Shoot shoot, bang bang

Raz na jakiś czas zdarza się taki dzień, kiedy udaje się wszystko. Było tak:

Do tej pory z Roztoczańską 13, ośmiogodzinnym rogainingiem,  łączyła mnie przyjaźń raczej szorstka. Dwa razy zapowiadałem walkę o wygraną, dwa razy wracałem do domu rozczarowany. Problemem tej imprezy było chowanie lampionów (w formie kartek A4) tak, by nie znalazł ich nikt niepowołany.  Część bywała schowana tak skutecznie, że nie potrafili ich znaleźć także uczestnicy. Mówiło się, że nie jest to impreza dla samotnych, że zespoły i grupy osiągają tu lepsze wyniki. Tym razem Przemek Roztocki, organizator, wziął sobie do serca opinie uczestników i… znalazł remedium. Ale o tym za chwilę.

Zaczęło się tak sobie. Próbowałem włączyć w telefonie Endomondo i zrobiłem to tak artystycznie, że zablokowałem telefon.

Pierwszy rzut oka na mapę: blisko startu las, a tam gęsto posiane punkty. Na odcinku 2 na 4 kilometry 50 pp do wzięcia. Większość uczestników rozpoczęła zabawę właśnie tam. Ale nie Hiu. Co z tego, że można tam było szybko zebrać sporo pp, skoro potem było się odciętym od tłustych punktów na górze mapy. Odpuściłem wszystkie nisko punktowane PK blisko startu i pobiegłem na północ po zachodniej krawędzi mapy.

Pierwszy PK i niespodzianka: organizator poza standardową kartką A4 oznaczył punkty taśmą biało – czerwoną zawiązana wokół drzewa. Niewidoczne do tej pory punkty nagle stały się łatwo odnajdywalne! Nie trzeba było obchodzić dookoła kilkudziesięciu drzew, wystarczyło znaleźć wzrokiem taśmę. Genialne w swojej prostocie, a przede wszystkim skuteczne. Nawet gdyby ktoś zabrał lampion, jest raczej mało prawdopodobne, by zdzierał zawiązaną wokół pnia taśmę. Jak dużą różnicę robiły taśmy? Taki np. punkt 62 „za młynem” bez nich byłby zupełnie nie do odnalezienia. Z taśmami wystarczyło 30 sekund. To rozwiązanie trzeba polecić wszystkim organizatorom robiącym imprezy na kartkach A4.

Kolejny punkt wszedł znowu bez żadnych komplikacji. W głowie zaczęło mi świtać, że tego dnia mogę ugrać coś ciekawego. Tego, że wybrałem dobry wariant byłem pewien, trzeba było jeszcze nie zrobić niczego głupiego i wytrzymać narzucone tempo. No i zaczęło się shoot shoot, bang bang. Wszedł jeden, potem drugi, trzeci, wszystkie wchodziły. Prawie bezbłędnie. Nawet trudne 81 na skarpie znalazło się w mgnieniu oka.

Wpadka była tylko jedna, za to cudownie absurdalna. 62 stał blisko mostku na rzece. Nie trafiłem w mostek. Przeszedłem rzekę na wprost 150 m wcześniej i… zapomniałem o punkcie. Pobiegłem na kolejny. Po pięciuset metrach na szczęście przypomniałem sobie, że po drodze coś trzeba było podbić i zawróciłem.

Gnałem więc do przodu ile sił w nogach. Gdzieś po pięciu godzinach tej naparzanki spotkałem Pawła Pakułę, faworyta imprezy. Paweł biega dwie klasy lepiej niż ja, ale od jakiegoś czasu regularnie psuje nawigację. Tutaj też nie poszło mu najlepiej. Trafił na źle postawiony punkt, stracił dużo czasu. Uznałem, że jest odhaczony. Shoot shoot, bang bang. Jeżeli nie Paweł, to kto mógł tego dnia wygrać? Nie miałem już wątpliwości: ja!

Końcówka, „tłusty” las. Punkty wchodzą szybko jeden za drugim. Tego dnia udaje mi się wszystko. Np. nie miałem w planach ataku na podobno źle postawione 35, ale samo weszło. Tak po prostu, siedziało na drzewie. Przechodziłem akurat obok, to podbiłem. Shoot shoot…

Wyjście z lasu, do mety jeszcze 4 kilometry,  zostało tylko 28 minut do limitu. Pestka, dam radę. Pestka? Ile razy w życiu  przebiegliście 4 kilometry w 28 minut, mając już w nogach prawie 60 kilometrów? Lecę do mety co sił, a tu po drodze stoi 37. Przecież go tak nie zostawię. Podbijam i biegnę dalej. Shoot shoot…

Meta. Czas 7.59, pół minuty przed limitem. Wbiegam do biura zawodów  i krzyczę, że wygrałem. Jestem pewien… Pół godziny później organizator potwierdza, że jestem zwycięzcą.

Shoot shoot, bang bang!!!


 

Wynik końcowy: 133 pp. Drugi na mecie Arek Duszak miał 118. Gdyby przeliczyć to na czas na mecie zwykłych zawodów „po kursie PMnO” miałbym nad nim 53 minuty przewagi. Zrobiłem ok. 61 kilometrów. Żeby jednak nie popadać w euforię, gdyby do Kraśnika przyjechali Paweł Jankowiak z Michałem Jędroszkowiakiem, zrobili by tych kilometrów z 70. Szacuję, że ich końcowy wynik wynosiłby ok. 150 – 160 pp.

Shoot shoot bang bang zrobiły też PKŻ z Erką. Poszły na spacer do lasu i wróciły  do domu z cegłą za trzecie miejsce.


Dobrze mi leżą imprezy na lubelszczyźnie. Udało mi się ustrzelić ciekawego hat – tricka. Mam w dorobku wygranego Skorpiona, Rajd Źródel Chodelki i Roztoczańską 13. Od początku sezonu każdemu mówię, że Chodelka to jedna z dwóch tegorocznych imprez docelowych. Tam też chciałbym zrobić shoot shoot, bang bang. Ktoś reflektuje na rewanż?

 

Reklamy

Pieseły i Dusiołki

Wiosenny Dusiołek w tym roku był krótszy, tylko 35 kilometrów. Nic to, i tak pojawiliśmy się na starcie z Erką i PKŻ, czwarty raz z rzędu.

Na pierwszy ogień poszedł Lubomir. Czołówka ruszyła ostro. Tak samo ja, tak samo Erka, która dopóki nie straci mnie z oczu, ciągnie jak wariatka. Na szczycie zameldowałem się szósty, znaczy że moc powoli wraca. Potem długi dwunastokilometrowy zbieg. Dalej trzymałem dobre tempo, ażż z tej radości, że dobrze mi idzie przegapiłem przed samymi Myślenicami odbicie szlaku w bok. Efekt – dwa bonusowe kilometry. Na puncie byłem dziewiąty. A mogło być tak pięknie…

Potem lecieliśmy długo z Mariuszem Maryniakiem. Na trójce każdy pobiegł własnym wariantem, by przed czwórką spotkać się ponownie. Wymyśliliśmy sobie, że w stronę męty nie będziemy przebijać się przez góry, tylko obiegniemy naokoło. Potem okazało się, że przez góry szła dobra szutrówka, a na naszym wariancie musieliśmy przebijać się przez krzaki.

Wariant to drobiazg, miałem większy problem: przeszarżowałem, zbyt szybko pobiegłem pierwsze 30 kilometrów i osłabłem. Na dodatek wypiłem wszystkie płyny i szybko zacząłem się odwadniać. W pewnym momencie pozostało mi patrzeć na Mariusza jak biegnie w stronę mety, gdy ja mogłem tylko maszerować.

Wtedy znalazłem sklep. Pomyślicie: szybko uzupełniłem płyny i wróciłem w bojowym nastroju na trasę. A kuku, nieprawda. Wszedłem do środka i poprosiłem o piwo. Potem usiadłem na murku przed sklepem i powoli piłem…

Była trzynasta, a ja piłem piwo na murku przed sklepem. Jak prawdziwy żul. Jakie to było piękne. Za plecami miałem Lubomira, przed sobą widok na Ciecień. Siedziałem i piłem…

Uświadomiłem sobie, że jestem czwarty raz na Dusiołku, w pięknych górach i z żadnej z tych imprez nie mam choćby jednego zdjęcia. Zawsze tylko leciałem do przodu, pilnując by nie stracić choćby pół minuty. Teraz oddałem się beztroskiemu marnowaniu czasu i było mi z tym dobrze…

A jak się zebrałem i doszedłem na metę, to okazało się, że załapałem się jeszcze na pierwszą dwudziestkę. Jak na dwieście osób na trasie to ciągle niezły wynik.

Czasem mam wrażenie, że jest to impreza niedoceniana. Dla ultrasów wyzwaniem jest zbyt trudna nawigacja. Dla orienterów z kolei problemem jest nawigacja zbyt prosta. Zawsze za to można tu liczyć na syte przewyższenia. Na jednej z edycji uzbierało się ich ponad 3000 m (na 50 kilometrach). Zawsze można liczyć na dobrą atmosferę w bazie i  piękne widoki na Beskid Wyspowy. Żeby tak jeszcze był czas na zrobienie kilku zdjęć…


Na drugi dzień PKŻ chciała jechać na dogtrekking do Tarnobrzega. Erka była zmęczona, więc pożyczyliśmy ze schroniska Atosa. Nie bardzo chciało mi się biegać, więc założyłem sandały. PKŻ jednak uparła się, że mamy całą trasę pokonać razem. Na szczęście niedługą, tylko 4 kilometry. Obsada była taka sobie, tylko 8 zespołów. Poza żoną wszyscy pozostali startujący debiutowali w tego typu imprezie. Ja też, to był mój pierwszy dogtrekking.

Szybko wyszliśmy na prowadzenie. Po pierwszym kilometrze mieliśmy jakieś 200 metrów przewagi nad peletonikiem. Po kolejnym mieliśmy w nogach… prawie trzy kilometry. Kierunki mi się pomyliły, mówiłem, że lepiej nie dawać mi mapy do ręki. No co, wam nigdy się nie pomyliły?

W tym momencie byliśmy gdzieś daleko od podium. Przed nami był nawet pan z dwojgiem dzieci w wieku przedszkolnym. Ale spięliśmy się, najpierw minęliśmy przedszkolaków, a potem mijaliśmy dorosłych. Na metę wbiegliśmy drudzy.

W nagrodę zarobiliśmy wspólnie z Atosem worek karmy dla schroniska.

60932274_136070787562066_4317856555404886016_n

fot. PKŻ

 

LiszKor i spiskowa teoria dziejów

Mapa wydawała się nietrudna: 11 punktów w dość charakterystycznych miejscach. Rzeczywistość szybko zweryfikowała plany. Pierwszy PK (9) to wejście na grzbiet i zaraz potem kapliczka. Brak koncentracji zaraz za wsią miał fatalne skutki. Droga którą pobiegłem była skierowana nie na północ, tylko na zachód. Ścieżka na grzbiet ciągnęła się i ciągnęła. Na górze okazało się, że przestrzeliłem punkt o 1200 m, dodatkowo robiąc 150 m w pionie. Można było zrobić go w niecałe 20 minut. W praktyce zajęło to minut 40. Gwoli ścisłości nie byłem tam sam. Za mną poszło z 15 osób. Pewnie mieli mnie za lepszego nawigatora. A tu taki klops!

Tak czy inaczej dobry wynik był już nierealny. Drugi raz w ciągu dwóch tygodni zawaliłem wszystko brakiem koncentracji na starcie. Na szczęście był to tylko start treningowy: LiszKor, TP 25. Niedawne Czarne Korno tak spodobało się PKŻ, że koniecznie chciała zobaczyć LiszKora, robionego przez prawię tę samą ekipę organizacyjną. Za całość odpowiadała ponownie Monika Kosmala, natomiast w roli autora trasy Aramisów zastąpił Grzegorz Liszka.

Co było dalej? Dwójka (2) – opis punktu „wychodnia”. Co to takiego? Nie dało by się go opisać bardziej zrozumiale? Nie mam pojęcia czego szukać. Nie po to leciałem jak wariat, by teraz dogoniło mnie czterech spacerowiczów.

Trójka (73) – „kopczyk”. Kopczyk rzeczywiście był, 30 m dalej. Na punkcie była ambona, była jakaś samowola budowlana, ale kopczyka nie widziałem.
Piątka (5) – drzewo na SW od skrzyżowania. Chodzę, szukam, a punktu nie ma. Po dłuższej chwili na punkt wchodzi Darek Glanas i punkt jest. Co się stało? Biegłem na punkt z mapą odwróconą do góry nogami i szukałem nie po tej stronie drogi. Czeski błąd, przestawiły mi się kierunki. Co za idiotyczny błąd!

Siódemka (1) – cmentarz choleryczny. Kartka papieru leżąca na desce w krzakach. Panie ustawiaczu trasy: naprawdę trzeba było go tak chować? Na tym odludziu? Po co?

Na mecie mam czas 4.40. Wystarcza do ósmego miejsca. Zrobiłem 32 kilometry przy 1600 metrach przewyższenia (taka PKŻ miała tylko + 1200).  Pobiegałem sobie po Beskidzie Małym w dobrym tempie, szybciej i dłużej niż tydzień wcześniej na WInO. Szkoda tylko tych niepotrzebnych kilometrów. Trasa była mocno łydkowa, ale jak ktoś się postarał, to swoje błędy nawigacyjne zrobił. Lubię takie trasy.

Organizacyjnie: imprezy z „Kor’ w nazwie to moja nowa miłość. Monika wysoko podniosła poprzeczkę innym organizatorom. Biuro działało sprawnie. Wyniki prawie na żywo były zamieszczane w internecie. Pod prysznicami woda była ciepła. Nawet zupki które chwaliłem dwa tygodnie temu były tak samo dobre!

Ale…

Ale po co było chować te punkty? To nie była impreza dla samotnych. Samotny biegacz wchodzący na punkt marnował na wielu z nich czas, by znaleźć kartkę przypiętą pół metra nad ziemią, w miejscach często zupełnie nieoczywistych. Ci, którzy poruszali się w grupach mieli łatwiej. Dwie lub trzy pary oczu łatwiej wypatrywały właściwe drzewo, wykrot czy deskę na cmentarzu. W efekcie samotni marnowali siły i czas na to, co zespołom przychodziło szybciej i łatwiej.

Tu musimy przejść do sedna: czwarty na mecie był Maciej Więcek. Stracił do zwycięzców 18 minut (47,7 pkt do PMnO). Sporo. Ale Maciek całą trasę robił sam. Tymczasem trzej zwycięzcy weszli na metę razem, co sugerować może, że jakąś część trasy pokonali razem. Jaką – nie wiem, ale im więcej zrobili razem – tym więcej zyskali. Ile konkretnie? To wiedzielibyśmy, gdyby dokładnie  zanalizować ich tracki GPS. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że gdyby punkty były bardziej widoczne strata Więcka byłaby mniejsza. Być może nawet to on byłby zwycięzcą. Być może nawet w ten, niezawiniony przez siebie sposób, przegrał właśnie walkę o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej PMnO, a to by już fajne nie było.

 

 

Słoneczne WInO

Dawno nie startowałem. Przez ten czas odzwyczaiłem się od pisania relacji z imprez i teraz ciężko mi zebrać się do napisania relacji z WInO – rzeszowskiej Wiosennej Imprezy na Orientację. Coś jednak napisać trzeba, więc do rzeczy:

Do zrobienia było 30 kilometrów. Były też krótsze dystanse: 6 i 15 km, ten dłuższy dystans był jednaj najbardziej pociągający. Forma sportowa była znikoma. 8 miesięcy bez biegania, 3 miesiące bezruchu i 8 kilogramów nadwagi (ale dwa i pół już zrzuciłem!) skazywały mnie co najwyżej na walkę o przetrwanie. Wprawdzie tydzień wcześniej machnąłem 60 km na Czarnym KORnO, ale był to tylko spacer z PKŻ i psem. Na WInO trzeba było biegać, na dodatek po sytych i stromych pagórach.

Start był inny niż zazwyczaj. Na wcześniejszych edycjach peletonik grzecznie obiegał naokoło skarpę tuż za startem. Tym razem wszyscy ruszyli na nią na wprost, nie przejmując się stromizną. Zawsze to parę metrów mniej do zrobienia. A potem już standard: góra – dół, góra – dół. W tempie nieprzesadnym, bo na treningach dzielnie i mało skutecznie  walczę, by łamać tempo 5.30 / kilometr. Tadek Podraza i Tomek Domin uciekli daleko do przodu, nie dawałem też  rady utrzymać tempa Daniela B. znanego na blogu jako Pocertescu. Przed PK 4 dołożyłem sobie jedną górkę więcej niż wszyscy, bo trochę za fajnie by było, by nie zrobić błędów nawigacyjnych. Jakieś 800 m za PK4 dogonił mnie Daniel, ale akurat on biegł na czwórkę i był trochę zdziwiony, że musi się cofnąć.

Dalej znowu góra – dół, a potem kilka wąwozów, gdzie można było wykazać się nawigacyjnie. Poszło jakoś łatwo i na PK 6 przybiegłem piąty. To, że piąty, to pikuś. W zasięgu wzroku, 200 m przede mną byli czwarty i trzeci! Na kolejnych dwóch przelotach znowu można było pokombinować i oto na ósemce zameldowałem się… drugi. Do mety zostały trzy punkty, na dodatek takie, gdzie trudno było zrobić błąd nawigacyjny. Pozostał jeden drobiazg: wytrzymać tempo.

No i nie wytrzymałem. Płuca owszem, działały jak trzeba, ale nogi zamieniły się w dwa sztywne, nieruchawe klocki. Nie dość tego, to jeszcze wymyśliłem gorszy wariant na obiegnięcie działek. Wbiegając na PK 10 zobaczyłem wybiegającego Tomka Domina. Przypomniały mi się nasze finisze na Przeprawie 2016 i Nadwiślańskim 2017. Ale tym razem długiego finiszu nie było. Nie miałem już siły. Jeszcze dociągnąłem się dwie minuty od niego na PK 11, ale tam padłem całkiem. Do mety doczłapałem piąty. 26 kilometrów  w poziomie i 700 m w pionie zrobiłem w 3.18. Tomek skończył trzeci, pięć minut wcześniej, a zwycięzcą został o 15 minut szybszy ode mnie Tadek Podraza.

Sportowo jest to wynik ponad stan. Właściwie nie miałem prawa tak pobiec. Proszę nie pytać, jak to się stało, bo nie wiem.

PKŻ wystartowała w zespole z Anią Majkowską i psami: Erką i Akim. Gdyby na WInO była klasyfikacja kobieca – zajęły by trzecie miejsce. Ale niestety nie było.

Ale poza tym było fajnie. Słońce świeciło mocno. Trasa miała fragmenty zarówno dla nawigujących, jak i dla łydkowców. Wolontariuszki na punktach pięknie się uśmiechały. Właściwie to one z całego WInO podobały mi się najbardziej (wolontariuszki, nie punkty) i w poglądzie tym nie byłem odosobniony.

Jednym słowem sobota udała się, a rokowania na przyszłość nie są złe.

 

 

 

Długi spacer z psem

Pierwszy od prawie pół roku punkt kontrolny wchodził opornie. Można było spodziewać się, że będzie trudny, bo miał wysoką wagę mimo bliskości bazy. Ale żeby aż tak? No i ta mapa: dwudziestka piątka zamiast standardowej pięćdziesiątki. Najpierw poszliśmy 150 m za daleko na północ. Potem tak samo za daleko na wschód. Za chwilę obeszliśmy go jeszcze od południa. A punktu nie było. Bo stał pośrodku koła, obeszliśmy go ze wszystkich stron. No i jeszcze Ania P. – chciała nam pokazać gdzie stoi, ale… dwie minuty po wyjściu z punktu… zapomniała skąd przyszła! Zgubiła drogę! PKŻ strasznie mnie wkurzała. Jak stała w miejscu to wkurzała tym, że stoi. A chwilę później wkurzała mnie tym, że sobie poszła punktu szukać, zamiast stać!

W końcu znalazł się. Można go było zrobić w 20 minut, a my straciliśmy ponad godzinę.

Potem było już lepiej. Nie żeby całkiem dobrze, ale punkty zaczęły wchodzić. Tylko warianty były jakieś takie okrężne. Tempo też nie było zabójcze, ale tak jest zawsze, gdy idzie grupa. A nas było troje: PKŻ, Erka i ja. Erka biegała w tę i z powrotem jak jakaś wariatka, PKŻ pilnowała Erki, a ja pilnowałem mapy. Najwięcej siły miała chyba Erka, bo nawet w końcówce, po jedenastu godzinach ciągnęła ostro. Ja człapałem za żoną próbując dotrzymać jej kroku, ale wychodziło to tak sobie. Osiem miesięcy przerwy od biegania, z tego trzy miesiące zupełnego bezruchu zrobiło swoje. Słaby jestem, najsłabszy od chyba dwudziestu lat.

20190324_091445

Ale i tak było fajnie. Słońce pięknie świeciło, cieplutko było i przyjemnie. Okoliczności przyrody były piękne: lasy, pola, góry. Zwłaszcza gór było dużo. Po drodze trafił się nawet jeden UNESCO-wy zabytek: zespół sanktuaryjny w Kalwarii Zebrzydowskiej. Zaliczyliśmy nawet spacer po Dróżkach Pana Jezusa i Dróżkach Panny Marii! Skupialiśmy się jednak na trasie zawodów, bo nie jesteśmy fanami ani stylu rokokowego, ani manieryzmu holenderskiego.

20190324_094836.jpg

Podobało się nam, podobało się i Erce. Dzielnie wytrzymała prawie dwanaście godzin na trasie. Pierwszy raz zrobiła około 60 kilometrów.

Impreza miała skomplikowaną nazwę: Wiosenne Czarne Korno – Kompania NiepoKorna. Miejscem akcji była Lanckorona i jej bardzo szeroko rozumiane okolice. Zorganizowana była z rozmachem – trzeba było trochę natrudzić się, by rozstawić punkty pod rogaining, gdzie najdłuższa trasa miała 24 godziny i robiło się ją na rowerach. Ciekawe, ile kilometrów zrobili najlepsi? Ogólnie to trasa była fajna, a punkty kontrolne atrakcyjnie usytuowane. Np. „Tatry” – punkt, gdzie naprawdę były Tatry. Rozumiane podwójnie wieloznacznie i wcale nie w rozumieniu najpopularniejszym. Żałowaliśmy też, że nie dotarliśmy na „zęby smoka”.

A zupka na mecie – żurek to była poezja nie zupa! Ciekawe, że to samo mówili ci, co zamówili pomidorową.

Wynikowo poszło nam przeciętne, by nie powiedzieć, że słabo. Ale przecież nie ścigaliśmy się, tylko poszliśmy na długi spacer z psem. A Erce to całkiem wszystko jedno, jaki osiągnęliśmy wynik. Ważne, że było fajnie.

20190324_102720

RDS Team

Pan Dyrektor Tomasz Sekulski zaufał nam i oddał klucze do szkoły.

Nadleśnictwo Stalowa Wola życzliwie nas potraktowało.

Darek Bańka wymyślił bazę.

Daniel „Zdolne Łapy” Burkowski przygotował plakat i dyplomy.

Firma Pratt & Whitney, poprzez Marcina Smolińskiego, dała kilka drobiazgów.

Paweł Szpak testował trasę.

Marta Górecka z Radia Leliwa opowiedziała o nas w radiu.

Mariusz Biel ze Sztafety ładnie o nas napisał.

Telewizja Stella przygotowała o nas materiał.

Ricardo wspierał nas w bazie.

Magda walczyła z kartami startowymi.

Jagoda walczyła z bigosem.

PKŻ kierowała pracami biura.

Hiu koordynował całość.

(mam nadzieję, że nikogo nie pominąłem)

Fajnie było!

Wariant optymalny

Wszystkich punktów było 20. Do zaliczenia było 17. Teoretycznie istniało (20! – 3!) możliwości pokonania trasy rajdu. Ile to jest w liczbach naturalnych nie wiem, bo mam za krótkie okienko w kalkulatorze.

Dwa tygodnie przed rajdem trasę sprawdził Paweł Szpak. Miał do zaliczenia 18 punktów. Jego trasa liczyła 56 kilometrów. Po odjęciu błędów nawigacyjnych zostawało 53 – 54 kilometry. Wynik mieszczący się wprawdzie w pucharowych widełkach, ale blisko górnej granicy.  Zdecydowałem, by zaliczać 17/20 sądząc, że trasa skróci się do ok. 49 kilometrów. Zakładałem, błędnie, że uczestnicy zaliczać będą wszystkie punkty po prawej stronie Sanu. Tymczasem możliwość odpuszczenia trzech punktów spowodowała, że zupełnie nieopłacalne stało się zaliczanie PK 2, skądinąd najładniejszego punktu z wszystkich. Razem z dwójką odeszły dwa najdłuższe przeloty i trasa gwałtownie skurczyła się. Jak bardzo? Mateusz Komorowski i Tadeusz Podraza zeszli do ok. 43,5 kilometra.

Tym sposobem trasa stała się, z pucharowego punktu widzenia, niewymiarową. Prawdopodobnie skutkiem tego będzie brak najwyższej wagi dla RDS w kolejnym sezonie. Trudno, c`est la vie.

Sam pomysł z możliwością wyboru punktów do zaliczania okazał się strzałem w dziesiątkę. Aż dziwne, że poza Robertem Domańskim nikt z pucharowych organizatorów jeszcze na to nie wpadł (u Roberta jest to jednak znacznie bardziej rozbudowane).

Podsumowując : optymalnym była rezygnacja z punktów 1, 2 i 3. Wariant ten miał ok. 43,5 kilometra długości. W wersji graficznej wyglądał tak:

Scan