Naokoło

„Asfalt to samo zło”, albo „bieganie po asfalcie może być przyczyną wielu groźnych chorób” – tak od lat mówiłem o bieganiu po ulicy. To chyba ostatnia nawierzchnia, po której chciałbym biegać. A jednak wszystko jest możliwe… Jakiś rok temu przeczytałem relację Łukasza Pawłowskiego z biegu dwudziestoczterogodzinnego w Lisowicach. Łukasz to zawodnik, którego trudno podejrzewać o sympatię do twardego podłoża. Mimo to wystartował i… podobało mu się. Napisał o tym tak entuzjastycznie, że pozazdrościłem mu i po roku zgłosiłem się do lisowickiego Biegu Kwietnego.

Zasady imprezy były proste: zawodnicy sami przygotowują sobie wsparcie w dowolnym miejscu na trasie. Pętla ma 1350 metrów. Bieganie można rozpocząć i skończyć, a także przerywać w dowolnym momencie. Tysiąc trzysta metrów w kółko? Hiu, czy ciebie do reszty pogięło?

Do zrealizowania miałem dwa cele. Pierwszy to złamanie rekordu życiowego na 100 kilometrów: 13.52. Drugi – zaliczenie 160 km w 24 godziny. Na zawodach na orientację robiłem już 125 km w 19 godzin, więc wydawało się to realne. Później okazało się, że wyznaczenie dwóch celów było błędem – wymagały one nieco innych sposobów na realizację, przeszkadzały sobie nawzajem.

Najczęściej popełnianym błędem zawodników debiutujących w takiej imprezie jest narzucenie na początku zbyt szybkiego tempa. Postanowiłem, że za nic w świecie nie popełnię tego błędu. Jestem przecież Słynny Wielki Hiu i nie zrobię tym razem nic głupiego.

Godzina osiemnasta – start. Ruszamy. Pierwsze okrążenie wolniutko, 5.50 na kilometr. Drugie 5.40. Tak wolno, jak tylko potrafiłem. Ale przez głowę mi przemknęło „Łukasz zaczął od 6.00, a to zawodnik ze dwie klasy mocniejszy ode mnie”. No nic, biegnę swoje, ciągle poniżej tych sześciu minut. Idzie mi doskonale, jakbym miał skrzydła. Początek świetny, pierwsze 30 kilometrów lecę poniżej 10 godzin na setkę. Przeliczyłem tempo i wyszło mi, że biegnę w tempie Andrzeja Radzikowskiego na mistrzostwach Europy. Super, jestem przecież miszcz.

A wiecie czym różni się ode mnie Radzikowski? Tym, że potrafi to tempo utrzymać 21 godzin dłużej niż ja. Bo po trzech godzinach zacząłem zwalniać, najpierw do siedmiu, potem do ośmiu minut na kilometr. Uda zaczęły piec, a na domiar złego rozbolało kolano. Już po sześciu, siedmiu godzinach zdałem sobie sprawę, że nie dam rady wytrzymać na trasie całej doby. Nie miałem żadnego kryzysu, ani jakichś problemów. Tak zwyczajnie zużyłem się. Sił miałem sporo, ale nogi były w kiepskim stanie. Wszystko bolało coraz bardziej. Bo asfalt to cichy zabójca i trzeba nauczyć się z nim radzić. Na dziś nie posiadłem tej umiejętności.

Ciekawa sprawa, ale zupełnie nie przeszkadzała mi krótka pętla. To, czego bałem się najbardziej nie stanowiło żadnego problemu. Powtarzalność trasy była nawet przyjemna. Podbieg po starcie marszem, potem długi zbieg. Nawrót przed drogą główną, a potem do mety. Jeszcze bramka i dwa pyknięcia chipa: na zakończenie okrążenia i na rozpoczęcie nowego. I tak na okrągło. Bieganie zupełnie odarte z dodatków. Żadnych widoków, żadnych gór i lasów, żadnych wschodów i zachodów słońca. Tylko start, stanowisko z jedzeniem i piciem, podbieg, zbieg, nawrót, dobieg, i meta.

I tu niespodzianka: było to fajne. Wpadnięcie w ten rytm sprawiało niesamowitą frajdę. Taka trasa doskonale odsiewa zawodników startujących „dla okoliczności” od tych których kręci bieganie w czystej postaci. No i okazało się, że lubię biegać dla samego biegania, tak zwyczajnie. Niespodzianka!

Z trasy zszedłem po 74 okrążeniach, mając na koncie 100 kilometrów. Czas: 12.29, prawie półtorej godziny od rekordu życiowego. Z jednej strony porażka, bo miałem biegać całą dobę. Na to bylem jednak za cienki. Z drugiej poprawienie życiówki, na dodatek o ponad godzinę nie zdarza się często, więc wstydzić się swojego wyniku nie muszę.


Impreza w Lisowicach ma dwa wymiary. Pierwszy – sportowy. Pojawia się na niej kilkudziesięciu biegaczy, głównie ze śląskich klubów biegowych. Jedni walczą na całego, inni wchodzą na trasę i schodzą z niej po kilka razy, w międzyczasie odpoczywając lub… imprezując. Zawody mają charakter integracyjny, na trasie jest mnóstwo okazji do pogaduch, głównie o bieganiu. Opowiadałem innym o imprezach ultra na orientację. Podawałem nawet nazwy imprez lokalnych i… nikt ich nie znał. Gdy mówiłem, że jedzenie, picie i ubranie trzeba mieć ze sobą, zainteresowanie spadało.

Kwietny Bieg ma jeszcze jeden wymiar, ważniejszy nawet od sportowego. To gminne święto. To impreza, w której uczestniczy w sensie dosłownym, cała lokalna społeczność. Wystarczy powiedzieć, że na około czterystu uczestników prawie połowa to mieszkańcy Lisowic. Tu trzeba nadmienić, że w gminie nie ma nawet tysiąca mieszkańców. Co piąty lisowiczanin wziął udział w biegu. Teraz przenieśmy te proporcje na stutysięczne miasto. Ile osób stanęło by na starcie, by wytrzymać porównanie z Lisowicami?

Na trasie byli wszyscy. Byli starzy i młodzi. Dzieci w wieku szkolnym, na ręku i w wózkach. Panowie we flanelowych koszulach i sandałach. Gospodynie domowe w kostiumach i zwyczajnych niesportowych butach. Panie z torebkami. Wszyscy czuli się w obowiązku zrobić co najmniej jedno okrążenie. Coś fantastycznego! Piszę to jako organizator imprezy, która nigdy nie wyrobiła sobie szerokiej bazy lokalnych uczestników i bardzo tego organizatorom z Lisowic zazdroszczę.

Udało mi się na Kwietnym Biegu poznać Szalonego Pana Mariana. Dlaczego szalonego? Marian Nowosielski wiele lat biegał maratony i na ulicy czuje się jak ryba w wodzie. Rok temu na tydzień przed startem trafił z zawałem do szpitala. Instynkt bywa silniejszy od rozsądku. Pan Marian uciekł ze szpitala, by wystartować. Mało, że wystartował, to jeszcze zajął pierwsze miejsce. Jeszcze taki drobiazg: pan Marian ma ponad 70 lat.


Zderzenie z asfaltem było bolesne. Ale chętnie wystartuję w tej imprezie jeszcze raz, bo klimat jest tam fantastyczny, a wyzwanie sportowe jest dużo trudniejsze, niż mogło by się wydawać.

Tylko kolano dalej boli. Niedobrze, bo najważniejsza impreza roku, Maxi Kaz, już za dwa tygodnie.

 

Reklamy

Jedna mała dziurka

Irokez, rogaining 24-godzinny, Mistrzostwa Polski, Mielec, 21-22.04.2018

8.00 Zaczynamy. Do zespołu zaprosił mnie Tadeusz Podraza, zawodnik nie bardzo szybki, za to bardzo wytrzymały. Co sezon kończy kilkanaście imprez ultra mających po 100, 200, a nawet ponad 600 kilometrów długości

8.20 Pierwszy punkt zaliczamy nieco naokoło. Wychodzimy z niego przez bagienko i ze zdziwieniem patrzymy na teoretycznie szybszych od nas Bartka karabina i Mariusza Opiołę, którzy dobiegają dopiero do punktu z przeciwnej strony

11.20 Mamy już ponad 500 punktów przeliczeniowych. To 1/4 mojego planu zrobiona w 3.20. Ciepło jest, jakieś 25 stopni. Niedługo Tadek złapie na termometrze 29 stopni

12.00 Tracimy ochotę na bieganie. Jest za gorąco

13.00 Zaliczamy 8D. Zabawny jest wzór perforatora na tym punkcie, ma tylko jeden ząbek

14.30 Atakujemy wieś ze sklepem. Niestety sklep był czynny tylko do 13.00. Wbijamy się na jedno z podwórek i prosimy gospodarzy o wodę.

15.00 Przed startem wymieniłem w butach zniszczone wkładki. Przełożyłem nowe z innej pary. Teraz czuję, jak te nowe zaczynają wędrować wewnątrz buta, a przód jednej z nich zwija się

17.00 Zgubiłem kompas. Do tej pory nawigowaliśmy razem, choć dowodził Tadeusz. Od tego momentu będzie nawigował sam, bez mojej pomocy

18.00 Piecze mnie pod lewą stopą. Zrobił mi się bąbel od pozwijanej wkładki. Wyrzucam ją i dalej idę w trochę zbyt luźnym bucie

19.00 Sklep. Przed sklepem Milada Klapkova i Michal Klapka. Jak przystało na Czechów siedzą i piją piwo. Milada wygrywała kiedyś setkowy ranking PMnO, a Michal bywał na podium klasyfikacji generalnej

23.00 Niedobrze, kryzys. Czuję, że słabnę. Nie daję rady utrzymać tempa partnera. Jedzenie nie wchodzi, słodkie picie też nie. Przez jakiś czas można by mnie przewrócić jednym palcem. Dawno już mnie tak nie stargało.  Chwilę leżę na ziemi, potem dopada mnie telepawka (temperatura w nocy spada do 6 stopni). Jakoś jednak zbieram się i człapię za Tadkiem

24.00 Punkt 5A, zagłębienie terenu. W miejscu gdzie powinien być punkt jest wielkie wyrobisko. W pobliżu jest kilka mniejszych. Szukamy punktu przez 40 minut, tzn. Tadek szuka, a ja błąkam się półprzytomny. Chcę położyć się i umrzeć, ale wstyd mi przed kumplem, więc łażę w tę i z powrotem udając, że szukam z nim

0.40 Siedzę na skraju wyrobiska powtarzając mantrę „75 metrów od drogi. Ale tu go przecież nie ma. 75 metrów od drogi. Ale tu go przecież nie ma.” Tadek też ma dość. Odpuszczamy. Idziemy na następny punkt. Nawykowo liczę kroki i nagle przychodzi olśnienie. Od wyrobiska do drogi jest 35 metrów czyli punkt musi być 40 metrów dalej. Odliczamy, wchodzimy w krzaki i… mamy go! Szukaliśmy po wyrobiskach, a on siedział w zwykłym dołku

2.00 Odżyłem. Alleluja!

4.00 Jesteśmy obaj zmęczeni. Zaczynamy robić błędy nawigacyjne. Tu 15 minut, tam 20, spada nam tempo

5.00 Lewa stopa pali. Bąble zaczynają gwałtownie rozmnażać się. Rosną w oczach

6.00 Zrobiliśmy wszystkie zaplanowane punkty. Zostały jeszcze dwie godziny. Może zrobilibyśmy coś jeszcze?

6.45 Trochę pogubiliśmy się, ale złapaliśmy 3C

7.18 Meta. Już wystarczy. Uff, co za ulga. Według moich wyliczeń mamy 2230 punktów

7.25 Sędzia liczy nasze punkty. Wychodzi 2150. Biorę do ręki kartę i sprawdzam. Też wychodzi 2150. No dobra, i tak nieźle

7.26 Na metę wchodzą Piotr Jaśkiewicz i Radek Defeciński. Faworyci. Sędzia liczy punkty: 2140. Ogrywamy ich!

7.45 Mariusz Opioła i Bartek Karabin na mecie. Zrobili jakiś kosmiczny wynik, nikt ich nie prześcignie

7.55 Finiszują Kasia Sochacka i Przemek Witczak. Mają 2200 i zajmują drugie miejsce.


iro

Trzecie miejsce w Mistrzostwach Polski. Co za wynik! Pierwszy raz odkąd startuję jestem na podium mistrzowskiej imprezy. Nie miałem do tej pory szczęścia do takich zawodów. Zawsze byli lepsi ode mnie. Bo nie ukrywajmy: nie jestem jakimś supertalentem. Owszem, zdarza mi się mocno  zap…dalać na treningach, ale tak naprawdę, mimo wielkiego doświadczenia jestem tylko dobrym przeciętniakiem. Ot, czasem wyrwę jakieś podium w mniejszej imprezie. Ale w ważnych medale zdobywają inni.

Ostatni raz na podium setki na orientację stałem 13 lat temu. Potem było świetne 6. miejsce w Mistrzostwach Europy w rajdach przygodowych, były nawet wygrane pięćdziesiątki, ale na długich nawigacyjnych trasach byłem daleko od miejsc najwyższych. Teraz niespodziewanie udało się. Niespodziewanie, bo w trakcie zawodów wydawało mi się, że jestem cieniutki. Dopadł mnie potężny kryzys, który udało się przełamać. O tej edycji Irokeza będę pamiętał i opowiadał przez lata.

Nie było by to możliwe bez Tadka. To on nawigował, to on był motorem napędowym zespołu. Wydawało mi się, że jestem słaby, a w rzeczywistości to on był taki mocny. Tadeusz ma dość niezwykłe miejsce w historii polskiego ultra. Tam, gdzie inni kończą on dopiero zaczyna. Ma w dorobku 300-kilometrowy Tor Des Geants i 600-kilometrowy Goldsteig. Dwa razy był na podium Beskidy Ultra Trail, najtrudniejszej w Polsce imprezy ultra. Po raz trzeci stanął na podium Mistrzostw Polski w rogainingu. Niewielu zawodników ma taki dorobek.

rano


Fajna jest ta Puszcza Sandomierska. W okolicy Mielca jest identyczna jak pod Stalową Wolą. Wszędzie sosny, sporo piachu, może tylko wydmy większe. Właściwie to czułem się tam jak domu.

To samo można powiedzieć o Irokezie. Pod szyldem Compassu imprezę robią Mariusz Maryniak i Piotr Pietroń. Ciekawe, ale moją pierwszą imprezą ultra był wiele lat temu Salomon Trophy, także robiony przez Compass. Przez lata zmienili się ludzie, ale szyld wciąż jest ten sam. Jakość tych imprez też jest wciąż na wysokim poziomie. Pod względem rozstawienia punktów czy konstruowania trasy to impreza wręcz archetypowa.

Jedyne, co zmieniłbym w Irokezie, to dołożyłbym klasyfikację par mieszanych. Takiej np. Katarzynie Sochackiej trudno jest ogrywać mężczyzn. Wynik zrobiła fantastyczny i jako najlepsza kobieta zasługuje na tytuł Mistrzyni Polski.


To jednak jeszcze nie koniec emocji.

Wtorek dwa dni po zawodach, 20.10 Tadek przysyła informację: „Nie zaliczyli nam 8D”. Dzwonię do Mariusza i pytam, czy można jeszcze składać protesty.

-Tak, można jeszcze do czwartku.

-Czy możesz sprawdzić jeszcze raz karty startowe? Chodzi nam o punkt 8D

-Ten, na którym był perforator z jednym ząbkiem?

W tym momencie wszystko staje się jasne. Perforator robił jedną malutką dziurkę, która umknęła uwadze sędziego. Nie zauważyłem jej i ja, gdy sam liczyłem punkty.

Środa, 9.00 Na Facebooku ukazuje się komunikat o zweryfikowaniu wyników. Mamy 2230 punktów i wskakujemy na drugie miejsce.

Jesteśmy z Tadeuszem wicemistrzami Polski!!!

31301962_943629575797446_4358197405099753472_n

Fot. FB Compass zawody