Fagaras, cz. 3

„Wielki Sokół Górski”, „Gwiazda Bałkanów”, „Słońce Karpat”, towarzysz Ceausescu był zaniepokojony. Sytuacja międzynarodowa była napięta. Rosjanie właśnie wkroczyli do Czechosłowacji. Ceausescu od jakiegoś czasu stawiał się Moskwie. Próbował prowadzić własną, niezależną politykę. Po roku 1968 zaczął się bać, że Rosjanie wkroczą także do Rumunii. Aby móc efektywniej bronić się przed ewentualną inwazją postanowił zbudować nowe drogi. Miały posłużyć do transportu wojska przez karpackie przełęcze. Kluczowa w jego planie była droga przecinająca pasmo Gór Fogaraskich.

Budowa rozpoczęła się rok później. Teren był trudny, więc trup słał się gęsto. Oficjalnie na budowie życie straciło 40 osób, nieoficjalnie – kilkaset. Po pięciu latach można było oficjalnie otworzyć drogę przecinająca góry w poprzek. Miała 150 kilometrów długości. Było na niej 27 wiaduktów i 830 mostów. Był też prawie kilometrowy tunel pod górami na wysokości dwóch tysięcy metrów. Nazwano ją Szosą Transfogaraską.

DSC_0101


 

Fogarasze to duże góry. Ich powierzchnia (ok. 2000 km kwadratowych) jest ponad dwa razy większa od Tatr. Charakteryzują się dużymi wysokościami względnymi. Często zdarza się, że pomiędzy wierzchołkami, a dnem dolin jest ponad 2000 metrów deniwelacji. Grań główna Fogaraszy na odcinku 45 kilometrów tylko raz obniża się na wysokość mniejszą niż 2000 metrów. Najwyższym wierzchołkiem jest Moldoveanu, 2544 m n.p.m. Przy okazji jest to też najwyższy szczyt Rumunii.


 

Do Balea Lac dojeżdżamy bezproblemowo. Trasa, choć piękna, nie jest wcale trudna. Owszem, są zakręty, są serpentyny, ale jest to normalna droga krajowa i aby ją przejechać nie trzeba być żadnym wytrawnym kierowcą. Przed wyjazdem z tunelu chwilę stoimy w korku. Balea Lac to odpowiednik naszego Morskiego Oka. Położone jest na wysokości ponad dwóch tysięcy metrów. Jest tam kilka niemiłosiernie zapchanych parkingów. Wbijamy się na pierwszy z brzegu. Kosztuje 5 lei za godzinę (kurs leja do złotego to mniej więcej 1:1). Po chwili dowiadujemy się, że camping zone położona  50 m dalej jest tańsza, 20 lei za dobę. Przeparkowujemy auto na nowe miejsce i… nikt nie przychodzi po pieniądze. Ba, nikt nie pojawia się ani tego dnia, ani następnego. Wygląda to tak, jakby camping zone była… za darmo. Mila niespodzianka.

DSC_0105

Tego dnia w planach mamy wyjście w stronę Negoiu. Okolice tego szczytu są skaliste, przypominają Orlą Perć. Według przewodników szczyt jest 6 godzin od nas. Wiemy, że z psem nie mamy szans na pokonanie takiego dystansu. Zadowalamy się wejściem na pobliski Virfu Iezurului, 2417 m n.p.m.

DSC04081

Erka jest pierwszy raz w górach. Decydujemy się spuścić ją ze smyczy. Potem prowadzimy takie rozmowy:

– Złap tego psa. Tam jest przepaść. Zobaczysz, że stanie na skraju i spadnie na dół!

– Eee, wcale nie spadnie. To mądry pies jest przecież.

– No co ty, na pewno zaraz poleci. A jak spadnie, to ciebie też zrzucę w tą przepaść

-…

-No łap tego psa. Patrz, tam idą ludzie, zaraz na nich naszczeka, a potem pogryzie.

-Wcale nie pogryzie. Zaufaj temu psu, to nie będzie na nikogo szczekał.

Erka nie robiła sobie nic z naszych rozmów. Radośnie podbiegała do kolejnych turystów i żebrała o jedzenie. Jeżeli kiedyś spotkacie w górach Rumuna z wielkimi wąsami, który opowie wam, że Polacy nie karmią psów, możecie być pewni, że spotkał w Fogaraszach Erkę.

DSC04088

Wieczorem temperatura spadła poniżej dziesięciu stopni. Żeby nie marznąć poszliśmy w czwórkę do samochodu. Przez telefon złapaliśmy polskie radio. Akurat czytali „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy” Piaseckiego. Cały wieczór żłopaliśmy piwo i było pięknie.

Pojechaliśmy do obcego kraju. Przekroczyliśmy po drodze trzy granice. Byliśmy w cudnych górach. A na koniec spędziliśmy cały wieczór w ciasnym samochodzie. Prawdziwa turystyka na poziomie zaawansowanym.

W międzyczasie camping zone zapełniła się namiotami. Dobrze, że swoje rozbiliśmy wcześniej, bo zrobiło się ciasno. Mnóstwo ludzi przyjechało na rowerach. Byli wśród nich także Polacy, tuż obok nas rozstawiła namioty sympatyczna ekipa bikerów z Wrocławia.

DSC_0110

Następnego dnia poszliśmy w stronę Moldoveanu. Dzieliło nas od niego 14 kilometrów. Według przewodników dziewięć godzin w jedną stronę. Być może skusilibyśmy się na atak na lekko, biegiem i z czołówkami, gdyby nie pies. Erka w górach świetnie dawała sobie radę, ale tak długa trasa, na dodatek pokonywana biegiem jest poza jej zasięgiem. Zrobiliśmy sobie więc leszczarskie wejście na Caprę 2494 m n.p.pm. Tuż obok kusił wyższy niż nasze Rysy Vanatoarea lei Buteanu. Pomiędzy  obiema górami była jednak wąziutka przełączka, a zaraz za nią była stroma trzymetrowa ścianka, na którą trzeba było wspiąć się. Absolutnie nie do zrobienia z psem. Odpuściliśmy. Wystarczyła nam Capra. Potem doliną o tej samej nazwie zeszliśmy do asfaltu.

DSC_0115

Na szosie niespodziewanie okazało się, że mamy aż siedem kilometrów do obozu. Nie chcieliśmy iść po ruchliwej drodze z psem, więc zapadła decyzja, że idę po samochód. By do niego dotrzeć potrzebowałem pół godziny, parę minut później dojechałem do reszty ekipy. Niespodziewanie jednak pojawil się problem z powrotem do obozu. Szosa Transfogaraska ma jeden poważny feler: do Balea Lac przyjeżdżają samochodami setki turystów. Balea Lac jest malutkie i okolice schroniska łatwo korkują się. Nasz korek miał pięć kilometrów długości. Początkowo chcieliśmy czekać, ale gdy po 15 minutach licznik pokazał, że przejechaliśmy 400 metrów, zrozumieliśmy że trzeba odpuścić. Według planu mieliśmy zostać jeszcze jedną noc w górach, a potem jechać na północ. Tymczasem musieliśmy wrócić na południową stronę Karpat.


 

Jak najlepiej poznać Fogarasze? Dla lżejszej turystyki wysokogórskiej idealnym rozwiązaniem jest biwakowanie w Balea Lac jako bazie wypadowej. W górach jest kilka schronisk, ale w sezonie może być ciężko o miejsce. Co kilka kilometrów napotkać można małe bezobsługowe schrony turystyczne. Podobno jednak bywają zwykle przepełnione. Ukontentowani powinni być miłośnicy wędrówek z plecakami.. W każdej dolince można bezproblemowo rozbić namiot. Plecaki jednak ważą sporo, a przewyższenia są duże.

DSC_0131

Można też spróbować poznać Fogarasze na lekko. Zwyczajnie je przebiec. Balea Lac opuściliśmy w środę, a w sobotę miał się odbyć 2X2 Race, bieg ultra 44 km / + 4400. Cztery tysiące czterysta metrów podbiegów! Byłaby to całkiem syta setka, a tu organizatorzy uzbierali tyle przewyższeń na niespełna pięćdziesiątce. Punktem kulminacyjnym miał być oczywiście Moldoveanu. Zdążyłem nawet zapisać się na ten bieg, niestety kontuzja nie pozwoliła mi wystartować. Z miejsc, które odwiedziliśmy widoczna była większość trasy. Nie wydaje mi się, by jakakolwiek impreza w Polsce (z BUGT włącznie) mogła konkurować urodą i spektakularnością trasy imprezie rumuńskiej.

Jeszcze mały drobiazg: wpisowe wynosiło 150  lei. Porównajcie to z cenami imprez w naszym kraju. Jak będziecie mieli okazję, to zapytajcie też organizatora pierwszej z brzegu imprezy krajowej, dlaczego u nas, przy podobnych zarobkach uczestników i potencjale ekonomicznym kraju kosztuje to zwykle znacznie więcej. A jak wam powie, że taniej sie nie da, to mu nie wierzcie, bo jest mnóstwo przykładów na to, że jednak się da.


Rosjanie nigdy nie wkroczyli do Rumunii. Ceausescu utrzymał się przy władzy jeszcze prawie 20 lat. Przez ten czas zdążył niewyobrażalnie zrujnować swój kraj. Podczas rumuńskiej rewolucji został osądzony i stracony przez swoich komunistycznych przyjaciół. Dzięki temu udało im się utrzymać przy władzy jeszcze siedem dodatkowych lat.

Szosa Transfogaraska jest dziś jednym z najlepiej rozpoznawalnych na świecie symboli Rumunii.

DSC_0122

Reklamy

Ardeal cz. 2

Z Sybina jedziemy na południe. Przebijamy się na zewnętrzną stronę Karpat Przełomem Czerwonej Wieży. To głęboka dolina wycięta przez rzekę Alutę (Olt). Dno doliny leży na wysokości ok. 350 m npm, a po bokach stoją ponad dwutysięczne wierzchołki Gór Sybińskich i Fogaraszy. Miejsce jest bardzo malownicze i nie umniejsza tego nawet fakt, że dnem doliny poprowadzona jest droga krajowa o dużym natężeniu ruchu.

Po drugiej stronie Karpat co chwila atakują nas tabliczki informujące o zabytkowych klasztorach. Wybieramy do zwiedzania monastyr Cozia. Jest to o tyle proste, że leży bezpośrednio przy drodze głównej. Monastyr zbudowany został w XIV wieku i , jak mówi Wikipedia, jest podobno jednym z najświetniejszych dzieł wołoskiej sztuki średniowiecznej. Wielokrotnie był oblegany i niszczony. Odbudowany, przyciąga dziś tłumy turystów.

DSC04006

DSC04008

Roboty drogowe, światła. Przejeżdżam na zielonym, jako ostatni, w sporej odległości od poprzednika. Przed końcem robót drogę zastępują mi trzy samochody. W Rumuni kierowcy zawsze spieszą się. Ci trzej wjechali jeszcze na czerwonym. Próbują wymusić na mnie cofnięcie się. Najpierw stukam się w czoło. Potem dużo macham rękami. Głośno po polsku wykrzykuję im, co myślę o nich i o prowadzeniu się ich mamusi, a po angielsku wyrzucam z siebie kilka razy słowo na „f”. W trakcie co jakiś czas naciskam klakson. Pomaga. Zjeżdżają w końcu z drogi.


W Costesti oglądamy trovantilory. Miały to być „skalne konkrecje”. W praktyce są to dosłownie cztery kamienie na krzyż. Można obejrzeć, owszem, ale żeby jechać po to aż do Rumuni? Trovantilory znaleźliśmy w przewodniku Pascala. Ciekawa sprawa, że znalazło się tam miejsce dla takiego drobiazgu, a zabrakło go dla większych i ciekawszych obiektów, nawet z listy UNESCO.

Hit dnia to kolejny monastyr, tym razem UNESCO-wy, w Horezu (Hurezi).Pochodzi z XVII wieku i jest arcydziełem stylu brynkowiańskiego. Proszę nie pytac mnie, jakie są cechy stylu brynkowiańskiego, bo nie wiem. Założony został przez hospodara Constantina Brincoveanu. W świątyni znajduje się biblioteka, dzięki której monastyr był  przez lata głównym ośrodkiem życia kulturalnego Wołoszczyzny.

DSC04033

DSC04038

Słyszał ktoś kiedyś o culach? To rezydencje lokalnych bojarów mające charakter obronny. Nie dało się w nich może przetrwać wielkiego oblężenia, ale napad zwykłych zbójów owszem. Dwie zachowane cule (jedną szesnastowieczną) obejrzeliśmy w Maldaresti.

DSC04053

Kolejnego dnia chcemy dostać się w Fogarasze. Za zamkiem w Poienari (prawdziwy zamek Vlada Palownika) droga zaczyna gwałtownie wspinać się do góry. Potem jest tunel, a za tunelem… niespodziewanie wjeżdżamy na wielką rzeczną zaporę. Wielką, mającą 166 metrów wysokości. Zbudowano ją 60 lat temu. Wtedy była jedną z dziesięciu największych na świecie. Do dziś mieści się w Top 20.

DSC04067

Ciekawa sprawa, ale zapora na jeziorze Vidraru jest zupełnie nieatrakcyjna dla autorów polskich przewodników. Ani słowa o jej istnieniu nie ma w przewodnikach Bezdroży z 2004 roku i Pascala z 2017. Wyobrażacie sobie przewodniki po Polsce bez wzmianki o Solinie? Ciekawe czego jeszcze nie ma w tych wydawnictwach?

Nad wzgórzu nad tamą stoi pomnik Transformersa. Swojski taki, wygląda jak brat stalowowolskiego Króla Skorpiona. Chwila googlania i okazało się, że transformers to nie byle kto, bo sam Prometeusz, który postanowił zadbać o wątrobę i uciec kaukaskim sępom do Rumunii.

DSC04071

A za zaporą była szosa transfogaraska.

Ardeal

Kraina którą odwiedziliśmy ma wiele nazw. Rumuni, mówią „ardeal” czyli „kraj za lasem”. Węgrzy wyrażają to samo podobnym słowem „erdely”. Prawie to samo znaczenie ma także słowo „transilvania”, które jest najlepiej rozumianym w innych częściach Europy. To jednak nie koniec. Jest jeszcze jedna nazwa: „Siebenburgen”, na polski przetłumaczone jako Siedmogród. Brzmi jakoś tak niemiecko. Skojarzenie jest trafne, bo Niemcy, nazywani tu Sasami, byli kolejnym narodem zamieszkującym przez stulecia ten kraj. To oni założyli siedem największych miast regionu i odcisnęli swój ślad na jego kulturze.


Skład ekipy: Hiu Drajwer, PKŻ, nawigator pokładowy Daniel Pocertescu i „Nerwowe wakacje” Erka (pierwszy raz na pokładzie, pierwszy raz w tak dalekiej podróży).


Dojazd poszedł gładko. Zdążyliśmy nawet pospacerować po Tokaju (region Tokaju jest wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO). Nocleg wypadł w puszcie, gdzieś za Berettyoujfalu. Do północy oglądaliśmy rozgwieżdżone niebo. Rano przekroczyliśmy rumuńską granicę i pojechaliśmy drogą krajową w stronę Devy. Od czasu do czasu widzieliśmy tabliczki „drum in lucru”, droga w remoncie. W praktyce oznaczało to, że wygodny szeroki asfalt momentami zamieniał się w przebudowywane kamieniste szutrówki.

DSC03892

Pierwszym celem był UNESCO-wy zamek w Calnic. Droga, którą powinniśmy byli jechać prowadziła równolegle do autostrady. Tymczasem jakiś mapowy artysta z firmy Demart postanowił zakryć na mapie naszą drogę autostradą właśnie. Wskutek tego w Sebes wjechaliśmy, zupełnie niechcący, na Transalpinę, najsłynniejszą z dróg przebijających się przez Karpaty. Jej początek jest zupełnie prosty, plotki mówią nawet, że już cała Transalpina jest pokryta asfaltem. My tymczasem zjechaliśmy w bok od głównej i wąziutką górska dróżką przebiliśmy się do Calnicu. Trochę kilometrów nadrobiliśmy, ale za to zażyliśmy odrobinę kowbojskiej jazdy po górach.

DSC03919

Początki zamku Calnic sięgają XIII wieku. Miejscowi chłopi odkupili rezydencję od lokalnego wielmoży i dobudowali do niej dwa pierścienie murów obronnych. Zamek zachował się do dziś w doskonałym stanie.

DSC03910

Po drodze do Sybina próbowaliśmy posilić się w przydrożnym barze. Nie wszystkim udało się. PKŻ i Daniel nie dostali wszystkiego, co zamówili. Po interwencji Daniel dostał swój zestaw, ale PKż wyszła z baru głodna. Jeżeli jest w Rumunii coś, co nam się nie podobało, to w pierwszej kolejności jest to praca kelnerów. Pod tym względem było słabo, bardzo słabo. Bo nie były to ostatnie tego typu przygody.

DSC03949

Wieczorem zameldowaliśmy się w Hermannstadt. Albo raczej w Sibiu (w Sybinie). To duże, ponad stupięćdziesięciotysięczne miasto założone przez Sasów w XII wieku. Przyjechali do Transylwanii zaproszeni przez węgierskich królów. Są Węgrzy, Niemcy, a co z Rumunami? Rumunów wtedy jeszcze nie było. Za Karpatami na wschód byli Mołdawianie, a na południe Wołosi (nie Włosi, tylko Wołosi).

DSC03966

Na sybińskim starym mieście zabytkowa jest każda kamienica. Najstarsze mają prawie 700 lat. Bardzo podobały się Erce, która próbowała obsikiwać wszystkie po kolei. Uznała to za doskonałą zabawę, takie psie hobby. Odwiedziliśmy starówkę dwa razy. Wieczorem trafiliśmy na nieprzebrane tłumy. Odbywała się jakaś poważna impreza. Była scena, telewizja, grała orkiestra symfoniczna. Chcieliśmy posłuchać, ale Erce nie podobało się. Przekonała nas, byśmy poszli w spokojniejsze miejsce.

DSC03985

Wróciliśmy w poniedziałkowy poranek. Obejrzeliśmy dwa rynki, ratusz, pałac Bruckentahla i Most Kłamców. Pozachwycaliśmy się poddaszami, gdzie okna strychowe wyglądają jak wypatrujące czegoś oczy. Posmakowaliśmy spaceru średniowiecznymi zakamarkami. Wypiliśmy kawę w jednej z kafejek.

Potem pojechaliśmy dalej.

DSC03993

 

Jazda przez Kresy

Szósty dzień na Ukrainie. Zaczynamy powoli jechać w stronę domu. Po drodze czeka nas jeszcze sporo postojów. Na początek Czortków z ruinami zamku i przepięknym, ale zimnym w środku kościołem Dominikanów. Warto też obejrzeć czortkowską synagogę.

DSC03400

Kolejny postój to Trembowla. Kiedyś znajdowała się tu druga pod względem wielkości twierdza Rzeczypospolitej. Dziś nie ma już za bardzo czego oglądać.

Na dłużej zatrzymujemy się w Brzeżanach. Z zamku nie zostało wprawdzie wiele, ale ryneczek jest całkiem ładny. Można tu spędzić kilka dłuższych chwil oglądając piękne kościoły, z najładniejszym ormiańskim na czele.

DSC03462

Na wieczór docieramy do Rohatynia. Tu naszym celem jest przepiękna, wpisana na listę UNESCO cerkiew. Napotkana babuszka na nasz widok wyciąga telefon i dzwoni, by ściągnąć przewodnika z miejscowego muzeum. Zanim ten trafi do nas, poznajemy historię jej wszystkich dolegliwości zdrowotnych oraz opinię na temat ukraińskiej służby zdrowia. Od przewodnika dowiadujemy się, że to stąd pochodziła księżniczka Roksolana, córka miejscowego popa. Ci, co oglądali „Wspaniałe stulecie” wiedzą o kogo chodzi. Porwana przez Turków Roksolana została żoną Sulejmana Wspaniałego, tureckiego sułtana.

DSC03493

Kolejny dzień zaczynamy od Truskawca. Pierwsze wrażenie jest porażające: Europa pełną gębą. Kurort jakich mało. Ze wszystkich stron otaczają nas hotele. Czasem stylizowane na dziewiętnastowieczne wille, czasem kilkunastopiętrowe kolosy. Chwilę kręcimy się po deptaku. Ludzi sporo, choć prawdziwy sezon jeszcze nie zaczął się. Obowiązkowo zaliczamy pijalnię, gdzie wlewamy w siebie słynną „Naftusię”.

DSC03504

Jest jednak i ciemna strona Truskawca: Kurort jest przeinwestowany. Większość hoteli stoi pusta. Utopiono tu olbrzymie pieniądze, które nigdy nikomu nie zwrócą się.

DSC03520

Prawdziwym celem tego dnia jest Drohobycz. Nie jesteśmy oryginalni. Szukamy śladów jednego z najniezwyklejszych pisarzy w historii polskiej literatury Bruno Schulza.


Piosenka o tym, jak to było z Bruno Schulzem


Zmienił się Drohobycz w ostatnich latach. Wyładniał. Wyremontowano niektóre kamienice przy rynku. Wielka Synagoga, którą zapamiętałem jako kompletną ruinę została pięknie wyremontowana. Niedaleko od rynku postawiono ładny  pomnik Romana Szuchewycza. Szuchewycza? Na pomniku wygląda tak niewinnie. W rzeczywistości to zbrodniarz odpowiedzialny za stworzenie ideologii, w myśl której wymordowano tysiące Polaków.

Nie wyobrażam sobie niemieckiego miasta, w którym stałby dziś pomnik Hitlera. Na Ukrainie pomniki Szuchewycza stoją, to wciąż miejscowy bohater narodowy.

DSC03536

Kilka kroków dalej w chodnik wbudowana jest tablica z informacją, że w tym miejscu zastrzelono Schulza. Znajdujemy też dom w którym mieszkał, z tablicą w trzech językach. Bo Schulz był polskim Żydem. Przed śmiercią udekorował rysunkami willę swojego gestapowskiego „opiekuna” Landaua. Willa stoi do dziś, ale malunki zostały w tajemnicy wywiezione do izraelskiego  Instytutu Yad Vashem. Z jednej strony był to straszny skandal, z drugiej patrząc na ukraińską dbałość o zabytki i historię powiem, nieco ryzykownie: dobrze się stało. Tam będą miały lepszą opiekę.

IMG_20180405_135356

To nie koniec zwiedzania Drohobycza: zostały jeszcze dwie drewniane cerkwie. Najpierw Cerkiew Podwyższenia Krzyża Pańskiego z XVI wieku. Schowana gdzieś na placu przy  straży pożarnej. Przygarbiona, pruchniejąca, niszczejąca. Kiedyś pewnie rozpadnie się i na myśl o tym robi się przykro.

IMG_20180405_141647

Niedaleko stoi Cerkiew Świętego Jura. Starsza, z przełomu XV i XVI wieku. Wygląda jak starsza siostra Kopciuszka. Pięknie wyremontowana. Miała więcej szczęścia, bo została wpisana na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Ta nie rozpadnie się. Jeszcze przez wiele lat będzie tu można oglądać piękne freski we wnętrzu.

IMG_20180405_140606.jpg

 

 

 

 

Nad Dniestrem

Z Kamieńca Podolskiego ruszyliśmy na wschód, do wioski Bakota. To stosunkowo mało znane miejsce, pomijane nawet przez część przewodników. Zdarzają się jednak polskie biura podróży wysyłające tam autokary z turystami. Powody są dwa. Pierwszy to Kanion Dniestru. Ta duża rzeka (1352 km) na odcinku ok. 250 kilometrów meandruje w niezwykły sposób. Można znaleźć trzydziestokilometrowy meander, gdzie po przepłynięciu ląduje się… kilometr od punktu startu. Jar wycięty przez rzekę miejscami ma ponad dwieście metrów głębokości. Od 2010 roku istnieje Park Narodowy Kanionu Dniestru. Jeden z ładniejszych punktów widokowych znajduje się właśnie niedaleko Bakoty.

DSC03289

Jest jeszcze jeden powód, by zobaczyć to miejsce. Na dole znajduje się wykuty w skale monaster. Jego powstanie datowane jest na XII wiek. Choć mnichów nie ma tam już od kilku stuleci, w wydrążonych celach wciąż znajdują się ikony i inne „święte obrazki”. Szczególnie wzruszające są karteczki z prośbami o modlitwy .

DSC03305

Bakota to nasz najdalej oddalony od domu punkt. Od tego momentu zaczynamy powoli wracać. Pierwszy krótki przystanek to Skała Podolska. Krótki, bo miejscowy zamek jest bardzo zniszczony.

DSC03327

Kolejny punkt programu to Czerwonogród, dziś noszący nazwę Czerwone. To miejsce dość niezwykłe. Gdyby wprowadzić kategorię „zupełnie nieznane miejsca kultowe” byłoby w ścisłej czołówce. Trafić tam niełatwo, bo trudno o mapę w odpowiedniej skali. Z mapą googlowską też trzeba chwilę powalczyć, by znaleźć to miejsce.

DSC03330

Wyobraźcie sobie dolinę albo głęboki jar. Na dnie tego jaru jest mały pagórek, a na pagórku stoi zameczek. Czy też raczej ruiny zamku i kościoła. Choć do wioski na górze jest kilkanaście minut na piechotę, to dno doliny wydaje się być niemal odcięte od świata. Panuje tu niemal absolutny spokój. To oczywiście złudzenie, kilkadziesiąt metrów dalej zbudowany jest ośrodek wypoczynkowy. Do końca II Wojny Światowej była tu polska wioska. Mieszkańcy zostali wymordowani w 1946 roku. Warto zobaczyć to miejsce, zanim ruiny całkowicie rozpadną się. Bo ich stan jest katastrofalny i nikt ich nigdy nie będzie odbudowywał.

DSC03337

Na wieczór dojeżdżamy do Zaleszczyk, na dawną granicę polsko – rumuńską. Miasteczko jest dość niezwykle położone. Mieści się w zakolu Dniestru, zasłoniętym wzgórzami ze wszystkich stron od wiatru. Miejsce jest mocno nasłonecznione, była to jedyna miejscowość drugiej Rzeczypospolitej, gdzie klimat był porównywalny ze śródziemnomorskim. Można czasem znaleźć informacje, niestety nieprawdziwe, o rosnących w Zaleszczykach palmach.

DSC03359.JPG

Przed wojną był to kurort. W sezonie miasteczko mogło przyjąć jednorazowo około cztery tysiące turystów naraz. Przyjeżdżały tu trupy teatralne, a w restauracjach gościom przygrywały jazzbandy. Na letników czekały dwie plaże. Sezon turystyczny zaczynał się w kwietniu, a kończył w październiku. Był tu nawet marszałek Piłsudski.

DSC03364

Idylla skończyła się z rozpoczęciem wojny. To tędy uciekały za granicę tysiące Polaków. Najpierw Zaleszczyki zostały zniszczone przez niemieckie lotnictwo. Potem weszli Sowieci. Większość Polaków skończyła na Syberii, a miasteczko podupadło na lata.

DSC03383

Dziś też jest podupadłe. Nie ma turystów, nie ma przemysłu. Nic nie ma. Został tylko zapierający dech w piersi widok ze wzgórz po drugiej stronie Dniestru.

DSC03380

Kresowe twierdze

Z Czerniowców pojechaliśmy na północ, by szukać na dawnych kresach Rzeczypospolitej śladów polskości. Pierwszym przystankiem był Chocim, gdzie nad Dniestrem zbudowana została jedna z największych polskich twierdz. Wiele bitew miało tu miejsce. Zdarzało się tu walczyć z wojskami mołdawskich hospodarów, do historii przeszły jednak przed wszystkim potyczki z Turkami. W 1621 roku polska armia liczyła ok. 50 tysięcy żołnierzy, a turecka 100 – 150 tysięcy. Podczas walk zmarł hetman Jan Karol Chodkiewicz. Mimo to udało się odnieść zwycięstwo nad przeważającymi siłami wroga.

DSC03132.JPG

W 1672 roku sytuacja wyglądała inaczej. Polska rok wcześniej podpisała z Turkami upokarzający traktat w Buczaczu. Kilka miesięcy później hetman Jan Sobieski poprowadził wyprawę odwetową. Pod Chocimiem miała miejsce jedna z największych polskich wojskowych wiktorii. Po szybkim ataku udało się rozbić turecką armię. Jej niedobitki uciekały za Dniestr, ale polskiej artylerii udało się go zatopić. Z 35 tysięcy Turków jedynie co siódmemu udało się uciec. Sukces otworzył Sobieskiemu drogę do wybory na króla Polski.

DSC03159

Kolejny punkt na Trasie: Okopy Świętej Trójcy, dziś schowane za krótką nazwą Okopy. Po upadku kamieńca Podolskiego, pod koniec XVII wieku zdecydowano, by zbudować nową twierdze broniącą Rzeczypospolitej przed Turkami. Wybór padł na miejsce przy ujściu Zbrucza do Dniestru. To w Okopach podczas Konfederacji Barskiej bronił się przed Rosjanami Kazimierz Pułaski.

okopy

Fot. Wikipedia

Niewiele przetrwało do dziś: ruiny kościoła i jedna z bram wejściowych. Okopy przetrwały w świadomości Polaków w zupełnie niespodziewany sposób: uwiecznił je na łamach „Nie – Boskiej Komedii” Zygmunt Krasiński. Są w niej miejscem ostatniego przyczółka arystokracji broniącej katolicyzmu, a jednocześnie przepełnionej obskurantyzmem, intelektualnym zacofaniem.

DSC03169

Niedaleko stąd już do Kamieńca Podolskiego, „przedmurza chrześcijaństwa”, największej polskiej twierdzy. legenda mówi, ze gdy w 1621 roku oblegał ją Osman II, zapytał; ” kto zbudował taką twierdzę?” „Allach, panie”.  Odpowiedź Osmana miała brzmieć: „Niech więc Allach ją sobie zdobywa”.

DSC03223

Twierdza składała się z zamku i Starego Miasta, połączonych Mostem Tureckim nad głęboko wciętą rzeką  Smotrycz. Starego Miasta broniły liczne wieże obronne i urządzenia hydrotechniczne spiętrzające wodę na rzece. W 1672 roku Turcy zdobyli na niemal 30 lat Kamieniec. Potem wrócił na 100 lat do Polski. po II zaborze został zaanektowany przez Rosję, by nigdy już do Rzeczypospolitej nie wrócić.

DSC03276

Dziś jest to spore (150 tysięcy mieszkańców) miasto turystyczne. Starówka została odrestaurowana (w kiepskim stylu), a zamek jest jedna z największych atrakcji turystycznych Ukrainy. W sezonie jest tu sporo polskich turystów. Żal, że historia tego miejsca jest przedstawiana jako ” zbudowany przez Litwinów zamek, przez stulecia przechodzący z rąk do rąk”. Smutne. Ale odwiedzić trzeba koniecznie.

DSC03277

Czerniowce

Na początek pytanie do czytelników: czy nazwa „Czerniowce” kojarzy wam się z czymś? Co to za miasto? Duże czy małe? Jest tam coś ciekawego?

Czerniowce leżą na uboczu, gdzieś na pograniczu ukraińsko – rumuńsko – mołdawskim. To spora miejscowość,  ma 264 tysiące mieszkańców. Przekładając rzecz na polskie warunki – jest to miasto wojewódzkie. Były jednak czasy, gdy było to miasto stołeczne. To tu miedzy 1848 rokiem a 1918 była stolica Księstwa Bukowiny, jednego z krajów monarchii Austro – Węgierskiej. Charakterystyczną cechą tego miasta od zawsze była wielokulturowość. Od zawsze mieszkali tam Rusini / Ukraińcy i Mołdawianie / Rumuni. W XIX wieku napłynęło tam wielu Niemców / Austriaków. Przez wiele lat w krajobraz miasta wrośnięci byli Polacy; jeszcze w 1938 roku było ich 8%. Jaka narodowość w takim razie przeważała? Przed II Wojną Światową najwięcej było Żydów – 38 %.

DSC03062

Bukowina była krajem niezwykle biednym i zacofanym. Jeszcze bardziej niż nasza Galicja. Statystyki CK armii podają, że na przełomie wieków na 1000 rekrutów z Bukowiny jedynie 137 umiało czytać. Dla Galicji wskaźnik ten wynosił 178. Dla porównania czytać umiało 947 rekrutów / 1000 z Czech, a z Salzburga aż 984.

DSC03069

Czerniowce wybijały się jednak bardzo mocno ponad ten niedorozwój. Miasto w czasach austriackich dynamicznie rozwijało się. Bogacący się mieszczanie budowali piękne domy i kamienice. Pięknie przyjęła się tu secesja. Niektórzy nawet nazywali stolicę Bukowiny „małym Wiedniem”. Dziewiętnastowieczne kamienice do dziś robią na przyjezdnych duże wrażenie. Ich piękna nie zniszczyły ani czasy sowieckie, ani ukraiński rozpierdol.

DSC03076

Można stolicę Bukowiny nazwać oazą kultury. Mieszkańcy uwielbiali czytać. Wśród kawiarni wyróżniała się Kaiser – Cafe. Jeżeli wierzyć ogłoszeniom zachowanym w „Neue Illustrierte Zeitung”, w kawiarni tej  wykładano do czytania 160 gazet codziennych

DSC03089

Najbardziej wartościowym zabytkiem Czerniowców jest wpisany na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO uniwersytet. Jego początkowe przeznaczenie było jednak inne. W połowie XIX stulecia greckoprawosławny metropolita postanowił wybudować odpowiednią dla siebie siedzibę. W ten sposób powstał monumentalny kompleks budynków, którego charakterystycznymi cechami były surowa cegła, wieżyczki i kolorowe dachówki. Jedni twierdza, że jest to styl neogotycko – bizantyński. Inni mówią o stylu mołdawsko – mauretańskim. Jedno jest pewne: budowla jest niezwykła.

DSC03093

W jednej z dzielnic miasta, Sadagórze rezydował rabbi, nazywany „różyńskim cadykiem”. Był głową  chasydów. Prowadził się niezwykle bogato. Co roku przyjeżdżało do niego tysiące wiernych z Rosji, Galicji i Besarabii. Ślad tych czasów pozostał na wielkim cmentarzu żydowskim. Udało nam się odnaleźć ten cmentarz (nie było to proste, dysponowaliśmy mapą o skali 1: 1 000 000), niestety brama była zamknięta.

DSC03123