Trzeci master w mieście

Przyznam wprost: jestem łasy na pochwały i zaszczyty. Wiem, to puste. Ale tak już mam, że sprawia mi przyjemność, jak ktoś mnie chwali i docenia.

Jest w moim mieście tygodnik Sztafeta (kiedyś nazywał się Socjalistyczne Tempo, ale to zupełnie inna historia). Czasopismo co roku organizuje plebiscyt na najpopularniejszego sportowca Stalowej Woli. Kiedyś już kandydowałem i skończyło się fatalnie: zająłem jedenaste miejsce, gdy na na Bal Sportowca zapraszano dziesięciu laureatów.

Ostatnio kandydowałem ponownie. Tym razem w kategorii „master”, cokolwiek by to nie znaczyło. Wprawdzie w PMnO do kategorii weteranów brakuje mi jeszcze 3 lata, ale redaktor od sportu tylko tam mógł mnie po znajomości upchnąć.

No i okazało się, że społeczeństwo docenia! W głosowaniu zająłem doskonałe trzecie miejsce! Przede mną byli tylko mistrz świata weteranów na 3 kilometry oraz gość z życiówką w maratonie 2.19. Wprawdzie kilka głosów oddałem na siebie sam, kilka oddała Pani Teściowa, ale pozostałe 97 % oddali zupełnie obcy ludzie, którzy doceniają to, co robimy z PKŻ. I to jest bardzo miłe. Dziękuję serdecznie wszystkim, którzy głosowali. Będę się starał, żeby to nie było ostatni raz.

Tym bardziej, że z balem znowu nie udało się. Akurat w tym samym terminie odbywał się Ice Adventure Race. W hierarchii ważności start w zawodach stoi dla nas wyżej niż bal, więc weekend spędziliśmy biegając po śniegu. Ale o tym w następnym wpisie.

—–

Żeby PKŻ nie było smutno, że tylko ja doznaję zaszczytów napiszę kilka słów o niej. Znalazłem w sieci wyniki końcowe Ligi Pro. Okazuje się, że PKŻ dość niespodziewanie wygrała klasyfikację generalną za 2016 rok w kategorii kobiecej.  Zdolna z niej bestia.

Brawo my!

Reklamy

Gżegżółki

Gżegżółka to ludowa nazwa kukułki. „Gżegżółki” to także nazwa dyktanda mającego miejsce co roku w moim mieście. Wiedziony ciekawością rok temu przystąpiłem do dyktanda. Wynik był zaskakujący: dziewięć punktów karnych i dziewiąte miejsce na ponad setkę piszących. Obiecałem sobie wtedy, że za rok (czyli w 2016 roku) powalczę o wyższe miejsce, a najlepiej o zwycięstwo.

W tym momencie widzę zdziwiony wzrok niektórych czytelników. Na blogu nie widać, bym był mistrzem ortografii. Prawie w każdym tekście można znaleźć literówki, a moja interpunkcja to w ogóle ciężki temat. Mimo to postanowiłem zawalczyć.

Nie uczyłem się przesadnie dużo. Niemniej jednak uczyłem się. Zgłębiałem zasady pisania wyrazów razem i oddzielnie, zgłębiałem interpunkcję i ortografię. W przeddzień dyktanda niektórzy nie mogli uwierzyć, że zamiast pić piwo ze znajomymi siedzę w domu nad zasadami pisowni (oczywiście do rozsądnej godziny, w pewnym momencie piwo jednak wygrało).

I przyszedł dzień prawdy! Razem z ponad setką uczestników napisałem dyktando. Początkowo byłem zadowolony. Wydawałem się sobie niemal bezbłędny! Po zapoznaniu się z prawidłowo napisanym tekstem euforia nieco przygasła. Zarobiłem dwa punkty karne robiąc poprawki w ostatniej chwili. Poprawiłem dobre na błędne. Tak jak na zawodach na orientację, gdy przebiłem  dobre punkty na stowarzyszone. Ogólny wynik nie był jednak zły: naliczyłem sobie 7,5 punktu karnego. Poprawiłem wynik z zeszłego roku.

Dobry nastrój prysł, gdy zobaczyłem wyniki najlepszych. Trzy pierwsze miejsca zajęły osoby z wynikami 5,25 , 7,0 i 7,25 pkt. Do podium zabrakło jednego błędu interpunkcyjnego. Albo dwóch poprawek z ostatniej chwili. Jeżeli obliczenia były dobre, to zająłem czwarte miejsce. Pierwsze za podium. Pierwsze nienagradzane. Czwarte.

Czwarte!

Chodzę teraz podminowany. Buzuje we mnie złość i frustracja. Czwarte miejsce. Wolałbym być dziewięćdziesiąty dziewiąty. Kiedyś dawno pisałem na blogu, co myślę o czwartych miejscach.

NIENAWIDZĘ CZWARTYCH MIEJSC!

Odegram się za rok!

—–

Gdyby ktoś chciał zmierzyć się ze stalowowolskim dyktandem – tekst znajdzie tu

Szczęśliwego Nowego Roku

Tradycja rzecz ważna, warto o nią zadbać. Ponieważ do tej pory kilkakrotnie biegaliśmy z Piniem w Nowy Rok o północy dookoła ronda – w tym roku nie mogło być inaczej. Pogoda nie zachęcała – było ok. minus 10 stopni, ale tradycja to tradycja.

Aby niepotrzebnie nie przedłużać – wszak zabawa wciąż trwa, jest 1.20 – wszystkiego najlepszego w Nowym Roku.

2

3

4

5

1

6

Sposób na udaną sobotę: gra miejska

Baby Ann ogłosiła, że Miejski Dom Kultury robi rowerową grę miejską. Ponieważ lubimy z PKŻ ten rodzaj aktywności – zgłosiliśmy się. Zdziwiło nas nieco towarzystwo na starcie: był znany stalowowolski triathlonista (na szczęście z rodziną) oraz mocny stalowowolski biegacz (na szczęście również z rodziną). Ja też byłem z rodziną – czyli z PKŻ (choć znam kilka osób które twierdzą, że żona to nie jest żadna rodzina). W ogóle chyba wszystkie zespoły na starcie były zespołami rodzinnymi i było to fajne.

Szefową imprezy była Baby Ann. Niektórzy mogą ją pamiętać z biura zawodów ostatniego RDS-u. Aby przygotować scenariusz przeczytała dwie grube książki. Mało, że grube, to jeszcze napisane naukowym językiem.  Scenariusz zawierał elementy patriotyczne: nawiązywał do konkursu poetyckiego ogłoszonego w czasie Powstania Warszawskiego. Celem uczestników było odnalezienie punktów kontrolnych. Na nich za udzielenie prawidłowej odpowiedzi na pytanie bądź za wykonanie zadania otrzymywali oni wiersz z konkursu.

Ruszyliśmy na trasę z PKŻ w tempie niezbyt sportowym. Team spirit , zwłaszcza na początku był taki sobie. Cóż, takie bywają uroki życia małżeńskiego. PKŻ twierdziła cały czas, że moja umiejętność pracy zespołowej jest na poziomie minimalnym, a nawet zerowym. Ciekawe, bo już w połowie trasy czułem, że zajmiemy dobre miejsce. Nawigacja szła dobrze (trudno, żeby było inaczej nawigując w mieście w którym mieszkam od urodzenia). Pytania / zadania też. Najprzyjemniejsze było opatrywanie rannej harcerki. Nie wiem tylko dlaczego jak tylko ją gdzieś dotykałem krzyczała „ała, ała!”. Przecież nie robiłem jej nic złego (podobno harcerki na punkcie umówiły się, że gdy przyjedzie naprawdę przystojny zawodnik – będzie musiał zrobić sztuczne oddychanie. Niestety nie załapałem się, widocznie nie jestem dość przystojny).

Na metę przyjechaliśmy pierwsi, ze sporą przewagą. Mimo, że sportowy cel imprezy był drugorzędny, było to i tak bardzo miłe. W nagrodę załapaliśmy się na wywiady do lokalnej prasy i telewizji. Nie ma to jak być celebrytą.

Podsumowując: zamiast siedzieć przed telewizorem spędziliśmy trochę czasu jeżdżąc rowerem po mieście. Spotkaliśmy się z kilkoma fajnymi osobami. Poszerzyliśmy swoja wiedzę o historii naszego miasta. To była udana sobota.

 

Brązowa Aśka

W dzisiejszym wpisie będę grzał się w cieple cudzego sukcesu.

Nie miałem okazji poznać jej osobiście. A może miałem, ale byłem zbyt nieśmiały. Bo to dziewczyna tak ładna, że strach podejść. Ale miałem okazję pościgać się z nią, choć na nieco nietypowym gruncie.

Pięć lat temu po zajęciu drugiego miejsca w ukraińskim Ferrino Extreme Marafonie brałem udział w konkursie na najlepszego sportowca Stalowej Woli. W głosowaniu internetowym byłem blisko podium. O trzecie miejsce walczyłem z siedemnastoletnią biegaczką która właśnie osiągnęła pierwsze juniorskie sukcesy. Strasznie mnie wkurzało, że ciągle była o kilka głosów przede mną. Internetowy plebiscyt nie został rozstrzygnięty. Ktoś włamał się na serwer czasopisma organizującego zabawę i wyniki zostały anulowane. Był też drugi plebiscyt; można było głosować na kuponach z gazety. Tam Aśka weszła na podium, a ja byłem jedenasty.

Pochodzi z Kępia Zaleszańskiego. Z czym kojarzy mi się ta miejscowość ? Z najgorzej w historii RDS postawionym punktem kontrolnym (250 metrów za daleko). Albo z ogniskiem które paliliśmy pod Kępiem zaraz po maturze.

Kilka lat trenowała pod okiem Stanisława Anioła. Jego zawodnicy co roku przywożą jakieś medale z mistrzostw Polski. Też kiedyś chciałem u niego trenować. Niestety, nie zobaczył we mnie materiału na mistrza.

Obecnie pani Joanna startuje w barwach AZS AWF Warszawa. Jest też trzecią biegaczką Europy w biegu na 800 metrów. Choć wyjechała – dla mieszkańców Stalowej Woli i Kępia Zaleszańskiego wciąż jest zawodniczką stąd. Naszą Aśką. Choć zdobyła „tylko” brązowy medal – w moim kibicowskim życiu niewiele było medali które smakowały tak bardzo, jak ten.

Mam też nadzieję, że Aśka zdobędzie jeszcze jeden: za dwa lata w Rio de Janeiro. Będę trzymał kciuki.

aj

Zdjęcie ukradzione z FB bohaterki