Zima nad Sanem

Pierwsza przecinka nie chciała puścić. Według mapy miała być położona przy bagnie. Kiedyś już byłem w tym miejscu. Wiedziałem, że naokoło nawet w lecie jest rozlewisko.

Zaatakowałem drugą przecinkę. Piękna była i szeroka. Z jednej strony sosny, z drugiej staw. Kilkaset metrów dalej stały trzy ambony. Idealnie pasowało, by przy którejś postawić punkt kontrolny  na RDS. Ruszyłem w ich stronę. A tu nagle trzask!

Trzask! I nagle wylądowałem pół metra niżej. Lód zapadł się pod moim ciężarem, a pod spodem było bagno. Taka paskudna brązowa breja. Stałem w niej zanurzony po kolana. Mimo ośmiu stopni poniżej zera breja nie zamarzła. Złapała mnie w pułapkę. Wyszedłem z błota i szybko zawróciłem do samochodu. Zanim doszedłem – spodnie zdążyły zesztywnieć od mrozu. Choć byłem niecałe cztery kilometry od domu, Puszcza Sandomierska dała mi mocnego prztyczka w nos.

Od kilku dni wciąż słyszę pytanie: „dlaczego na Rajdzie Dolnego Sanu nie będzie w tym roku trasy TP 100?” Odpowiedź jest banalna: nie mam siły. Zrobienie setki wymaga sprawdzenia w terenie dwukrotnie większej ilości lokalizacji. Napisania dwukrotnie większej ilości pism. Odwiedzenia większej ilości nadleśnictw. Zrobienia większej ilości map i pucharków.

A w dniu rajdu wymaga ogarnięcia organizacyjno – komunikacyjnego dwukrotnie większego terenu.

Nie daję rady ciągnąć tego na poziomie takim, jak do tej pory.

Czy żałuję? Oczywiście, że żałuję. RDS zaczął się od setki, to zawsze była najważniejsza trasa. Nad San przyjeżdżali najlepsi: Maciek Więcek, Michał Jędroszkowiak, Sabina Giełzak czy Bartek Karabin. Byli też stali bywalcy, którzy tworzyli atmosferę imprezy: Krzysztof Drożdżyński, Paweł Szpak czy Janusz Słopiecki. Czy przyjadą, jeżeli zostanie tylko TP5 0?

Co w takim razie będzie w tym roku? TP 25 i TP 50. Baza w Stalowej Woli. Będzie San i Puszcza Sandomierska. Będzie trochę miasta: huta i Król Skorpion. Za tydzień pojawi się regulamin. Powoli zaczyna składać się trasa, przy której mam pomysł na nową formułę organizacyjną.

A przy jednym z punktów nad Sanem dwa dni temu widziałem stado ośmiu kormoranów!

 

 

Reklamy

Osiemnastka Hiu

2 – Zimowa Poniewierka, 15 km orientacja

30 – Malohanacka Stovka, 100 km / +2300, CZE, 16.48

55 – Hucuł Trail, 55 km  / +3400, UKR, 12.17

2 – Irokez, Mistrzostwa Polski w rogainingu 24 h, z Tadeuszem Podrazą

9 – Dusiołek Górski, 50 km orientacja

29 – Kwietny Bieg, Lisowice, bieg 24-godzinny, 100 km / 12.30

1- Rajd Żródeł Chodelki, 8 h rogaining

24 – Jurajska Jatka,  50 km orientacja

16 – Kiwon, 15 km orientacja

Trzy miejsca na podium i rekord życiowy na stówę. Nieźle. Na dodatek w roku, w którym siedem miesięcy straciłem na leczenie różnych kontuzji.

Zaczęło się od drugiego miejsca na Zimowej Poniewierce. Byłoby wspaniale, gdyby nie drobiazg: pierwsze przegrałem, bo pobiegłem… nie na tą metę, co trzeba. Potem była setka w Czechach, gdzie czaiłem się na rekord życiowy na stówę w górach. Nie wyszło z absurdalnego powodu: w nocy zgubiłem drogę i dołożyłem sobie dodatkowe 10 kilometrów. Zupełnie nie udał mi się ukraiński Hucuł. Zaskoczyła mnie trudność trasy.

Los odmienił się na Irokezie Mistrzostwach Polski w 24 – godzinnym rogainingu. Razem z Tadeuszem Podrazą zajęliśmy niespodziewanie drugie miejsce. Tadek doskonale nawigował i pilnował tempa. Ja, mimo grubego kryzysu w trakcie, dołożyłem coś od siebie: znalazłem punkt, którego wcześniej szukaliśmy prawie godzinę. Pierwszy raz w życiu zająłem medalową pozycję w mistrzostwach kraju.

Kwietny Bieg miał być sprawdzianem bezwzględnym tego, co naprawdę potrafię. Udało się połowicznie.  Dałem radę pobić rekord życiowy na 100 kilometrów, ale zaraz potem musiałem zejść z trasy z powodu bólu kolana. I to był koniec poważnego biegania w zeszłym roku. Owszem, wystartowałem w Rajdzie Źródel Chodelki, nawet wygrałem, ale to była zabawa. Zabawą był też start w Jurajskiej Jatce. Tam nie dałem rady zaliczyć całej trasy.

Kolano nie było jedynym problemem. Gdzieś od połowy 2017 roku podczas biegania bolał mnie brzuch. Czasem mniej, czasem bardziej. Na Ukrainie bardzo mocno dał mi się we znaki, był głównym powodem słabego startu. Z czasem bolało coraz częściej i mocniej. Przyczyną okazała się być przepuklina. Sprawa jest stosunkowo prosta do naprawienia, ale czasochłonna. Mam za sobą operację, ale za dwa tygodnie będę miał kolejną. Bo boli z obu stron brzucha i trzeba ciąć dwa razy. Pod koniec lutego mogę wznowić treningi jeżeli… pozwoli na to kolano. Tu mam za sobą trzy miesiące brania prochów, zabiegi z prądem, zastrzyk z kwasu hialuronowego i codzienne ćwiczenia rehabilitacyjne. Efekt: wcale nie jest jeszcze dobrze.

Pomysłów na przyszły sezon mam mnóstwo. W nowy sezon wkraczam z umiarkowanym optymizmem, ale więcej tu umiarkowania, niż optymizmu.

Osiemnastka PKŻ

Orientacja:

3 – Zimowa Poniewierka 15 km

6 – Irokez, rogaining 4 godziny

3 – Rajd Źródeł Chodelki, rogaining 8 godzin, open

13 – Jurajska Jatka, 25 km

4 – Kiwon, 15 km

15 – Gezno (z Magdą Stępień), trasa R 20km + 15 km

Dogtrekking:

2 – Wiśniowy Dogtrekking, Sandomierz, 10 km

8 – Czarnorzeki, 10 km open

3 – Four Seasons z psem, Lutowiska, 15 km open

Rok 2017 był najaktywniejszym w sportowej karierze PKŻ. Zakończył się niestety kontuzją. Namierzenie przyczyny problemów, a potem wyleczenie zabrały w sumie 8 miesięcy. Stąd w pierwszej połowie roku tylko dwa starty. Oba bardzo luźne, jeden niespodziewanie zakończony na podium.

Do treningów PKŻ wróciła tuż przed wakacjami. Po kontuzji nie było już śladu, po formie niestety również. Pojawiła się też zmiana o bardzo poważnych konsekwencjach.  W domu pojawił się pies – Erka. Wszystkie kolejne starty dziewczyny zaliczały już razem. Czasami szło lepiej jak na Rajdzie Źródeł Chodelki, czasami gorzej, jak na Jurajskiej Jatce.

Rajdy na orientację ustąpiły jednak miejsca w hierarchii ważności nowemu odkryciu: dogtrekkingowi. Jak na świeżo nawróconą przystało,  PKŻ trenuje teraz nie tylko siebie, ale i psa. I mają na swoim koncie sukcesy. Już dwa razy były na podium. Wydaje się, że ich możliwości są tu znacznie większe niż w zawodach na orientacje.

Kolejny sezon zapowiada się co najmniej ciekawie.

 

Aferalny Mikołaj

Na pierwszy rzut oka w PMnO wszystko gra: w miniony weekend odbył się Rogaining Mikołajów. Zawody wygrał Paweł Jankowiak, a drugie miejsce zajął Michał Jędroszkowiak. Po przeliczeniu punktów do PMnO okazało się, że pierwsze miejsce w konkurencji TP 50 za kończący się rok zajmie Jankowiak. Jędroszkowiak nie ma już żadnych szans, by przegonić rywala.

Gratulacje dla zwycięzcy, brawa, wiwaty!

Ale…

Jedną z imprez PMnO pod koniec listopada miał być rajd Olędry. Impreza została jednak odwołana przez organizatora. Pod naciskiem zawodników Kapituła zdecydowała by w zamian za Olędry rozegrać dodatkową imprezę. Miał nią być Rogaining Mikołajów. Decyzja wzbudziła mieszane odczucia. Zawodnikom z Wielkopolski podobała się, tym z innych rejonów kraju niekoniecznie.

Organizatorem Olędrów miał być Paweł Jankowiak. Jest oczywistym, że nie wystartowałby w tej imprezie. W Rogainingu Mikołajów jednak mógł. Wystartował więc i wygrał. Dostał prezent od Kapituły: dodatkową szansę na ogranie rywali i wykorzystał ją perfekcyjnie. Według regulaminów wszystko jest w porządku.

Istnieje jednak w sporcie coś takiego jak fair play. Tutaj Jankowiak wykazał się grubym niezrozumieniem tematu. Tak zwyczajnie, dla przyzwoitości mógł sobie ten start odpuścić, a potem ograć Jędroszkowiaka na kolejnych zawodach. Choć ma za sobą świetny sezon, to styl jego zwycięstwa będzie przez złośliwych porównywany do wygranej piłkarskiej reprezentacji Polski z San Marino po golu strzelonym ręką. W obu tych przypadkach zwycięstwo zostało osiągnięte dzięki pomocy mało przytomnych sędziów.

Gdyby nie wystartował w RM – Jędroszkowiak miałby jeszcze szanse, by go przeskoczyć.

Gdyby RM nie został włączony do pucharu – Jędroszkowiak nadal liczyłby się w walce o zwycięstwo.

Ba, zakłócona została jeszcze jedna rywalizacja. Sytuacja tak się ułożyła, że gdyby RM nie było w pucharze – Michał przed Nocną Masakrą musiałby wybrać, który tytuł jest dla niego ważniejszy. Startując na TP 100 mógłby wygrać ten ranking i być drugim na 50. Startując na TP 50 przy odrobinie szczęścia mógł zachować pierwsze miejsce na obu dystansach. Przy odrobinie pecha – mógł oba pierwsze miejsca stracić. Teraz wszystko jest już jasne – pozostał mu start wyłącznie na TP 100. Jednocześnie podnosi to mocno poprzeczkę Marcinowi Hippnerowi.

Za rozdawanie mikołajowych prezentów i alternatywną umiejętność przewidywania skutków swoich decyzji przyznaję Kapitule Dzban Sezonu.

Jesienny raport

Rzadziej ostatnio piszę, nadrabiam więc braki i informuję po kolei:

PKŻ – wyleczyła kontuzję i od kilku miesięcy pilnie trenuje truchta sobie od czasu do czasu. Polubiła bieganie z psem, zaczęła jeździć nawet na psie zawody. Niedawno była w Lutowiskach na imprezie o nazwie 4 Seasons Razem z Psem. Na dystansie 15 km udało się jej zająć 3. miejsce i jest to wynik, który budzi spory szacunek. Zawody były bardzo ładne widokowo i dobrze zorganizowane, nie mogę jednak nie napisać o ich nazwie. Są organizatorzy, którzy kiepsko posługują się językiem polskim i wolą „efektowniejsze” nazwy w języku obcym, zwykle angielskim. Tu jednak organizatorzy poszli dalej i pomieszali dwa języki. Nie oni jedni, kojarzycie np. „100 miles of Beskid Wyspowy”? Gdy widzę coś takiego krwawią mi oczy…

DSC04602

PKŻ wystartowała też na GEZNO. Jej partnerką na trasie R (ok. 20km + 15 km + przewyższenia) była Magda Stępień, dwa haszczaki Daisy i Borys oraz Erka. Spisały się nieźle, bo skończyły zawody na 15. pozycji na ok. 50 zespołów. Przy okazji dowiedziała się, jak to jest zaliczyć glebę z dużym psem husky. Podobno wygladało to tak, że ona już leżala, a Borys dalej sobie biegł. Dopiero po kilku metrach załapał, że coś go hamuje. W efekcie PKŻ wyglądała tak, że sąsiedzi zastanawiali się, czy nie jest ofiarą przemocy domowej.

Samo GEZNO zaś to absolutny top krajowych imprez nawigacyjnych. Piękne i wymagające trasy, ponad 200 zespołów na starcie i doborowe towarzystwo na mecie. Impreza na której zawsze warto być.

DSC04595

Erka – biega szybciej niż PKŻ. Problem w tym, że nie zawsze w tym samym kierunku. Doskonale daje sobie radę na rajdowych trasach pod względem fizycznym. Musi jednak trochę popracować nad psychiką. Na dzień dzisiejszy uwielbia oznajmiać wszystkim w okolicy, że ona już tu jest. Zabiera też głos w każdej sprawie nieproszona. Efekt? Gdy ktoś chce namierzyć mnie lub PKŻ, najłatwiej zrobi to podążając tam, gdzie usłyszy szczekanie.

DSC_0191

Hiu – mam dwa problemy. Pierwszy to kolano. Ortopeda zdiagnozował uszkodzenie rzepki. Łykanie prochów nie pomogło, więc zaordynował zastrzyk z kwasu hialuronowego. To taka substancja, którą wstrzykują sobie w usta niektóre panie, jeżeli chcą być piękniejsze mieć usta jak glonojad. Od wstrzyknięcia minął tydzień. Na razie dalej boli, ale za to mam ładniejsze kolano.

Drugi mój problem to przepuklina pachwinowa. Kontuzja popularna w tym sezonie wśród biegaczy w PMnO, nawet tych ze ścisłej czołówki. Niektórzy jednak są już po i wrócili do biegania, a ja muszę poczekać. Za dwa tygodnie mam zabieg a po nim.. może jeszcze drugi, bo boli jakoś tak symetrycznie. Wersja optymistyczna: wrócę do biegania po Nowym roku. Pesymistyczna: w okolicy RDS.

Na dziś to by było na tyle.

 

 

Arkusz oceny imprez PMnO

Wraz z rosnącą ilością imprez PMnO pojawiła się konieczność uszeregowania ich. Te, które cieszyły się lepszą opinią wśród członków Kapituły dostawały wyższe wagi.  Przez kilka lat odbywało się to „na oko”. Powoli jednak narastała konieczność stworzenia narzędzia, które pozwoli obiektywnie wyłonić naprawdę najlepsze. Przed obecnym sezonem pojawił się arkusz oceny imprez. Początkowo nikt nie zwrócił na niego większej uwagi, niespodziewanie jednak okazało się, że arkusz jest stale aktualizowany, a poszczególne zawody poddawane są konkretnej ocenie.

Jak to działa? Każda impreza może dostać maksymalnie 200 punktów. Za niespełnienie poszczególnych regulaminowych wymogów odbiera się punkty. Ile, za co i czy jest to słuszne? Przeanalizujmy:

– dystans – za każdy kilometr ponad/poniżej regulaminowych widełek 1 punkt. Kara ta jest raczej symboliczna. Zawody 35-kilometrowe czy 65-kilometrowe dostałyby zaledwie 10 punktów karnych. To naprawdę niewiele za dość poważne uchybienie.

– dokładność stawiania PK – ważna rzecz, dla przebiegu zawodów kluczowa. Można stracić 20 punktów za jeden błąd, a to i tak niewiele. Ta kara spokojnie mogłaby być wyższa. Sugerowałbym też jednoznaczne i zrozumiałe sformułowanie tego przepisu. Obecne jego brzmienie to ” za każde 10m ponad limit minus 1 pkt oraz dodatkowo za każdy PK ponad 2mm w skali minus 10 pkt” . W żaden sposób nie potrafię przeliczyć, jak na Rajdzie Dolnego Sanu punkt przesunięty o 100 metrów został wyceniony na 18 punktów kary. Warto też stworzyć jakiś system przekazywania informacji o błędach w tym zakresie, bo są imprezy, gdzie punkty stały niekoniecznie tam, gdzie powinny, a w arkuszu tego nie widać,

– oznaczenie PK – kara do 10 punktów – ok,

– brak PK w terenie, nie rozstawienie na czas – 20 punktów – tu tak samo jak z dokładnością, za grube przewinienie powinna być gruba kara. Większa niż 20 pk,

– zmiana lokalizacji PK w trakcie zawodów 20 pk za każda zmianę. Tu różnica między mną i Kapitułą jest fundamentalna. Jeżeli z jakichś powodów (nie zawsze zawinionych przez organizatora) punkt stoi źle to warto spróbować jednak ratować co się da i postawić go z powrotem tak, jak należy. Choćby po to, by uratować przyjemność udziału w normalnych zawodach dla tych, którzy jeszcze tam nie dotarli. Ktoś obruszy się, że to niesprawiedliwe. Owszem, to jest niesprawiedliwe. Jeżeli jednak punkt stoi nie tam, gdzie powinien, albo nie ma go wcale – takie wyniki też nie będą sprawiedliwe. Z tej kary zrezygnowałbym zupełnie, choć mogę być w tym poglądzie odosobniony,

– bezpieczeństwo – 10 punktów. Tylko na tyle wyceniony jest bezpieczny udział w zawodach? Jeżeli organizator stawia punkt w miejscu niebezpiecznym powinien ponieść konkretną karę, a nie takie pitu – pitu,

– sposób potwierdzania PK – 10, terminowa publikacja regulaminów i harmonogramu zawodów – 10, publikacja wstępnych wyników – 10, publikacja wyników końcowych – 20, możliwość składania protestów – 10, nazewnictwo tras – 10. Z tymi puntami trudno się nie zgodzić,

– świadczenia dla uczestników – 10. Mało. Tyle to może być za brak czajnika. Jeżeli jednak nie ma prysznica i trzeba wracać brudnym do domu przez pół Polski, kara musi być wyższa. Przy tak niskiej karze czekam na sytuacje, gdy na zawodach nie będzie możliwości noclegu. Obecna kara to tylko 10 punktów,

– publikacja wariantu przejścia trasy – 20. A na co to komu? Pierwotnie publikacja wariantu miała służyć możliwości zmierzenia trasy przez Kapitułę, sprawdzenia czy mieści się w regulaminowych widełkach. W postaci obecnej jest tylko niepotrzebną nikomu sankcją; większą niż za postawienie punktu w miejscu niebezpiecznym, większą niż za zrobienie 26- czy 74-kilometrowych tras na TP 50. Absurd! Wystarczy zażądać wariantu w sytuacji podejrzenia złego zwymiarowania trasy, to zupełnie wystarczy,

– inne przewinienia – do 50. Ok, może to być np. opóźnienie rozpoczęcia zawodów, może być jakieś naruszenie regulaminu. Nie da się przewidzieć wszystkiego, a jakaś furtka z zapasem punktów do rozdania / odebrania powinna pozostać.

Czego brakuje mi w arkuszu? Przede wszystkim frekwencji. Z jednej strony mamy zawody z ponad dwustoma uczestnikami, z drugiej były i takie, gdzie na starcie nie było nawet dziesięciu osób. Warto by to zróżnicować. Np. za każde pełne 10 osób na starcie 1 dodatkowy punkt, do stu osób. A może nawet do dwustu.

Tegoroczny arkusz niezbyt się udał. Powinien jednak być obowiązujący przy przydzielaniu wag. Skądinąd wiadomo mi, że Kapituła pracuje nad poprawkami. Podobno nawet część zmian może być tożsama z moimi pomysłami.

Jeszcze jedna refleksja. Skoro zawody niżej ocenione otrzymają niższe wagi, to jaką wagę przyznać imprezie, gdzie lista błędów wygląda tak: „opóźnienie publikacji regulaminu o 13 dni, 2.05 brak wyników wstępnych, dystans ok. 60 km, zagrożenie bezpieczeństwa (PK 8 i PK N). Potwierdzanie punktów M,K,B i 33 niejednoznaczne, ponadto oznaczenie punktów  niezgodne z regulaminem PMnO.” Czy mając w pakiecie ponad 50 imprez jest sens utrzymywania w pucharze czegoś, co regularnie nie spełnia prawie żadnych standardów?

 

Wszystkie barwy jesieni

Właściwie to nie chciałem jechać na Kiwona. Kontuzja kolana to pierwszy powód, kontuzja brzucha drugi, a na dodatek kilka dni przed startem rołożył mnie jakiś wirus. A może jakaś bakteria? Najchętniej poleżałbym sobie w łóżku, ale PKŻ trochę mnie pomolestowała, zapakowaliśmy się więc do samochodu z Erką i Pocertescu i pojechaliśmy do Rozdziela. Start na TP 50 nie wchodził jednak w grę. Forma opłakana, ze zdrowiem jeszcze gorzej, nie miałbym żadnych szans na ukończenie. Przepisałem się na TP 15.

Rano ruszyliśmy na trasę. Pogoda była piękna, a okoliczności przyrody jeszcze piękniejsze. Słońce, jak na połowę października, grzało całkiem mocno. Lasy mieniły się wszystkimi jesiennymi kolorami, począwszy od bladych żółci, przez czerwienie, aż do brązów. Pod nogami szeleściły dywany z liści. Pięknie było, normalnie jakaś Liga Mistrzów estetyki.

Cały czas truchtałem sobie spokojnie. Od czasu do czasu mijałem się z Izą Osyszko, więc tempo było całkiem przyzwoite. Czułem, że jestem gdzieś w okolicy podium. Po latach biegania w imprezach na orientacje czuje się takie rzeczy. Pierwsze pięć punktów poszło nieźle. Został ostatni. Łatwizna: wąwóz, brzeg potoku.

Wpadam do wąwozu tam, gdzie powinien być punkt i… nic. Punktu nie ma. Dobra, idę 50 metrów do góry. Dalej nic. No to kurs 100 metrów na dół. Znowu nic. 150 do góry. 200 na dół. 250 do góry. 300 na dół. Punktu nie ma! W międzyczasie spotykam Izę. Też nie może znaleźć punktu. W końcu odpuszczam i spokojnie wracam do bazy. Już bez biegania, bo brzuch boli. Na mecie wpisuję na kartę BPK (brak punktu kontrolnego) i liczę na potwierdzenie tego wpisu jako prawidłowego. Okazuje się, że punkt jednak był. Stał 20 metrów wyżej od najwyższego miejsca, gdzie dotarłem. Chwile spieram się z Tomkiem Dudą (organizatorem), tłumaczę mu, że punkt stał nie tam, gdzie powinien. Tomek spokojnie odpala w telefonie internet, wyszukuje zdjęcie satelitarne terenu i okazuje się, że to on miał rację, nie ja. Punkt stał prawidłowo!

Potem usiedliśmy sobie na schodkach przed szkołą. Słońce dalej grzało. Siedzieliśmy w parę osób i opowiadaliśmy sobie jakieś rajdowe historie. Jedni przychodzili, inni odchodzili, kolejni wpadali na metę. A schodki cały czas były zajęte. Było tak fajnie, jak na żadnej innej tegorocznej imprezie. Fajni ludzie jeżdżą na imprezy PMnO, fajni ludzie je organizują. Sport to jedno, ale część towarzyska jest tak samo ważna. Warto jeździć na te imprezy, nawet nie stawiając sobie żadnych celów sportowych. Warto dla samego towarzystwa. Kiwon pod tym względem jest w ścisłym czubie stawki.

Trzeba jeszcze napisać parę słów o TP 50. Kiwon dołączył w tym roku do klubu imprez trudnych. Punkty nie były proste do odnalezienia. Zostały ukryte głęboko w lasach, a warianty pomiędzy nimi były mocno niebanalne. Gwoździem programu był punkt na Magurze Małastowskiej: postawiony daleko od pozostałych, na największej górce w okolicy. Zdobywając go niektórzy tracili czas, w którym mogliby zrobić 3 – 4 inne punkty. Na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy zaliczyli wszystkie punkty w limicie. Zazdrościłem tym, którzy mogli zmierzyć się z kiwonową pięćdziesiątką.

Nie wszystko jednak było idealne. Organizator zaplątał się w regulaminie, który sam napisał. Początkowo przyznawał kary czasowe za brak punktów. Potem okazało się, że według regulaminu bezwzględnym pierwszym kryterium klasyfikacji jest ilość zaliczonych punktów. W efekcie w kategorii kobiecej inne panie stały na podium, a inne są na nim w wynikach końcowych. Poszkodowane zostały osoby, którym zależało na ukończeniu imprezy w limicie. Wnioski z tej sytuacji są dwa. Dla organizatorów: by precyzyjnie pisali regulaminy. Dla uczestników: by czytali regulaminy i nie bali się składać protestów. Czasem można sporo ugrać.

Przed Kiwonem Tomek zachęcał mnie w prywatnym mailu do przyjazdu hasłem „Beskid Niski jesienią urywa d…”. Miał 100 % racji. Urywa!