Hiu 2017

Piesze Maratony na Orientację TP 50:

4 – Ełcka Zmarzlina

9 – Rajd 4 Żywiołów zima

25 – Skorpion

4 – Nadwiślański MnO

9 – Dymno, rogaining

9 – Dusiołek Górski

7 – Roztoczańska 13, rogaining

2 – Świętokrzyska Jatka

9 – Mordownik

3 – Kaczawska Wyrypa

6 – Jurajska Jatka

4 – Nocna Masakra

Z PKŻ:

9 – Ice Adventure

NKL – Rajd 4 Żywiołów lato

12 – Orientiada

17 – Jaszczur – Kresowe Bagna

7. Miejsce w klasyfikacji generalnej PMnO TP 50

—–

2 mix – Na przijmo bez Gaszowice ( z Ewą Skubidą), 45 km orientacja

3 – Kiwon, 50 km orientacja

7 – Kółka na Zielonej, bieg czterogodzinny, 32,5 km/+1200/3.25, nieoficjalnie 39km/+1400/4.15

12 – Wild Boar Ultra / Persenk Ultra, 105 km / + 5000, 17.45, BUL

Łącznie 20 imprez ultra w jednym sezonie

2 – Mielecka Impreza Turystyczna, 15 km trail

20 imprez ultra w ciągu roku to niezły wynik. Fajnie jest mieć świadomość, że w jakiejś kategorii jest się jednym z najlepszych w kraju. Są jednak lepsi: Tadek Podraza, Staszek Kaczmarek, Rafał Koszyk czy Ania Sejbuk.

Celem na sezon 2017 było miejsce na podium z klasyfikacji generalnej PMnO (cel minimum: szósta lokata). Nie udało się, ostatecznie jestem siódmy. Inni byli lepsi, zwyczajnie zabrakło umiejętności. O ile biegowo było nieźle, to nawigacyjnie traciłem średnio po 40 minut na imprezę. Zdecydowanie za dużo, by skończyć sezon na pudle. Zdarzały się też spektakularne katastrofy, jak na Skorpionie, gdzie dołożyłem sobie niepotrzebne 20 kilometrów.

Wyniki punktowe z poszczególnych imprez mogą być mylące. Najlepszy wynik zrobiłem na Nocnej Masakrze, którą uważam za swój… najsłabszy start. Z kolei za najlepszy uważam Dymno, gdzie paradoksalnie skończyłem w klasyfikacji dość daleko. Rogaining to jednak taka konkurencja, która nie wybacza niektórych błędów.

Startów w imprezach liniowych było niewiele. Trzeba jednak zauważyć, że na Wild Boar Ultra zrobiłem swój najlepszy życiowy wynik według rankingu ITRA (w którym nie wiadomo dlaczego jestem… Czechem). Bardzo przyjemnie jest mieć świadomoćć, że mimo 46 lat na karku ciągle jeszcze są we mnie rezerwy i jestem w stanie poprawiać swoje najlepsze wyniki.

Reklamy

PKŻ 2017

 

PMnO: 12 x 50 km na orientację:

9 – Ełcka Zmarzlina

2 – Rajd 4 Żywiołów zima

2 – Ice Adventure Race

1 – Skorpion

4 – Dusiołek Górski

6 – Roztoczańska 13

2 – Rajd 4 Żywiołów lato

7 – Jaszczur – Kresowe Bagna

11 – Świętokrzyska Jatka

4 – Orientiada

NKL – Mordownik

4 – Jurajska Jatka

5 – klasyfikacja generalna PMnO (prawdopodobna lokata na koniec sezonu)

 

2 – WInO, 30 km orientacja

2 mix – Na przijmo przez Gaszowice, 48 km orientacja, (z Hubertem Puką),

4 – KIWON, 25 km orientacja

 

6 – UltraRoztocze, 90 km / 1300+, 15.16

76 mix – Bieg Rzeźnika, 81 km / 4000+, 15.35, (z Tadeuszem Podrazą)

2 – Kółka na Zielonej, bieg 4 godziny, 26 km / 960+

30 – Orehovo Trail, BUL, 53 km / 2200+, 9.41

 

Łącznie: 16 imprez ultra

1 zwycięstwo

7 miejsc na podium

 

Pracowity sezon ma za sobą PKŻ. Zaliczyć 16 imprez ultra w ciągu roku to dorobek, zwłaszcza u kobiet, rzadko spotykany. W klasyfikacji generalnej PMnO PKŻ zajmie prawdopodobnie piąte miejsce (dziś jest czwarta). Byłoby to wyrównanie najlepszego do tej pory wyniku sprzed dwóch lat. Zupełnie inna jest jednak wartość tego osiągnięcia. W tym sezonie ścigało się więcej dziewczyn. Aby zająć to samo miejsce trzeba było włożyć znacznie więcej wysiłku. Na kilku imprezach PKŻ zdecydowała się wyjść na trasę samotnie, bez męża, koleżanek i kolegów. Niby nic wielkiego, przecież na tym właśnie polegać powinien ten sport. Trzeba jednak wziąć poprawkę na fakt, że na palcach jednej ręki można policzyć panie startujące samodzielnie.

Do połowy roku PKŻ czterokrotnie wbiła się na pucharowe podium. W drugiej części sezonu nie udało się to ani razu. Było to efektem zmęczenia fizycznego częstymi startami. Zwyczajnie zabrakło sił.

Największym wyzwaniem było dla niej ukończenie w limicie Biegu Rzeźnika. Partnerem na trasie był Tadeusz Podraza. Cały trening w pierwszej połowie roku podporządkowany był tej imprezie. Operacja zakończyła się sukcesem. Po drodze było jeszcze UltraRoztocze. Tam zdała sobie sprawę z tego, ile mocniejsi psychicznie są zawodnicy startujący na co dzień na orientację od tych z liniówek. Zyskała też świadomość tego, że w jej zasięgu są imprezy stukilometrowe.

Podsumowując: PKŻ ma za sobą najlepszy rok w swej dotychczasowej sportowej karierze.

 

 

 

Hiu 2016

43 – Ledopadova 100, 110km / + 4500, Czechy, 23.37

11 – Skorpion, 100 km orientacja

35 – Jarnim Sluknovskiem, 115 km / +4500, Czechy, 27.07

3 – Przeprawa, 50 km orientacja

3- Dusiołek Górski, 50 km orientacja

7 – Roztoczańska 13, 8 godzin rogaining

29 – Kazinczy Emlektura, 206 km / + 7800, 47.00

9 – Świętokrzyska Jatka, 50 km orientacja

9 – Mordownik, 50 km orientacja

10 – Krali Marko Trail, 90 km / + 4300, Macedonia, 16.20

20 – Jurajska Jatka, 50 km orientacja

5 – Jaszczur – Bojkowski Ślad, 50 km orientacja

7 – Iszinik, 100 km / + 3000, Węgry, 17.00

 

11 -Rajd 4 Żywiołów, 90 km AR2 miks, 5. miks

Pruchnickie Harce Rowerowe, 100 km orientacja rowerowa, 5. miks (ostatnie miejsce w klasyfikacji)

 

Sezon był długi jak nigdy i niełatwy. Zarazem satysfakcjonujący, niektóre wyniki sprawiły mi wiele radości. Szczególnie trudny był początek, gdy dała o sobie znać rwa kulszowa. Treningi były w tym czasie nędzne, wyniki również. Rwa to jednak nie wszystko – od stycznia mam problemy ze stopą. Pół roku lekarze próbowali ustalić, co mnie boli, teraz od trzech miesięcy próbują zrobić tak, żeby nie bolało. Jak do tej pory bezskutecznie.

Zaczęło się od rozrywkowego startu w zespole z PKŻ na trasie AR na Rajdzie Czterech Żywiołów. Jeszcze w styczniu poprzeczka poszła mocno w górę na czeskiej Ledopadovej 100. Wynik był może i znośny, ale od połowy trasy marzyłem już tylko o dojściu do mety. Podobnie było na czesko – niemieckim Jarnim Sluknovsku. Na tej imprezie ze względu na kontuzję powinienem był zejść w połowie trasy. Za granicę nie jeździ się jednak po to, by wycofywać się w połowie. Czas był tragiczny, ale zrobiłem całość. Imprezy w Czechach to największe odkrycie minionego sezonu. Urzekł mnie tamtejszy styl organizacji, bardzo inny od polskiego biegania po tasiemkach, ale także trudność i piękno projektowanych tras. Szczególnie tych robionych przez Olafa Cihaka i Egona Wiesnera.

Zimą zaliczyłem jeszcze setkę na Skorpionie. Mimo słabej formy wynik był porównywalny z osiągniętym rok wcześniej. Wystarczyło nie robić błędów nawigacyjnych i zbędnych kilometrów.

Wiosna to czas gdy jestem najmocniejszy. Najpierw wywalczyłem najniższy stopień podium na Przeprawie. Niedługo potem powtórzyłem to na Dusiołku Górskim. Na Roztoczańską 13 jechałem by wygrać. Mimo, że byłem na tej imprezie najmocniejszy fizycznie, choć dobrze nawigowałem, skończyło się na rozczarowującym siódmym miejscu. Jedni twierdzą, że nawigowałem jednak słabo. Inni – że rozstawienie punktów spowodowało dużą losowość wyników. Z rezultatem końcowym tej imprezy nie pogodziłem się do dziś.

Początek lata to moja najulubieńsza impreza: Kazinczy 206. Dałem jej radę po raz drugi, na dodatek poprawiłem swój wynik o siedem godzin. To chyba najbardziej wartosciowy wynik w sezonie.

Kilka razy wystartowałem z PKŻ. Na rowerowych Pruchnickich Harcach zajęliśmy absolutnie ostatnie miejsce. Na Jatkach: Świętokrzyskiej i Jurajskiej dopilotowalem ją do podium. Wiem, to wątpliwe moralnie. To także temat na dłuższy artykuł. Razem z PKŻ poszliśmy też na spacer na bieszczadzkim Jaszczurze, ale tam nie biegaliśmy.

Dziewiąte (ale właściwie to siódme) miejsce na Mordowniku jest niezłe, ale mogło być lepiej. W połowie trasy walczyłem przez chwilę z najlepszymi, potem głupie błędy nawigacyjno –  taktyczne zrzuciły mnie pod koniec pierwszej dziesiątki. Dziesiąte miejsce udało się wywalczyć w Macedonii. Krali Marko Trail: dobra lokata końcowa, piękna trasa, doskonała organizacja – fajne ukoronowanie sezonu.

Zupełnie niespodziewanie w listopadzie udało się jeszcze wyskoczyć pod Budapeszt na stukilometrowego Iszinika. Udało się go ukończyć mimo paskudnych warunków atmosferycznych, na siódmej pozycji. Starczy napisać, że imprezę, którą co roku kończyło po 250 osób, tym razem skończyło ledwie 80. Kolejny raz na liniowej imprezie byłem też w najlepszej dziesiątce (pytanie: ilu Polaków w 2016 roku zameldowało się więcej niż raz w pierwszej dziesiątce zagranicznej liniowej setki?)

Razem: 14 startów: 1 x 200, 5 x 100, 6 x 50, 1 x rogaining, 1 x AR

5 x liniówki, 9 x orientacja

Kilometry nabiegane: 2290

Kilometry na zawodach: 1152

Król

2007 – 2. PP 100

2008 – 3. PP 100, 2 zwycięstwa

2009 – 2. PP 100, 4 zwycięstwa

2010 – 2. PP 100, 3 zwycięstwa

2011 – 1. PP 100, 7 zwycięstw, 2. MP 100,  TP 50 2 wygrane, 2. MP 50

2012 – 3. PP 100, 4 zwycięstwa, 1. MP 100,  TP 50 3 wygrane

2013 – 1. PP 100, 5 zwycięstw, 1. MP 100

2014 – TP 100 – 1 zwycięstwo, 1. MP 100, TP 50 – 2 wygrane, 1. MP 50

2015 – 2. MP 100,  1. PP 50, 7 wygranych, 1. MP 50

2016 – 1. PP 100, 3 zwycięstwa, 1. MP 100,  1. PP 50, 5 wygranych, 1. MP 50

5 zwycięstw w klasyfikacji generalnej Pucharu Polski (jedenaście razy na podium) – 3 x 100, 2 x 50

48 wygranych imprez – 29 x 100, 19 x 50

7 x Mistrz Polski (dziesięciokrotny medalista) – 4 x 100, 3 x 50

Król jest jeden: Michał Jędroszkowiak

PKŻ 2016

Brtnicke Ledopady, Czechy, 38 km / + 1300, 8.48

Skorpion, 50 km orientacja, 2. miejsce,  bez 3 PK

Jarnim Sluknovskem, Czechy, 50 km / + 2400, 3. miejsce, 11.28

Przeprawa, 50 km orientacja, 2. miejsce, 11.22

Irokez, rogaining 12 godzin, 1. miejsce

Kazinczy Emlektura, trasa Szephalom, Węgry, 57 km / + 2100, 2. miejsce, 12.51

Roztoczańska 13, rogaining 8 godzin, 1. miejsce

Świętokrzyska Jatka, 50 km orientacja, 2. miejsce, 9.42

Bieg Partyzanta, 23 km / + 700, 11. miejsce, 3.25

Mordownik, 50 km orientacja, 5. miejsce, 12.55

Kamena Baba Trail, Macedonia, 31 km / + 1250, 22. miejsce, 7.02

Jurajska Jatka, 50 km orientacja, 2. miejsce, 8.46

Jaszczur, 50 km orientacja, 5. miejsce open

Iszinik, Węgry, 50 km / +1250, 8.50

PMnO TP 50 – 9. miejsce klasyfikacja generalna

Rajd 4 Żywiołów, 90 km AR2 miks, 11. miejsce (5. miks)

Pruchnickie Harce Rowerowe, 100 km orientacja rowerowa, 5. miks (ostatnie miejsce w klasyfikacji)

Rok zaczął się nietypowo, od debiutu w rajdzie przygodowym. W miksach udało się zająć piąte miejsce. Jazda na rowerze po śniegu i przy minusowej temperaturze niezbyt jednak przypadła do gustu PKŻ. Kolejną imprezą była turystyczna trasa czeskich Brtnickich Ledopadów. Czas wyszedł taki sobie, bo dziewczyny (drugą była Anna Podraza) trochę pogubiły się w lesie.

Pierwszą imprezą o konkretną stawkę był Skorpion. Nawigacyjnie jednak ta impreza trochę PKŻ przerosła. Skończyła bez trzech punktów kontrolnych. Mimo to zajęła w swojej kategorii drugie miejsce. Skorpionowe podium zapoczątkowało świetną passę: na podium trafiała siedem razy pod rząd. Najpierw na czeskiej liniówce Jarnim Sluknovskiem (trzecia), potem na Przeprawie (druga), aż wreszcie na Irokezie udało się wygrać. Na tym rogainingu były wprawdzie tylko dwie panie, ale wynik PKŻ dałby jej miejsce w górnej połówce klasyfikacji męskiej. Na wiosnę był jeszcze próbny start w rowerowej imprezie na orientację- Pruchnickich Harcach. Tu niestety okazało się, że bez treningu zrobienie wyniku lepszego niż ostatnie miejsce nie jest możliwe.

Następny był wyjazd na Węgry na Kazinczy Emlektura. W wielkim upale sukcesem było już dojście do mety. Drugie miejsce było miłą niespodzianką. Jeszcze większą był wynik na Roztoczańskiej 13. Zwycięstwo to jedno, prawdziwym sukcesem było zrobienie wyniku, który dał jej miejsce w czołówce męskiej generalki. Powoli rogaining staje się jej ulubioną konkurencją.

Sukcesem byłe też wyniki na obu Jatkach: Świętokrzyskiej i Jurajskiej. Dwa drugie miejsca to doskonały rezultat. Trzeba tu zaznaczyć, że były to jedyne imprezy, na których PKŻ pokonywała trasę z Hiu jako nawigatorem.

Nie udało się wbić na podium Mordownika. Ta impreza zawsze ma bardzo mocną obsadę. Trzeba było zadowolić się piątym miejscem. Bardzo daleko od podium była też PKŻ na liniówce w Macedonii. Nie da się jednak zrobić dobrego wyniku, jak się gubi wyznakowaną trasę i dokłada pięć kilometrów.

Koniec sezonu to spacerek na Jaszczurze i turystyczna trasa 50 km na węgierskim Isziniku. Zupełnie niespodziewanie ta impreza okazała się prawdziwą próbą charakteru. Dotarcie do mety w ulewnym, deszczu, przy niskiej temperaturze to chyba największy tegoroczny wyczyn PKŻ.

Sumując: osiem razy na podium. Dwa zwycięstwa, pięć drugich miejsc i jedno trzecie. Ukończone 10 imprez ultra i cztery dodatkowe, którym można zaliczyć parametry ultra. Na zawodach nabiegane około 680 kilometrów.

Kariera od zera cz. 6

2010

48 – Dymno, 50 km orientacja, Nieporęt, 28. miejsce

Chciałem walczyć o zwycięstwo, tylko nie przyjrzałem się dokładnie, jak wydrukowana była mapa. Nie zauważyłem, że północ była przesunięta o 45 stopni. Efekt? Najpierw nie zgadzały mi się żadne kąty, ale nie było źle, bo biegłem w grupie. Gdy zostałem sam i wbiegłem do lasu nie zgadzało się już nic. Zanim zrozumiałem błąd byłem jakieś 5 kilometrów poza mapą. Trzeba było wrócić, od nowa namierzyć się i mocno zagryźć zęby. Zamiast pięćdziesięciu kilometrów zrobiłem jakieś 80

49 – Rakoczy Teljesitmenyturak, 104 km / + 3000, Sarospatak, Węgry, 4. miejsce, ok. 17.30

Miałem startować w rajdzie przygodowym, ale wyjazd nie wypalił. W zastępstwie, przez przypadek trafiłem na imprezę na Węgrzech i zakochałem się w tym kraju od pierwszego wejrzenia. Nie znałem stylu rozgrywania tamtejszych imprez. Trasa była nie znakowana, a roadbook był w języku węgierskim. Całe szczęście, że organizatorzy ulitowali się nade mną i dali mi swoją prywatną mapę. Bez niej nie dotarłbym do mety. Na trasie i tak trochę się pogubiłem. Długo walczyłem o podium, ale w końcówce osłabłem. Nie zmieściłem się w siedemnastogodzinnym limicie dla biegaczy więc… zostałem przeniesiony do kategorii piechurów i awansowany na drugie miejsce. W rzeczywistości jednak było to miejsce czwarte.

50 – Bieg 7 Dolin, 100 km / + 4500, Krynica, 15. miejsce, 15.36

Forma była taka sobie. Przebiegłem to spokojnie, bez większych uniesień. Trochę dały mi się we znaki tylko podejście i zejście z wyciągu narciarskiego. Dziś ten wynik jest moją najlepszą biegową wizytówką. Gdy ktoś za parę lat spyta, ile znaczyły moje wyniki na tle najlepszych – odpowiem: byłem piętnasty w Krynicy

51 – Navigator, Mińsk Mazowiecki, 130 km AR 2 miks, Katarzyna Polak, 6. miejsce (3. miks), ok. 30 godzin

Miał być krótki i szybki rajdzik, a wyszła prawie trzydziestogodzinna epopeja. Łąka skuta cienkim lodem, pod którym stała woda po kostki. Rolki na pokrytym lodem asfalcie, gdzie noga nie chciała mi wejść w zamarzniętą rolkową skarpetę, więc pojechałem… bez niej. Punkt do którego trzeba było dojść przez wodę prawie do kolan (koniec listopada, mróz) –  zgarnęliśmy stamtąd Sabinę Giełzak i Krzysztofa Muszyńskiego, którzy chcieli wycofać się. Sukcesy i moc Sabiny dziś zna każdy, a Krzysiek to w tej chwili rajdowiec numer jeden w kraju. Etap kajakowy rozegrany w temperaturze poniżej zera. Moja zwałka na treku i Kasi na nocnym rowerze, gdzie na jednym kilometrze trzy razy spadała z roweru. Padający gęsty śnieg i ściganie w końcówce (zwycięskie!) z Bartkiem i Tomkiem Grabowskimi

2011

52 – Zimowy Rajd 360`, Koniaków, 250 km AR masters, Sabina Giełzak, Maciej Więcek, Michał Jędroszkowiak, 4. miejsce, ok. 36 godzin

Nigdy wcześniej ani później nie miałem okazji wystartować w tak mocnym zespole. Trzy legendarne postacie nawigacyjnego ultra. Wszyscy dużo mocniejsi fizycznie ode mnie ale… wtedy jeszcze bez doświadczenia rajdowego. Bez opanowanych technik linowych. Na zadaniach specjalnych siedziałem więc na drzewie, albo wisiałem na skale i tłumaczyłem: „Wypnij karabinek, przełóż taśmę, zapnij karabinek…” I coś nie zagrało, bo Maciek Więcek przy tym wypinaniu nagle zawisł 15 metrów nad ziemią na samych rękach. Niewiele brakowało, by spadł.

Na etapach pieszych byliśmy najmocniejsi. Na rowerowych już było gorzej. Kryzys przyszedł drugiej nocy i dopadł Maćka i Sabinę. Mieli potężną zwałkę. Najpierw musieliśmy spać w jakiejś szopie (zima, mróz), potem na przystanku autobusowym. Przez półtorej godziny holowałem Maćka. Dziś trudno mi w to uwierzyć (nie tylko mi), że to ja byłem tym holującym, a on – nieprzytomnym zombiakiem.

53 – Skorpion, 100 km orientacja, Krasnobród, 5. miejsce

Nie był to wynik wybitny, ale ukończenie setki na Skorpionie zawsze daje sporo satysfakcji. Dziś piąte miejsce na tej imprezie brałbym w ciemno.

54 – Lazova Stovka, 106 km / +2900, Vrbove, Słowacja, 5. miejsce, 15.50

Miało być podium, ale wyszło jak zawsze. Przebiegłem obok punktu kontrolnego na podejściu pod górkę, nie zwracając na niego uwagi. W opisie był „vrch”, więc szukałem go na wierzchołku, dwa – trzy kilometry dalej. Zanim załapałem, co się stało, było za późno. Strata do czołówki była nie do odrobienia. Akurat tu winię nie siebie, a niefrasobliwego organizatora. Poza tym – impreza fajna, atmosfera fajna, trasa fajna. Tylko wynik niezgodny z oczekiwaniami.

Kariera od zera 5

2009

40 – Ferrino Extreme Marafon, 330 km AR2, Rachów, Ukraina, Michał Kiełbasiński, 2. miejsce

Po kilku nieudanych próbach wreszcie ukończyłem swój pierwszy kilkudniowy rajd. Nie dość, że ukończyłem, to jeszcze udało się wskoczyć na podium! Stało się tak dzięki Michałowi, który poprowadził nasz zespół przez Czarnochorę, Gorgany i dookoła Świdowca. Dziś mogę powiedzieć, że był to mój najpiękniejszy i najważniejszy rajd przygodowy.

Podobno Michał ma trudny charakter. Nie wiem, nie zauważyłem. Z nas dwóch to raczej ja jestem ten trudniejszy. Cieszę się, że dwa razy wystartowaliśmy razem. Od żadnego innego zawodnika nie nauczyłem się tak wiele, jak od niego.

Przygody oczywiście też były. Już pierwszego dnia zaimponowaliśmy wszystkim niebanalnym podejściem do nawigacji. Na etapie rowerowym, zamiast zjechać jak wszyscy z przełęczy pod Howerlą (najwyższy szczyt Ukrainy) na południe, zdecydowaliśmy się na zjazd na północ. Z premedytacją weszliśmy na teren znajdujący się… poza mapą. Zyskaliśmy na tym kilka kilometrów, ale nie uwzględniliśmy jednego. Był koniec kwietnia. Północne karpackie stoki leżały pod śniegiem. Dobre dwie godziny przebijaliśmy się przez śnieg po pas. Oczywiście z rowerami.

Trzeciego dnia Michał urwał łańcuch. A ostatniego w moim rowerze rozsypał się uchwyt mocujący tylne koło. Na zjazdach w każdej chwili mogło sobie odpaść. Pomógł nam przygodny gospodarz. Pomagali nam też rywale, Rosjanie. Mimo, że walczyliśmy z nimi o zwycięstwo, pożyczali nam sprzęt do naprawy rowerów i dętki (bo własne Hiu zgubił po drodze).

41 – Jura Skałka Zawiercie Adventure, 180 km AR 2, Zawiercie, Tomasz Radomiński, NKL

Jakieś 500 metrów po starcie w tylnym kole rozleciała się piasta (świeżo robiona, słynny mechanik z ul. Harcerskiej). Szczęśliwym trafem tuż obok był warsztat w którym udało się naprawić usterkę. Gorsza sprawa była z partnerem. Pojechał z peletonem. W ferworze walki dopiero po kilkunastu minutach zauważył, że jedzie beze mnie. Najpierw czekał, aż dojadę, potem zaczął mnie szukać. Znalazł 500 m od startu, ale mieliśmy w tym momencie jakieś półtorej godziny straty do przedostatnich. Jeszcze próbowaliśmy walczyć, w nocy przesunęliśmy się w okolice środka stawki. Gdy przyszedł sleepmonster – odpuściliśmy.

42 – Navigator, 50 km orientacja, Mrozy, 1. miejsce

Puchar w TP 50 miał narodzić się dopiero w następnym sezonie. Wygrywanie było więc nieco łatwiejsze niż dziś. Co nie zmienia faktu, że aby zwyciężyć trzeba trochę namęczyć się. Zwłaszcza w trzydziestostopniowym upale.

 

43 – Rajd 360`, 115 km AR 2, Olsztynek, Patrycja Lejk, 8. miejsce, 3. miks

Patrycja to ciekawy przypadek: wspinała się, biegała na orientację, startowała w rajdach przygodowych. Największy sukces osiągnęła w zawodach paralotniarskich. Udało się jej zdobyć medal mistrzostw świata w paralotniarstwie precyzyjnym (za prawidłową nazwę konkurencji głowy bym nie dał)

44 – Wyzwanie, 160 km AR masters, Opole, Justyna Balik, Bogdan Rycerski, Przemysław Mazur, 6. miejsce

Ciekawy zestaw osobowy: Bogdan był aktualnym czempionem setkowego PMnO. Przemek to powiew wielkiego sportu. Był czołowym pilotem – nawigatorem w rajdach samochodowych. Zdarzyło mu się nawet startować z samym Robertem Kubicą. Dla odmiany Justyna była absolutną amatorką.

Mało z tego rajdu pamiętam. Dotarłem do bazy w nocy, jakieś trzy godziny przed startem i byłem mocno niedospany. Obudziłem się raz. Na kilkanaście kilometrów przed metą Przemkowi wysypał się rower i już prawie mieliśmy podjąć decyzję o wycofaniu się. Wtedy wymyśliłem, jak rozwiązać problem za pomocą dwudziestogroszowej monety.

2010

45 – Zimowy Rajd 360`, 170 km AR masters, Olsztynek, Urszula Wojciechowska, Damian Fac, Marcin Klisz, 4. miejsce

Głównym bohaterem imprezy był… gulasz. Śmierdział straszliwie, ale był gorący. Po prawie dobie gier i zabaw na świeżym zimowym powietrzu byliśmy głodni i zmarznięci. Mimo odpychającego zapachu zjedliśmy go. Nie tylko my, inne zespoły też. A potem gulasz postanowił z nas wyjść. Nie oszczędzał nikogo: ani słabych, ani mocnych. W praktyce wyglądało to tak: noc, ciemno, mroźnie. Ekipa nagle zatrzymuje się i delikwent idzie w krzaczki. Na mrozie ściąga spodnie, wystawia to i owo na mróz i telepiąc się z zimna czeka wiadomo na co. W tym czasie reszta ekipy czeka, również telepiąc sie z zimna. Potem delikwent wraca i gdy wszyscy mają nadzieję, że ruszą i rozgrzeją się, drugi delikwent idzie w krzaki i ściąga spodnie. Potem trzeci. I tak w kółko, aż do us…nia.

Mieliśmy też bohatera teamowego, Damiana. Damian pamiętał, że w środku rajdu będzie etap narciarski, więc zabrał ze sobą narty. Zapomnial jednak, że potrzebne mu będą jeszcze buty. W czasie, gdy śmigaliśmy na biegówkach, on z nartami pod pachą truchtał obok nas. Dzielny był, starał się, ale podium przepadło właśnie na tym etapie.

 

46 – Skorpion, 50 km orientacja, Szczebrzeszyn, 1. miejsce

Siedzieliśmy jakiś czas temu na jednym z rajdów w dobrym sportowo gronie opowiadając o różnych rajdowych przypadkach. Rzuciłem wtedy, że raz zdarzyło mi się wygrać pucharową pięćdziesiątkę z czasem około dwunastu godzin. Reakcją był głośny śmiech i żarty typu „Pewnie byłeś jedynym startującym.”

Otóż nie, uczestników było około setki, w tym kilku niezłych. Warunki atmosferyczne były ciekawe: na całej trasie leżał śnieg, od pół metra wzwyż. To była najdziwniejsza impreza na orientację, jaką widziałem. Przez śnieg przebijał się długi ludzki wąż. Pierwszych piętnastu torowało na zmianę drogę, reszta szła za nimi w wydeptanej rynience. Im bliżej mety, tym bardziej wąż kurczył się. Najsłabsi odpadali.

Dziesięć kilometrów przed metą depnąłem mocniej. Tempo wytrzymali jeszcze Darek Szydłakak i Maciek Bednarz. Razem zajęliśmy pierwsze miejsce. Mimo nietypowych okoliczności (a może właśnie dlatego) jestem z tej wygranej bardzo dumny.

47 – Adventure Trophy, 360 km AR masters, Arłamów, Urszula Wojciechowska, Maciej Więcek, Grzegorz Łuczko, 6. miejsce

Działo się, oj działo. To był ten rajd, gdzie rzucałem kaskiem o asfalt i kurwowałem wniebogłosy, bo partner z zespołu mnie wkurzył (co gorsza to on miał rację). Ten rajd, gdzie Ula nieprzyjemnie rozbiła się na rolkach, a potem trzy dni jęczała i marudziła (na rolkach rozbili się w naszym zespole wszyscy prócz mnie, bo miałem takie RzęchyKtóreSameHamowały). Ten rajd, który Maciek próbował wygrać samodzielnie, nie oglądając się na resztę zespołu. Ten, gdy w ostatnią noc Maciek zasnął na stojąco, oparty o rower, a potem spaliśmy razem, przytuleni do siebie w… jeżynach.

Dwie osoby z zespołu od tego czasu ani razu nie wystartowały w żadnym rajdzie. Do tego sportu teba mieć nie tylko mocne ciało, ale i mocną głowę.

A poza tym to było fajnie. No i za piątym podejściem ukończyłem Adventure Trophy. W samą porę, kolejnej edycji już nie było.