Wszystkie barwy jesieni

Właściwie to nie chciałem jechać na Kiwona. Kontuzja kolana to pierwszy powód, kontuzja brzucha drugi, a na dodatek kilka dni przed startem rołożył mnie jakiś wirus. A może jakaś bakteria? Najchętniej poleżałbym sobie w łóżku, ale PKŻ trochę mnie pomolestowała, zapakowaliśmy się więc do samochodu z Erką i Pocertescu i pojechaliśmy do Rozdziela. Start na TP 50 nie wchodził jednak w grę. Forma opłakana, ze zdrowiem jeszcze gorzej, nie miałbym żadnych szans na ukończenie. Przepisałem się na TP 15.

Rano ruszyliśmy na trasę. Pogoda była piękna, a okoliczności przyrody jeszcze piękniejsze. Słońce, jak na połowę października, grzało całkiem mocno. Lasy mieniły się wszystkimi jesiennymi kolorami, począwszy od bladych żółci, przez czerwienie, aż do brązów. Pod nogami szeleściły dywany z liści. Pięknie było, normalnie jakaś Liga Mistrzów estetyki.

Cały czas truchtałem sobie spokojnie. Od czasu do czasu mijałem się z Izą Osyszko, więc tempo było całkiem przyzwoite. Czułem, że jestem gdzieś w okolicy podium. Po latach biegania w imprezach na orientacje czuje się takie rzeczy. Pierwsze pięć punktów poszło nieźle. Został ostatni. Łatwizna: wąwóz, brzeg potoku.

Wpadam do wąwozu tam, gdzie powinien być punkt i… nic. Punktu nie ma. Dobra, idę 50 metrów do góry. Dalej nic. No to kurs 100 metrów na dół. Znowu nic. 150 do góry. 200 na dół. 250 do góry. 300 na dół. Punktu nie ma! W międzyczasie spotykam Izę. Też nie może znaleźć punktu. W końcu odpuszczam i spokojnie wracam do bazy. Już bez biegania, bo brzuch boli. Na mecie wpisuję na kartę BPK (brak punktu kontrolnego) i liczę na potwierdzenie tego wpisu jako prawidłowego. Okazuje się, że punkt jednak był. Stał 20 metrów wyżej od najwyższego miejsca, gdzie dotarłem. Chwile spieram się z Tomkiem Dudą (organizatorem), tłumaczę mu, że punkt stał nie tam, gdzie powinien. Tomek spokojnie odpala w telefonie internet, wyszukuje zdjęcie satelitarne terenu i okazuje się, że to on miał rację, nie ja. Punkt stał prawidłowo!

Potem usiedliśmy sobie na schodkach przed szkołą. Słońce dalej grzało. Siedzieliśmy w parę osób i opowiadaliśmy sobie jakieś rajdowe historie. Jedni przychodzili, inni odchodzili, kolejni wpadali na metę. A schodki cały czas były zajęte. Było tak fajnie, jak na żadnej innej tegorocznej imprezie. Fajni ludzie jeżdżą na imprezy PMnO, fajni ludzie je organizują. Sport to jedno, ale część towarzyska jest tak samo ważna. Warto jeździć na te imprezy, nawet nie stawiając sobie żadnych celów sportowych. Warto dla samego towarzystwa. Kiwon pod tym względem jest w ścisłym czubie stawki.

Trzeba jeszcze napisać parę słów o TP 50. Kiwon dołączył w tym roku do klubu imprez trudnych. Punkty nie były proste do odnalezienia. Zostały ukryte głęboko w lasach, a warianty pomiędzy nimi były mocno niebanalne. Gwoździem programu był punkt na Magurze Małastowskiej: postawiony daleko od pozostałych, na największej górce w okolicy. Zdobywając go niektórzy tracili czas, w którym mogliby zrobić 3 – 4 inne punkty. Na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy zaliczyli wszystkie punkty w limicie. Zazdrościłem tym, którzy mogli zmierzyć się z kiwonową pięćdziesiątką.

Nie wszystko jednak było idealne. Organizator zaplątał się w regulaminie, który sam napisał. Początkowo przyznawał kary czasowe za brak punktów. Potem okazało się, że według regulaminu bezwzględnym pierwszym kryterium klasyfikacji jest ilość zaliczonych punktów. W efekcie w kategorii kobiecej inne panie stały na podium, a inne są na nim w wynikach końcowych. Poszkodowane zostały osoby, którym zależało na ukończeniu imprezy w limicie. Wnioski z tej sytuacji są dwa. Dla organizatorów: by precyzyjnie pisali regulaminy. Dla uczestników: by czytali regulaminy i nie bali się składać protestów. Czasem można sporo ugrać.

Przed Kiwonem Tomek zachęcał mnie w prywatnym mailu do przyjazdu hasłem „Beskid Niski jesienią urywa d…”. Miał 100 % racji. Urywa!

Reklamy

O Jatce, co naprawdę była jatką

Stęskniłem się za bieganiem na orientację. Za nabijaniem kilometrów i szukaniem punktów kontrolnych. Za piciem piwa na mecie i omawianiem wariantów. Gdy tylko ortopeda dał mi zielone światło na bieganie – nie wahałem się i od razu wypełniłem formularz zgłoszeniowy na Jurajską Jatkę.

To, że lekarz pozwolił jednak niewiele znaczy. Kolano trochę jeszcze boli, ale da się z tym żyć. Gorsza sprawa, że w międzyczasie pojawiła się jeszcze jedna kontuzja. Niefajna, bo mogę co najwyżej truchtać, a  i to raptem tylko po kilka kilometrów. Najgorsze, że tym razem chyba nie da się uniknąć skalpela.

Wracając do Jatki: punktów kontrolnych było 23. Pierwsze trzy weszły na czysto, potem mała nadróbka, znowu pięć na czysto. Dalej wpadka na 15 minut i kilka znowu na czysto. Nawigacja szła sprawnie. Było to o tyle ciekawe, że trasa nie była łatwa. Mniej więcej co drugi punkt jakieś były azymuty i to nie takie po dwieście metrów, a po kilkaset. Czasem nawet powyżej kilometra przez nieprzebieżny teren. Bolało mnie małe co nieco i po trzech godzinach został mi tylko trucht. Zaplanowałem sobie zrobienie całości w 10 – 11 godzin, żeby nie szwendać się po lesie w nocy, gdy ślepnę, ale plan powoli stawał się nierealny.

Nieszczęście nastąpiło po zmroku. Przelot z 26 na 27, ze skałek rzędkowickich na podlesickie. Najpierw ponad kilometr na azymut, a potem poszukiwanie w ciemności skałek. Owszem, znalazłem. Wgramoliłem się na wierzchołek, ale punktu nie było. Zszedłem więc drogą do najbliższego punktu z którego mogłem się dokładnie namierzyć. W praktyce aż do Podlesic, prawie dwa kilometry dalej. Potem poszło łatwo, za drugim razem punkt znalazłem bezproblemowo. Przy okazji okazało się, że za pierwszym razem wynawigowałem… idealnie na punkt. Tyle tylko, że skałki miały dwa wierzchołki, a ja zaatakowałem ten bez punktu. Taki żart losu…

Nie ostatni tego dnia. Chwilę potem zaatakowałem 28. Po dwudziestu minutach marszu w stronę tego punktu niespodziewanie wróciłem pod 27. Jak? Nie pytajcie, nie wiem. Nie miałem telefonu z endomondo ani zegarka, więc nigdy nie dowiem się, jak to zrobiłem. W tym momencie wola walki zanikła. Byłem zmęczony i odwodniony. Picia zabrałem tyle co zwykle na 8 – 9 godzin. Tymczasem dochodziła dwunasta godzina na trasie. Odpuściłem. Wróciłem do bazy. Na metę wszedłem bardzo, ale to bardzo zmęczony, mając w nogach ponad 60 kilometrów.

Wynik końcowy: bez trzech. Wynik na miarę aktualnych możliwości, po czteromiesięcznej przerwie w treningach, jednej kontuzji niezaleczonej i drugiej napoczętej. Na tyle teraz mnie stać.

Rok temu napisałem, że skończył się czas łatwych Jatek. Przez ten czas trend pogłębił się: Jatki są już nawet nie trudne, a bardzo trudne. Nawigatorzy mieli mnóstwo okazji do wykazania się umiejętnościami. Łukasz Korzeniewski, szef imprezy, postawił przed uczestnikami poprzeczkę bardzo wysoko. Trend do robienia tras trudnych nawigacyjnie ma jednak też pewien minus: o ile są to trasy atrakcyjne dla pewnego hermetycznego grona stałych bywalców, to dla początkujących mogą być raczej zniechęcające. Co zaś  do stałych bywalców: pod względem towarzyskim Jatka staję się powoli imprezą numer jeden w południowej części PMnO).

Podsumowując: wynik sportowy słabiutki, ale na miarę możliwości. Impreza przednia, ze znakiem jakości. Dla mnie absolutny pucharowy top.

 

Szerszenie znad Chodelki

Trzy miesiące bez jeżdżenia na zawody to bardzo dużo. Choć do wyleczenia kontuzji jeszcze daleka droga, instynkt wziął górę i postanowiłem wystartować w pięćdziesiątce. Akurat w zeszły weekend był Mordownik. Najfajniejsza impreza w PMnO, na dodatek Mistrzostwa Polski.

Były tylko dwa problemy: pierwszy – że Mordownik to trudna impreza. Po trzymiesięcznej przerwie, bez treningów, niewiele tam bym osiągnął. Drugi: kontuzja wciąż jest niewyleczona. Ale udało się już zdiagnozować, co mi dolega. Wykończyłem w kolanie rzepkę. Na razie łykam prochy, a jeżeli nie pomogą to dostanę zastrzyk w kolano. Grunt, że noga nie pójdzie pod nóż. Jest też trochę mniej fajna wiadomość: fizjoterapeuta wyłapał jeszcze jeden problem i wysłał do chirurga. Tu muszę poczekać na potwierdzenie diagnozy, ale tym razem chyba nie obejdzie się bez skalpela.

Wracając do Mordownika: w obecnym stanie nie miałem po co tam jechać. Szczęśliwym trafem w tym samym terminie niedaleko od domu, między Lublinem a Kraśnikiem, miał odbyć się Rajd Żródeł Chodelki, ośmiogodzinny rogaining. Spakowaliśmy z PKŻ Erkę, namówiliśmy jeszcze Daniela Pocertescu i pojechaliśmy do Kłodnicy.

Na początku chciałem sobie pobiegać. Nie bardzo jednak dało się, bo PKŻ i Erka postanowiły iść ze mną. Chciałem jakoś pozbyć się ich, ale były strasznie uparte. Ja szybciej, to one też. Ja uciekam, to Erka szczeka. Odpuściłem, postanowiłem poczekać aż same zrezygnują. Po pięciu i pół godzinach, po trzydziestu kilometrach w końcu zmęczyły się. Poszły na metę, pozwalając mi poszaleć w samotności. No to przyspieszyłem na tyle, na ile pozwoliło kolano. Na mecie na liczniku miałem 46 kilometrów. Ile zrobiłbym, gdybym był zdrowy? Na tej trasie jakieś 60 – 64 kilometry.

Efekt końcowy był jednak doskonały. Wygrałem i to ze sporą przewagą nad drugim w klasyfikacji Mariuszem Motyką. PKŻ była trzecia, ale nie w kategorii kobiecej, tylko w generalnej. Obsada nie była wprawdzie szczególnie mocna (mocni pojechali na Mordownika), ale zwycięstwo zawsze sprawia przyjemność. Jak w takim razie wypadłbym na Mordowniku? Gdyby nawigacja poszła dobrze, miałbym szanse na zaliczenie kompletu punktów kontrolnych i miejsce w połowie drugiej dziesiątki. Gdyby nie poszła dobrze – skończyłbym bez dwóch – trzech, trzydziesty w klasyfikacji.

Miejsce na podium trasy trzygodzinnej wywalczył także Pocertescu. Było to jego pierwsze podium w karierze. Zapewne długo będzie je wspominał, bo na trasie miał niecodzienne przygody. Pocertescu zmuszony został do stoczenia boju z dzikim stworem. Jeden z punktów kontrolnych zlokalizowany był w pobliżu gniazda szerszeni. Owady trochę denerwowały się na przybiegających co jakiś czas zawodników. Stara prawda mówi, że gdy w pobliżu człowieka lata szerszeń, należy zachować spokój. Nie machać rękami, nie ruszać się. Można nawet do owada zagadać, spytać jak leci. Wtedy jest szansa na udobruchanie osobnika. Tak też postępował Pocertescu. Nieszczęśliwie jednak złożyło się, że kolega który był z nim na punkcie zachowywał się dokładnie na odwrót. Machał dużo rękami. W końcu  szerszeń naprawdę wkurzył się i zaatakował. Na dodatek zastosował odpowiedzialność zbiorową: kolega go wkurzył, a on użądlił Daniela. Tu jednak trafił na twardszego od siebie: Pocertescu okazał się być bardziej jadowity i szerszeń padł trupem!

Szczerze mówiąc to jad szerszenia nie jest jakoś szczególnie toksyczny. Ba, jest mniej toksyczny niż jad pszczoły czy osy. Ukąszenie tego owada jest jednak nieporównywalnie bardziej bolesne. Zawsze też może okazać się, że poszkodowany ma alergię na ukąszenia. W tym konkretnym przypadku skończyło się na bólu.

Jak ocenić Rajd Źródeł Chodelki od strony organizacyjnej? Było całkiem nieźle. Trasa była fajnie ułożona, z możliwością pokombinowania. Punkty stały tam gdzie powinny. Za lampiony robiły kartki A4, ale nie było najmniejszych problemów ze znalezieniem ich. Od strony sportowej wszytko zagrało tak jak powinno. Od strony socjalnej też było dobrze: dobra zupa na mecie, koszulki dla uczestników i możliwość noclegu w bazie. Drobne niedociągnięcia oczywiście też były, ale na tyle drobne, że nie wpływały na obraz całości.

Było fajnie!

Jeszcze taka mała ciekawostka: pierwszy raz zrobiłem imprezę ultra, na dodatek na orientację w sandałkach. I chyba nie ostatni. Jeżeli tylko nie ma chaszczy, to w sandałach całkiem fajnie biega się.

 

Dusiołek po raz trzeci

Fajny jest Dusiołek, tylko trochę pechowy. Nie jest traktowany przez uczestnikówna tyle poważnie, na ile by zasługiwał. Odbywa się niedługo przed Kieratem, mniej więcej w tym samym terenie, więc wielu uczestników setki traktuje go jako trening. Tymczasem jest to bardzo solidna impreza, zarówno organizacyjnie, jak i sportowo. Na pięćdziesięciu kilometrach jest zwykle 2000 – 3000 metrów podejść. Jak na ten dystans to dużo.

Jak było tym razem? Po obejrzeniu mapy uznałem, że nawigacja jest jeszcze prostsza niż zazwyczaj. Co z tego, skoro na trasie dołożyłem sobie bonusowe 20 minut. Może jednak nie było aż tak prosto?

Przelot na jedynkę: przez Ciecień czy Księżą Górę? Rok temu leciałem na Ciecień na azymut, więc wymyśliłem, że tym razem trzeba wejść bez kombinowania. Błąd! Ci, którzy poszli naokoło zarobili 7 – 8 minut.

Potem Śnieżnica czarnym szlakiem. Tu następuje selekcja na tych, którzy walczą i tych, którzy idą na spacer. Zbieg ze Śnieżnicy – doganiam i wyprzedzam Grzegorza Korpulę, by po wyjściu z lasu zbiec 100 metrów za daleko. Grzegorz, pamiętając o naszej walce na zeszłorocznym Kiwonie, wrzuca piąty bieg i ucieka pod kolejną górkę. Ja, pamiętając o zeszłorocznym finiszu na Kiwonie, obiegam ją naokoło. Na kolejnym punkcie okazuje się, że wariant rywala był dwie minuty szybszy.

Glichów, 33 kilometr – robię dodatkowe 300 metrów skuszony widocznym z dala szyldem sklepu spożywczego. Jest gorąco, kończy mi się picie. Funduję sobie colę i lody. Stracilem dystans, ale to inwestycja na kolejne kilometry.

Glich wierzchołek, 35 kilometr – niespodziewanie wychodzę z dołu prosto na punkt. Stoi nie tam, gdzie powinien. Jeszcze bardziej niespodziewanie dowiaduję się, że jestem piąty i mam 17 minut straty do podium. Wrzucam szósty bieg i lecę na dół jak wariat. Po drodze mijam Tomka Domina i Krzyśka Lachora, bardzo rozeźlonych, bo stracili kilka minut przez błąd obsługi sędziowskiej.

W dół kilometry uciekają szybko, pod górkę już nie. Zwalniam. Na kolejnym punkcie dowiaduję się, że nadrobiłem tylko minutę. Opuszcza mnie wola walki. Dalej do mety podążam nie przemęczając się zbytnio. Schodząc z Księżej Góry wybieram kiepski wariant i wyprzedzają mnie Krzysiek i Tomek.

Efekt: 7. miejsce, 54,5 km / +2700, czas 7.59. Uwzględniając dystans i przewyższenia – to mój najszybszy Dusiołek. Czyli było dobrze.

Jeszce kilka słów o dokładności pomiarów na różnych urządzeniach. Niektórzy mieli po około 49 kilometrów, rekordziści nawet poniżej 49. Tymczasem na trasie nie było nic, co powodowało by takie różnice. Owszem straciłem 20 minut na nawigacji, ale mogłem w ten sposób dołożyć sobie najwyżej 2,5 kilometra. Z kolei suma przewyższeń wyszła o 300 – 400 metrów większa niż u niektórych i to już jest niesamowite, bo biegaliśmy po tych samych górach. Znowu wyjdzie, że marny ze mnie nawigator, a to tylko różnica w dokładności urządzeń pomiarowych.

A poza tym to Dusiołek jest fajny. A Ciecień i Śnieżnica najfajniejsze.

 

 

 

U Hucułów

Zaczęło się poważnie, od hymnu. To były oficjalne Mistrzostwa Ukrainy w trailu. Atmosfera szybko zelżała, gdy na scenę wyszły dwie panie i zabawiały sportowców ukraińską popsą. Po kilku piosenkach ruszyliśmy na trasę Sokole Oko, najdłuższą, 52 km / +2800 na Hucuł Trail.

DSC03001.JPG

Założenia były proste: czas w granicach 8 – 9 godzin i miejsce na podium w kategorii + 40. W zeszłym roku w 8 godzin zrobiłem Dusiołka, imprezę o prawie identycznych parametrach. Początek był nawet niezły, pierwsze 10 km  biegłem na 7.30. Tylko miejsce było słabe, bo gdzieś w połowie czwartej dziesiątki. Już druga górka brutalnie zweryfikowała plany. Dość stroma była i prawie stanąłem w miejscu. Powolutku wszyscy mnie wyprzedzali, a ja człapałem krok za krokiem.

DSC03030

Nie tak miało być. To była druga górka, a takich większych na trasie było siedem. I na każdej kolejnej byłem coraz słabszy i wolniejszy. Nie wiem, co się stało, bo na mecie nie byłem bardzo zmęczony. Na drugi dzień też nic mnie nie bolało. Żadnych zakwasów, żadnej rwy kulszowej. Tylko siły nie miałem, by biegać.

Pod górę wiadomo, biegać się nie da. Na dół też nie, bo za stromo. Po śniegu nie, bo ślisko. Po błocie to już w ogóle się nie da. To może po równym? Nie, gdzieś trzeba przecież odpocząć. Niedobrze mi było cały czas i głowa bolała. W końcówce pozwoliłem sobie nawet na małego pawia. Wtedy zrobiło mi się lepiej, ale do mety było już za blisko, żeby cokolwiek nadrobić.

Ale jak się nie da, jeżeli się da. Zwycięzca zrobił całość poniżej siedmiu godzin.

Do mety doturlałem się po dwunastu godzinach, cztery godziny powyżej planu,co wystarczyło do 55. miejsca na 77 uczestników.  Żenada. Beznadzieja. Dno.

A może jednak nie do końca? To wcale nie były łatwe zawody. Co prawda śniegu nie było dużo, ale za to błota nie brakowało. Nie byłem nigdy na Łemkowynie, ale to, co zobaczyłem na Hucule w zupełności mi wystarcza. Błoto płytkie, błoto głębokie, zasysające, przytrzymujące, wywracające, oblepiające i poślizgowe. Każde możliwe. A buty w tym błocie ważyły każdy o kilogram więcej niż powinien.

DSC03562

Zanikające ścieżki? Były. Odcinek poprowadzony przez środek strumienia? Proszę bardzo, był. W poprzek strumienia? Takiego górskiego, z siłą wodospadu i po śliskich kamieniach też był. A może by tak kilkaset metrów pod górę przez wąski wąwóz, oczywiście przez potok  ? Najlepiej tak stromy, żeby chwilami trzeba było używać wszystkich czterech kończyn? To wszystko udało się zmieścić na trasie Sokolego Oka.

Zawody były bardzo spektakularne pod względem widokowym. Choć nie wybiegliśmy powyżej 900 m npm, to widoki na grzbiety i doliny Beskidów Huculskich były niezwykle efektowne. Co podejście oglądać mogliśmy nową dolinę. Przez kilometrów biegliśmy po cudnych połoninach. Zadziwiające jest, jak wysoko ludzie budoją domy, choć trudno czasem znaleźć do nich sensowną drogę. Przez chwilę otwarł się nam niezwykły widok na Hryniawy, Czywczyn i Czarnohorę z Popem Iwanem. Miałem chwilę satysfakcji, gdy biegnąc z trojgiem zawodników lokalnych, nie oni mi, lecz ja im, localesom, opowiadałem o górach zamykających horyzont.

Punkty odżywcze były skromne. Woda, cola, figi, banany, jakieś ciastka, na niektórych cieple zupki. Było ich pięć, na taki dystans wystarczająco. Opublikowany był dokładny wykaz i z góry było wiadomo czego i gdzie się spodziewał.

Były i mankamenty. Najsłabszym punktem zawodów było oznakowanie trasy. W niektórych miejscach zbierały się kilkuosobowe grupy szukające ostatniego znacznika. Powtarzało się to kilkukrotnie. Dołożyłem sobie w ten sposób jakieś trzy kilometry. Rozwiązanie tego problemu było jednak banalne: wystarczyło mieć wgrany w jakieś urządzenie track GPS, by nie gubić się.

Drugim mankamentem było niedoszacowanie trasy. Na FB zawodnicy ukraińscy pisali, że było to ok.  55 km / + 3400. Zwłaszcza ten drugi parametr troche zmienia ocenę końcową osiągniętego rezultatu.

Organizatorem imprezy był Aleksandr „Szura” Olivson. Powinni go pamiętać uczestnicy Bergson Winter Challenge. Przed kilku laty często przyjeżdżał do Polski, by ze swoim zespołem regularnie plasować się na podium najdłuższej trasy tych zawodów. Szura ma też w dorobku miejsce w pierwszej dziesiątce mistrzostw świata w rajdach przygodowych. Kiedyś miał świetne wyniki jako zawodnik, teraz jest równie dobry jako organizator. Robi największe na Ukrainie imprezy trailowe:

Hucuł Trail, marzec, Wyżnica, 23 i 52 km

Dzembronia Trail, kwiecień, Dzembronia, 24 i 42 km

Karpatia Trail, czerwiec, Wołowiec, 66 i 103 km

100 BukoMil, sierpień, Worochta, 71, 118, 186 km

Endurance Trail, wrzesień, Bukowel, 20 i 55 km

Strona organizatora

Strona Hucuł Trail

DSC03012

Komu można te imprezy polecić? Typowym ultrasom biegającym z klapkami na oczach  po równych drogach w poszukiwaniu punktów ITRA niekoniecznie. Ale ci, którzy biegają ultra na orientację powinni być usatysfakcjonowani. Uczestnicy rajdów przygodowych również. Te imprezy powinny podobać się też klasycznym poszukiwaczom przygód, dla których wynik sportowy będzie drugorzędny.


Hiu – zrobiłeś wynik poniżej planu. Pamiętaj jednak, że nie masz już 30 lat, taki prawie oldboy już jesteś. Nie piernicz, że było słabo, bo impreza była bardzo konkretna i za dwa – trzy lata będziesz bardzo dumny, że ją ukończyłeś.

DSC03561

Porachunki z Pokuciem

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, gdzieś w Beskidach Pokuckich…

…eee… gdzie?..  w jakich Beskidach?…pisz Hiu normalnie, przecież nie ma takich Beskidów, a już na pewno w Polsce nie ma…

Był koniec kwietnia 2008. Dwie polskie czwórki wybrały się na Ferrino Extreme Marafon, ponad trzystukilometrowy rajd przygodowy do położonej u stóp Czarnohory Worochty (Czarnohora brzmi lepiej, to już niektórzy kojarzą gdzie). Pojechały i poniosły klęskę. Zespół Brubeck / napieraj.pl nie przetrwał nawet pierwszej nocy, koledzy z Adventury wytrwali na trasie niewiele dłużej. Składy były ciekawe. W Brubecku oprócz mnie byli jeszcze Maciek Tracz, wtedy absolutna czołówka krajowego adventure racing i Krzysztof Dołęgowski, ten od Chudego Wawrzyńca. Miała z nami startować wtedy nikomu szerzej nie znana Agata Matejczuk, ale coś jej wypadło i zastąpiła ją Iza Cieluch. Iza, bardziej znana pod nazwiskiem Burzyńska, niedługo potem stanęła na podium setki w B7D.

Skład był bardzo mocny, a jednak polegliśmy. Pokonała nas nocna przeprawa z rowerami na plecach przez Beskidy Pokuckie. Polegliśmy w walce z błotem, śniegiem i drogami istniejącymi jedynie w wyobraźni autora mapy. Na pocieszenie zostało nam, że prawdopodobnie jesteśmy w ósemkę jedynymi Polakami, którzy z rowerami na plecach pokonali to pasmo górskie w poprzek, na dodatek w warunkach półzimowych. I tak zostanie pewnie co najmniej przez następne 5o lat, bo pożytku z takiego przejścia nie ma żadnego, a sława ma zasięg bardzo ograniczony. Właściwie to nawet zerowy.

Relacje Maćka i Izy z 2008 roku

EM

Na FEM wróciliśmy prawie wszyscy rok później. Adventura (Magda Łączak, Paweł Dybek, Igor Blachut, Irek Waluga) zajęła 3. miejsce w mastersach. Mi udało się wystartować w parze z Michałem Kiełbasińskim. Kolejne w tym zestawie duże nazwisko. Po czterech dniach i trzystu kilometrach rywalizacji zajęliśmy drugie miejsce. Udowodniliśmy sobie, że potrafimy okiełznać ukraińskie Karpaty. Tym razem jednak bój toczył się w Czarnohorze, Gorganach i na Świdowcu. Tylko przez parę chwil mieliśmy w zasięgu wzroku Beskidy Huculskie.

P1120689


Minęło prawie dziesięc lat. Przypomniałem sobie o zawodach na Ukrainie dzięki Sławkowi Konopce, który organizuje tam Bojko Trail. Trasa tej imprezy jest bardzo spektakularna. Za jednym zamachem można zaliczyć Pikuja, Ostrą Horę i Połoninę Równą. Niewiele jest w Polsce tras takiej urody.

Mam jednak taki defekt, że w obcym kraju wolę spotykać raczej autochtonów. Polaków oglądam wystarczająco często w Polsce. za granicą nie są mi do niczego potrzebni. Dlatego  zupełnie mnie nie pociagają zawody takie jak właśnie Bojko Trail czy Lavaredo UT, gdzie naszych liczy się nie na sztuki, tylko na autokary.

Dużo wiecej przyjemności sprawia mi ściganie się z zawodnikami lokalnymi.


Poszukałem, pogrzebałem i… mam!

Hucuł Trail na Pokuciu. Tym samym Pokuciu, gdzie dziesięć lat temu ponieśliśmy totalną porażkę. Będzie okazja odkuć się po latach. Tym przyjemniejsza, że za organizację odpowiada… ta sama ekipa Szury Olivsona, która kiedyś organizowała FEM.

Dystans nie powala, raptem 52 kilometry. Przewyższenie już bardziej: + 2800 metrów. Będzie syto, bardzo syto. To jednak nie koniec atrakcji. Na dzień dzisiejszy na trasie leży 30 – 40 centymetrów śniegu. Trasa przed zawodami nie będzie odśnieżana. Gdyby taka impreza odbywała się u nas dystans zapewne zostałby skrócony (jak np. na Niepokornym Mnichu). Ukraińcy nie są tacy delikatni, biegają bez względu na warunki. W zeszłym roku zwycięzca potrzebował na pokonanie tej trasy aż siedem i pół godziny, a osiem godzin wystarczało do miejsca na podium.

Jest jeszcze jeden drobiazg dodający imprezie smaku. Będą to certyfikowane przez Ukraińską Federację Lekkoatletyczną Mistrzostwa Ukrainy w trailu.

Może być fajnie.


A Huculi to taki lud na wymarciu, żyjący gdzieś na granicy Serbii. Oglądałem film, to wiem.

Katastrofa z happy endem

Wrażliwsi czytelnicy w trakcie zapoznawania się z treścią wpisu mogą posłuchać sobie lokalnej muzyki

Gdzie właściwie jest Drezdenko? Prawie 800 kilometrów na północny zachód od miejsca, gdzie mieszkam. Daleko, bardzo daleko. To tyle samo kilometrów, co do serbskiego Nowego Sadu. A do Budapesztu mam tylko 150 kilometrów mniej. Gdzie to jest? W województwie lubuskim? Cóż to za nazwa? Wiecie, gdzie leży Lubusz? W Niemczech, w Brandenburgii. No to gdzie jest to Drezdenko? Na terenie dawnej Nowej Marchii czyli ma się rozumieć w Polsce.

Taki los przygranicznych miasteczek, że przechodziły nieraz z rąk do rąk. Brandenburgia, Państwo Krzyżackie, Polska, Nowa Marchia, Prusy, Niemcy, znowu Polska. Taka jest historia miasteczka, gdzie mieściła się baza Nocnej Masakry.

Z dojazdem trochę zeszło. Najpierw kilka godzin za kierownicą do Krakowa, potem przesiadka na miejsce pasażera. Nie pospałem sobie, bo Jacek i Sergiusz to doskonali kompani do dyskusji. zamiast więc spać – prowadziliśmy nieustającą konwersację. W bazie byliśmy po prawie trzynastu godzinach jazdy, z tego jedna przypadła na sen.

Do rozpoczęcia imprezy pozostawało niewiele czasu. Według planu, bo rzeczywistość była inna: start opóźnił się o ponad godzinę. Musieliśmy czekać w gotowości na przyjazd organizatora, który podobno ugrzązł gdzieś w błocie. Obsuwka nie była jedynym problemem. Na starcie panował straszny bałagan. Część zawodników zamiast spokojnie planować warianty musiała nerwowo biegać za opisami punktów, których początkowo było za mało.

W końcu dorwałem opis, spojrzałem z bliska na mapę i… wtedy okazało się, że nic nie widzę. Od jakiegoś czasu psuje mi się wzrok. Staram się raczej nie jeździć na imprezy z nocną nawigacją. Przed Nocna Masakrą starałem się dobrze przygotować logistycznie: zabrałem okulary, zabrałem żonie lepszą czołówkę. I co? I nic. W świetle czołówki dobrze widziałem tylko grube czarne kreski. Delikatnych przerywanych oznaczających przecinki nie zauważałem. W pewnym momencie nawet zadałem komuś pytanie: „Co to jest ta gruba czerwona kreska ?”. Odpowiedź brzmiała: „Droga krajowa”.

Przyglądałem się mapie tak uważnie, jak tylko dało się. Efekt? Pierwszy, raczej banalny punkt kontrolny, przestrzeliłem o pięćset metrów mimo dość dokładnego liczenia odległości. Szybko wróciłem do drogi po której przesuwał się sznureczek świateł. Postanowiłem, że za nic, za żadne skarby świata nie zostanę tej nocy sam w lesie. Że wsiądę na plecy pierwszemu z brzegu nawigatorowi i będę trzymał się jego spodni do samej mety.

Pierwszymi napotkanymi ludźmi byli Jacek Litewka i Marek Sobiegraj. Byli po drodze też inni, nasz tramwaj czasem kurczył się, a czasem powiększał, ale prawie całą trasę pokonaliśmy razem. Oni nawigowali, ja tylko pilnowałem, gdzie mniej więcej jesteśmy.

Ktoś zaraz powie: „To było żenujące, tak się nie robi”. Ano było żenujące, nie przeczę. Tyle tylko, że w zaistniałych warunkach nie byłem zawodnikiem pełnosprawnym, musiałem walczyć nie z mapą i terenem, a raczej ze swoim defektem, którego jak dotąd nie umiem oswoić.

Ogólnie to czułem się paskudnie. Bylem niedospany i wszystko mnie bolało. Doskwierała mi rwa kulszowa, zjawisko przybierające na sile w błocie i wilgoci. Zupełnie rozsypała mi się psychika. Zatraciłem jakiekolwiek ambicje. Jedyne o czym marzyłem to meta, koniec tego koszmaru. Truchtałem bezwolnie za Markiem i Jackiem odliczając kilometry do końca. Na szczęście koledzy trzymali tempo. Już na ulicach Drezdenka Marek przyspieszył i zostawił nas z tyłu. Podobnie jak chwilę wcześniej spotkany kolega. Widzieliśmy go jeszcze kilkaset metrów przed bazą, ale nie chciało nam się go gonić. Zaraz potem, po ośmiu godzinach i piętnastu minutach weszliśmy na metę i zapytaliśmy o zajęte miejsce. Byliśmy czwarci.

Czwarte miejsce! Będąc na wpół ślepym niedospanym paralitykiem bez ambicji wszedłem na metę z minimalną stratą do podium!

Właściwie to cale szczęście, że na czwartym, a nie wyżej, bo byłoby to zwyczajnie niesprawiedliwe. Nie zasłużyłem na więcej, całą trasę wiozłem się na cudzych plecach (nawet jeżeli miałem usprawiedliwienie).

Teraz najlepsze: Nocna Masakra była moim najlepiej punktowanym tegorocznym startem. Mój najsłabszy i najbardziej żenujący występ okazał się punktowo najlepszym. Mało tego: cała szóstka zawodników z którą walczyliśmy o podium klasyfikacji generalnej PMnO skończyła za moimi plecami. Niby mojej zasługi w tym nie było wiele, ale taka sytuacja zawsze cieszy.

Ostatecznie podium PMnO wywalczył Piotr Kwitowski. Emocji nie zabrakło: Piotr pogubił się na ostatnim punkcie dwa kilometry przed metą i stracił ponad godzinę. Udało mu się jednak wybronić. Na swój wynik solidnie zapracował, z walczącej do końca szóstki był w przekroju całego sezonu najlepszy. Mój wynik z Drezdenka pozwolił mi zachować szóste miejsce.

Tym razem Nocna Masakra nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia. Bałagan na starcie i nierozstawiony punkt kontrolny psują tej imprezie opinię. Nieszczególnie sprawdził się też elektroniczny system zaliczania punktów kontrolnych. Zawsze bylem ciekawy czy sprawdzi się on na deszczu lub mrozie. Mimo, że warunki pogodowe nie były złe, a jedynym problemem była wilgotność powietrza, to część SMS-ów nie dochodziła do celu. Nawigacyjnie NM nie była szczególnie trudna, taki wyższy poziom stanów średnich). Wystarczyło dokładnie liczyć przecinki (choć najpierw trzeba było je zobaczyć na mapie).

Tyle.

Stary sezon zakończony, nowy zaczyna się za kilka dni. Będzie dużo okazji do rewanżu.