Dziki kot madziarski

Namiot rozbiliśmy w środku wielkiego nigdzie. Gdzieś na Węgrzech, z dala od miasteczek o nazwach nie do wymówienia, na kawałku łąki, przy jakichś krzakach.Trudno byłoby drugi raz trafić w to samo miejsce. Do najbliższej wsi było z półtora kilometra.

Prawie zasypialiśmy, gdy usłyszeliśmy głośny szelest. Kilka chwil później szelest przeniósł się bliżej. Potem całkiem blisko, bo chrobotać zaczęło pod tropikiem namiotu. Naszego namiotu. Przestraszona PKŻ zaordynowała: „Sprawdź!” Założyłem czołówkę, wstałem i zobaczyłem jego: niedużego kotka. Ślicznego srebrno – szarego dachowca. Jeszcze nie był dorosły, wyglądał na kilka miesięcy. W ogóle nie bał się nas. Bezceremonialnie wszedł do namiotu. Dał się pogłaskać, a potem oddał się zabawie. Swobodnej i niczym nieskrępowanej.

7

Chwilę pobawiliśmy się z nim, a potem chcieliśmy pójść spać. Rysiard (bo takie dostał imię) miał jednak inne plany. Wszędzie było go pełno: skakał nam po nogach, atakował ręce, biegał po nas w tę i z powrotem. Wyrzuciliśmy go z sypialni, ale niewiele to pomogło. Mały nie ustawał w zabawie. Polował na muszki i komary w przestrzeni między sypialnią i tropikiem. Na nas też zaczął polować. Wystarczyl ruch reki, by Rysiard rzucał się na nią przez materiał.
W końcu wstałem i wygoniłem go w krzaki. Pomogło na jakieś dwie minuty. Potem wrócił. Znowu wstałem, znowu wygoniłem go. Po chwili mieliśmy go z powrotem pod tropikiem. Dałem sobie spokój – niech robi co chce.

Jeszcze długo nie zmrużyliśmy oka. Nazywając rzecz wprost: daliśmy się zupełnie sterroryzować małemu kotkowi. Całe szczęście, że on też zmęczył się rozrywkami. Dopiero po jakimś czasie zrobiło się cicho. Mogliśmy zasnąć.

Gdzie spal Rysiard? Rano zobaczyliśmy go leżącego na szczycie sypialni, pod tropikiem, obserwującego nas uważnie. Wstaliśmy my, wstał i on. Zabawa zaczęła się od nowa. Wszędzie było go pełno: w namiocie, w bagażniku, na siedzenie samochodu z przodu i z tylu. Mieliśmy do czynienia z wybrykiem natury, który był w kilku miejscach jednocześnie!

Daliśmy mu plasterek wędliny. Obwąchał go obojętnie i nawet nie wziął do pyszczka. To nie był kot – żebrak, on męczył nas dla idei.

1

Potem spakowaliśmy bagaże i odjechaliśmy. Rysiard został. Została nam po nim podziurawiona sypialnia od namiotu. Niby nie tęsknię jakoś szczególnie za tym potworem, a mimo to chciałbym dowiedzieć się, jak potoczyło się jego kocie życie.

 

Reklamy

Samochód panu odjechał!

Zdarzenie miało miejsce podczas ostatniego GEZNO. Nie startowałem w zawodach, ale byłem na trasie w roli fotografa. Przy okazji zajmowałem się przez dwa dni Katią – pięknym psem husky. Jeździliśmy razem po trasie, trochę spacerowaliśmy po górach. Robiliśmy (w zasadzie to ja robiłem) zdjęcia. Pojechaliśmy razem nawet na Słowację po piwo.

Drugiego dnia zmęczeni wróciliśmy do pensjonatu. Zaparkowałem samochód przy drodze (rzecz godna uwagi: miejscem akcji były Kosarzyska, przysiółek Piwnicznej. Nie ma tam ani jednego płaskiego miejsca) i po krótkich negocjacjach udało mi się wyciągnąć Katię z samochodu. Tak, do tego potrzebne były negocjacje, bo bywało, że Katia miała inne pomysły na spędzanie czasu niż ja. Poszliśmy na górę. Rozebrałem się, zacząłem robić herbatę i…

… i wtedy przyszła do nas gospodyni i przerażonym głosem powiedziała: „Samochód panu odjechał!”

Natychmiast wskoczyłem w buty i zbiegłem na dół. Samochodu rzeczywiście nie było! Kilkadziesiąt metrów niżej zobaczyłem zbiegowisko. Kilka samochodów zatrzymało się. Wysiedli z nich pasażerowie i z niedowierzaniem kręcili głowami. Przestraszony pobiegłem do nich. Ukazał mi się dość nietypowy widok: w poprzek drogi stało auto. Tył blokował jeden pas ruchu. Przód przeskoczył nad dwudziestocentymetrowym krawężnikiem i wbił się pomiędzy dwa całkiem blisko siebie rosnące drzewa.

Nie muszę chyba dodawać, że był to właśnie mój samochód. Zaaferowany psem zapomniałem zaciągnąć ręczny hamulec i auto odjechało. Gdyby koła ustawione były pod odrobinę innym kątem, gdyby skręciły o 30 centymetrów w prawo lub lewo – nadziałoby się na jedno z drzew.

Co mi w tej sytuacji przyszło zrobić? Wybrałem minę „Co, nie widzieliście nigdy auta bez kierowcy stojącego w poprzek drogi?” Wsiadłem do środka i odjechałem.

Szczęśliwym trafem samochód nie przejechał żadnego dziecka. Nie zderzył się czołowo z drugim samochodem. Nie wjechał do rowu. Nie wjechał też nikomu w płot ani w chałupę. Wyszedł z tego bez choćby jednej rysy.

O zaciąganiu ręcznego hamulca nie zapomnę już nigdy.

Klasa Sonny Billa

Sonny Bill Wiliams to nowozelandzki rugbista. Trochę także bokser, stoczył na ringu sześć zwycięskich walk. Lepiej jednak idzie mu na boisku. Cztery lata temu  ze swoją drużyną narodową zdobył Puchar Świata – najważniejsze trofeum w rugby.

Sonny-Bill-Williams-1200

Fot. 3news.co.nz

W ostatnią sobotę rozegrany został finał kolejnej edycji Pucharu. Po pasjonującym meczu Nowa Zelandia z Sonny Billem w składzie pokonała Australię i drugi raz z rzędu zdobyła mistrzowski tytuł. Gdy zwycięzcy celebrowali swój sukces zdarzyło się coś niespodziewanego. Nie będę tego opisywał, lepiej obejrzeć film.

https://www.youtube.com/watch?v=0vgM1rlfxnM

W kilka sekund Sonny Bill Wiliams stał się sportowcem, którego kibice będą kochać już zawsze. Sonny Bill – jesteś wielki!

Gdzie są te Burdele?

Dziś kilka zdjęć od czapy. Pierwsze przedstawia wystawę sklepu odzieżowego w Cortinie. Niby nic, a cała nasza ekipa oglądała ją kilka razy, za każdym razem z dużą radością.

8

Drugie to też Cortina. Wbrew pozorom baner nie jest reklamą publicznej toalety, a firmy produkującej zabawki.

2

Kolejne wykonane zostało w centrum handlowym w Krakowie. Podobno wcale nie jest to reklama sex shopu, tylko eleganckiego sklepu.

4

Ostanie pochodzi z Mordownika i lepiej zostawić je bez komentarza.

3

Znowu nogi

Furorę robią w ostatnim czasie opublikowane na blogu zdjęcia kobiecych nóg. Dziś nowa fotografia. Nogi należą do koleżanki APP która wybrała się na spacer po górach z PKŻ. Przy okazji publikacji oświadczam, że za stan nóg koleżanki nie odpowiadam.

9

Nogi raz jeszcze

Nic nie poprawia oglądalności ( albo sprzedaży ) tak jak kobiece ciało. Z tego powodu dziś publikuję kilka zdjęć pań jeżdżących – z różnym skutkiem –  na rowerze. Przy okazji można spróbować wybrać najciekawsze kobiece nogi.

Pani nr 1 gościła już na blogu. Oprócz powierzchownych zadrapań nieco potłukła się podczas upadku. Od tego czasu zachowuje się trochę jak potłuczona:

n

Pani nr 2 ma w dorobku złamanie kości paliczkowatej w dłoni oraz trzy tygodnie zwolnienia lekarskiego:
8

Pani nr 3 to prawdziwa gwiazda. Złamany obojczyk oraz złamana kość łokciowa z przemieszczeniem pozwalają widzieć w niej faworytkę głosowania:

1

Wszystkie panie łączy jedno: jeździły ze mną na rowerze. Którą wybieracie?

Na koniec bonus, jedna z pań po raz drugi:

9

 

Korespondencja urzędowa

Przy Święcie Zmarłych różne takie wspominki człowieka nachodzą. W czeluściach komputera znalazłem właśnie kopię pewnego listu. W 1996 roku, jakieś pół roku po śmierci Mamy dostałem pismo z mojej ulubionej instytucji – Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. ZUS domagał się w nim zapłaty jakichś składek których nie zdążyła odprowadzić za życia. Wysłałem więc w jej imieniu taką oto odpowiedź:

„Szanowny Panie Dyrektorze

Dziękuję serdecznie za zainteresowanie moją sprawą. Z przykrością stwierdzam jednak że nie mogę spłacić długów z konta 68047ze względu na fakt że w dniu 01.01. zmarłam, a osoby takie jak ja z natury rzeczy nie są w stanie spłacić czegokolwiek. Dokumenty o mojej śmierci znajdują się w opatowskim oddziale i bardzo mnie dziwi że taki bystry i inteligentny dyrektor mając do dyspozycji komputery przez pół roku nie jest w stanie tego stwierdzić. W pana postępowaniu czuję pewien pęd do nekrofilii, ale mam nadzieję ze przy ściąganiu kłopotliwej wierzytelności będzie można obejść się bez grabarza i łopaty. Proponuję zresztą aby całą sprawę zakończyć bo jeśli nie – będę straszyć po nocach.

Przesyłam wyrazy szacunku.

PS. „Naprzeciw” pisze się razem a nie tak jak na urzędowych drukach osobno.”