Reset

Nic nie robię. Odpoczywam. Nie tęsknię za bieganiem.

Kontuzja którą przywiozłem z ostatnich zawodów jest poważniejsza, niż można było spodziewać się. Przez siedem tygodni raz wybrałem się na truchtanie i już po pierwszym kilometrze wiedziałem, że nie jest dobrze. Coś boli w kolanie, nie wiadomo jednak co. Rodzaje bólu są różne. Z jednymi można walczyć, z innymi niekoniecznie. Ten w kolanie nie jest jakiś wielki. W codziennym funkcjonowaniu nie przeszkadza wcale. Gdy biegnę też nie boli jakoś strasznie. Ale czuję, że tym razem trzeba to wyleczyć do końca, by nie zrobić sobie większej krzywdy. Po latach biegania takie rzeczy czuje się.

Gwoli ścisłości to problem nie zaczął się podczas biegania. Pojawił się w pracy, kilka dni przed zawodami. Wtedy zbagatelizowałem sprawę. Czy nie powinienem był odpuścić? Postawmy sprawę jasno: nie jestem już juniorem, to i owo boli mnie nawet bez biegania. Gdybym miał startować tylko stuprocentowo zdrowy, pewnie do końca życia nie pojechałbym już na żadne zawody.

Teraz już sprawę potraktowałem poważnie. Skontaktowałem się nawet ze swoim sprawdzonym fizjoterapeutą, by mnie zdiagnozował. Tu jednak pojawiły się dwa kolejne problemy. Pierwszy: nie tak łatwo znaleźć termin, gdy obaj będziemy mieli czas na spotkanie. Drugi: fizjo jest dobry i ma dużo klientów. Tak dużo, że gdy PKŻ potrzebowała pomocy w listopadzie, ten udzielił jej w kwietniu.

Odpoczywam więc. Zasłużyłem sobie na ten odpoczynek po poprzednim, niemal stachanowskim sezonie. I ciało i psychika potrzebowały tego odpoczynku.

Słowo „odpoczynek” nie oddaje istoty sprawy. Skoro nie biegam, to realizuję się w pracy, mocno wymagającej fizycznie. Właściwie to gdybym mniej pracował pewnie nie nabawiłbym się kontuzji.

Na razie nie tęsknię za bieganiem. Nie sprawdzam wyników imprez. Nie wertuję kalendarzy imprez. Resetuję nie tylko ciało, ale i głowę.

I na razie dobrze mi z tym.

 

 

 

 

Reklamy

Sprawa się rypła

Jest taka impreza sportowa, która nazywa się Kazinczy Emlektura. Ma też drugą nazwę Kazinczy Memorial Tour. Odbywa się w Zemplenach, na węgiersko – słowackim pograniczu. Główna trasa zawodów ma 206 kilometrów długości i prawie osiem tysięcy metrów sumy podejść. Ale można spróbować czegoś krótszego, do wyboru są także trzy setki, cztery pięćdziesiątki, a nawet dwudziestka. Miałem przyjemność być tam cztery razy, z tego dwa razy dałem radę całej trasie. Określenie „byłem” nie jest jednak precyzyjne. Od pierwszej bytności zakochałem się w tej imprezie, w niepowtarzalnym klimacie tworzonym przez uczestników i organizatorów.

Mniej więcej rok temu pantoflową pocztą w świat poszła plotka. Głosiła, że nadchodzi jubileuszowa dziesiąta edycja Kazinczego i z tej okazji organizatorzy jednorazowo wydłużą trasę imprezy do trzystu kilometrów.  Od początku wiedziałem, że chcę tam być. Konkretnie na tej trasie, w tym miejscu i z tymi ludźmi. Podnieść sobie sportową poprzeczkę w zawodach, które lubię najbardziej z wszystkich.

Przygotowania poszły sprawnie. Zaplanowałem po drodze jedną setkę (Malohanacka w Czechach) i dwa biegi dwudziestoczterogodzinne (Irokez i Kwietny Bieg). Do przygotowań dołożyłem nietypowy element. Ponieważ słabo posługuję się językiem angielskim, postanowiłem podciągnąć się w tej umiejętności. Bo miło jest pogadać przed startem czy wypić piwo na mecie, wymieniając się wrażeniami.


Był kiedyś aktor Jan Himilsbach. Zdarzyło się tak, że zaproponowano mu rolę w zagranicznym filmie. Był jednak jeden warunek: musiał nauczyć się języka angielskiego. Bez głębszego zastanawiania się Himilsbach odmówił. Tłumaczył, że „reżyser rozmyśli się, z filmu nic nie wyjdzie, a ja zostanę jak ten ch.j z tym angielskim”.


Miało być pięknie, ale nie będzie. Wysiadło mi kolano. Dwa tygodnie temu na biegu w Lisowicach kilka kilometrów po starcie coś zaczęło boleć. Nie przejąłem się tym za bardzo, bo przy moim stanie zdrowia zawsze coś mnie boli, gdy biegam. Spokojnie robiłem swoje nie przejmując się bólem. Bo przecież po biegu przejdzie.

Ale nie przeszło. Owszem, jest lepiej, ale Kazinczy jest już za tydzień.  Wiem, że na ten stan kolana nie ma najmniejszego sensu, by startować. Cóż, sprawa się rypła.

Nie wiem, kiedy wrócę do treningów. Może za tydzień, może za miesiąc. Przerwa dobrze mi zrobi, od prawie trzech lat nie zrobiłem posezonowego roztrenowania. Było zaplanowane po starcie na Węgrzech. Kontuzje zdarzają się, szkoda tylko, że ta wypadła tuż przed najważniejszym startem sezonu.

Można znaleźć też pozytywne strony złapania kontuzji akurat teraz. Gdybym pojechał na Kazinczego straciłbym tydzień mundialu. Teraz będę mógł spokojnie obejrzeć całość.

No i zostałem jeszcze z tym angielskim, całkiem jak Himilsbach.