochę łatwiej być tam czołowym zawodnikiem. Igor też jest zmęczony, ale ma więcej mocy niż ja. Spokojnie mógłby mnie wyprzedzić, ale ma ochotę sobie pogadać. Jestem tutaj gościem nieco egzotycznym, niewielu Polaków odwiedza ten region. Na metę wchodzimy razem.

Wynik końcowy: dziesiąte miejsce, 16 godzin i 17 minut. A może nawet ósme, bo wyprzedziły mnie dwie kobiety, a nie wypada mi ścigać się w jednej kategorii z płcią piękną. Polscy kibice są na to bardzo wyczuleni. Zwycięzca, Iwajło Atanasow z Bułgarii pokonał trasę w 12.14.

Mały minus: choć na punktach k0ntrolnych jedzenia i picia bylo w bród, to na mecie nie było nic.

Okoliczności przyrody przypadły do gustu także PKŻ. Zwłaszcza zbieg z Treskawca. Na trasie znalazła sobie nowe koleżanki: Serbkę i Macedonkę. Międzynarodowe towarzystwo trochę się rozplotkowało, wskutek czego w pewnym momencie panie zgubiły oznakowanie. Trzykilometrowa nadróbka kosztowała je dodatkowe 45 minut na trasie. Ale kto paniom zabroni spacerów po górach. Efekt finalny: 22. miejsce na około 30 kobiet.

Organizacyjnie imprezę należy ocenić bardzo dobrze. Czułem się dobrze „dopieszczony”. Atrakcyjna widokowo trasa. Trochę technicznego biegania, trochę bezdroży, spore przewyższenia. Noclegi, jedzenie, picie, oznakowanie – wszystko na dobrym poziomie. Atmosfera w bazie i na trasie wyśmienita. Te zawody z czystym sumieniem można polecić nawet mocno wymagającym.

—–

A kim był Królewicz Marko (Krali Marko Mrnjavczewić)?

 

K 206

Na czerwcową pogodę na Węgrzech zawsze można liczyć. Słońce murowane. Nie inaczej było i tym razem. W piątek rano, w dniu startu na niebie nie było ani jednej chmury. Temperatura przekraczała trzydzieści stopni. Idealne warunki do wypoczynku. Do biegania już niekoniecznie. Mimo to ponad stu śmiałków stanęło na starcie Kazinczy Emlektura (albo z angielska: Kazinczy Memorial Tour), dwustusześciokilometrowego biegu po słowacko – węgierskim pograniczu. Między nimi zaś ja i Tadek Podraza. Wspierały nas żony, które chciały zmierzyć się z krótkim, pięćdziesięciosześciokilometrowym dystansem. Z Polaków był jeszcze Rafał Koszyk.

Ten ostatni niedługo po starcie wywinął niezły numer. Biegł z GPS-em, nie zwracając uwagi na roadbook. W pliku punkty kontrolne nie były opisane. Przebiegł obok jednego z nich nie podbijając go. Groziła mu dyskwalifikacja, ale ponieważ kilku miejscowych popełniło ten sam błąd – upiekło mu się.

No więc było ciepło. Nawet bardzo ciepło. Biegało się kiepsko i tylko z górki. Pod górkę już nie, bo do mety daleko i trzeba oszczędzać nogi. Pierwszego dnia najbardziej obawialiśmy się płaskiego odcinka między 20 i 30 kilometrem. Czego bać się na płaskim, skoro wcześniej i później były tylko góry? Ano tego, że ten odcinek był odkryty. Dopóki byliśmy w lesie – mieliśmy cień. Na odkrytym zaatakowało nas słońce. Były dwa sposoby na pokonanie tego fragmentu. Tadek przeszedł do marszu, bał się, że w biegu przegrzeje się. Ja szybko przebiegłem, by jak najkrócej być na mocnym słońcu. Po drodze chłodziłem się przy obleganych przez innych uczestników wiejskich pompach z wodą. Czy było aż tak gorąco? Tego odcinka nie przetrwała Ania Podraza. Zeszła z trasy z delikatnym słonecznym udarem. PKŻ dała radę. Trasę 56 / + 2200 zrobiła w niecałe dwanaście godzin. Określiła ją jako najtrudniejszą w swojej karierze.

W Fuzer zameldowałem się w czasie 9.15. Mocno mnie to zdziwiło – biegłem ciężko, miałem wrażenie, że strasznie to bieganie kaleczę. Ale zanotowałem najlepszy z trzech dotychczasowych startów czas na tym odcinku.

Na przepaku Anna Orsi (legenda tutejszej sceny ekstremalnej, dziewczyna startująca co roku w 20 – 30 setkach) żartem przypomniała, abym nie zapomniał czołówki. Pamiętała, jak pięć lat temu zostawiłem ją w plecaku i poszedłem na trasę bez światła. Uśmiechnąłem się, zacząłem grzebać w plecaku i… czołówki nie było. Sprawdziłem drugi raz – ale czołówki nie było nadal. O co chodzi? przecież dzień wcześniej na sto procent włożyłem ją do plecaka. Po intensywnym wysileniu pamięci przypomniałem sobie, że owszem, włożyłem, ale wypakowałem ją w nocy, idąc do wc. Potem zapomniałem włożyć z powrotem.

Dobra, co tam czołówka, pójdę bez. Trochę wysępię światła od innych, trochę poświecę telefonem. Co, ja nie dam rady? Miałem jednak trochę szczęścia. Uratował mnie pech Ani. Po zejściu z trasy dotarła do Fuzer i dała swoją czołówkę Tadkowi. Byłem wprawdzie trochę z przodu, ale poczekałem na niego pół godziny i miałem już światło.

Tadek, Ania – dziękuję! Za czołówkę i za kilka dobrych rad, których udzielił mi bardziej doświadczony na długich dystansach ultras z Tarnowa.

Pół godziny przerwy trochę mi pomogło. Czułem się fatalnie. Od słońca potężnie bolała głowa. Był jeszcze drugi problem – nie bardzo wchodziły we mnie płyny. Miałem odruch delikatnie zwrotny. Przez chwilę nawet wymyślałem sobie jakieś preteksty do zejścia z trasy. Na szczęście im bliżej rana – tym czułem się lepiej. Na przepaku na 104 kilometrze byłem po 21 godzinach 10 minutach. Tylko dziesięć minut gorzej od wyniku sprzed 5 lat.

Trzecia pięćdziesiątka to Słowacja, Slanske Vrchy. Tego dnia było trochę chłodniej, nieznacznie poniżej trzydziestu stopni. Wciąż sporo, ale dało się żyć. Odzyskałem animusz, odzyskałem chęć do biegania. Odcinek graniczny, gdzie trzeba było przeskoczyć kilka następujących jeden za drugim wąwozów poszedł sprawnie. Podobnie kilka stromych podejść. Bałem się czy nie dopadnie mnie kryzys. Nie dopadł. Z każdym kilometrem czułem się lepiej. Przepak: 158 km w 35.10, prawie dwie godziny lepiej od poprzedniego rekordu.

O ile ze wcześniejszych startów trzy pierwsze pętle pamiętałem, jak wyglądają, tak z czwartej miałem dziurę w pamięci. Tzn. pamiętam, że pięć lat temu szedłem długo z Martonem Darvasem (Martye ukończył Kazinczego już sześć razy) i to… wszystko. Miałem wtedy wydłużony kryzys i ostatnią pętlę pokonałem jak zombie. Tym razem potrafię odtworzyć w głowie całą trasę. Najpierw surrealistyczny kilkukilometrowy tunel stworzony przez pozrastane nad głową gałęzie. W tym tunelu na Rakoczi Teljesitmenytura ścigałem się kilka lat temu z Gaborem Papem. Był to mój pierwszy start na Węgrzech. Gabor rozbudził mi wtedy wyobraźnię opowiadając o tym, że mają tu dwustukilometrową pieszą imprezę. Dziś Pap jest współrekordzistą trasy Kazinczego, zrobił ją poniżej 30 godzin.

Dalej był długi wąwóz, dziwny, u nas takich nie ma. Żadnych powalonych drzew w środku żadnych krzaków, pustka. Znowu surrealizm. Ładna dziewczyna na punkcie odżywczym. Wieś Kishuta, w której zawsze gubiłem się. Tym razem, idąc z GPS-em też zrobiłem niepotrzebne małe kółeczko. Potem odkryta droga gdzieś wysoko, z widokiem na szczyty w świetle księżyca. Taki moment, gdy odkrywasz, że całe to bieganie jest właśnie po to, by znaleźć się w taką noc w tym właśnie miejscu. Po drodze trzy dziesięciominutowe drzemki, na ławeczce we wsi, albo przy ścieżce.

Świt, meta coraz bliżej. Im bliżej mety tym lepsze samopoczucie. Coraz częściej biegnę. Jest dwusetny kilometr, a ja biegnę. Nie wiem, skąd mam siłę, ale czuję się coraz lepiej. Narasta euforia, nakręca mnie poczucie mocy. Nic mnie nie boli, im bliżej mety, tym jestem szybszy. Dobiegam do Kovacs Villa. Finisz, jeszcze przyspieszam i z całej siły drę mordę, aby cały świat usłyszał, że jestem na mecie.

206 / + 7300  w równe 47 godzin!

Poprawiłem swój wynik o prawie siedem godzin!

Drugi raz ukończyłem Kazinczy Emlektura!