Aferalny Mikołaj

Na pierwszy rzut oka w PMnO wszystko gra: w miniony weekend odbył się Rogaining Mikołajów. Zawody wygrał Paweł Jankowiak, a drugie miejsce zajął Michał Jędroszkowiak. Po przeliczeniu punktów do PMnO okazało się, że pierwsze miejsce w konkurencji TP 50 za kończący się rok zajmie Jankowiak. Jędroszkowiak nie ma już żadnych szans, by przegonić rywala.

Gratulacje dla zwycięzcy, brawa, wiwaty!

Ale…

Jedną z imprez PMnO pod koniec listopada miał być rajd Olędry. Impreza została jednak odwołana przez organizatora. Pod naciskiem zawodników Kapituła zdecydowała by w zamian za Olędry rozegrać dodatkową imprezę. Miał nią być Rogaining Mikołajów. Decyzja wzbudziła mieszane odczucia. Zawodnikom z Wielkopolski podobała się, tym z innych rejonów kraju niekoniecznie.

Organizatorem Olędrów miał być Paweł Jankowiak. Jest oczywistym, że nie wystartowałby w tej imprezie. W Rogainingu Mikołajów jednak mógł. Wystartował więc i wygrał. Dostał prezent od Kapituły: dodatkową szansę na ogranie rywali i wykorzystał ją perfekcyjnie. Według regulaminów wszystko jest w porządku.

Istnieje jednak w sporcie coś takiego jak fair play. Tutaj Jankowiak wykazał się grubym niezrozumieniem tematu. Tak zwyczajnie, dla przyzwoitości mógł sobie ten start odpuścić, a potem ograć Jędroszkowiaka na kolejnych zawodach. Choć ma za sobą świetny sezon, to styl jego zwycięstwa będzie przez złośliwych porównywany do wygranej piłkarskiej reprezentacji Polski z San Marino po golu strzelonym ręką. W obu tych przypadkach zwycięstwo zostało osiągnięte dzięki pomocy mało przytomnych sędziów.

Gdyby nie wystartował w RM – Jędroszkowiak miałby jeszcze szanse, by go przeskoczyć.

Gdyby RM nie został włączony do pucharu – Jędroszkowiak nadal liczyłby się w walce o zwycięstwo.

Ba, zakłócona została jeszcze jedna rywalizacja. Sytuacja tak się ułożyła, że gdyby RM nie było w pucharze – Michał przed Nocną Masakrą musiałby wybrać, który tytuł jest dla niego ważniejszy. Startując na TP 100 mógłby wygrać ten ranking i być drugim na 50. Startując na TP 50 przy odrobinie szczęścia mógł zachować pierwsze miejsce na obu dystansach. Przy odrobinie pecha – mógł oba pierwsze miejsca stracić. Teraz wszystko jest już jasne – pozostał mu start wyłącznie na TP 100. Jednocześnie podnosi to mocno poprzeczkę Marcinowi Hippnerowi.

Za rozdawanie mikołajowych prezentów i alternatywną umiejętność przewidywania skutków swoich decyzji przyznaję Kapitule Dzban Sezonu.

Reklamy

Jesienny raport

Rzadziej ostatnio piszę, nadrabiam więc braki i informuję po kolei:

PKŻ – wyleczyła kontuzję i od kilku miesięcy pilnie trenuje truchta sobie od czasu do czasu. Polubiła bieganie z psem, zaczęła jeździć nawet na psie zawody. Niedawno była w Lutowiskach na imprezie o nazwie 4 Seasons Razem z Psem. Na dystansie 15 km udało się jej zająć 3. miejsce i jest to wynik, który budzi spory szacunek. Zawody były bardzo ładne widokowo i dobrze zorganizowane, nie mogę jednak nie napisać o ich nazwie. Są organizatorzy, którzy kiepsko posługują się językiem polskim i wolą „efektowniejsze” nazwy w języku obcym, zwykle angielskim. Tu jednak organizatorzy poszli dalej i pomieszali dwa języki. Nie oni jedni, kojarzycie np. „100 miles of Beskid Wyspowy”? Gdy widzę coś takiego krwawią mi oczy…

DSC04602

PKŻ wystartowała też na GEZNO. Jej partnerką na trasie R (ok. 20km + 15 km + przewyższenia) była Magda Stępień, dwa haszczaki Daisy i Borys oraz Erka. Spisały się nieźle, bo skończyły zawody na 15. pozycji na ok. 50 zespołów. Przy okazji dowiedziała się, jak to jest zaliczyć glebę z dużym psem husky. Podobno wygladało to tak, że ona już leżala, a Borys dalej sobie biegł. Dopiero po kilku metrach załapał, że coś go hamuje. W efekcie PKŻ wyglądała tak, że sąsiedzi zastanawiali się, czy nie jest ofiarą przemocy domowej.

Samo GEZNO zaś to absolutny top krajowych imprez nawigacyjnych. Piękne i wymagające trasy, ponad 200 zespołów na starcie i doborowe towarzystwo na mecie. Impreza na której zawsze warto być.

DSC04595

Erka – biega szybciej niż PKŻ. Problem w tym, że nie zawsze w tym samym kierunku. Doskonale daje sobie radę na rajdowych trasach pod względem fizycznym. Musi jednak trochę popracować nad psychiką. Na dzień dzisiejszy uwielbia oznajmiać wszystkim w okolicy, że ona już tu jest. Zabiera też głos w każdej sprawie nieproszona. Efekt? Gdy ktoś chce namierzyć mnie lub PKŻ, najłatwiej zrobi to podążając tam, gdzie usłyszy szczekanie.

DSC_0191

Hiu – mam dwa problemy. Pierwszy to kolano. Ortopeda zdiagnozował uszkodzenie rzepki. Łykanie prochów nie pomogło, więc zaordynował zastrzyk z kwasu hialuronowego. To taka substancja, którą wstrzykują sobie w usta niektóre panie, jeżeli chcą być piękniejsze mieć usta jak glonojad. Od wstrzyknięcia minął tydzień. Na razie dalej boli, ale za to mam ładniejsze kolano.

Drugi mój problem to przepuklina pachwinowa. Kontuzja popularna w tym sezonie wśród biegaczy w PMnO, nawet tych ze ścisłej czołówki. Niektórzy jednak są już po i wrócili do biegania, a ja muszę poczekać. Za dwa tygodnie mam zabieg a po nim.. może jeszcze drugi, bo boli jakoś tak symetrycznie. Wersja optymistyczna: wrócę do biegania po Nowym roku. Pesymistyczna: w okolicy RDS.

Na dziś to by było na tyle.

 

 

Arkusz oceny imprez PMnO

Wraz z rosnącą ilością imprez PMnO pojawiła się konieczność uszeregowania ich. Te, które cieszyły się lepszą opinią wśród członków Kapituły dostawały wyższe wagi.  Przez kilka lat odbywało się to „na oko”. Powoli jednak narastała konieczność stworzenia narzędzia, które pozwoli obiektywnie wyłonić naprawdę najlepsze. Przed obecnym sezonem pojawił się arkusz oceny imprez. Początkowo nikt nie zwrócił na niego większej uwagi, niespodziewanie jednak okazało się, że arkusz jest stale aktualizowany, a poszczególne zawody poddawane są konkretnej ocenie.

Jak to działa? Każda impreza może dostać maksymalnie 200 punktów. Za niespełnienie poszczególnych regulaminowych wymogów odbiera się punkty. Ile, za co i czy jest to słuszne? Przeanalizujmy:

– dystans – za każdy kilometr ponad/poniżej regulaminowych widełek 1 punkt. Kara ta jest raczej symboliczna. Zawody 35-kilometrowe czy 65-kilometrowe dostałyby zaledwie 10 punktów karnych. To naprawdę niewiele za dość poważne uchybienie.

– dokładność stawiania PK – ważna rzecz, dla przebiegu zawodów kluczowa. Można stracić 20 punktów za jeden błąd, a to i tak niewiele. Ta kara spokojnie mogłaby być wyższa. Sugerowałbym też jednoznaczne i zrozumiałe sformułowanie tego przepisu. Obecne jego brzmienie to ” za każde 10m ponad limit minus 1 pkt oraz dodatkowo za każdy PK ponad 2mm w skali minus 10 pkt” . W żaden sposób nie potrafię przeliczyć, jak na Rajdzie Dolnego Sanu punkt przesunięty o 100 metrów został wyceniony na 18 punktów kary. Warto też stworzyć jakiś system przekazywania informacji o błędach w tym zakresie, bo są imprezy, gdzie punkty stały niekoniecznie tam, gdzie powinny, a w arkuszu tego nie widać,

– oznaczenie PK – kara do 10 punktów – ok,

– brak PK w terenie, nie rozstawienie na czas – 20 punktów – tu tak samo jak z dokładnością, za grube przewinienie powinna być gruba kara. Większa niż 20 pk,

– zmiana lokalizacji PK w trakcie zawodów 20 pk za każda zmianę. Tu różnica między mną i Kapitułą jest fundamentalna. Jeżeli z jakichś powodów (nie zawsze zawinionych przez organizatora) punkt stoi źle to warto spróbować jednak ratować co się da i postawić go z powrotem tak, jak należy. Choćby po to, by uratować przyjemność udziału w normalnych zawodach dla tych, którzy jeszcze tam nie dotarli. Ktoś obruszy się, że to niesprawiedliwe. Owszem, to jest niesprawiedliwe. Jeżeli jednak punkt stoi nie tam, gdzie powinien, albo nie ma go wcale – takie wyniki też nie będą sprawiedliwe. Z tej kary zrezygnowałbym zupełnie, choć mogę być w tym poglądzie odosobniony,

– bezpieczeństwo – 10 punktów. Tylko na tyle wyceniony jest bezpieczny udział w zawodach? Jeżeli organizator stawia punkt w miejscu niebezpiecznym powinien ponieść konkretną karę, a nie takie pitu – pitu,

– sposób potwierdzania PK – 10, terminowa publikacja regulaminów i harmonogramu zawodów – 10, publikacja wstępnych wyników – 10, publikacja wyników końcowych – 20, możliwość składania protestów – 10, nazewnictwo tras – 10. Z tymi puntami trudno się nie zgodzić,

– świadczenia dla uczestników – 10. Mało. Tyle to może być za brak czajnika. Jeżeli jednak nie ma prysznica i trzeba wracać brudnym do domu przez pół Polski, kara musi być wyższa. Przy tak niskiej karze czekam na sytuacje, gdy na zawodach nie będzie możliwości noclegu. Obecna kara to tylko 10 punktów,

– publikacja wariantu przejścia trasy – 20. A na co to komu? Pierwotnie publikacja wariantu miała służyć możliwości zmierzenia trasy przez Kapitułę, sprawdzenia czy mieści się w regulaminowych widełkach. W postaci obecnej jest tylko niepotrzebną nikomu sankcją; większą niż za postawienie punktu w miejscu niebezpiecznym, większą niż za zrobienie 26- czy 74-kilometrowych tras na TP 50. Absurd! Wystarczy zażądać wariantu w sytuacji podejrzenia złego zwymiarowania trasy, to zupełnie wystarczy,

– inne przewinienia – do 50. Ok, może to być np. opóźnienie rozpoczęcia zawodów, może być jakieś naruszenie regulaminu. Nie da się przewidzieć wszystkiego, a jakaś furtka z zapasem punktów do rozdania / odebrania powinna pozostać.

Czego brakuje mi w arkuszu? Przede wszystkim frekwencji. Z jednej strony mamy zawody z ponad dwustoma uczestnikami, z drugiej były i takie, gdzie na starcie nie było nawet dziesięciu osób. Warto by to zróżnicować. Np. za każde pełne 10 osób na starcie 1 dodatkowy punkt, do stu osób. A może nawet do dwustu.

Tegoroczny arkusz niezbyt się udał. Powinien jednak być obowiązujący przy przydzielaniu wag. Skądinąd wiadomo mi, że Kapituła pracuje nad poprawkami. Podobno nawet część zmian może być tożsama z moimi pomysłami.

Jeszcze jedna refleksja. Skoro zawody niżej ocenione otrzymają niższe wagi, to jaką wagę przyznać imprezie, gdzie lista błędów wygląda tak: „opóźnienie publikacji regulaminu o 13 dni, 2.05 brak wyników wstępnych, dystans ok. 60 km, zagrożenie bezpieczeństwa (PK 8 i PK N). Potwierdzanie punktów M,K,B i 33 niejednoznaczne, ponadto oznaczenie punktów  niezgodne z regulaminem PMnO.” Czy mając w pakiecie ponad 50 imprez jest sens utrzymywania w pucharze czegoś, co regularnie nie spełnia prawie żadnych standardów?

 

Wszystkie barwy jesieni

Właściwie to nie chciałem jechać na Kiwona. Kontuzja kolana to pierwszy powód, kontuzja brzucha drugi, a na dodatek kilka dni przed startem rołożył mnie jakiś wirus. A może jakaś bakteria? Najchętniej poleżałbym sobie w łóżku, ale PKŻ trochę mnie pomolestowała, zapakowaliśmy się więc do samochodu z Erką i Pocertescu i pojechaliśmy do Rozdziela. Start na TP 50 nie wchodził jednak w grę. Forma opłakana, ze zdrowiem jeszcze gorzej, nie miałbym żadnych szans na ukończenie. Przepisałem się na TP 15.

Rano ruszyliśmy na trasę. Pogoda była piękna, a okoliczności przyrody jeszcze piękniejsze. Słońce, jak na połowę października, grzało całkiem mocno. Lasy mieniły się wszystkimi jesiennymi kolorami, począwszy od bladych żółci, przez czerwienie, aż do brązów. Pod nogami szeleściły dywany z liści. Pięknie było, normalnie jakaś Liga Mistrzów estetyki.

Cały czas truchtałem sobie spokojnie. Od czasu do czasu mijałem się z Izą Osyszko, więc tempo było całkiem przyzwoite. Czułem, że jestem gdzieś w okolicy podium. Po latach biegania w imprezach na orientacje czuje się takie rzeczy. Pierwsze pięć punktów poszło nieźle. Został ostatni. Łatwizna: wąwóz, brzeg potoku.

Wpadam do wąwozu tam, gdzie powinien być punkt i… nic. Punktu nie ma. Dobra, idę 50 metrów do góry. Dalej nic. No to kurs 100 metrów na dół. Znowu nic. 150 do góry. 200 na dół. 250 do góry. 300 na dół. Punktu nie ma! W międzyczasie spotykam Izę. Też nie może znaleźć punktu. W końcu odpuszczam i spokojnie wracam do bazy. Już bez biegania, bo brzuch boli. Na mecie wpisuję na kartę BPK (brak punktu kontrolnego) i liczę na potwierdzenie tego wpisu jako prawidłowego. Okazuje się, że punkt jednak był. Stał 20 metrów wyżej od najwyższego miejsca, gdzie dotarłem. Chwile spieram się z Tomkiem Dudą (organizatorem), tłumaczę mu, że punkt stał nie tam, gdzie powinien. Tomek spokojnie odpala w telefonie internet, wyszukuje zdjęcie satelitarne terenu i okazuje się, że to on miał rację, nie ja. Punkt stał prawidłowo!

Potem usiedliśmy sobie na schodkach przed szkołą. Słońce dalej grzało. Siedzieliśmy w parę osób i opowiadaliśmy sobie jakieś rajdowe historie. Jedni przychodzili, inni odchodzili, kolejni wpadali na metę. A schodki cały czas były zajęte. Było tak fajnie, jak na żadnej innej tegorocznej imprezie. Fajni ludzie jeżdżą na imprezy PMnO, fajni ludzie je organizują. Sport to jedno, ale część towarzyska jest tak samo ważna. Warto jeździć na te imprezy, nawet nie stawiając sobie żadnych celów sportowych. Warto dla samego towarzystwa. Kiwon pod tym względem jest w ścisłym czubie stawki.

Trzeba jeszcze napisać parę słów o TP 50. Kiwon dołączył w tym roku do klubu imprez trudnych. Punkty nie były proste do odnalezienia. Zostały ukryte głęboko w lasach, a warianty pomiędzy nimi były mocno niebanalne. Gwoździem programu był punkt na Magurze Małastowskiej: postawiony daleko od pozostałych, na największej górce w okolicy. Zdobywając go niektórzy tracili czas, w którym mogliby zrobić 3 – 4 inne punkty. Na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy zaliczyli wszystkie punkty w limicie. Zazdrościłem tym, którzy mogli zmierzyć się z kiwonową pięćdziesiątką.

Nie wszystko jednak było idealne. Organizator zaplątał się w regulaminie, który sam napisał. Początkowo przyznawał kary czasowe za brak punktów. Potem okazało się, że według regulaminu bezwzględnym pierwszym kryterium klasyfikacji jest ilość zaliczonych punktów. W efekcie w kategorii kobiecej inne panie stały na podium, a inne są na nim w wynikach końcowych. Poszkodowane zostały osoby, którym zależało na ukończeniu imprezy w limicie. Wnioski z tej sytuacji są dwa. Dla organizatorów: by precyzyjnie pisali regulaminy. Dla uczestników: by czytali regulaminy i nie bali się składać protestów. Czasem można sporo ugrać.

Przed Kiwonem Tomek zachęcał mnie w prywatnym mailu do przyjazdu hasłem „Beskid Niski jesienią urywa d…”. Miał 100 % racji. Urywa!

O Jatce, co naprawdę była jatką

Stęskniłem się za bieganiem na orientację. Za nabijaniem kilometrów i szukaniem punktów kontrolnych. Za piciem piwa na mecie i omawianiem wariantów. Gdy tylko ortopeda dał mi zielone światło na bieganie – nie wahałem się i od razu wypełniłem formularz zgłoszeniowy na Jurajską Jatkę.

To, że lekarz pozwolił jednak niewiele znaczy. Kolano trochę jeszcze boli, ale da się z tym żyć. Gorsza sprawa, że w międzyczasie pojawiła się jeszcze jedna kontuzja. Niefajna, bo mogę co najwyżej truchtać, a  i to raptem tylko po kilka kilometrów. Najgorsze, że tym razem chyba nie da się uniknąć skalpela.

Wracając do Jatki: punktów kontrolnych było 23. Pierwsze trzy weszły na czysto, potem mała nadróbka, znowu pięć na czysto. Dalej wpadka na 15 minut i kilka znowu na czysto. Nawigacja szła sprawnie. Było to o tyle ciekawe, że trasa nie była łatwa. Mniej więcej co drugi punkt jakieś były azymuty i to nie takie po dwieście metrów, a po kilkaset. Czasem nawet powyżej kilometra przez nieprzebieżny teren. Bolało mnie małe co nieco i po trzech godzinach został mi tylko trucht. Zaplanowałem sobie zrobienie całości w 10 – 11 godzin, żeby nie szwendać się po lesie w nocy, gdy ślepnę, ale plan powoli stawał się nierealny.

Nieszczęście nastąpiło po zmroku. Przelot z 26 na 27, ze skałek rzędkowickich na podlesickie. Najpierw ponad kilometr na azymut, a potem poszukiwanie w ciemności skałek. Owszem, znalazłem. Wgramoliłem się na wierzchołek, ale punktu nie było. Zszedłem więc drogą do najbliższego punktu z którego mogłem się dokładnie namierzyć. W praktyce aż do Podlesic, prawie dwa kilometry dalej. Potem poszło łatwo, za drugim razem punkt znalazłem bezproblemowo. Przy okazji okazało się, że za pierwszym razem wynawigowałem… idealnie na punkt. Tyle tylko, że skałki miały dwa wierzchołki, a ja zaatakowałem ten bez punktu. Taki żart losu…

Nie ostatni tego dnia. Chwilę potem zaatakowałem 28. Po dwudziestu minutach marszu w stronę tego punktu niespodziewanie wróciłem pod 27. Jak? Nie pytajcie, nie wiem. Nie miałem telefonu z endomondo ani zegarka, więc nigdy nie dowiem się, jak to zrobiłem. W tym momencie wola walki zanikła. Byłem zmęczony i odwodniony. Picia zabrałem tyle co zwykle na 8 – 9 godzin. Tymczasem dochodziła dwunasta godzina na trasie. Odpuściłem. Wróciłem do bazy. Na metę wszedłem bardzo, ale to bardzo zmęczony, mając w nogach ponad 60 kilometrów.

Wynik końcowy: bez trzech. Wynik na miarę aktualnych możliwości, po czteromiesięcznej przerwie w treningach, jednej kontuzji niezaleczonej i drugiej napoczętej. Na tyle teraz mnie stać.

Rok temu napisałem, że skończył się czas łatwych Jatek. Przez ten czas trend pogłębił się: Jatki są już nawet nie trudne, a bardzo trudne. Nawigatorzy mieli mnóstwo okazji do wykazania się umiejętnościami. Łukasz Korzeniewski, szef imprezy, postawił przed uczestnikami poprzeczkę bardzo wysoko. Trend do robienia tras trudnych nawigacyjnie ma jednak też pewien minus: o ile są to trasy atrakcyjne dla pewnego hermetycznego grona stałych bywalców, to dla początkujących mogą być raczej zniechęcające. Co zaś  do stałych bywalców: pod względem towarzyskim Jatka staję się powoli imprezą numer jeden w południowej części PMnO).

Podsumowując: wynik sportowy słabiutki, ale na miarę możliwości. Impreza przednia, ze znakiem jakości. Dla mnie absolutny pucharowy top.

 

PMnO: słowo o formacie

Od dwóch lat na trasach TP 50 w PMnO obowiązuje „połówkowy” system wagowy. Jak działa? Czy sprawdził się?Mamy trzy wagi: 50, 25 i 20 punktów. Imprezy z niższymi wagami liczone są w końcowym rankingu jako pół pełnego startu.  Do klasyfikacji liczy się 7 najlepszych startów, przy czym co najmniej 3 z nich muszą mieć wagę 50. Proste? No… niekoniecznie. Z każdym kolejnym startem zmienia się układ imprez wchodzących do klasyfikacji końcowej. Owszem, da się to kontrolować, ale nie jest to łatwe.

Trzeba jednak zaznaczyć, że arkusz z formułą napisaną przez sędziego głównego działa i osoby obyte w obsłudze arkusza dadzą sobie radę z ogarnięciem stanu rywalizacji. Dla pozostałych (na moje oko jakieś 95%) rywalizacja jest nieczytelna. Jest to najpoważniejszy zarzut wobec obecnego systemu: nieczytelność powoduje spadek zainteresowania rywalizacją. Nawet sami zainteresowani zawodnicy w końcówce sezonu zwykle nie potrafią policzyć punktów jakie zostały im do zdobycia. To samo z kibicami. Nieczytelność to murowany spadek zainteresowania także u nich.

Jest jeszcze jeden minus tego systemu: zmusza on zawodników do kilkunastu startów w roku. To igranie ze zdrowiem. W Kapitule pucharu jest tylko jedna często startująca osoba (Stanisław Kaczmarek, ale akurat on jest kontuzjoodporny, wiec mało reprezentatywny), pozostali zaś startują rzadko i nie rozumieją, do jakich obciążeń zmuszają najlepszych.

Jak to zmienić? Moja propozycja to powrót do starego systemu wagowego: 50, 45 i 40 punktów, ale na zmienionych zasadach. Imprezy uporządkujemy na 3 grupy: A, B i C. Dobór zostałby przeprowadzony na podstawie arkusza oceny imprez (o nim więcej w kolejnym wpisie). Kategorię A i wagę 50 dostało by tylko 10 najlepszych imprez + Mistrzostwa Polski. Kategoria B i waga 45 to tylko 12 imprez, pozostali zaś byliby w C (waga 40).

Zasady awansów i spadków:

A – po sezonie wszystkie imprezy obligatoryjnie spadają do grupy C. Do A awansuje 8 najlepszych z B, 2 spośród 5 najlepszych w C wybranych według klucza geograficzno – chronologicznego, oraz Mistrzostwa Polski

B – awans 8 najlepszych, 2 zostają, 2 spadają

C – 2 z 5 najlepszych awansują do A, 10 pozostałych najlepszych awansuje do B

Dodatkowo obowiązywała by zasada, że jeden organizator może mieć tylko jedną imprezę w A.

Jeżeli kilka imprez miało by taką samą ocenę – o wyższym miejscu decydowała by wyższa frekwencja.

Zachowane zostały by też bonusy za zajęcie czołowych lokat. Można by je nawet rozwinąć do poziomu 5 – 3 – 2 – 1

Zalety tego systemu?

  • uproszczenie systemu rywalizacji, większa przejrzystość,
  • czołowi zawodnicy częściej będą rywalizować ze sobą na tych samych zawodach,
  • zawodnicy nie będą musieli startować po 15 razy w jednym sezonie,
  • zapewniona będzie rotacja między imprezami, w zasadzie każda dobra impreza powinna raz na trzy lata trafić do A. W sytuacji gdy imprez jest dużo nie ma szansy na zadowolenie wszystkich organizatorów.

Wady?

  • kilku organizatorów na bank obrazi się, że nie dostaną maksymalnej wagi,
  • niektóre dobre imprezy będą musiały odczekać sezon w grupie C,
  • mogą powstać nierówności geograficzne (dużo imprez z jednej części kraju w jednej grupie) lub chronologiczne (dużo imprez z dużą wagą w jednym okresie).

To tylko propozycja tego, jak mógłby wyglądać puchar. Można stworzyć lepsze, można stworzyć gorsze. Wydaje się, że Kapitule na dzień dzisiejszy odpowiada system obecny. A wam?

 

Basilica Fortificata, cz. 4

Jedziemy w stronę Braszowa. Najkrótsza droga prowadzi przez jeden z symboli Rumunii: zamek w Bran, siedzibę Draculi. Wiele razy powtarzałem, że nie interesują mnie zabytki przerobione na disneyland, że moja stopa w tym miejscu nie stanie. Tak jednak głupio się złożyło, że wbrew planom, Bran zwyczajnie jest po drodze, nie da się go ominąć. Zanim wjedziemy do miasteczka musimy jeszcze odstać swoje w trzykilometrowym korku. Przez miejscowość poprowadzona jest tylko jedna droga, a wszyscy chcą koniecznie zobaczyć zamek Draculi.

DSC04113

Pod zamkiem dziki tłum. Dziesiątki straganów i setki ludzi. Zgiełk i harmider. Aby kupić bilety trzeba odstać swoje w olbrzymiej kolejce. Na oko to godzina – półtorej czekania. Wstęp kosztuje 40 zł, drogo. Z ulgą przyjmuję decyzję reszty ekipy, że nie chce nam się czekać. Dzięki temu dotrzymuję słowa – moja noga na zamku nie stanęła. Przyznać jednak mu trzeba, że z zewnątrz wygląd ma cudny.

Kolejny punkt programu to Braszów. Wielokulturowe dwustutysięczne miasto z piękną starówką. Można tu szukać śladów niemieckich, węgierskich i żydowskich, ale są i polskie. Podczas Wiosny Ludów przez kilka dni gościł tu generał Józef Bem. Upamiętnia to tablica na jednej z kamienic. Węgrzy pamiętają o polskim bohaterze, w Polsce to postać nieco zapomniana. Można przypuszczać, że to dlatego, że pod koniec życia generał przeszedł na islam.

DSC_0167

Nocleg znajdujemy dopiero w Sfantu Georghe (tym z judetulu Covasna, bo jest jeszcze drugie pod Tulczą). Po raz kolejny objawia nam się bogactwo kulturowe Rumunii – Sfantu Georghe to stolica seklerszczyzny, rejonu zamieszkałego w 80 % przez Węgrów. Nikt tu nie mówi po rumuńsku, nie ma po co.

Mieszka tu 60 tysięcy ludzi, mniej więcej tyle co w Stalowej Woli. W przeciwieństwie do mojego miasta jest tu jednak kilka zabytków z XV-wiecznym kościołem na czele. Jest tu teatr, podobno jeden z lepszych w kraju (w moim mieście nie ma teatru). Są tu kafejki w których do późnej nocy można pić piwo, a od wczesnego ranka raczyć się kawą (otwarte jeszcze przed ósmą rano).

DSC04144

Kolejny dzień stoi pod znakiem „basilica fortificata”. Hasło to oznacza warowne kościoły, siedmiogrodzki znak rozpoznawczy. Przed wiekami był tu zwyczaj, by kościoły we wsiach otaczać murami obronnymi tak, by w razie zagrożenia w środku mogli schronić się mieszkańcy. Na pierwszy ogień idzie Prejmer, kościół zbudowany przez… Krzyżaków. To największy z warownych kościołów. Mury obronne sięgają do 14 metrów wysokości. Grube są, bardzo grube. W środku dowiadujemy się po co. Wewnątrz murów znajduje się ponad 270 cel, które w przypadku najazdu wroga były zajmowane przez ludzi. A ponad nimi jest część wojskowa, przestrzeń dla żołnierzy, z której prowadzili oni działania wobec przeciwnika.

DSC04154

DSC04184

Kolejna basilica firtificata to Homorod. Bardzo malownicza, choć spoza listy UNESCO. Bramę otwiera nam pan Johan. Zaraz po nas wchodzą niemieckie turystki. Johan zaprasza je na wieżę, gdzie mogą uruchomić dzwon. Potem następny turysta pociąga za sznurek i jeszcze kolejny. Mija 20 minut, a turyści radośnie biją w dzwon. Jeżeli tak jest codziennie, to podejrzewam, że pan Johan jest najbardziej nielubianą osobą we wsi.

DSC04192

Kilka kilometrów za Homorod asfalt kończy się. Dalej jedziemy szutrówką do Darjiu. To kolejny warowny zamek, tym razem seklerski, albo jak kto woli węgierski. Kościół jest nieco mniej efektowny niż poprzednie. Nowy jest dach, nowe drzwi wejściowe nie pasują do bryły budynku. Naszą uwagę przyciągają całe rzędy wielkich drewnianych skrzyń ustawionych w krużganku. Seklerzy byli zapobiegliwi – każda rodzina miała przy kościele swoją skrzynię. Po zbiorach mieli obowiązek uzupełnienia skrzyni, by w razie oblężenia mieć co jeść.

DSC04233

Niespodziewanie odczuliśmy w Darjiu genius loci. Coś nieuchwytnego, coś co sprawiło, że poczuliśmy się tam dobrze.

Nieuchwytnego…

Za Darjiu asfalt znowu znikł. Nie jest łatwo dojechać do tej miejscowości. Nie trafia tam dużo Polaków. Po powrocie do domu próbowałem wyguglać więcej informacji o tej wiosce i… poza wzmianką na Wikipedii o kościele (jest na liście UNESCO) w polskojęzycznym internecie nie ma nic!

DSC04246

Potem wpadliśmy na chwile do Sighisoary. Byliśmy tam już kilka lat temu. Standardowo obejrzeliśmy wieżę zegarową, malutką starówkę, dom Vlada Palovnika, kościół na wzgórzu (basilica fortificata) i cmentarz ewangelicki. Sighisoara czyli wiadomo: średniowieczna perełka. Można godzinami chłonąc klimat.

DSC04270

Potem pojawił się problem: w Sighisoarze nie było miejsc noclegowych. Nie było ich także w okolicy Sighisoary. Ani bliskiej, ani dalekiej. Był szczyt sezonu turystycznego i w promieniu 150 kilometrów nigdzie nie było wolnych miejsc. Namioty rozbiliśmy więc w polu kukurydzy.

Następnego dnia zwiedziliśmy jeszcze Pestera Ursilor, jaskinię Niedźwiedzią w Chiscau. Tzn. zwiedzili PKŻ i Daniel. Oni oglądali, a ja spacerowałem z Erką. Na szczęście nie lubię jaskiń, wiec było mi to nawet na rękę.

Po drodze, gdzieś w górach, przy zjeździe z przełęczy położonej na 1400 m n.p.m. skończyły się nam klocki hamulcowe. Przed wyjazdem mechanik powiedział, że są dobre. Ale po drodze sporo gór było, więc starły się. Była sobota, warsztaty mechaników pozamykane. Nie chciałem martwić reszty ekipy zbędnymi szczegółami. Obiecałem, że dam radę i dojechałem do Polski ze startymi klockami. Polak potrafi!


3 warowne kościoły

1 zamek

3 średniowieczne miasta

2 monastyry

1 zapora wodna

2 szczyty górskie powyżej 2400 m n.p.m.

1 jaskinia

2 cule (he he, co to jest?)

6 obiektów z listy UNESCO

To wszystko w 8 dni za mniej niż tysiąc złotych. Nieźle!