Nad Dniestrem

Z Kamieńca Podolskiego ruszyliśmy na wschód, do wioski Bakota. To stosunkowo mało znane miejsce, pomijane nawet przez część przewodników. Zdarzają się jednak polskie biura podróży wysyłające tam autokary z turystami. Powody są dwa. Pierwszy to Kanion Dniestru. Ta duża rzeka (1352 km) na odcinku ok. 250 kilometrów meandruje w niezwykły sposób. Można znaleźć trzydziestokilometrowy meander, gdzie po przepłynięciu ląduje się… kilometr od punktu startu. Jar wycięty przez rzekę miejscami ma ponad dwieście metrów głębokości. Od 2010 roku istnieje Park Narodowy Kanionu Dniestru. Jeden z ładniejszych punktów widokowych znajduje się właśnie niedaleko Bakoty.

DSC03289

Jest jeszcze jeden powód, by zobaczyć to miejsce. Na dole znajduje się wykuty w skale monaster. Jego powstanie datowane jest na XII wiek. Choć mnichów nie ma tam już od kilku stuleci, w wydrążonych celach wciąż znajdują się ikony i inne „święte obrazki”. Szczególnie wzruszające są karteczki z prośbami o modlitwy .

DSC03305

Bakota to nasz najdalej oddalony od domu punkt. Od tego momentu zaczynamy powoli wracać. Pierwszy krótki przystanek to Skała Podolska. Krótki, bo miejscowy zamek jest bardzo zniszczony.

DSC03327

Kolejny punkt programu to Czerwonogród, dziś noszący nazwę Czerwone. To miejsce dość niezwykłe. Gdyby wprowadzić kategorię „zupełnie nieznane miejsca kultowe” byłoby w ścisłej czołówce. Trafić tam niełatwo, bo trudno o mapę w odpowiedniej skali. Z mapą googlowską też trzeba chwilę powalczyć, by znaleźć to miejsce.

DSC03330

Wyobraźcie sobie dolinę albo głęboki jar. Na dnie tego jaru jest mały pagórek, a na pagórku stoi zameczek. Czy też raczej ruiny zamku i kościoła. Choć do wioski na górze jest kilkanaście minut na piechotę, to dno doliny wydaje się być niemal odcięte od świata. Panuje tu niemal absolutny spokój. To oczywiście złudzenie, kilkadziesiąt metrów dalej zbudowany jest ośrodek wypoczynkowy. Do końca II Wojny Światowej była tu polska wioska. Mieszkańcy zostali wymordowani w 1946 roku. Warto zobaczyć to miejsce, zanim ruiny całkowicie rozpadną się. Bo ich stan jest katastrofalny i nikt ich nigdy nie będzie odbudowywał.

DSC03337

Na wieczór dojeżdżamy do Zaleszczyk, na dawną granicę polsko – rumuńską. Miasteczko jest dość niezwykle położone. Mieści się w zakolu Dniestru, zasłoniętym wzgórzami ze wszystkich stron od wiatru. Miejsce jest mocno nasłonecznione, była to jedyna miejscowość drugiej Rzeczypospolitej, gdzie klimat był porównywalny ze śródziemnomorskim. Można czasem znaleźć informacje, niestety nieprawdziwe, o rosnących w Zaleszczykach palmach.

DSC03359.JPG

Przed wojną był to kurort. W sezonie miasteczko mogło przyjąć jednorazowo około cztery tysiące turystów naraz. Przyjeżdżały tu trupy teatralne, a w restauracjach gościom przygrywały jazzbandy. Na letników czekały dwie plaże. Sezon turystyczny zaczynał się w kwietniu, a kończył w październiku. Był tu nawet marszałek Piłsudski.

DSC03364

Idylla skończyła się z rozpoczęciem wojny. To tędy uciekały za granicę tysiące Polaków. Najpierw Zaleszczyki zostały zniszczone przez niemieckie lotnictwo. Potem weszli Sowieci. Większość Polaków skończyła na Syberii, a miasteczko podupadło na lata.

DSC03383

Dziś też jest podupadłe. Nie ma turystów, nie ma przemysłu. Nic nie ma. Został tylko zapierający dech w piersi widok ze wzgórz po drugiej stronie Dniestru.

DSC03380

Reklamy

Popularność?

„Miało być tak pięknie. Wywiady miały być, autografy, wizyty w zakładach pracy…”

Co poszło nie tak?

Zostałem wicemistrzem kraju w rogainingu. Czegokolwiek by nie znaczyło to słowo – jest to sukces. Postanowiłem więc podzielić się nim ze światem. Przygotowałem krótkiego maila. Zawierał informację o sukcesie, linki do strony organizatora zawodów i do wyników oraz numer telefonu kontaktowego. Całość wysłałem do trzech lokalnych portali internetowych, dziennika i dwóch tygodników.

Nie ukrywam: liczyłem na odzew. Stalowa Wola nie jest potęgą w sporcie. Są trzecioligowi piłkarze i koszykarze, czasem medal zdobędzie jakiś lekkoatleta. Media zazwyczaj informują o sukcesach nawet w kategoriach wiekowych, gdzie czasem nie udaje się zebrać pełnego składu podium.

I co?

STW24 napisało o dziewięcioletniej tenisistce która zajęła trzecie miejsce na turnieju w Czechach. Stalowe Miasto zamieściło wyniki turnieju szachowego o Puchar Prezesa Miejskiego Zakładu Komunalnego. Stalówka.net napisała o sukcesie akordeonistów na Międzynarodowych Spotkaniach Akordeonowych.  Sztafeta przeprowadziła wywiad z mistrzynią Bikini Fitness.

Wicemistrzem Polski w biegach na orientację nie był zainteresowany nikt. Żaden redaktor nie oddzwonił, nikt nie napisał maila z pytaniem „Co to jest ten rogaining?”

Przegrałem z szachistami, akordeonistami, dziewięcioletnią tenisistką i laską od bikini fitness. Sprowadzenie na ziemię było skuteczne.

 

 

Kresowe twierdze

Z Czerniowców pojechaliśmy na północ, by szukać na dawnych kresach Rzeczypospolitej śladów polskości. Pierwszym przystankiem był Chocim, gdzie nad Dniestrem zbudowana została jedna z największych polskich twierdz. Wiele bitew miało tu miejsce. Zdarzało się tu walczyć z wojskami mołdawskich hospodarów, do historii przeszły jednak przed wszystkim potyczki z Turkami. W 1621 roku polska armia liczyła ok. 50 tysięcy żołnierzy, a turecka 100 – 150 tysięcy. Podczas walk zmarł hetman Jan Karol Chodkiewicz. Mimo to udało się odnieść zwycięstwo nad przeważającymi siłami wroga.

DSC03132.JPG

W 1672 roku sytuacja wyglądała inaczej. Polska rok wcześniej podpisała z Turkami upokarzający traktat w Buczaczu. Kilka miesięcy później hetman Jan Sobieski poprowadził wyprawę odwetową. Pod Chocimiem miała miejsce jedna z największych polskich wojskowych wiktorii. Po szybkim ataku udało się rozbić turecką armię. Jej niedobitki uciekały za Dniestr, ale polskiej artylerii udało się go zatopić. Z 35 tysięcy Turków jedynie co siódmemu udało się uciec. Sukces otworzył Sobieskiemu drogę do wybory na króla Polski.

DSC03159

Kolejny punkt na Trasie: Okopy Świętej Trójcy, dziś schowane za krótką nazwą Okopy. Po upadku kamieńca Podolskiego, pod koniec XVII wieku zdecydowano, by zbudować nową twierdze broniącą Rzeczypospolitej przed Turkami. Wybór padł na miejsce przy ujściu Zbrucza do Dniestru. To w Okopach podczas Konfederacji Barskiej bronił się przed Rosjanami Kazimierz Pułaski.

okopy

Fot. Wikipedia

Niewiele przetrwało do dziś: ruiny kościoła i jedna z bram wejściowych. Okopy przetrwały w świadomości Polaków w zupełnie niespodziewany sposób: uwiecznił je na łamach „Nie – Boskiej Komedii” Zygmunt Krasiński. Są w niej miejscem ostatniego przyczółka arystokracji broniącej katolicyzmu, a jednocześnie przepełnionej obskurantyzmem, intelektualnym zacofaniem.

DSC03169

Niedaleko stąd już do Kamieńca Podolskiego, „przedmurza chrześcijaństwa”, największej polskiej twierdzy. legenda mówi, ze gdy w 1621 roku oblegał ją Osman II, zapytał; ” kto zbudował taką twierdzę?” „Allach, panie”.  Odpowiedź Osmana miała brzmieć: „Niech więc Allach ją sobie zdobywa”.

DSC03223

Twierdza składała się z zamku i Starego Miasta, połączonych Mostem Tureckim nad głęboko wciętą rzeką  Smotrycz. Starego Miasta broniły liczne wieże obronne i urządzenia hydrotechniczne spiętrzające wodę na rzece. W 1672 roku Turcy zdobyli na niemal 30 lat Kamieniec. Potem wrócił na 100 lat do Polski. po II zaborze został zaanektowany przez Rosję, by nigdy już do Rzeczypospolitej nie wrócić.

DSC03276

Dziś jest to spore (150 tysięcy mieszkańców) miasto turystyczne. Starówka została odrestaurowana (w kiepskim stylu), a zamek jest jedna z największych atrakcji turystycznych Ukrainy. W sezonie jest tu sporo polskich turystów. Żal, że historia tego miejsca jest przedstawiana jako ” zbudowany przez Litwinów zamek, przez stulecia przechodzący z rąk do rąk”. Smutne. Ale odwiedzić trzeba koniecznie.

DSC03277

Jedna mała dziurka

Irokez, rogaining 24-godzinny, Mistrzostwa Polski, Mielec, 21-22.04.2018

8.00 Zaczynamy. Do zespołu zaprosił mnie Tadeusz Podraza, zawodnik nie bardzo szybki, za to bardzo wytrzymały. Co sezon kończy kilkanaście imprez ultra mających po 100, 200, a nawet ponad 600 kilometrów długości

8.20 Pierwszy punkt zaliczamy nieco naokoło. Wychodzimy z niego przez bagienko i ze zdziwieniem patrzymy na teoretycznie szybszych od nas Bartka karabina i Mariusza Opiołę, którzy dobiegają dopiero do punktu z przeciwnej strony

11.20 Mamy już ponad 500 punktów przeliczeniowych. To 1/4 mojego planu zrobiona w 3.20. Ciepło jest, jakieś 25 stopni. Niedługo Tadek złapie na termometrze 29 stopni

12.00 Tracimy ochotę na bieganie. Jest za gorąco

13.00 Zaliczamy 8D. Zabawny jest wzór perforatora na tym punkcie, ma tylko jeden ząbek

14.30 Atakujemy wieś ze sklepem. Niestety sklep był czynny tylko do 13.00. Wbijamy się na jedno z podwórek i prosimy gospodarzy o wodę.

15.00 Przed startem wymieniłem w butach zniszczone wkładki. Przełożyłem nowe z innej pary. Teraz czuję, jak te nowe zaczynają wędrować wewnątrz buta, a przód jednej z nich zwija się

17.00 Zgubiłem kompas. Do tej pory nawigowaliśmy razem, choć dowodził Tadeusz. Od tego momentu będzie nawigował sam, bez mojej pomocy

18.00 Piecze mnie pod lewą stopą. Zrobił mi się bąbel od pozwijanej wkładki. Wyrzucam ją i dalej idę w trochę zbyt luźnym bucie

19.00 Sklep. Przed sklepem Milada Klapkova i Michal Klapka. Jak przystało na Czechów siedzą i piją piwo. Milada wygrywała kiedyś setkowy ranking PMnO, a Michal bywał na podium klasyfikacji generalnej

23.00 Niedobrze, kryzys. Czuję, że słabnę. Nie daję rady utrzymać tempa partnera. Jedzenie nie wchodzi, słodkie picie też nie. Przez jakiś czas można by mnie przewrócić jednym palcem. Dawno już mnie tak nie stargało.  Chwilę leżę na ziemi, potem dopada mnie telepawka (temperatura w nocy spada do 6 stopni). Jakoś jednak zbieram się i człapię za Tadkiem

24.00 Punkt 5A, zagłębienie terenu. W miejscu gdzie powinien być punkt jest wielkie wyrobisko. W pobliżu jest kilka mniejszych. Szukamy punktu przez 40 minut, tzn. Tadek szuka, a ja błąkam się półprzytomny. Chcę położyć się i umrzeć, ale wstyd mi przed kumplem, więc łażę w tę i z powrotem udając, że szukam z nim

0.40 Siedzę na skraju wyrobiska powtarzając mantrę „75 metrów od drogi. Ale tu go przecież nie ma. 75 metrów od drogi. Ale tu go przecież nie ma.” Tadek też ma dość. Odpuszczamy. Idziemy na następny punkt. Nawykowo liczę kroki i nagle przychodzi olśnienie. Od wyrobiska do drogi jest 35 metrów czyli punkt musi być 40 metrów dalej. Odliczamy, wchodzimy w krzaki i… mamy go! Szukaliśmy po wyrobiskach, a on siedział w zwykłym dołku

2.00 Odżyłem. Alleluja!

4.00 Jesteśmy obaj zmęczeni. Zaczynamy robić błędy nawigacyjne. Tu 15 minut, tam 20, spada nam tempo

5.00 Lewa stopa pali. Bąble zaczynają gwałtownie rozmnażać się. Rosną w oczach

6.00 Zrobiliśmy wszystkie zaplanowane punkty. Zostały jeszcze dwie godziny. Może zrobilibyśmy coś jeszcze?

6.45 Trochę pogubiliśmy się, ale złapaliśmy 3C

7.18 Meta. Już wystarczy. Uff, co za ulga. Według moich wyliczeń mamy 2230 punktów

7.25 Sędzia liczy nasze punkty. Wychodzi 2150. Biorę do ręki kartę i sprawdzam. Też wychodzi 2150. No dobra, i tak nieźle

7.26 Na metę wchodzą Piotr Jaśkiewicz i Radek Defeciński. Faworyci. Sędzia liczy punkty: 2140. Ogrywamy ich!

7.45 Mariusz Opioła i Bartek Karabin na mecie. Zrobili jakiś kosmiczny wynik, nikt ich nie prześcignie

7.55 Finiszują Kasia Sochacka i Przemek Witczak. Mają 2200 i zajmują drugie miejsce.


iro

Trzecie miejsce w Mistrzostwach Polski. Co za wynik! Pierwszy raz odkąd startuję jestem na podium mistrzowskiej imprezy. Nie miałem do tej pory szczęścia do takich zawodów. Zawsze byli lepsi ode mnie. Bo nie ukrywajmy: nie jestem jakimś supertalentem. Owszem, zdarza mi się mocno  zap…dalać na treningach, ale tak naprawdę, mimo wielkiego doświadczenia jestem tylko dobrym przeciętniakiem. Ot, czasem wyrwę jakieś podium w mniejszej imprezie. Ale w ważnych medale zdobywają inni.

Ostatni raz na podium setki na orientację stałem 13 lat temu. Potem było świetne 6. miejsce w Mistrzostwach Europy w rajdach przygodowych, były nawet wygrane pięćdziesiątki, ale na długich nawigacyjnych trasach byłem daleko od miejsc najwyższych. Teraz niespodziewanie udało się. Niespodziewanie, bo w trakcie zawodów wydawało mi się, że jestem cieniutki. Dopadł mnie potężny kryzys, który udało się przełamać. O tej edycji Irokeza będę pamiętał i opowiadał przez lata.

Nie było by to możliwe bez Tadka. To on nawigował, to on był motorem napędowym zespołu. Wydawało mi się, że jestem słaby, a w rzeczywistości to on był taki mocny. Tadeusz ma dość niezwykłe miejsce w historii polskiego ultra. Tam, gdzie inni kończą on dopiero zaczyna. Ma w dorobku 300-kilometrowy Tor Des Geants i 600-kilometrowy Goldsteig. Dwa razy był na podium Beskidy Ultra Trail, najtrudniejszej w Polsce imprezy ultra. Po raz trzeci stanął na podium Mistrzostw Polski w rogainingu. Niewielu zawodników ma taki dorobek.

rano


Fajna jest ta Puszcza Sandomierska. W okolicy Mielca jest identyczna jak pod Stalową Wolą. Wszędzie sosny, sporo piachu, może tylko wydmy większe. Właściwie to czułem się tam jak domu.

To samo można powiedzieć o Irokezie. Pod szyldem Compassu imprezę robią Mariusz Maryniak i Piotr Pietroń. Ciekawe, ale moją pierwszą imprezą ultra był wiele lat temu Salomon Trophy, także robiony przez Compass. Przez lata zmienili się ludzie, ale szyld wciąż jest ten sam. Jakość tych imprez też jest wciąż na wysokim poziomie. Pod względem rozstawienia punktów czy konstruowania trasy to impreza wręcz archetypowa.

Jedyne, co zmieniłbym w Irokezie, to dołożyłbym klasyfikację par mieszanych. Takiej np. Katarzynie Sochackiej trudno jest ogrywać mężczyzn. Wynik zrobiła fantastyczny i jako najlepsza kobieta zasługuje na tytuł Mistrzyni Polski.


To jednak jeszcze nie koniec emocji.

Wtorek dwa dni po zawodach, 20.10 Tadek przysyła informację: „Nie zaliczyli nam 8D”. Dzwonię do Mariusza i pytam, czy można jeszcze składać protesty.

-Tak, można jeszcze do czwartku.

-Czy możesz sprawdzić jeszcze raz karty startowe? Chodzi nam o punkt 8D

-Ten, na którym był perforator z jednym ząbkiem?

W tym momencie wszystko staje się jasne. Perforator robił jedną malutką dziurkę, która umknęła uwadze sędziego. Nie zauważyłem jej i ja, gdy sam liczyłem punkty.

Środa, 9.00 Na Facebooku ukazuje się komunikat o zweryfikowaniu wyników. Mamy 2230 punktów i wskakujemy na drugie miejsce.

Jesteśmy z Tadeuszem wicemistrzami Polski!!!

31301962_943629575797446_4358197405099753472_n

Fot. FB Compass zawody

 

 

Czerniowce

Na początek pytanie do czytelników: czy nazwa „Czerniowce” kojarzy wam się z czymś? Co to za miasto? Duże czy małe? Jest tam coś ciekawego?

Czerniowce leżą na uboczu, gdzieś na pograniczu ukraińsko – rumuńsko – mołdawskim. To spora miejscowość,  ma 264 tysiące mieszkańców. Przekładając rzecz na polskie warunki – jest to miasto wojewódzkie. Były jednak czasy, gdy było to miasto stołeczne. To tu miedzy 1848 rokiem a 1918 była stolica Księstwa Bukowiny, jednego z krajów monarchii Austro – Węgierskiej. Charakterystyczną cechą tego miasta od zawsze była wielokulturowość. Od zawsze mieszkali tam Rusini / Ukraińcy i Mołdawianie / Rumuni. W XIX wieku napłynęło tam wielu Niemców / Austriaków. Przez wiele lat w krajobraz miasta wrośnięci byli Polacy; jeszcze w 1938 roku było ich 8%. Jaka narodowość w takim razie przeważała? Przed II Wojną Światową najwięcej było Żydów – 38 %.

DSC03062

Bukowina była krajem niezwykle biednym i zacofanym. Jeszcze bardziej niż nasza Galicja. Statystyki CK armii podają, że na przełomie wieków na 1000 rekrutów z Bukowiny jedynie 137 umiało czytać. Dla Galicji wskaźnik ten wynosił 178. Dla porównania czytać umiało 947 rekrutów / 1000 z Czech, a z Salzburga aż 984.

DSC03069

Czerniowce wybijały się jednak bardzo mocno ponad ten niedorozwój. Miasto w czasach austriackich dynamicznie rozwijało się. Bogacący się mieszczanie budowali piękne domy i kamienice. Pięknie przyjęła się tu secesja. Niektórzy nawet nazywali stolicę Bukowiny „małym Wiedniem”. Dziewiętnastowieczne kamienice do dziś robią na przyjezdnych duże wrażenie. Ich piękna nie zniszczyły ani czasy sowieckie, ani ukraiński rozpierdol.

DSC03076

Można stolicę Bukowiny nazwać oazą kultury. Mieszkańcy uwielbiali czytać. Wśród kawiarni wyróżniała się Kaiser – Cafe. Jeżeli wierzyć ogłoszeniom zachowanym w „Neue Illustrierte Zeitung”, w kawiarni tej  wykładano do czytania 160 gazet codziennych

DSC03089

Najbardziej wartościowym zabytkiem Czerniowców jest wpisany na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO uniwersytet. Jego początkowe przeznaczenie było jednak inne. W połowie XIX stulecia greckoprawosławny metropolita postanowił wybudować odpowiednią dla siebie siedzibę. W ten sposób powstał monumentalny kompleks budynków, którego charakterystycznymi cechami były surowa cegła, wieżyczki i kolorowe dachówki. Jedni twierdza, że jest to styl neogotycko – bizantyński. Inni mówią o stylu mołdawsko – mauretańskim. Jedno jest pewne: budowla jest niezwykła.

DSC03093

W jednej z dzielnic miasta, Sadagórze rezydował rabbi, nazywany „różyńskim cadykiem”. Był głową  chasydów. Prowadził się niezwykle bogato. Co roku przyjeżdżało do niego tysiące wiernych z Rosji, Galicji i Besarabii. Ślad tych czasów pozostał na wielkim cmentarzu żydowskim. Udało nam się odnaleźć ten cmentarz (nie było to proste, dysponowaliśmy mapą o skali 1: 1 000 000), niestety brama była zamknięta.

DSC03123

 

Mamy Motylą Nogę!

Wyjaśniła się ostatnia zagadka związana z Rajdem Dolnego Sanu. Miło donieść, że Nagroda  im. B. Tucholskich  Motylej Nogi trafi w ręce Wojciecha Zająca. 28 dni wystarczyło mu, by pozbierać się po setce nad Sanem i wystartować w kolejnej imprezie PMnO, Wiosennym Rajdzie 360`. Tam spędził na trasie 8 godzin i 5 minut, spełnił więc wszystkie wymagania, by nagroda trafiła w jego ręce. Aby zająć pierwsze miejsce łącznie spędził na trasach dwóch imprez 32 godziny i 9 minut.

Drugi kandydat, Katarzyna Sochacka, jest na liście startowej Irokeza. Ta impreza odbędzie się dopiero za tydzień, więc gratulujemy wygranej Wojtkowi.

wz

U Hucułów

Zaczęło się poważnie, od hymnu. To były oficjalne Mistrzostwa Ukrainy w trailu. Atmosfera szybko zelżała, gdy na scenę wyszły dwie panie i zabawiały sportowców ukraińską popsą. Po kilku piosenkach ruszyliśmy na trasę Sokole Oko, najdłuższą, 52 km / +2800 na Hucuł Trail.

DSC03001.JPG

Założenia były proste: czas w granicach 8 – 9 godzin i miejsce na podium w kategorii + 40. W zeszłym roku w 8 godzin zrobiłem Dusiołka, imprezę o prawie identycznych parametrach. Początek był nawet niezły, pierwsze 10 km  biegłem na 7.30. Tylko miejsce było słabe, bo gdzieś w połowie czwartej dziesiątki. Już druga górka brutalnie zweryfikowała plany. Dość stroma była i prawie stanąłem w miejscu. Powolutku wszyscy mnie wyprzedzali, a ja człapałem krok za krokiem.

DSC03030

Nie tak miało być. To była druga górka, a takich większych na trasie było siedem. I na każdej kolejnej byłem coraz słabszy i wolniejszy. Nie wiem, co się stało, bo na mecie nie byłem bardzo zmęczony. Na drugi dzień też nic mnie nie bolało. Żadnych zakwasów, żadnej rwy kulszowej. Tylko siły nie miałem, by biegać.

Pod górę wiadomo, biegać się nie da. Na dół też nie, bo za stromo. Po śniegu nie, bo ślisko. Po błocie to już w ogóle się nie da. To może po równym? Nie, gdzieś trzeba przecież odpocząć. Niedobrze mi było cały czas i głowa bolała. W końcówce pozwoliłem sobie nawet na małego pawia. Wtedy zrobiło mi się lepiej, ale do mety było już za blisko, żeby cokolwiek nadrobić.

Ale jak się nie da, jeżeli się da. Zwycięzca zrobił całość poniżej siedmiu godzin.

Do mety doturlałem się po dwunastu godzinach, cztery godziny powyżej planu,co wystarczyło do 55. miejsca na 77 uczestników.  Żenada. Beznadzieja. Dno.

A może jednak nie do końca? To wcale nie były łatwe zawody. Co prawda śniegu nie było dużo, ale za to błota nie brakowało. Nie byłem nigdy na Łemkowynie, ale to, co zobaczyłem na Hucule w zupełności mi wystarcza. Błoto płytkie, błoto głębokie, zasysające, przytrzymujące, wywracające, oblepiające i poślizgowe. Każde możliwe. A buty w tym błocie ważyły każdy o kilogram więcej niż powinien.

DSC03562

Zanikające ścieżki? Były. Odcinek poprowadzony przez środek strumienia? Proszę bardzo, był. W poprzek strumienia? Takiego górskiego, z siłą wodospadu i po śliskich kamieniach też był. A może by tak kilkaset metrów pod górę przez wąski wąwóz, oczywiście przez potok  ? Najlepiej tak stromy, żeby chwilami trzeba było używać wszystkich czterech kończyn? To wszystko udało się zmieścić na trasie Sokolego Oka.

Zawody były bardzo spektakularne pod względem widokowym. Choć nie wybiegliśmy powyżej 900 m npm, to widoki na grzbiety i doliny Beskidów Huculskich były niezwykle efektowne. Co podejście oglądać mogliśmy nową dolinę. Przez kilometrów biegliśmy po cudnych połoninach. Zadziwiające jest, jak wysoko ludzie budoją domy, choć trudno czasem znaleźć do nich sensowną drogę. Przez chwilę otwarł się nam niezwykły widok na Hryniawy, Czywczyn i Czarnohorę z Popem Iwanem. Miałem chwilę satysfakcji, gdy biegnąc z trojgiem zawodników lokalnych, nie oni mi, lecz ja im, localesom, opowiadałem o górach zamykających horyzont.

Punkty odżywcze były skromne. Woda, cola, figi, banany, jakieś ciastka, na niektórych cieple zupki. Było ich pięć, na taki dystans wystarczająco. Opublikowany był dokładny wykaz i z góry było wiadomo czego i gdzie się spodziewał.

Były i mankamenty. Najsłabszym punktem zawodów było oznakowanie trasy. W niektórych miejscach zbierały się kilkuosobowe grupy szukające ostatniego znacznika. Powtarzało się to kilkukrotnie. Dołożyłem sobie w ten sposób jakieś trzy kilometry. Rozwiązanie tego problemu było jednak banalne: wystarczyło mieć wgrany w jakieś urządzenie track GPS, by nie gubić się.

Drugim mankamentem było niedoszacowanie trasy. Na FB zawodnicy ukraińscy pisali, że było to ok.  55 km / + 3400. Zwłaszcza ten drugi parametr troche zmienia ocenę końcową osiągniętego rezultatu.

Organizatorem imprezy był Aleksandr „Szura” Olivson. Powinni go pamiętać uczestnicy Bergson Winter Challenge. Przed kilku laty często przyjeżdżał do Polski, by ze swoim zespołem regularnie plasować się na podium najdłuższej trasy tych zawodów. Szura ma też w dorobku miejsce w pierwszej dziesiątce mistrzostw świata w rajdach przygodowych. Kiedyś miał świetne wyniki jako zawodnik, teraz jest równie dobry jako organizator. Robi największe na Ukrainie imprezy trailowe:

Hucuł Trail, marzec, Wyżnica, 23 i 52 km

Dzembronia Trail, kwiecień, Dzembronia, 24 i 42 km

Karpatia Trail, czerwiec, Wołowiec, 66 i 103 km

100 BukoMil, sierpień, Worochta, 71, 118, 186 km

Endurance Trail, wrzesień, Bukowel, 20 i 55 km

Strona organizatora

Strona Hucuł Trail

DSC03012

Komu można te imprezy polecić? Typowym ultrasom biegającym z klapkami na oczach  po równych drogach w poszukiwaniu punktów ITRA niekoniecznie. Ale ci, którzy biegają ultra na orientację powinni być usatysfakcjonowani. Uczestnicy rajdów przygodowych również. Te imprezy powinny podobać się też klasycznym poszukiwaczom przygód, dla których wynik sportowy będzie drugorzędny.


Hiu – zrobiłeś wynik poniżej planu. Pamiętaj jednak, że nie masz już 30 lat, taki prawie oldboy już jesteś. Nie piernicz, że było słabo, bo impreza była bardzo konkretna i za dwa – trzy lata będziesz bardzo dumny, że ją ukończyłeś.

DSC03561