Nad Dniestrem

Z Kamieńca Podolskiego ruszyliśmy na wschód, do wioski Bakota. To stosunkowo mało znane miejsce, pomijane nawet przez część przewodników. Zdarzają się jednak polskie biura podróży wysyłające tam autokary z turystami. Powody są dwa. Pierwszy to Kanion Dniestru. Ta duża rzeka (1352 km) na odcinku ok. 250 kilometrów meandruje w niezwykły sposób. Można znaleźć trzydziestokilometrowy meander, gdzie po przepłynięciu ląduje się… kilometr od punktu startu. Jar wycięty przez rzekę miejscami ma ponad dwieście metrów głębokości. Od 2010 roku istnieje Park Narodowy Kanionu Dniestru. Jeden z ładniejszych punktów widokowych znajduje się właśnie niedaleko Bakoty.

DSC03289

Jest jeszcze jeden powód, by zobaczyć to miejsce. Na dole znajduje się wykuty w skale monaster. Jego powstanie datowane jest na XII wiek. Choć mnichów nie ma tam już od kilku stuleci, w wydrążonych celach wciąż znajdują się ikony i inne „święte obrazki”. Szczególnie wzruszające są karteczki z prośbami o modlitwy .

DSC03305

Bakota to nasz najdalej oddalony od domu punkt. Od tego momentu zaczynamy powoli wracać. Pierwszy krótki przystanek to Skała Podolska. Krótki, bo miejscowy zamek jest bardzo zniszczony.

DSC03327

Kolejny punkt programu to Czerwonogród, dziś noszący nazwę Czerwone. To miejsce dość niezwykłe. Gdyby wprowadzić kategorię „zupełnie nieznane miejsca kultowe” byłoby w ścisłej czołówce. Trafić tam niełatwo, bo trudno o mapę w odpowiedniej skali. Z mapą googlowską też trzeba chwilę powalczyć, by znaleźć to miejsce.

DSC03330

Wyobraźcie sobie dolinę albo głęboki jar. Na dnie tego jaru jest mały pagórek, a na pagórku stoi zameczek. Czy też raczej ruiny zamku i kościoła. Choć do wioski na górze jest kilkanaście minut na piechotę, to dno doliny wydaje się być niemal odcięte od świata. Panuje tu niemal absolutny spokój. To oczywiście złudzenie, kilkadziesiąt metrów dalej zbudowany jest ośrodek wypoczynkowy. Do końca II Wojny Światowej była tu polska wioska. Mieszkańcy zostali wymordowani w 1946 roku. Warto zobaczyć to miejsce, zanim ruiny całkowicie rozpadną się. Bo ich stan jest katastrofalny i nikt ich nigdy nie będzie odbudowywał.

DSC03337

Na wieczór dojeżdżamy do Zaleszczyk, na dawną granicę polsko – rumuńską. Miasteczko jest dość niezwykle położone. Mieści się w zakolu Dniestru, zasłoniętym wzgórzami ze wszystkich stron od wiatru. Miejsce jest mocno nasłonecznione, była to jedyna miejscowość drugiej Rzeczypospolitej, gdzie klimat był porównywalny ze śródziemnomorskim. Można czasem znaleźć informacje, niestety nieprawdziwe, o rosnących w Zaleszczykach palmach.

DSC03359.JPG

Przed wojną był to kurort. W sezonie miasteczko mogło przyjąć jednorazowo około cztery tysiące turystów naraz. Przyjeżdżały tu trupy teatralne, a w restauracjach gościom przygrywały jazzbandy. Na letników czekały dwie plaże. Sezon turystyczny zaczynał się w kwietniu, a kończył w październiku. Był tu nawet marszałek Piłsudski.

DSC03364

Idylla skończyła się z rozpoczęciem wojny. To tędy uciekały za granicę tysiące Polaków. Najpierw Zaleszczyki zostały zniszczone przez niemieckie lotnictwo. Potem weszli Sowieci. Większość Polaków skończyła na Syberii, a miasteczko podupadło na lata.

DSC03383

Dziś też jest podupadłe. Nie ma turystów, nie ma przemysłu. Nic nie ma. Został tylko zapierający dech w piersi widok ze wzgórz po drugiej stronie Dniestru.

DSC03380

Reklamy

Kresowe twierdze

Z Czerniowców pojechaliśmy na północ, by szukać na dawnych kresach Rzeczypospolitej śladów polskości. Pierwszym przystankiem był Chocim, gdzie nad Dniestrem zbudowana została jedna z największych polskich twierdz. Wiele bitew miało tu miejsce. Zdarzało się tu walczyć z wojskami mołdawskich hospodarów, do historii przeszły jednak przed wszystkim potyczki z Turkami. W 1621 roku polska armia liczyła ok. 50 tysięcy żołnierzy, a turecka 100 – 150 tysięcy. Podczas walk zmarł hetman Jan Karol Chodkiewicz. Mimo to udało się odnieść zwycięstwo nad przeważającymi siłami wroga.

DSC03132.JPG

W 1672 roku sytuacja wyglądała inaczej. Polska rok wcześniej podpisała z Turkami upokarzający traktat w Buczaczu. Kilka miesięcy później hetman Jan Sobieski poprowadził wyprawę odwetową. Pod Chocimiem miała miejsce jedna z największych polskich wojskowych wiktorii. Po szybkim ataku udało się rozbić turecką armię. Jej niedobitki uciekały za Dniestr, ale polskiej artylerii udało się go zatopić. Z 35 tysięcy Turków jedynie co siódmemu udało się uciec. Sukces otworzył Sobieskiemu drogę do wybory na króla Polski.

DSC03159

Kolejny punkt na Trasie: Okopy Świętej Trójcy, dziś schowane za krótką nazwą Okopy. Po upadku kamieńca Podolskiego, pod koniec XVII wieku zdecydowano, by zbudować nową twierdze broniącą Rzeczypospolitej przed Turkami. Wybór padł na miejsce przy ujściu Zbrucza do Dniestru. To w Okopach podczas Konfederacji Barskiej bronił się przed Rosjanami Kazimierz Pułaski.

okopy

Fot. Wikipedia

Niewiele przetrwało do dziś: ruiny kościoła i jedna z bram wejściowych. Okopy przetrwały w świadomości Polaków w zupełnie niespodziewany sposób: uwiecznił je na łamach „Nie – Boskiej Komedii” Zygmunt Krasiński. Są w niej miejscem ostatniego przyczółka arystokracji broniącej katolicyzmu, a jednocześnie przepełnionej obskurantyzmem, intelektualnym zacofaniem.

DSC03169

Niedaleko stąd już do Kamieńca Podolskiego, „przedmurza chrześcijaństwa”, największej polskiej twierdzy. legenda mówi, ze gdy w 1621 roku oblegał ją Osman II, zapytał; ” kto zbudował taką twierdzę?” „Allach, panie”.  Odpowiedź Osmana miała brzmieć: „Niech więc Allach ją sobie zdobywa”.

DSC03223

Twierdza składała się z zamku i Starego Miasta, połączonych Mostem Tureckim nad głęboko wciętą rzeką  Smotrycz. Starego Miasta broniły liczne wieże obronne i urządzenia hydrotechniczne spiętrzające wodę na rzece. W 1672 roku Turcy zdobyli na niemal 30 lat Kamieniec. Potem wrócił na 100 lat do Polski. po II zaborze został zaanektowany przez Rosję, by nigdy już do Rzeczypospolitej nie wrócić.

DSC03276

Dziś jest to spore (150 tysięcy mieszkańców) miasto turystyczne. Starówka została odrestaurowana (w kiepskim stylu), a zamek jest jedna z największych atrakcji turystycznych Ukrainy. W sezonie jest tu sporo polskich turystów. Żal, że historia tego miejsca jest przedstawiana jako ” zbudowany przez Litwinów zamek, przez stulecia przechodzący z rąk do rąk”. Smutne. Ale odwiedzić trzeba koniecznie.

DSC03277

Czerniowce

Na początek pytanie do czytelników: czy nazwa „Czerniowce” kojarzy wam się z czymś? Co to za miasto? Duże czy małe? Jest tam coś ciekawego?

Czerniowce leżą na uboczu, gdzieś na pograniczu ukraińsko – rumuńsko – mołdawskim. To spora miejscowość,  ma 264 tysiące mieszkańców. Przekładając rzecz na polskie warunki – jest to miasto wojewódzkie. Były jednak czasy, gdy było to miasto stołeczne. To tu miedzy 1848 rokiem a 1918 była stolica Księstwa Bukowiny, jednego z krajów monarchii Austro – Węgierskiej. Charakterystyczną cechą tego miasta od zawsze była wielokulturowość. Od zawsze mieszkali tam Rusini / Ukraińcy i Mołdawianie / Rumuni. W XIX wieku napłynęło tam wielu Niemców / Austriaków. Przez wiele lat w krajobraz miasta wrośnięci byli Polacy; jeszcze w 1938 roku było ich 8%. Jaka narodowość w takim razie przeważała? Przed II Wojną Światową najwięcej było Żydów – 38 %.

DSC03062

Bukowina była krajem niezwykle biednym i zacofanym. Jeszcze bardziej niż nasza Galicja. Statystyki CK armii podają, że na przełomie wieków na 1000 rekrutów z Bukowiny jedynie 137 umiało czytać. Dla Galicji wskaźnik ten wynosił 178. Dla porównania czytać umiało 947 rekrutów / 1000 z Czech, a z Salzburga aż 984.

DSC03069

Czerniowce wybijały się jednak bardzo mocno ponad ten niedorozwój. Miasto w czasach austriackich dynamicznie rozwijało się. Bogacący się mieszczanie budowali piękne domy i kamienice. Pięknie przyjęła się tu secesja. Niektórzy nawet nazywali stolicę Bukowiny „małym Wiedniem”. Dziewiętnastowieczne kamienice do dziś robią na przyjezdnych duże wrażenie. Ich piękna nie zniszczyły ani czasy sowieckie, ani ukraiński rozpierdol.

DSC03076

Można stolicę Bukowiny nazwać oazą kultury. Mieszkańcy uwielbiali czytać. Wśród kawiarni wyróżniała się Kaiser – Cafe. Jeżeli wierzyć ogłoszeniom zachowanym w „Neue Illustrierte Zeitung”, w kawiarni tej  wykładano do czytania 160 gazet codziennych

DSC03089

Najbardziej wartościowym zabytkiem Czerniowców jest wpisany na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO uniwersytet. Jego początkowe przeznaczenie było jednak inne. W połowie XIX stulecia greckoprawosławny metropolita postanowił wybudować odpowiednią dla siebie siedzibę. W ten sposób powstał monumentalny kompleks budynków, którego charakterystycznymi cechami były surowa cegła, wieżyczki i kolorowe dachówki. Jedni twierdza, że jest to styl neogotycko – bizantyński. Inni mówią o stylu mołdawsko – mauretańskim. Jedno jest pewne: budowla jest niezwykła.

DSC03093

W jednej z dzielnic miasta, Sadagórze rezydował rabbi, nazywany „różyńskim cadykiem”. Był głową  chasydów. Prowadził się niezwykle bogato. Co roku przyjeżdżało do niego tysiące wiernych z Rosji, Galicji i Besarabii. Ślad tych czasów pozostał na wielkim cmentarzu żydowskim. Udało nam się odnaleźć ten cmentarz (nie było to proste, dysponowaliśmy mapą o skali 1: 1 000 000), niestety brama była zamknięta.

DSC03123

 

Na Bukowinę

Do Wyżnicy chcieliśmy dojechać w około 10 godzin. Co z tego, że plan był dobry, skoro z realizacją poszło jak zazwyczaj czyli kiepsko. Zatrzymała nas ukraińska granica. Jeszcze o siódmej rano strona internetowa podawała, że na odprawę na przejściu w Medyce czeka się godzinę. O dziesiątej kolejka miała już ponad kilometr długości. Sforsowanie granicy zajęło nam prawie pięć godzin. Nie tak miało być. W stosunku do planu mieliśmy w tym momencie dwie godziny straty.

Droga do Lwowa była niezła. A potem kolejny problem: przyjechaliśmy w godzinach szczytu i obwodnica tego miasta była zupełnie zakorkowana. Dziesięć kilometrów jechaliśmy prawie godzinę. Znowu zmarnowaliśmy czas.

Przez Stanisławów i Kołomyję przejechaliśmy względnie sprawnie. Niepokoiła mnie jednak końcówka po lokalnych drogach, dlatego chciałem koniecznie dojechać do celu za dnia. Niepokój był słuszny, ostatnie kilometry były koszmarne. Nie wyrobiliśmy się przed zmrokiem. Dziury w drodze były coraz większe. Chwilami cała droga składała się głównie z dziur, a asfalt znikał całkiem. Jakość ukraińskich dróg lokalnych jest jedyna w swoim rodzaju. Zbudowano je 30 – 40 lat temu i zazwyczaj od tego czasu nie były remontowane. Trudno sobie to wyobrazić, jeszcze trudniej w to uwierzyć. Trzeba to po prostu zobaczyć. A jeżeli przyjeżdżać to nie swoim samochodem.

Po trzydziestu kilometrach kowbojskiej jazdy w końcu dojechaliśmy do mostu w Kutach. Czarny Czeremosz oddziela tu Galicję i Bukowinę. Czym  jest ta Bukowina? To region podzielony dziś na pół między Ukrainę i Rumunię. W ciągu ostatniego stulecia był także pod władzą austriacką, niemiecką i radziecką. A wcześniej panowali tu Mołdawianie, Polacy i Turcy. Przed II Wojną Światową Czarny Czeremosz odgraniczał od siebie Polskę i Rumunię.To przez most w Kutach uciekały we wrześniu 1939 roku tysiące Polaków. Między nimi byli marszałek Edward Rydz – Śmigły i prezydent Ignacy Mościcki. Wyjeżdżało też złoto narodowego banku, a za kierownicą jednej z ciężarówek siedziała Halina Konopacka, złota medalistka olimpijska.

most

Za mostem była Wyżnica, po trzynastu godzinach dojechaliśmy na miejsce. Baza turystyczna, gdzie dzień wcześniej rezerwowałem pokój była jednak pusta. Nie było obsługi. Był tylko jeden człowiek, który tak jak my przyjechał na zawody. Skontaktował nas z obsługą i…  pani po drugiej stronie słuchawki nic nie wiedziała o naszym przybyciu. Powiedziała, że skontaktuje się z synem i jeżeli on potwierdzi rezerwację, przyjedzie i nas wpuści. Postanowiliśmy zastosować technikę faktów dokonanych. Sami weszliśmy do bazy, sami otworzyliśmy pokój, by zostać na noc. Przecież mieliśmy rezerwację.

Pani przyjechała o dwudziestej trzeciej, by nam powiedzieć, że nie rezerwacji jednak nie mamy. Że numer pod który dzwoniliśmy to nie jest numer ich bazy. Że mamy sobie stąd iść. Wywnioskowaliśmy z PKŻ,  że naprzyjmowali z synem rezerwacji więcej niż mieli miejsc, wiec pozbywają się trudnych klientów czyli nas. Wściekłem się. Powiedziałem, że nigdzie nie idziemy. Ostatecznie stanęło na tym, że możemy przespać do rana, a potem do widzenia. Biorąc pod uwagę fakt, że była północ, a za dwanaście godzin miałem start, przed którym musiałem znaleźć kwaterę dla siebie i PKŻ, nie było to szczególnie komfortowe rozwiązanie. Zawsze jednak lepsze, niż gdybyśmy mieli spać na ulicy.

Rano szybko wstałem i zacząłem szukać nowej kwatery. Na szczęście była czynna jeszcze jedna baza, która nas przyjęła. Tam złapaliśmy internet i zaczęliśmy sprawdzać telefony. Wtedy okazało się, że… zarezerwowaliśmy nocleg w  zupełnie innej bazie niż myślałem. Poskładaliśmy do kupy numery telefonów i okazało się, że najpierw dzwoniłem do bazy, gdzie nie dogadałem się. Potem do drugiej, gdzie udało się zarezerwować nocleg, a na koniec pojechałem do trzeciej, bo źle spisałem adres. Na miejscu wbiłem się na chama do lokalu, gdzie nie mieliśmy rezerwacji, a na koniec zrobiłem awanturę starszej pani, która przyszła do nas o dwudziestej trzeciej.

Brawo Hiu, w ten sposób potrafisz załatwić nocleg tylko ty jeden na całym świecie. Jesteś miszcz!

 

 

 

Rozliczenie z wakacjami

W kalendarzu połowa listopada, a jeszcze nie dokończyłem pisania o bułgarskich wakacjach. Przyczyna jest prozaiczna: brakowało mi motywacji. Pierwszy raz w życiu trafiłem do kraju, który zupełnie, ale to zupełnie nie podobał mi się. Po przekroczeniu granicy w Bregowie pierwsze naszym odczuciem było „gdzie my k..wa jesteśmy?” Przywitała nas zrujnowana droga o standardzie znanym tylko z Ukrainy i domy z powybijanymi szybami.

Dziurawe drogi towarzyszyły nam cały czas. O ile te główne były niezłe, to jazda po jakiejkolwiek bocznej groziła pourywaniem zawieszenia. Dodatkową „atrakcją” były progi zwalniające Ich wysokość była tak duża, że nieraz zahaczaliśmy z hukiem podwoziem. Brr…

Wioski były brzydkie. Szare, brudne, z odpadającymi od budynków tynkami. Miasta były jeszcze brzydsze. Ktoś miał przyjemność wpaść na zakupy do miasteczka Dragoman przy granicy z Serbią? Było jak w piosence Kultu „tak brzydko aż pękają oczy”. Jak w jakimś afrykańskim kraju postkolonialnym. A przecież byliśmy wciąż w Unii Europejskiej.

Do ludzi też nie mieliśmy szczęścia: przewodnik w jaskini Magura któremu dałbym etat usypiacza. Chamowaty kelner w knajpie w Sofii żądający wysokiego napiwku. Zupełnie niekontaktowi sprzedawcy w sklepach.

Sytuacja zmieniła się w Asenowgradzie gdzie startowaliśmy w Persenk Ultra. Było tam mnóstwo fantastycznych młodych ludzi pragnących kontaktu ze światem. Przyjaznych i kontaktowych. Zorganizowali świetną imprezę którą można każdemu polecać. Bo podobno są dwie Bułgarie: ta zachodnia w której byliśmy i nadmorska, pełna kurortów europejskiej klasy. Piszę podobno, bo tej drugiej nie zobaczyliśmy. Wystarczyła ta pierwsza, by nie chcieć tam wracać.

Ściągawka dla tych, którzy chcieliby pozwiedzać:

Dwa pierwsze dni – dojazd, przez Serbię i Narodowy park Djerdap, zwiedzanie Golubaca i przełom Dunaju

3 – jaskinia Magura, miasteczko i malownicza twierdza Bielogradczik, Sofia

4 – Sofia, cerkiew Bojańska z pięknymi freskami, Monastyr Rilski, miasteczko Melnik. Sofia brzydka, szara, postkomunistyczna. Monastyr przecudny, ale zatłoczony

5 – wejście na Wichren, miasteczko Bansko

6- Płowdiw, perełka, miasto o przepięknej starówce

7 – Asenowgrad, twierdza chana Asena, start biegu

8 – bieg

9, 10 – powrót do domu

Dużo czasu spędzaliśmy w samochodzie, zrobiliśmy 3600 kilometrów. Spaliśmy 6 razy w namiocie na dziko i 3 razy w hotelach / hostelach. Koszt noclegu średnio 50 zł / noc. Koszt paliwa 1400 zł / 4 osoby. Wpisowe na Wild Boar Ultra płacone kilka miesięcy wcześniej – ok. 180 zł.

Ekipę tworzyli Ania i Tadek Podrazowie, PKŻ i ja.

—–

Aha, żeby nie było, że nic mi się nigdy nie podoba. Bardzo podobało mi się, że wszędzie, ale to wszędzie były automaty z kawą. Najdroższa kawa kosztowała złotówkę i to też mi się podobało.

Wichren

Za oknem prawie listopad, a na blogu jeszcze nie zostały opisane wakacje. No to ciach:

Wakacje spędziliśmy w Bułgarii. My czyli PKŻ, Ania i Tadek Podrazowie i ja. Bułgaria to taki kraj na Bałkanach wielkości 1/3 Polski. Ma dużo gór, a po górach lubimy chodzić, a nawet biegać. Bułgaria jest przecięta ze wschodu na zachód mniej więcej na pół pasmem Starej Płaniny. Inne większe pasma to Riła, Piryn i Rodopy. Najwyższym szczytem jest Musała 2925 m npm. w Rile, ale my postanowiliśmy zdobyć Wichren 2914 m npm. w Pirynie. Dlaczego akurat Wichren? Bo ma fajniejszą nazwę.

Zwiedzanie Pirynu zaczęliśmy od miasteczka Melnik znanego w Polsce z wina o tej samej nazwie. Maleńkie jest, mieszka tam niewiele ponad 200 (słownie: dwieście) osób. Jest niesamowicie położone. Otoczone jest piaskowcowymi skałami o znacznym stopniu zerodowania. Efektem są niezwykłe piramidy skalne. Po obejrzeniu piramid i zaopatrzeniu się w pokaźne ilości lokalnego smakołyku pojechaliśmy w stronę Banska. Tam na drugi dzień zaatakowaliśmy Wichrena. Nie było to szczególnie trudne, bo samochodem można podjechać tam prawie do schroniska na wysokości 1900 m npm. Można tam też rozbić namiot.

Stamtąd na szczyt jest tylko 1000 m w pionie. Żaden wysiłek, wejście jest lekkie, łatwe i przyjemne. Widoki jak w Tatrach Zachodnich, tylko wszystko jest kilometr wyżej. Duże zaskoczenie czekało na nas na przełęczy gdzieś na wysokości Rysów. Pasło się tam duże stado krów. Wierzchołek bardzo widokowy, zarówno w stronę gór, jak i w stronę płaskiej Niziny Trackiej leżącej niemal u stóp Wichrena. Spod szczytu można iść dalej na atrakcyjny kilkudniowy treking. Trzeba tylko mieć czas, a my nie mieliśmy.

Przy okazji zdobycia szczytu pobiłem swój rekord wysokości zdobytej w sandałkach. Jakoś tak mam, że uważam sandały za najlepsze obuwie do chodzenia po górach.

Turystów sporo, ale inni niż w Polsce. W oczy rzuca się przepaść w dochodach między Bułgarami i obcokrajowcami. Ci pierwsi poubierani w dresiki popularne u nas 25 lat temu. Żadnych texów – śmeksów czy ciuchów technicznych. Zwykłe niskie buty, często miejskie,  nie sportowe. Brakowało mi tylko kraciastych flanelowych koszul. Obcokrajowcy na ich tle natychmiast rzucali się w oczy ze swoimi kolorowymi nowoczesnymi strojami.

Pod schroniskiem można napić się piwa za 4 złote (po przeliczeniu na nasze). Podobnie w restauracji odrobinę niżej. Pech chciał, że musiałem prowadzić samochód…

Po drodze jeszcze jedna atrakcja: Bajkusczewa Mura, niezwykły okaz bośniackiej sosny (pinus heldreichii). Egzemplarz spod Wichrena ma 1300 lat i ponad 7 metrów obwodu. Zrobił na mnie większe wrażenie niż same góry (choć górom niczego nie brakowało).

Po Wichrenie zostało nam jeszcze zwiedzanie Banska. To bułgarskie Zakopane, zimowy kurort. Rozgrywane są tu nawet zawody narciarskiego Pucharu Świata. Miasteczko bardzo ładne, stare domy są pięknie odnowione, nowe budowane są w stylu tych sprzed stu lat. Zimą Bansko podobno odwiedzają tłumy. Latem niestety było pustawo. Mało ludzi, mało życia.

Kolejnymi górami które zobaczyliśmy były Rodopy. Ale o tym już było

Żelazne Wrota

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami płynęła sobie sobie wielka rzeka. Jedna z największych w Europie. Płynęła sobie do morza, aż napotkała po drodze wielkie góry. Nie przestraszyła się ich, tylko popłynęła na wprost. Utorowała sobie drogę pomiędzy dwoma pasmami. W ten sposób oddzieliła od siebie Karpaty od Gór Wschodnioserbskich. Rzeka nazywa się Dunaj, a miejsce gdzie przez ponad sto kilometrów przebija się przez góry nazwane zostało Żelaznymi Wrotami.

Byliśmy tam już kilka lat temu. Po rumuńskiej stronie pokłoniliśmy się z PKŻ nisko przed królem Daków Decebalem i pojechaliśmy w swoją stronę. Zdążyłem jednak zauważyć po serbskiej stronie rzeki wąską drogę. Obejrzałem później to miejsce na mapie i wiedziałem, że koniecznie chcę tam wrócić. No i w końcu nadarzyła się okazja. Wymyśliliśmy sobie wyjazd do Bułgarii, a ja uparłem się by, choć to nie po drodze, zobaczyć przełom Dunaju.

Żelazne Wrota zaczynają się w Golubacu. Strzeże ich zamek, największy w Serbii. Jest to jednocześnie bodaj najbardziej polskie miejsce w tym kraju. W bitwie rozegranej pod zamkiem w XV wieku pomiędzy wojskami Zygmunta Luksemburskiego i Turkami zginął nasz Zawisza Czarny. Na dziedzińcu znajduje się tablica poświęcona sławnemu rycerzowi. Niestety nie było nam dane zobaczyć jej; wstęp na dziedziniec był zakazany z powodu remontu.

Za zamkiem jest już tylko rzeka. Ponad sto kilometrów drogi wzdłuż wody przez Park Narodowy Djerdap. Z rzadka tylko jakieś niewielkie wioski. Lustro wody było kiedyś położone niżej, ale w latach sześćdziesiątych zbudowano na Dunaju wielką zaporę. Podniosła ona wodę tak, że skryła się pod nią wyspa Ada Kaleh. Cóż to takiego? Gdy po jednej z niezliczonych wojen bałkańskich w 1878 roku podpisywano traktat pokojowy Ada Kaleh była miejscem o którym… zapomniano. Nie przyznano jej żadnemu państwu. W praktyce mieszkający na niej Turcy przestali podlegać jakiejkolwiek jurysdykcji. Przez ponad sześćdziesiąt lat nie niepokojeni przez nikogo czerpali profity z przemytu towarów między otaczającymi ich państwami.

Dalej leżą Kazanele Małe i Wielkie. To miejsca, gdzie skały przybliżają się do siebie, a rzeka gwałtownie staje się wąska. Potężny Dunaj kurczy się, a jego brzegi przybliżają się do ledwie stu pięćdziesięciu metrów.

A za Kazanelami stoi wielki Decebal. Niecałe sto lat po narodzeniu Chrystusa był potężnym dackim królem. Na Dunaju leżała granica między jego królestwem i Rzymem. Przez kilkanaście lat prowadził wojny z potężnym sąsiadem. Gdy Rzymianie oblegli jego stolicę Sarmizegetusę wolał popełnić samobójstwo niż dać się pojmać. Dziś, po dwóch tysiącach lat, Rumuni równie  chętnie powołują się zarówno na dziedzictwo dackie jak i rzymskie.

Tak nawiasem mówiąc ten Decebal to moja mała kompromitacja historyczna. Byłem przekonany, że jego podobizna powstała za jego życia. Tymczasem okazało się, że stworzona została… około dwadzieścia pięć lat temu. Wygląda na to, że to postać bliska i droga Rumunom. Wyrzeźbienie podobizny króla kosztowało ponad milion dolarów.

Kilka kilometrów dalej jest zapora w Orsovej. Potem teren wypłaszcza się, a Dunaj płynie sobie dostojnie w stronę Bułgarii.

Udało się, byłem tam drugi raz. Tym razem udało się zobaczyć cały przełom Dunaju, całe Żelazne Wrota. Po stronie serbskiej droga była dużo bardziej efektowna niż po rumuńskiej. Pięknie tam było, może nawet niezwykle pięknie. Byliśmy tam, gdzie kończył się starożytny Rzym. Tam, gdzie kończą się Karpaty. Tam, gdzie stary dacki król do dziś przygląda się krańcowi swego królestwa.