Szczęśliwego Nowego Roku

Tradycja rzecz ważna, warto o nią zadbać. Ponieważ do tej pory kilkakrotnie biegaliśmy z Piniem w Nowy Rok o północy dookoła ronda – w tym roku nie mogło być inaczej. Pogoda nie zachęcała – było ok. minus 10 stopni, ale tradycja to tradycja.

Aby niepotrzebnie nie przedłużać – wszak zabawa wciąż trwa, jest 1.20 – wszystkiego najlepszego w Nowym Roku.

2

3

4

5

1

6

Reklamy

Dogsitter

Dogsitter to rola jaka przyszło mi pełnić na ostatniej edycji GEZNO – Górskich Ekstremalnych Zawodów Na Orientację. Podopieczną była Katia – piękna husky. Ze względu na kontuzję nie mogłem tym razem wystartować. Wyręczyła mnie PKŻ która w parze z Magdą Stępień zajęła 5. miejsce w kategorii kobiecej.

Trasy GEZNO tym razem były wyjątkowo trudne. Wystarczy wspomnieć, że w niektórych kategoriach żaden zespół nie zaliczył wszystkich punktów kontrolnych. Spowodowane to było trudnymi warunkami terenowymi – okolice Piwnicznej obfitują w długie i strome podejścia.

Towarzystwo Katii miało kilka niespodziewanych plusów: dzięki niej zyskałem jakieś czterdzieści nowych koleżanek, które koniecznie chciały moją towarzyszkę pogłaskać. Przy okazji mnie też by pewnie mogły, ale byłem z PKŻ, więc nie wypadało mi brać od nich numerów telefonów.

Poniżej prezentuję kilka zdjęć. Gdyby ktoś chciał więcej, to pod tym linkiem jest spora galeria.

P1100437

P1100500

P1100447

P1100547

P1100551

P1100568

Mielecki Zielony Punkt Kontrolny

Sprawozdanie z zawodów można napisać na wiele sposobów. Nawet osiągnięte wyniki można przedstawić w bardzo skrajny sposób. Na przykład tak:

Wersja optymistyczna:

Czteroosobowa ekipa SKB stalowa Wola zanotowała świetny występ na III Mieleckim Zielonym Punkcie Kontrolnym – zawodach w biegu na orientację. Najlepiej spisała się PKŻ która na trasie 15 km zajęła doskonałe drugie miejsce. Odrobinę tylko gorzej wypadł Hiu – na tym samym dystansie był siódmy. Miłą niespodziankę sprawiły na trasie 5 km Si-Star Babies. W ponad stuosobowej stawce dotarły do mety na jedenastej pozycji.

Wersja pesymistyczna:

Całkowitą porażką zakończył się występ ekipy ze Stalowej Woli na III MZPK. Lider ekipy, Hiu, zakończył imprezę przedostatni. Wyprzedził tylko jednego przeciwnika. PKŻ dotarła na metę poza limitem czasowym. Honoru zespołu broniły Si-Star Babies, ale nawet one w stawce złożonej głównie z gimnazjalistów i rodziców z małymi dziećmi nie zdołały zmieścić się w pierwszej dziesiątce.

Oba powyższe teksty są prawdziwe. Jak jednak było naprawdę? PKŻ szło nieźle. Zapomniała tylko dopytać na starcie o limit czasowy. Mi też szło nieźle, tylko zapomniałem zaznaczyć na mapie jeden z punktów kontrolnych. Dzięki temu dołożyłem sobie tuz przed metą półtorakilometrowy bonus, na dodatek przez gęste krzaki. Si-Star Babies twierdziły, że nie chce im się biegać, że przyjechały na grzyby. Przedstawiły na to nawet dowody rzeczowe. Jak potrafiły zbierając grzyby zająć jedenaste miejsce? To pozostanie ich tajemnicą.

1

Impreza była fajna, na dodatek dość ekumeniczna w duchu. Byli ekstremaliści (ja i Tadek Podraza), biegacze na orientację, spece od marszów na orientację oraz mnóstwo dzieci z rodzicami. Wyniku tym razem nie zrobiłem, za to załapałem się na wywiad w lokalnej telewizji.

2

3

Fot. Hiu, Baby Ann, T. Podraza

Cross rowerowy

Lenistwo ostatnio mnie ogarnia. Na dodatek sporo czasu spędzam poza domem. Efektem tego jest delikatne zaniedbanie w prowadzeniu bloga. Zebrało się trochę zaległości.

Dziś krótko o XIII Crossie Rowerowym który odbył się trzy tygodnie temu w Ulanowie. Na trzech trasach wystartowało prawie trzysta osób. Wybrałem najdłuższą, sześćdziesięciotrzykilometrową. Pierwsza połowa trasy – piachy. Druga połowa – asfalty. Na piachach szło mi nieźle, w końcówce osłabłem. Efekt – 18. miejsce z czasem 2.39. Atmosfera, jak to w Ulanowie, fajna.

Tyle. Jak wróci wena będę pisał więcej.

Sposób na udaną niedzielę: wypad w góry

5.30 Pobudka

6.30 Wyjeżdżamy ze Stalowej Woli

Chwila po 10.00 – jesteśmy w Wołosatem. Na liczniku 250 kilometrów. Auto poprowadził Pinio, człowiek – gwarancja na to, że nie będziemy bezsensownie marnować czasu w samochodzie. Choć faktem jest, że przy jego stylu jazdy na serpentynach za Baligrodem śniadanie próbowało z powrotem wyjść mi z buzi. Sytuację na szczęście udało się opanować.

2

Godzinę później – Tarnica. Bylem na niej dwa tygodnie wcześniej w nocy. Było pięknie. Teraz, choć jest dzień i upał daje nam się we znaki też jest fajnie. Na wschodzie widać Połoninę Równą, Ostrą Horę i najwyższy wierzchołek Bieszczadów – Pikuj. Za nim niewyraźnie majaczy Połonina Borżawa.

3

Pinio i Magda schodzą do Ustrzyk. PKŻ, Daniel i ja robimy rundę wokół kotła Tarnicy. Obchodzimy Krzemień, przebiegamy przez Halicz i Rozsypaniec. Potem długą i nudną drogą zbiegamy do Wołosatego. Od jakiegoś czasu coraz bardziej podoba mi się bieganie jako sposób przemieszczania się po górach. PKŻ i Danielowi również.

4

15.30 Zgarniamy z Ustrzyk Magdę i Pinia

16.00 Smolnik, cerkiew. Jedno z moich ulubionych miejsc w Bieszczadach. 500 metrów od drogi głównej, a jednocześnie położona w niezwykle pięknym miejscu

5

16.30 Równia, kolejna cerkiew niezwykłej urody

Dwudziesta z minutami – jesteśmy w domu.

Bilans:

500 km w samochodzie

21 km w poziomie

820 m w pionie

Koszt: paliwo 135 zł / 5 osób, wstęp do parku narodowego 7 zł

Na głowę wyszło po 34 złote

Góry górami, ale trzeba pamiętać o tym, co w życiu jest naprawdę ważne:

 

Sposób na udaną sobotę: gra miejska

Baby Ann ogłosiła, że Miejski Dom Kultury robi rowerową grę miejską. Ponieważ lubimy z PKŻ ten rodzaj aktywności – zgłosiliśmy się. Zdziwiło nas nieco towarzystwo na starcie: był znany stalowowolski triathlonista (na szczęście z rodziną) oraz mocny stalowowolski biegacz (na szczęście również z rodziną). Ja też byłem z rodziną – czyli z PKŻ (choć znam kilka osób które twierdzą, że żona to nie jest żadna rodzina). W ogóle chyba wszystkie zespoły na starcie były zespołami rodzinnymi i było to fajne.

Szefową imprezy była Baby Ann. Niektórzy mogą ją pamiętać z biura zawodów ostatniego RDS-u. Aby przygotować scenariusz przeczytała dwie grube książki. Mało, że grube, to jeszcze napisane naukowym językiem.  Scenariusz zawierał elementy patriotyczne: nawiązywał do konkursu poetyckiego ogłoszonego w czasie Powstania Warszawskiego. Celem uczestników było odnalezienie punktów kontrolnych. Na nich za udzielenie prawidłowej odpowiedzi na pytanie bądź za wykonanie zadania otrzymywali oni wiersz z konkursu.

Ruszyliśmy na trasę z PKŻ w tempie niezbyt sportowym. Team spirit , zwłaszcza na początku był taki sobie. Cóż, takie bywają uroki życia małżeńskiego. PKŻ twierdziła cały czas, że moja umiejętność pracy zespołowej jest na poziomie minimalnym, a nawet zerowym. Ciekawe, bo już w połowie trasy czułem, że zajmiemy dobre miejsce. Nawigacja szła dobrze (trudno, żeby było inaczej nawigując w mieście w którym mieszkam od urodzenia). Pytania / zadania też. Najprzyjemniejsze było opatrywanie rannej harcerki. Nie wiem tylko dlaczego jak tylko ją gdzieś dotykałem krzyczała „ała, ała!”. Przecież nie robiłem jej nic złego (podobno harcerki na punkcie umówiły się, że gdy przyjedzie naprawdę przystojny zawodnik – będzie musiał zrobić sztuczne oddychanie. Niestety nie załapałem się, widocznie nie jestem dość przystojny).

Na metę przyjechaliśmy pierwsi, ze sporą przewagą. Mimo, że sportowy cel imprezy był drugorzędny, było to i tak bardzo miłe. W nagrodę załapaliśmy się na wywiady do lokalnej prasy i telewizji. Nie ma to jak być celebrytą.

Podsumowując: zamiast siedzieć przed telewizorem spędziliśmy trochę czasu jeżdżąc rowerem po mieście. Spotkaliśmy się z kilkoma fajnymi osobami. Poszerzyliśmy swoja wiedzę o historii naszego miasta. To była udana sobota.

 

Jak zrobić KGP?

Tekst poniżej napisał Bazyl (prosił aby tak go przedstawić). Bazyl zna się na rzeczy, w 2012 roku z czasem 107 i pół godziny pobił rekord Korony Gór Polski (jego partnerem – kierowcą był Paweł Szpak):

„Na początek gratulacje dla Hiu i ekipy za zdobycie swojej unikatowej
korony. Drobne modyfikacje listy szczytów spowodują pewnie, że zostanie
ona nigdy nie powtórzona a więc i czas nigdy nie zostanie pobity.
Sprytnie 😉
Ja Koronę Gór Polskich robiłem kilka lat temu. Od tego czasu śledzę
kolejne próby i nasunęło mi się kilka wniosków co do tego jak moim
zdaniem powinien być liczony rekord zdobycia Korony. Po kolejnych próbach
słyszę gdzieś tam w tle dyskusje na temat stylu zdobycia. Czy ktoś
prowadził sam samochód, czy nie prowadził, czy miał wsparcie z
zewnątrz czy nie. Moim zdaniem jedyny „czysty styl” to taki jak
zaprezentowała Agnieszka Korpal zdobywając KGP na rowerze lub teraz
prezentuje Ueli Steck w kończącym się właśnie projekcie 82 Summits.
Czyli brak korzystania z samochodu – przemieszczanie się tylko siłą
własnych mięśni. Niestety rzeczywistość jest taka, że ze względu na
pracę czy rodzinę łatwiej jest wyrwać się na 5 dni korony samochodowej
niż na 2 tygodnie korony rowerowej, więc to samochodowa będzie w
przyszłości regularnie robiona.No to policzmy jak jest z tą
samochodową jest. Moja korona zajęła mi 107:38. Z czego jak policzyłem
na nogach spędziłem ok 48h. Wychodzi, że w samochodzie i okolicach ponad
59h. Wynik jest zaburzony bo z powodu załamania pogody na Rysy wchodziłem
dwa razy a samochodem zrobiliśmy dodatkowy odcinek z Jeleniej Góry do
Zakopanego, ale tak czy tak wychodzi na to, że to wyścig bardziej
samochodowy niż pieszy. Czy w takim razie o rekordzie powinno decydować
to jak szybko się biega czy to jakim samochodem się jedzie  (jaka będzie
różnica przejazdu 1500km tego samego kierowcy jeśli raz będzie jechał
np. Seicento a raz np. Audi S6 – pewnie kilka godzin), czy ma decydować
jaka jest jego skłonność do łamania przepisów drogowych lub czy akurat
trafi się na 10km odcinek budowy drogi i dwugodzinny korek? No, a jak Hiu
zostanie kiedyś posłem i będzie miał immunitet to w ogóle wszyscy z
drogi. Dlatego uważam, że przy próbach łamania rekordu powinno się
podawać dwa czasy: łączny i samego biegu na szczyty, przy czym ten drugi
powinien decydować o rekordzie. Czyli np. w moim przypadku po odliczeniu
nieudanej próby na Rysach: 107:38 (40:50).  Oczywiście trzeba by
założyć, że całość jest robiona w czasie nie dłuższym niż
powiedzmy 5 dni (120h). Taka granica powoduje, że i tak trzeba napierać
prawie non stop, ale jednocześnie znacząco podnosi bezpieczeństwo. O ile
sleep monster podczas biegania czy rowerowania najczęściej kończy się
co najwyżej siniakami, o tyle zaśnięcie za kierownicą samochodu, o co
nie trudno podczas czwartej kolejnej nocy za kółkiem, może już mieć
tragiczne konsekwencje dla zawodników czy osób postronnych. Mając te
kilka godzin zapasu w limicie w krytycznych momentach zdejmujemy presję
pogoni za rekordem, łatwiej byłoby zdecydować się na choćby 2-3
godziny snu i być może uratowanie komuś życia. Dochodzi też fajny
element taktyczny – jak efektywnie wykorzystać te 120h, kiedy trochę
odpocząć a kiedy przycisnąć.
Z potwierdzeniem czasu biegu moim zdaniem nie ma problemu (bo to już
niestety nie te czasy co kiedyś, że wystarczy powiedzieć „byłem na
szczycie” i wszyscy wierzyli). Większość z nas i tak rejestruje ślad
GPS przy pomocy zegarków bądź telefonów, a dla tych co się oburzą,
że oni nie, wystarczyło by zdjęcie przy samochodzie przed biegiem,
zdjęcie na szczycie, zdjęcie przy samochodzie po biegu.
Oczywiście, żeby to działało ktoś musiałby się tym oficjalnie
„zaopiekować”, czyli np. „właściciel” korony (PTTK) ogłosić oficjalne
zasady bicia rekordu i zająć się oficjalnie rozliczaniem rekordów, na
co nie ma co liczyć bo oni z urzędu odcinają się od wspierania
wszelkiej rywalizacji.
Pozostaje zatem tylko internetowo-blogowe nieoficjalne ściganie. Też
pięknie.”

Właściwie to we wszystkich wyżej opisanych kwestiach zgadzam się z Bazylem. Co mógłbym dodać od siebie? Koniecznym wydaje się rozdzielenie dwóch stylów robienia KGP: z suportem, zwłaszcza w postaci kierowcy i bez suportu. Bardziej „elegancki” wydaje się ten bez pomocy zewnętrznej. Ma jednak poważną wadę: im bardziej wyśrubowany będzie czas, tym będzie bardziej niebezpieczny. Z kolei w wersji w kierowcą niebagatelny, ponad 50-cioprocentowy wpływ na wynik będzie miał właśnie kierowca. Oraz styl jego jazdy – czy będzie przestrzegał przepisów czy nie. A jeżeli nie to jak bardzo. Jako ciekawostkę mogę podać fakt, że podczas naszego przejścia pierwszego dnia poważnie traktowaliśmy znak ” zakaz wjazdu”. Ale już pod koniec drugiego dnia akcji zaczęliśmy taki znak ignorować.

Tak czy inaczej rekord KGP da się jeszcze poprawić. Zabawa jest doskonała. Przed akcją Bazyl życząc nam powodzenia powiedział, że długie przejazdy samochodem będą bez sensu, ale na koniec będziemy mieli mnóstwo satysfakcji. I tak właśnie było.