Hiu` 2022:

Orientacja:

8 – Skorpion, rogaining 7h, Szczebrzeszyn

17 – Rajd Liczyrzepy, rogaining 8 h, Krzydlina Wielka

12 – LiszKor, TP50, Bukowno

10 – Czarne Korno Siła Kornolisa, rogaining 7h, Ciężkowice

8 – Roztoczańska 13, rogaining 8h, Kraśnik

13 – Jaszczur – Wysoki Brzeg, TP50, Rogów

20 – World Rogaining Championschips, 24h, kat. XV, Paprsek, CZE (z Ewą Skubidą i Maciejem Piotrowskim)

41 – Mordownik, TP50, Łącko

4 – Rajd Źródeł Chodelki, rogaining 8h, Słotwiny

17 – Kiwon, TP50, Lipinki

18 – Jesienna Hała, rogaining 8h, Michniów

1- Zimowa Roztoczańska Mordęga, TP20, Lipsko – Polesie

19 – klasyfikacja generalna PMnO TP50

6 – kat. Weteran 50+ PMnO

Dogtrekking:

1 – Mistrzostwa Polski, 15km / + 600, Sanok (z Erką i Ewą Skubidą)

poza klasyfikacją – Stopou Strejdy Seraka, 48km / + 2000, Lipova – Lazne, CZE

Biegi liniowe:

135 – Bucovina Ultra Rocks, Lady`s Rocks, 48 km / + 3100, Campulung Moldovenesc, ROM


Słabnę. Wiek robi swoje. Co roku ubywa mi kilka procent mocy. Najlepiej widać to po kilometrach wybieganych w Rajdzie Źródeł Chodelki. W czterech ostatnich edycjach było to kolejno 70, 67, 64 i 60 kilometrów. Drugi kolejny sezon nie załapałem się na żadne podium imprezy TP50. Cóż, taka biologia, mocniejszy już raczej nie będę.

To może mądrzejszy? Tu mamy kolejny problem: nawigację. W tym roku było z tym słabo, a nawet bardzo słabo. Zepsułem nawigacyjnie Skorpiona, LiszKora, Roztoczańską, Chodelkę i Mordownika. Na Skorpionie, Roztoczańskiej i Chodelce odebrałem sobie w ten sposób szansę na miejsce w pierwszej trójce.

Miałem nadzieję na czołową pozycję w pucharowej kategorii weterańskiej. Niestety w końcówce sezonu drastycznie osłabłem. Kiwona i Hałę kończyłem na odległych miejscach, resztkami sił.

Nie był to jednak sezon słaby. Dwie imprezy sprawiły, że będę go wspominać ciepło. Pierwsza to dogtrekkingowe mistrzostwa Polski. Jeszcze dwa lata temu nie przyszłoby mi do głowy, by startować w biegach z psem. Kibicowałem PKŻ i to wystarczało. Spróbowałem tego sportu tylko ze względu na chorobę żony, by pies się nie nudził i nie marnował. Trochę się wciągnąłem. Po jej powrocie do zdrowia połączyliśmy siły i niespodziewanie osiągnęliśmy nasz największy sportowy sukces.

Drugie zawody, które zostaną w pamięci na długo to mistrzostwa świata w rogainingu. Miejsce 20. – może dałoby się lepiej, ale ta lokata w zupełności nam wystarcza. Zweryfikowaliśmy swoje umiejętności na tle najlepszych na świecie i była to weryfikacja pozytywna. Nawet jeżeli od tych naprawdę najlepszych dzieli nas przepaść. Dla niewtajemniczonych: kategoria XV oznacza zespół mikstowy, 40+ wiekowo. Mimo, że coś tam już w sporcie widziałem, to jednak dużym przeżyciem było przebywanie przez dwie doby w jednym miejscu z ludźmi z całego świata. Razem biegaliśmy po lesie, razem mokliśmy na deszczu i razem piliśmy piwo na mecie.

Podsumowując: dorobek tego roku to trzynaście ultramaratonów, pierwszy w życiu start w mistrzostwach świata i pierwszy w karierze tytuł mistrza Polski. Jak na kolesia który skarży się, że jest coraz słabszy, to zupełnie dobry rezultat. Ocena w skali szkolnej: 4+.

PKŻ 2022: powrót

Dogtrekking:

1 – Policz się z cukrzycą, 3 km, Stalowa Wola

7 (3. kobieta) – 4 Seasons z psem, 25 km, Jaśliska

1 – Mistrzostwa Polski, 15 km / + 600, Sanok (z Hubertem Puką)

4 – Stopou Strejdy Seraka, 48 km / +2000, Lipova – Lazne, CZE

1 – Sandomierski Wiśniowy Dogtrekking, 10 km ( z Kajkiem)

19 – Beskidsky Winter Dogmaraton, 23 km / + 800, Trzyniec – Guty, CZE

(oprócz Sandomierskiego wszystkie z Erką)

Orientacja:

5 – Skorpion, rogaining 7h, Szczebrzeszyn ( z Anną Majkowską)

2 – Czarne Korno Siła Kornolisa, rogaining 7h, Ciężkowice

1- Roztoczańska 13, TP25, Kraśnik

3 – Jaszczur Wysoki Brzeg, TP25, Rogów (z Anną Majkowską)

20 – World Rogaining Championschips, 24h, Paprsek, CZE (z Maciejem Piotrowskim i Hubertem Puką)

5 – Mordownik, TP25, Łącko

15 – Kiwon, TP50, Lipinki

6 – Jesienna Hała, TP25, Michniów (z Anną Majkowską, Markiem Oleksakiem i Zbigniewem Krukiem)

2 – Zimowa Roztoczańska Mordęga, TP20, Lipsko – Polesie

Biegi liniowe:

49 – Jaga-Kora, 70 km/ + 2000, Rymanów Zdrój, 11.24

133 – Bucovina Ultra Rocks, Lady`s Rocks 48 km/ +3100, Campulung Moldovenesc, ROM, 12.42


Ta kobieta nie zna żadnych ograniczeń. Dwa lata temu z powodu ciężkiej choroby znikła z pola widzenia, by wrócić silną jak nigdy dotąd. Rok 2021 był dla niej walką o życie, w sensie dosłownym. Trudną, ale wygraną. Pomógł charakter. Wystarczy przypomnieć historię pewnego weekendu, gdy w jeszcze czwartek brała chemię, by w sobotę zażyczyć sobie, by wywieźć ją na dogtrekking w góry. Mało, że stanęła na starcie – ona wtedy wygrała!

Teraz też nie było łatwo. Ze względu na grubszy zabieg chirurgiczny miała tylko pięć tygodni, by przygotować się do najważniejszej imprezy sezonu: dogtrekkingowych mistrzostw Polski. Dała radę: w maju świętowaliśmy pierwszy medal imprezy tej rangi, od razu złoty.

Bieganie z psem jest dyscypliną sportu w której PKŻ czuje się najlepiej. Dwa razy spróbowała sił za granicą, w Czechach. Tam dogtrekking stoi na dużo wyższym poziome niż u nas. Bieg w tempie z MP na 50% dłuższej trasie Winter Dogmaratonu wystarczył zaledwie do… 19. miejsca. Mimo to na Stopou Strejdy Seraka, eliminacji mistrzostw Czech, udało się jej wywalczyć czwarte miejsce.

W zawodach na orientację nie było już tak dobrze. Nawigacja nie jest mocną stroną PKŻ, ale udało się wywalczyć kilka miejsc na podium. Najbardziej wartościowym wynikiem jest tu 20. miejsce w mistrzostwach świata w rogainingu 24h. Bez problemów i kryzysów wytrzymała tempo, które nadawał nawigujący Maciej Piotrowski.

Zaliczyła też dwa klasyczne biegi ultra. Tu wyniki nie zwalają z nóg, ale obie imprezy były potraktowane treningowo. Na dodatek na biegu w Rumunii spotkały nas sytuacje o dużym stopniu skomplikowania, w wyniku czego za sukces poczytujemy sobie, że dotarliśmy do mety w komplecie i w całości. Kto nie czytał – niech poszuka na blogu.

Na koniec najważniejsze: są już pierwsze plany na przyszły rok. Ambitne. Mam nadzieję, że będzie o czym pisać.

Jak się stawia punkty kontrolne czyli Hała

Nie będę ściemniał, uczciwie napiszę: nie byłem przekonany do Hały. Oglądałem mapy z wcześniejszych edycji. Były jakieś takie jaszczurowe: stare mapy topograficzne z lat siedemdziesiątych – osiemdziesiatych. Poszatkowane, z powycinanymi fragmentami, z wymagającymi dopasowania lidarami. Skojarzenie z Jaszczurem wzmagał fakt, że Gniewosz Hałabała, organizator, bywał na nich, a nawet potrafił je wygrywać.

Zapowiadało się kiepsko: nawigacja na lidarach idzie mi nieszczególnie, a forma na koniec sezonu słabiutka. Siada mi znowu kręgosłup i najchętniej zostałbym w domu. Wystartować jednak musiałem; Jesienna Hała odbyć się miała w Michniowie, przy Górach Świętokrzyskich. Blisko, bardzo blisko domu, jedyne 130 kilometrów. Na dodatek znalazłem się bardzo wysoko w pucharowej klasyfikacji weteranów 50+. Nie mogłem odpuścić!

Formuła imprezy: rogaining 8 godzin. Akurat to lubię. Natomiast nie lubię, gdy przy około sześćdziesięciu punktach kontrolnych mapę dostaję 10 minut przed startem. Zaplanowanie sensownego wariantu w tak krótkim czasie, przy konieczności dopasowania wycinków, jest niemożliwe. Na drugi raz proszę o mapę pół godziny przed startem!

6W – biegnę za małą grupka. Z przodu słychać nagle „łoł! łoł!”Po kilku sekundach przebiegam obok pięciu – sześciu ogromnych prawdziwków, takich po 20 cm średnicy kapelusza!

5L – namierzam się kilka razy, a punktu nie ma. Wiem od jednego z zawodników, że na pewno gdzieś tu jest. Nie wiem tylko, że szukam go na niewłaściwej przecince, 200 m za daleko. Strata 20 minut.

7L – znowu wpadka. Wystarczyło przyjrzeć się dobrze mapie, aby zobaczyć, że droga na którą wypadam z lasu dochodzi prawie do ruin młyna. Wybieram przeciwny kierunek, kompletnie bez sensu.

Ale… ale więcej błędów nawigacyjnych tego dnia już nie zrobię! A Hała uchodzi za imprezę trudną nawigacyjnie. Ba! Hała jest imprezą trudną nawigacyjnie!

2A – Wykus, partyzanckie groby. Znam to miejsce. Byłem tu w szóstej klasie podstawówki. Połowa lat osiemdziesiątych, harcerski Rajd Świetokrzyski. To był pierwszy outdoor w życiu!

5T – 3J – daje znać o sobie nieaktualność mapy. Trafiam na półtorakilometrową przecinkę gdzie najpierw mam problem z namierzeniem jej w terenie, a potem ponad pół godziny walczę z nią, bo jest zupełnie nieprzechodnia.

Ponad czterdziestoletnia mapa była najsłabszym elementem imprezy. Jej aktualność drastycznie spadła, to była jedna z najgorszych map, na jakich kiedykolwiek biegałem. Jedne przecinki zamieniły się w niemal autostrady, inne zupełnie zarosły. Zaplanowanie czasu pokonania poszczególnych odcinków było niemożliwe.

2F – schodzę z przecinki odrobinę za wcześnie. Przez to wpadam w piękne zielone bagno. Najpierw lewa noga zapada się wgłąb do kolana, a przy następnym kroku prawa. Walcze ciężko, by się stamtąd wydostać tak, by przy okazji nie zostawić w bagnie butów.

6S – spotykam galicyjskie Wydry (są jeszcze Wydry „filmowe”) z PKŻ i Erką. Erka jak zawsze radośnie umila czas wesołym szczekaniem. Kilka kilometrów robię z nimi.

A potem dostojnie wtaczam się na metę. W końcówce już nie biegam. Słaby byłem, zabrakło siły. Efekt: miejsce gdzieś na początku trzeciej dziesiątki.


Hała miała kilka wad. Ale…

… ale mimo to jestem Hałą OCZAROWANY!

Bo Hała miała fantastycznie postawione punkty kontrolne. Nie były to jakieś mega atrakcje typu piramidy egipskie czy wieża Eiffla. To były zwykłe punkty w środku lasu, na dodatek bez opisów. Jest taka teoretyczna zasada, że w imprezach na orientację szukamy charakterystycznych punktów w terenie. Nie szukamy lampionów, a charakterystycznych punktów. Ale to teoria jest, bo w praktyce każdy stawia jak chce i jak umie. Każdy z nas zaliczył imprezy, gdzie punkty stały kompletnie bez sensu. Pochowane w głupich miejscach, gdzie trzeba było przeczesać pół lasu, by taki punkt odnaleźć.

Tymczasem na Hale punkty stały w miejscach charakterystycznych. Nie jakoś bardzo charakterystycznych, ale na tyle, że zawsze na mapie widać było zmarszczkę, dołek czy wierzchołek. Miejsca też były w jakiś sposób charakterystyczne. Będąc na tym charakterystycznym miejscu za każdym razem widziałem lampion. Nie było problemu z odnalezieniem go.

A teraz uwaga: punkty to nie były trójwymiarowe lampiony. To nie były kartki A4. To były kartki A5!!! Jestem pod naprawdę wielkim wrażeniem tego, jak Hałabała swoje punkty porozstawiał!


W domu policzyłem sobie i rywalom pucharowe punkty. Wyszło fatalnie. Liczyłem na walkę o pierwszą trójkę w 50+. W praktyce na dziś jestem piąty lub szósty, a do podium mam ponad 20 punktów straty. Teoretycznie do odrobienia, ale musiałbym w dwóch startach zrobić dwa najlepsze tegoroczne wyniki. Biorąc pod uwagę stan zdrowia nie do zrobienia. Swój tegoroczny pucharowy sezon ogłaszam więc jako zakończony.

Spotykamy się w lesie po Nowym Roku, by znowu powalczyć na trasach pięćdziesiątek. Mam nadzieję, że także na Hale.

Złota kiwonowa jesień

Zapowiadało się ciekawie. Autobus miał nas wywieźć w nieznane i wysadzić. Dopiero tam mieliśmy dostać mapy i zaplanować powrót do bazy.

Jako pierwsza dała popis Erka. Przez cały poranek zagrzewała nas do wysiłku wesołym szczekaniem. Co gorsza, była w tym wesołym szczekaniu niezmordowana. Apogeum nastąpiło w autobusie. Nie dość, że pies nie ustawał, to popis dali do spółki PKŻ z kierowcą. Kierowca wziął jeden z zakrętów z dużym rozmachem. Na tyle dużym, że PKŻ wylądowała na podłodze niczym bokser po nokaucie. Obyło się na szczęście bez ofiar.

Ciekawa była formuła tegorocznego Kiwona. Na mapie były 22 punkty kontrolne, ale zaliczyć trzeba było tylko 18. Rozmieszczone były dość perfidnie. Dość powiedzieć, że na mecie, mimo ożywionych dyskusji, nie udało się dojść do consensusu, który wariant był najlepszy.

Kolejny popis, tym razem zbiorowy, dali uczestnicy na podejściu pod Liwocz. Na mapie był wyraźnie zaznaczony szlak turystyczny (rzadkość na mapach zawodów na orientację), a ponad połowa zawodników poszła po swojemu, pierwszą z brzegu drogą. Ja też… a przecież znałem ten szlak, byłem w tym miejscu dwa lata temu. I co? Poszedłem jak osioł za tłumem. Piętnaście minut straty…

Za Liwoczem punkt żywieniowy, dobrze zaopatrzony. Łykam kubek coli, potem dwa ciastka. Chcę biec dalej, ale obsługa punktu namawia mnie na talerz pysznej zupy. Mało tego, po zupie namawiają mnie jeszcze na rurkę z kremem. Nie muszę chyba mówić, że w tym momencie skończyło się szybkie bieganie. Dla łakomczuchów ten punkt był niezłą pułapką.

Na kolejnych przelotach dużo asfaltu, tak samo, jak na Czarnym Kornie. Pogórze Ciężkowickie jest gęsto zaludnione i jeszcze gęściej wyasfaltowane. Aby zrobić tu trasę bez takiego podłoża, na TP 50 trzeba by postawić 30 punktów i obowiązkową kolejność zaliczania.

Dobiegam do PK 12, do cmentarza wojennego. Jest tuż, tuż, ale… niespodzianka. Punkt stoi po drugiej stronie rzeki. Rzeka wygląda na głęboką. Konsternacja… Przyglądam się mapie, ale nie widzę żadnej przeprawy. Ruszam wzdłuż rzeki. Bród znajduję 500 m dalej. Daje to ponad kilometr nadróbki. Potem w domu, przy analizie mapy, okaże się, że kilkadziesiąt metrów dalej w drugą stronę była kładka, i to zaznaczona na mapie. Ale takie małe znaczki widzę dopiero patrząc na spokojnie w okularach. Znowu 15 minut straty.

Przelot na PK 7 – mapa słabo zgadza się z terenem. Idę półtora kilometra na azymut przez las. Z lasu wychodzę niecałe 200 m od punktu. Ale tego dowiem się za 20 minut, teraz nie wiem, gdzie dokładnie jestem. Namierzam się od drogi, ale ścieżka wchodzi w las inaczej niż na mapie. Namierzam się jeszcze raz, od wsi. W sumie 20 minut w plecy.

Z przedostatniego PK 2 wychodzę razem z Kamilem Rogóżem. Nie daję już rady poruszać się szybko. Daje o sobie znać ból pachwin. Od dłuższego czasu mam z tym coraz większy problem. Po kilku godzinach nie jestem już w stanie biegać. Dość powiedzieć, że do mety Kamil na czterech kilometrach robi nade mną 20 minut przewagi. Kończę w trzeciej dziesiątce, ale realizuję swój plan: Kiwon daje mi około 35 pkt do PMnO. Nieoficjalnie po tych zawodach wskakuję na 4. miejsce kategorii 50+.


Organizacyjnie Kiwon to jedna z lepszych imprez w pucharze. W pakiecie startowym koszulka techniczna. Przed startem dostępne owoce: banany i jabłka oraz drożdżówki. Świetnie zaopatrzony punkt odżywczy. Na mecie posiłek mięsny i wegetariański. Do tego kilka internetowych konkursów dla uczestników. Na tle innych imprez – ekstraklasa.

Jest jeszcze jedna rzecz charakterystyczna dla tej imprezy: Kiwon w jakiś sposób umie kumulować dobre emocje. Nie umiem wskazać drugiej imprezy, gdzie tak przed startem, jak i na mecie wszyscy dyskutują ze wszystkimi. Ostatnio robi się ze mnie trochę mruk, ale tu było inaczej. Nie pamiętam, kiedy się nadyskutowałem z innymi tyle, co na Kiwonie.

Podsumowując: pogoda super, atmosfera super, trasa fajna, impreza super. Wynik znośny. To był udany dzień.

Foto kradzione z fanpejdża organizatorów. Urządzenie na zdjęciu to kiwon.

R24 vs PMnO

Istnieje taka fajna konkurencja biegów na orientację jak rogaining. Rozgrywa się go w różnych przedziałach czasowych, od jednej godziny do dwudziestu czterech. Największym szacunkiem cieszy się ta ostatnia odmiana. To na R24 rozgrywa się mistrzostwa świata, Europy i niektóre krajowe.

W Polsce dużą popularnością cieszy się rogaining ośmiogodzinny. PMnO przyjęło go jako standardowy odpowiednik tras TP50. Na Nocnej Masakrze rozgrywany jest R16 jako odpowiednik TP100. Problem powstaje z klasycznym R24 – w pucharze nie jest on akceptowany.

Dlaczego? Odpowiedź jest właściwie jedna. Kapituła ustaliła sztywny standard dystansu dla poszczególnych kategorii. Odchylenie nie może wynosić więcej niż 10% od dystansu nominalnego. R24 jest za długie. Czołowi zawodnicy mogą według Kapituły zrobić nawet160 – 170 kilometrów. Teoretycznie mają rację, ale…

Zacznijmy od początku. To, co dziś funkcjonuje jako TP100 nie zawsze tak wyglądało. Przez wiele lat w pucharze były imprezy dłuższe. Pierwsze pucharowe zawody, Zimowy Marsz Pieszy, miały nominalny dystans 125 kilometrów. Potem pojawiła się Próba Mamuta. Tam do zrobienia było 100 mil, 165 kilometrów. Dużo? Dwa lata w PMnO utrzymał się Maraton Piasków. Dystans: 250 km, na dodatek rozbity na trzy dni! Takie imprezy tworzyły kiedyś puchar i nikomu to nie przeszkadzało. Wystarczyłaby delikatna zmiana formuły z TP100 na TP100+ aby dłuższe zawody wróciły do pucharu.

Dziś klasyczne setki powoli znikają. Frekwencja spada. Dołączenie dodatkowej imprezy poszerzyłoby bazę uczestników, a przy okazji dało satysfakcję samym zawodnikom.

Jak jest w takim razie z dystansem? Czy rzeczywiście można zrobić w 24h 160 – 170 kilometrów? Teoretycznie tak, ale… zwycięzcy open na czeskich mistrzostwach świata w trudnym górskim terenie zrobili zaledwie… 125 km. To naprawdę mocni goście, w sterylnych warunkach, na bieżni polecieliby pewnie z 200. W górach, na trudnej trasie niełatwo o kilometry. Kolejny przykład, z polskiego podwórka: na Irokezie w 2018 roku Mariusz Opioła i Bartłomiej Karabin do zwycięstwa potrzebowali… 132 kilometry. Na płaskim! Opioła 6. na mistrzostwach świata, Karabin mistrz kraju TP100 sprzed kilku lat. Mocniejszych w Polsce nie ma.

Odchylenie od normy wynosiło tu 25% i 32%. Porównajmy to z R8: na jednym z pucharowych rogainingów sam osobiście zrobiłem 70 kilometrów. Biegowo jestem niezły, ale bez przesady, są dużo lepsi. Jędroszkowiak czy Jankowiak spokojnie pokonają dystans 10 – 15% dłuższy od mojego, jakieś 80 kilometrów. Da to odchylenie od normy rzędu 60%!

Teraz trzeba zadać pytanie: odchylenie 60% jest w porządku, a 32% to za dużo? No sorry, ale prosiłbym o zachowanie zasad logiki.

Czy jest o co kruszyć kopie? Czy w ogóle rozgrywa się w Polsce R24? Tak, w tym roku mieliśmy dwie takie imprezy. Pierwsza to Czarne KoRNO – Siła KoRNOlisa. Tam format nieco może odbiegał od klasycznego, ale są w PMnO imprezy odbiegające bardziej. Druga impreza niektórych może zdziwić: czeskie mistrzostwa świata. Baza była położona tuż obok polskiej granicy, a około 40% punktów leżało po polskiej stronie granicy. Ktoś może uznać, że to naciągane ale pamiętam takie pucharowe zawody, gdzie baza może i była w Polsce, ale WSZYSTKIE (!) punkty kontrolne były w Czechach! Wtedy nikomu to nie przeszkadzało. Pod Śnieżnikiem stawiło się ponad 20 osób z Polski, więcej niż na niektórych zawodach krajowych.

Krążą pogłoski, że w przyszłym roku będziemy mieli imprezę R24 w klasycznej postaci. Byłoby świetnie, gdyby udało się dać satysfakcję uczestnikom i włączyć ją do PMnO. Czy Kapituła jest na to gotowa, czy też nadal trwać będzie przy swoim? Warto by o zdanie zapytać samych potencjalnych uczestników. To oni będą lepiej wiedzieć czego chcą niż podejmujący decyzję działacze.

Chodelka i jej legenda

Do jednej spośród pucharowych imprez mam stosunek szczególny: do Rajdu Źródeł Chodelki. Nie jestem na nim zwykłym uczestnikiem, pełnię tam funkcję legendy. Bycie legendą jest miłe i przyjemne. Wszyscy cię szanują i doceniają. Pytają o formę i samopoczucie. To takie dopieszczające jest, dowartościowujące.

Bycie legendą ma także wady: co roku trzeba się bardzo starać, żeby dobrze wypaść. Najlepiej wygrać, a jeżeli przydarzy się porażka, to musi być spektakularna. Wywiązywałem się z tych zobowiązań rzetelnie: dwa razy wygrałem TP 50. Poległem też dwa razy. Na jednym rajdzie zrobiłem w osiem godzin 70 kilometrów, ale spóźniłem się na metę. Na kolejnym zapomniałem kompasu. Dawałem sobie radę do przedostatniego PK, po to by na koniec pomylić strony świata i pobiec w kierunku odwrotnym do mety.

Tym razem było tak:

Słotwiny (lubelskie), remiza OSP, rogaining 8h, na początek nieco chaotyczna odprawa. Na mapie zamienione zostały numery punktów i ich opisy. Chwilę trwało, zanim doszliśmy co, gdzie i jaki powinno mieć numer. Mapa – kompletne dizastru, ale nie było to niespodzianką, tak jest co roku. Tak na marginesie: czy ktoś ma pomysł, skąd dorwać przyzwoite pięćdziesiątki lubelszczyzny, w cenie akceptowalnej dla budżetu imprezy? Pytam na wypadek, gdyby ktoś chciał skrytykować mapę.

Na początek lecimy w sześć osób na PK 32. Na mapie nie widać nic. Na szczęście jest rozjaśnienie. Szukamy wąwozu. Odmierzamy się, skręcamy w pola i… nic. Biegniemy i biegniemy, a punktu nie ma. Dobiegamy do wsi.Namierzamy się od nowa i… wracamy do punktu wyjścia. Jest wąwóz, po drugiej stronie drogi. Teraz już łatwo, tylko dwa i pół kilometra sobie dołożyliśmy. Strata 20 minut, siedem godzin później ich zabraknie. Nauka z tego punktu: gdy mapa jest nieaktualna nie nawiguj po drożni. Uratować cię może tylko rzeźba. Teraz wiem…

Dalej kilka łatwych punktów ustawionych pod łydkowców. Niektóre przebiegi pokrywały się z zeszłorocznymi, inne z Jaszczurem sprzed dwóch miesięcy. Na Żmijowiskach nadal mokro. Tym razem nie trzeba było brodzić w wodzie po kolana przez półtora kilometra, ale przez chwilę było tak do połowy łydki. Też fajnie.

Przelot z 82 na północ zrobiłem asfaltem poza mapą. Czułem, że będzie OK. Było nawet za dobrze. Tak dobrze, że zamiast na 62 poleciałem aż na most w Podgórzu. Przez to kolejne punkty zaliczałem w dziwnej kolejności, ale… na dystans nie miało to większego wpływu. Po czterech godzinach miałem zaliczone 35 kilometrów czyli było nieźle.

PK 13 odpuściłem. To było mniej więcej w połowie trasy. Kręciło się tam dużo ludzi i nikt nie mógł go znaleźć. Szkoda było czasu na szukanie drobnicy za jeden punkt przeliczeniowy. Potem okazało się, że punkt został ukradziony. Organizator zaliczał go każdemu, kto zadeklarował obecność na nim. Słuszna decyzja. Poprosiłem o niezaliczanie go mojej osobie. Przecież odpuściłem, nie należało mi się.

Skoro jesteśmy przy problemach: nie byłem na PK 22, ale wszyscy twierdzili, że stał nie tam, gdzie powinien.

Punkty na wiślanej skarpie wchodziły wolniej. Tempo spadło. Ba, skarpa skończyła się, a tempo wcale nie wzrosło. Dały o sobie znać problemy z kręgosłupem. Tu boli, tam boli, a co gorsze lepiej już nie będzie. Z tego powodu musiałem odpuścić 55. Końcóweczka, PK 53, na Jaszczurze punkt stał niedaleko, na górze wąwozu. Nie znalazłem go. Teraz stał na dole i… też nie znalazłem. Bo wąwozy były dwa: z potokiem i bez potoku. Poszedłem do tego bez. Owszem, połapałem się, gdzie jestem, ale na poprawkę brakło czasu.

Czas: 7:53, jestem przy mecie. Na mapie kusi oddalony o 500 metrów PK 12. Nie zastanawiam się, tylko biegnę, by go podbić. Odpuścić bez walki nie mogę, przecież jestem tu legendą. Na mecie oddaję kartę startowa 37 sekund przed limitem. Perfekcyjnie! Na liczniku 60 kilometrów i 450 m podejść.

Rozdanie nagród: nie spodziewam się niczego, tymczasem podczas rozdania nagród zostaję wywołany na podium jako trzeci. Nie całkiem zasłużenie. Lepszy wynik zrobiło trzech zawodników. Dwóch zostało sklasyfikowanych ex aequo. Powinienem być czwarty, ale organizator przyznał mi trzecie miejsce. Takie tu zwyczaje i taki wynik poszedł w świat. No i git!

Wytknąłem w relacji kilka wad, trzeba więc napisać o plusach rajdu. Mój ulubiony: ciasto od żony organizatora. Pyszne! Tego nie ma na żadnej innej imprezie. Szczerze polecam! Zauważyć też trzeba nowe, profesjonalne logo imprezy i koszulki dla uczestników.

Jeszcze jedna ważna sprawa: na Chodelce pojawiły się przestrzenne lampiony. Niby normalna sprawa, ale jak się wgłębić, to niekoniecznie. Bo jest w PMnO wiele imprez, niektóre nawet z wagą 50, które wciąż są rozgrywane na kartkach A4. O ile w przypadku młodych imprez to akceptowalne, to w przypadku zawodów z wieloletnim stażem niekoniecznie. Ba, pojawiły się zawody z procesem odwrotnym: z lampionów przestrzennych degradują się do kartek. Patrzę na imprezy z wieloletnim stażem, gdzie przyjeżdża po 200 uczestników, widzę te kartki A4 i nóż mi się otwiera w kieszeni. Gdyby to ode mnie zależało, impreza rozgrywana na kartkach nigdy nie dostałaby wagi 50. Szacunek dla organizatora Chodelki, za to, że mając ograniczone warunki finansowe zrobił coś, co poprawia komfort uczestnictwa w zawodach.

Podsumowując: wiem, że ten rajd ma swoje wady. Wiem, że było sporo błędów organizacyjnych. Widzę jednak rozwój, widzę starania o to, by uczestnicy dobrze czuli się na tej imprezie. Nie wiem, jak ocenią to inni, ja na zawodach czułem się doskonale. Mam do nich gruby sentyment i z przyjemnością wrócę na kolejną edycję. Jestem przecież Legendą Chodelki 😉

Mordownik: porażka w strugach deszczu

Nastrojony byłem raczej optymistycznie. Do tej pory zwykle kończyłem Mordownika z czasem poniżej dziesięciu godzin. Tak samo miałem nadzieję skończyć tegorocznego. Nie wziąłem pod uwagę jednego: nie byłem na ostatnich dwóch edycjach tej imprezy. W międzyczasie stała się znacznie trudniejszą, organizator mocno podniósł poprzeczkę uczestnikom. 3 – 4 lata temu było znacznie łatwiej. Ale po kolei:

Mordownik w Łącku, Beskid Sądecki: 18 punktów kontrolnych. Limit: 14 godzin. Optymalny wariant organizatora: 49 kilometrów. Prognoza pogody: deszcz z potencjalną możliwością megazlewki. Nie wiem, jak to jest, wszędzie naokoło susza, a tu szykował się się trzeci z kolei start przy deszczowej pogodzie.

PK 5 – do lasu wpada duża grupa z Marcinem Sontowskim na czele. Las nie jest duży, mamy do spenetrowania wycinek 100 x 250 metrów. Problem w tym, że jest to stromy stok, a las jakiś taki mało przechodni. Szukamy drzewa w lesie (wielki świerk). Chodzimy wszyscy w tę i z powrotem i nic. Pada deszcz, jest ciemno. Okulary zaparowały, nie widzę w ogóle mapy. W końcu ktoś znajduje i woła resztę. Ulga… No nie bardzo, okulary zaparowały tak, że nie wiem, którą kratkę mam podbić. Marcin jest akurat gdzieś dalej. Spędzi półtorej godziny na czesaniu. W międzyczasie pozna wszystkich, którzy wybrali ten wariant. Wyjdzie z tego punktu jako ostatni.

PK 6 – jestem 3 minuty od punktu. Atakuję na azymut, by znaleźć jar. Głupia sprawa, ale przestrzeliwuję. Nie punkt, jar przestrzeliwuję. Schodzę aż do wioski i dziwię się, że dolina ma inny kształt niż na mapie. To dlatego, że zszedłem do chałup po drugiej stronie góry. Wracam. Szczęśliwym trafem spotykam Leszka HI, który prowadzi mnie na punkt. Tracę ponad pół godziny.

PK 18 – wszystko gra. No prawie, bo zamiast wyjść prosto na lampion, wbijam się w sąsiednie wzgórze.

PK 11 – poszło gładko. Może dlatego, że akurat w ścieżkę, gdzie miałem skręcić wchodził inny zawodnik.

PK 3 – zamiast iść ścieżką pod górę, próbuję ściąć po poziomicy. Za wcześnie. W nagrodę męczę się w jakichś mało przyjaznych jarach. Przy zejściu z asfaltu zastanawiam się, czy mogę przejść przez prywatne podwórze. Życzliwy gospodarz dopinguje mnie przez okno i dziwi się, dlaczego idę na dół, skoro wcześniej wszyscy szli do góry.

Znajduję drogę, jeszcze parę metrów i wbijam się w jar. Idę kawałek na dół, ale punktu nie ma. Pewnie przestrzeliłem. Wracam na górę – też nie ma. Idę na dół jeszcze raz. Spotykam podchodzących do góry. Mówią, że przeszli cały jar i nic nie znaleźli. Jeszcze raz idę do góry, na łąkę. Znowu się namierzam i wracam w to samo miejsce. Nic. Pewnie ci z dołu coś przegapili. Przechodzę cały jar na dół. Ścieżka odbija w bok i… zaraz obok jest drugi jar. Wystarczy parę metrów podejść i jest punkt.

Sprawdzam czas: minęło pięć godzin i dwadzieścia minut. Mam tylko 5 punktów. W tym tempie na zrobienie całości będę potrzebował dwudziestu godzin. Nie ma szans, bym w limicie zaliczył wszystko. Psychikę mam zrytą, nic mi się nie chce. Z tyłu głowy mam to, że za tydzień będzie Rajd Źródeł Chodelki. To ważna dla mnie impreza. Chłodna kalkulacja: jeżeli dziś stracę za dużo sił, za tydzień już nie powalczę. Decyzja: odpuszczam! Rezygnuję z punktów na dole mapy i zaczynam powrót do bazy.

PK 2 – znaleziony bezproblemowo, ale… kilka kilometrów dalej zauważam, że nie docisnąłem perforatora do karty startowej. Nie ma ani jednej dziurki! Punkt niezaliczony!

PK 1 – najsensowniejszy wariant to prawie dwa kilometry korytem potoku. Idę więc przez wodę, skaczę z kamienia na kamień i prowadzę w myślach dialog ze sobą: „Hiu… to podobno twoja życiowa pasja jest… w butach ci chlupie, nogi swędzą od pokrzyw… na głowę leje ci się deszcz… Czy to na pewno jest to, co lubisz w życiu najbardziej? Chłopie, masz pięćdziesiąt lat, ogarnij się trochę, zajmij czymś przyjemnym. Grilla sobie rozpal, serial w telewizji pooglądaj… Jesteś pewien, że tu jest ci dobrze, że chcesz tak spędzać resztę życia?”

PK 8 i 10 – weszły bezproblemowo. Co za wspaniała odmiana losu.

PK 9 – asfaltem naokoło? To byłoby zbyt banalne. Idę przez sady. Siatka? Ominę lasem. Jeden jar, drugi, krzaki, jeżyny, pokrzywy. Oj, asfaltem byłoby szybciej i nic by nie swędziało. Co mnie podkusiło, żeby wybrać tak idiotyczny wariant?

PK 12 – tu nie da się nic zepsuć.

Meta! Minęło 10 godzin, przychodzę jako pierwszy. W tym momencie jestem liderem. Ha ha ha, bardzo śmieszne…


Poległem. Nie dałem sobie rady z nawigacją. Cóż, zdarza się. Wiadomo, że jestem nawigatorem chimerycznym. Jak wchodzi to wszystko, jak nie wchodzi, to też wszystko. To był ten fatalny dzień, raz na jakiś czas zdarza się taki. Jeszcze nie raz tak polegnę. Przyznać jednak trzeba, że był to Mordownik bardzo trudny. Zwycięzca TP 50, Mariusz Opioła (szósty na rogainingowych MŚ, zawodnik klasy światowej) nie zmieścił się w dziesięciu godzinach. Na mecie stwierdził, że na samej nawigacji stracił półtorej godziny. Jego wariant to 57 km.

Drugi był Marcin Sontowski. Gdyby ktoś nie wiedział – najlepszy w historii zawodnik w TP 50. Obrazek poniżej pokazuje jego walkę z pierwszym na jego wariancie PK 5. Jak się po tym pozbierał, jak to zrobił, że przegonił prawie wszystkich – nie wiem, ale wobec takich fighterów mam mnóstwo szacunku.

Organizacja Mordownika podobała mi się zawsze. Tym razem też, może nawet bardziej niż zazwyczaj. Pięć tras: trzy piesze i dwie rowerowe. Koszulki techniczne dla uczestników. Trochę drobiazgów od sponsorów. Poczęstunek lokalnymi przetworami przy rejestracji i na mecie. Loteria i fajne nagrody. Pojemna baza, duża ilość sanitariatów i pryszniców. Nawet ktoś złośliwy miałby problem, by do czegoś się doczepić. Ta impreza od lat jest dla mnie ekstraklasą PMnO.

—–

Podobała się wam moja historia? Były lepsze. Był całkiem niezły zawodnik, który jeszcze przed pierwszym punktem zgubił kartę startową. Jest w wynikach, ma komplet zaliczonych punktów. Albo znalazł kartę, albo organizator pozwolił mu podbijać punkty na mapie. Jeżeli tak, to była to dobra decyzja.

Był uczestnik z gatunku wymiataczy. Biega szybo, ale z łóżka wstawał powoli. Za długo spał. Pojawił się w bazie spóźniony o jakieś 8 godzin. Podobno nawet zaliczył coś na trasie.

Był jeszcze jeden wymiatacz. Nie wiem co się stało, w wynikach ma NKL. Pewnie stoi za tym kolejna ciekawa historia. Było takich historii więcej, każdy miał tu swoją własną. Ten Mordownik będzie pamiętany długo.

World Rogaining Championships

Wszystko zaczęło się za sprawą Magdy Horovej. Na którejś z wiosennych imprez zaprosiła mnie na Mistrzostwa Świata w rogainingu, które miały być rozegrane w Czechach. W pierwszym odruchu pomyślałem, że nie ma mowy, że za cienki jestem, że tam sami najlepsi będą startować. Ale ziarno zakiełkowało. Zgłosili się do mistrzostw Tadek Podraza z Rafałem Fałowskim, zgłosiło się kilka innych znajomych osób. Któregoś dnia zaczepiłem PKŻ pytaniem: „Chciałabyś może wystartować w mistrzostwach świata?” – „No pewnie. A w czym?” W tym momencie sprawa była przesądzona.

PKŻ nie całkiem wiedziała w co się pakuje. Do tej pory jej najdłuższe zawody trwały 16 godzin. Mistrzowski rogaining miał trwać 24…

Brakowało nam nawigatora. Moja nawigacja zdecydowanie nie jest na poziomie światowym. Mieliśmy kilka pomysłów. Pewnego dnia PKŻ powiedziała: „Chciałabym Maćka!” Zadzwoniłem. Przedłożyłem sprawę, a on powiedział „tak”. W ten sposób do teamu dołączył Maciek Piotrowski. Zapłaciliśmy wpisowe, po 90 euro od osoby i powoli przygotowywaliśmy się do zawodów.

Nasza kategoria nazywała się XV. Zespoły podzielone były na kategorie według płci: męskie, żeńskie i miksty oraz według wieku. Granice były na poziomie 24, 40, 55 i 65 lat. Liczony był wiek najmłodszego w teamie, a u juniorów najstarszego. Zespoły ze starszych kategorii były też klasyfikowane w młodszych kategoriach. Najstarsi dzięki temu byli klasyfikowani czterokrotnie. Do rozdania zaś było 15 kompletów medali. Liczba uczestników: około 600. Na starcie cała Europa, USA, Australia i Nowa Zelandia.

Zakwaterowanie: pole namiotowe przy górskim schronisku Paprsek, niedaleko Starego Miasta pod Śnieżnikiem, obok wyciągu narciarskiego. Samochody zawodników zostały na parkingu na dole. Do bazy trzeba było dojść półtora kilometra robiąc przy okazji 200 m przewyższenia. Organizator zorganizował transport bagażu na górę. Całe szczęście, bo samych płynów mieliśmy z PKŻ 18 kilogramów. Niemiłym zaskoczeniem był brak pryszniców.

Miłym zaskoczeniem była sprawna obsługa. Zarejestrowanie zespołu zajęło minutę! Bardzo sprawnie były zorganizowane czynności techniczne: montowanie trackerów GPS, wydawanie map czy pieczętowanie telefonów. Przed startem musieliśmy oddać zegarki z GPS i telefony do zapieczętowanych opakowań. Z telefonów wolno było skorzystać tylko w sytuacjach awaryjnych. Z tego powodu nie mamy żadnych zdjęć z trasy.

9.30 – wydanie map. Na mapach dużo białego koloru, „las przebieżny”. O ile dróżnia na mapie była zrobiona doskonale, to przebieżność okazała się żartem. Pierwsze zaskoczenie: doświadczeni zawodnicy zagraniczni wyciągają pinezki, wbijają je w mapę i mierzą odległości sznurkiem lub grubą nicią. Wygląda to jak jakieś zawody w grach planszowych.

Analizujemy mapę: obaj z Maćkiem mamy pomysł na taki sam wariant. Odpuszczamy tłuste punkty na zachodzie, daleko za Śnieżnikiem i robimy wschód mapy, gdzie przewyższenia są mniejsze.

12.00 – start przy temperaturze 35 stopni. Gorąco!

16.00 – zaczyna padać deszcz. Pada półtorej godziny, przez 20 minut bardzo obficie. Niektóre zespoły chowają się przed deszczem w zabudowaniach na trasie lub pod mostkami. Pod Śnieżnikiem pada gruby grad. U nas jest względnie spokojnie, nawet nie ubieramy kurtek. Na deszczu przestaję widzieć mapę. Na szczęście mamy Maćka. Sprawnie nami dowodzi i pewnie prowadzi na kolejne punkty.

Teren jest ciężki, każdy punkt to grubsze podejście lub zejście przez teren nieprzebieżny. Czasem nawet nieprzechodni. Koryta potoków, skarpy, grzbiety z dojściem po poziomicy; łatwo nie jest. Ale to mistrzostwa świata są, tu nie ma prawa być łatwo. Do jednego z punktów trzeba zejść przez kilkunastometrowe urwisko. Przez chwile robi się niebezpiecznie. Tu minus dla organizatorów: na mapie nie było nadrukowanego numeru ratunkowego do organizatora ani do służb ratowniczych. To nie było fajne, bo w tym sporcie o wypadek łatwo. Przekonała się o tym Ukrainka, która spadła z urwiska, rozbiła głowę i rozwaliła nogę.

23.30 – rynek w Starym Mieście. Znajdujemy czynny bar. Wbijamy do środka, rozkładamy mapy na stole i korygujemy wariant. Początkowo chcieliśmy iść na tłuste punkty na południu, blisko Śnieżnika, ale odstraszyły nas gęste poziomice. Odwrót z nich do bazy to 18 kilometrów. Za daleko. Atakujemy więc w punkty w centrum mapy. PKŻ i Maciek energetyzują się piwem, ja Kofolą.

0.00 – powoli czekam, kiedy złapie nas sleepmonster. Niespodzianka: do rana nie łapie nikogo. Do samej mety uda nam się przetrwać bez sennego kryzysu.

2.30 – czas na błąd. Punkt jest banalny, ale źle odmierzamy odległość. Kręcimy się w tę i z powrotem 40 minut, by namierzyć się jeszcze raz. I znowu źle! 70 minut straty. Dopiero trzecia próba jest udana. W nocy przydarzają się takie historie.

9.30 – nasz wariant jest już prawie zrealizowany. Mamy dwie i pół godziny zapasu. Oglądamy mapę. „Może by pójść jeszcze tu… i tu… i jeszcze tu…” Skoro mamy jeszcze siłę, trzeba powalczyć. Dodajemy do bilansu trzy dodatkowe PK.

11.30 – meta. Przybijamy piątki. Odwaliliśmy kawał dobrej roboty.

Zajęliśmy 20. miejsce na 54 zespoły. W open byliśmy na 36. Gdyby kiedykolwiek w życiu ktoś powiedział mi, że zajmę takie miejsce w mistrzostwach świata w jakimkolwiek sporcie – nigdy bym nie uwierzył. To jednak stało się: nasz zespół jest 20. na świecie! Największa w tym zasługa Maćka: gość ma doskonały charakter do sportów zespołowych. Potrafi rozładować sytuacje trudne, potrafi dobrze nawigować. Kompan idealny. PKŻ także świetnie się spisała. Wytrzymała nasze tempo i uniknęła kryzysów na trasie. Moją rolą w tym składzie było to, by niczego nie zepsuć i od czasu do czasu podholować PKŻ. Nieskromnie napiszę: dałem radę.

Nasza trasa to 76 kilometrów / + 3200 podejść. Komuś może wydać się, że 76 kilometrów w 24 godziny to niewiele, ale teren zawodów był naprawdę trudny. Kilometry trzeba było miejscami niemal wyrąbywać przez krzaki. Najlepsi przebiegli 125 kilometrów. Jestem spokojny o to, że w łatwym płaskim terenie zrobiliby ich ponad 200.


Zawody niesamowicie podładowały nas energetycznie. To było niesamowite przeżycie: zobaczyć najlepszych na świecie i rywalizować z nimi. Zwycięzcy tak samo jak my spali w namiotach, tak samo jak my pili piwo i tak samo cierpieli z powodu braku prysznica. Fantastycznie było zobaczyć, że ludzie z całego świata lubią robić to samo. Że całą dobę biegają po chaszczach, a potem dyskutują do upadłego o tym, co widzieli na trasie.

Fajnie było rano powiedzieć „cześć” Czechom z sąsiedniego namiotu, a wieczorem gratulować im zdobycia medalu. Fajnie było przyglądać się dziewczynom z Australii dwa namioty dalej, a dzień później bić im brawo za zdobycie złotego medalu. Fajnie było zobaczyć cały ten wielki świat z bliska , a zarazem poczuć się jego częścią. Bo na naszych krajowych zawodach wszystko wygląda właściwie tak samo. Jesteśmy tacy sami jak Skandynawowie, Australijczycy czy Amerykanie. Oni może tylko trochę szybciej biegają.

Przez te trzy dni mistrzostw czułem się tak, jakbym startował na Olimpiadzie. Pozostali z naszych, w większości też debiutanci, chyba czuli się podobnie. Dla wszystkich było to duże przeżycie.

Na następne mistrzostwa raczej nie pojedziemy. Odbędą się w Kalifornii, w Lake Tahoe. Trochę za daleko, trochę za drogo. Ale już mistrzostwa Europy rozegrane zostaną w Finlandii. Przyznam się po cichu: powoli zaczynam sprawdzać, jak tam dojechać…

Rezultaty

Na Skałach Księżniczki

Facebook ma jednak moc. Trzy miesiące temu wyświetlił mi reklamę biegu. Impreza nazywała się Bucovina Ultra Rocks i miała odbyć się w Rumunii. Z ciekawości sprawdziłem stronę zawodów. Ładna, profesjonalnie zrobiona, była nawet opcja tłumaczenia na język polski. Akurat w tym czasie zastanawialiśmy się z PKŻ nad kierunkiem wyjazdu wakacyjnego. Chcieliśmy przy okazji pochodzić i pobiegać po górach w ramach treningu przed mistrzostwami świata w rogainingu. Po krótkim zastanowieniu uznaliśmy, że Bukowina będzie kierunkiem idealnym. W naszym wyborze było też sporo sentymentu: Bukowina kilkanaście lat temu była celem naszej pierwszej samodzielnie zorganizowanej wyprawy.

Teraz wykład: Bukowina jest częścią historycznej Mołdawii, kraju który po połączeniu się z Wołoszczyzną dał początek państwu rumuńskiemu (wskutek kaprysów historii istnieje też współczesne osobne państwo mołdawskie, ale to zupełnie inna historia). Wbrew dość powszechnemu przekonaniu Bukowina nigdy nie należała do Polski, choć Polaków zawsze było tu sporo. Pod koniec XV wieku stolicę Suczawę próbowała zdobyć polska armia, licząca wraz z taborami około 100 tysięcy ludzi. Oblężenie nie udało się, a podczas odwrotu królewskie wojsko zostało doszczętnie rozbite. Do dziś zachowało się powiedzenie ” za króla Olbrachta na Bukowinie wyginęła szlachta”. Dzisiejsza Bukowina podzielona jest między dwa kraje: Rumunię i Ukrainę.

Wracając do biegu: zapowiadała się solidna impreza. BUR od jakiegoś czasu walczy z Transilvanią 100 o miano najważniejszej imprezy ultra w Rumunii. Zdaje się, że w tym roku ta walka zakończyła się zwycięsko. Na siedmiu trasach, od 5 do 180 kilometrów wystartowało ponad 900 zawodników z 16 krajów. Chyba niezły wynik! Naszym celem była trasa Lady`s Rocks 48 km / + 3100m. Nie za długa, w sam raz aby trochę powalczyć, ale nie skasować się za bardzo na początku urlopu.

W Kimpulungu zjawiło się nas czworo: PKŻ, Daniel, Erka i ja. Daniel chciał pościgać się, Ewa z Erką chciały potrenować a ja… hm, mną targały dziwne niepokoje. Chciałem powalczyć o podium w 50+, ale miałem głupie przeczucie, że powinienem zrobić tę trasę z żoną i psem. Nie potrafiłem tego wytłumaczyć, ale bałem się o nie. Nie wiem, dlaczego, przecież zazwyczaj biegamy osobno. Co mogło im się stać na pięćdziesiątce z sześcioma (sic!) punktami odżywczymi, gdzie poziom trudności zapowiadał się mniejszy niż na naszym Dusiołku?

Jeszcze na dwa dni przed imprezą prognozy pogody zapowiadały 30 – 35 stopni i żar z nieba. Pod taką pogodę wyekwipowaliśmy się, ale w ostatniej chwili prognozy zaczęły się zmieniać. W noc przed startem padało, a temperatura spadła do 18 stopni. Zapowiedziane zostały opady przelotne.

Na starcie Daniel ruszył z wszystkimi, a my trzy minuty odczekaliśmy, żeby Erka nie była za bardzo pobudzona. Tempo mieliśmy luźniutkie, jedynym celem było zrobienie całości w limicie. Trochę niepokoiliśmy się widząc ciemne chmury zebrane nad wierzchołkiem Rarau. Tam znajdował się pierwszy punkt kontrolny. Powolutku podchodziliśmy przez las do góry. Im wyżej, tym robiło się zimniej. Zaczął padać deszcz. Droga na wierzchołek prowadziła przez połoninę obok Lady`s Rocks, Skał Księżniczki. Znaliśmy to miejsce, byliśmy tam kilka lat temu. Tym razem nie mieliśmy ochoty na podziwianie krajobrazu. Zimno było! Nie dość, że deszcz, że mokro, to jeszcze zerwał się wiatr.

Niespodziewanie PKŻ zaczęła coś przebąkiwać, że jej już wystarczy, że chce wracać. Matko jedyna! to dopiero początek, może jak zmarzniemy bardziej, to wtedy się wycofamy? Mały opiernicz i PKŻ przestała myśleć o głupotach. Ale rzeczywiście było zimno. Żeby jej pokazać, że nie jest źle, cały czas leciałem w samej koszulce, bez kurtki, ale jak poprosiła, żebym jej buta zawiązał, to okazało się to być sporym wyzwaniem, bo ręce mi dziwnie zesztywniały.

Byle do lasu, tam będzie cieplej. Już blisko, końcówka łąki, a tu nagle wyskakują na nas pasterskie psy. Sześć diabłów wielkich jak cielaki idzie prosto na nas. Próbują nas okrążyć. PKŻ wyjmuje gaz, ja łapię za kamienie. Drę mordę głośno, udaję, że rzucam kamieniami, powietrze robi się gęste od wyzwisk. Dwa kroki w stronę pierwszego, symulacja rzutu, obrót w stronę drugiego, to samo, za pięć sekund powtórka. Uff, udaje się je poodganiać. Trzeba przyznać, że po wystrzale adrenaliny w jednej chwili zrobiło nam się gorąco.

Teraz kilka kilometrów dół. Musimy się sprężać, bo na następnym punkcie będzie cut-off. Mamy 50 minut i pięć kilometrów. Niby dużo, ale po deszczu zrobiło się ślisko. Na leśnych ścieżkach nie jesteśmy w stanie przyspieszyć. Dopiero na szutrówce podkręcamy tempo. Cztery kilometry lecimy poniżej 6 minut. Niespodzianka: rozpiska rozjeżdża się z zegarkiem, punkt jest postawiony kilometr dalej. Odbijamy się na dwie minuty przed limitem. Koniec był blisko…

Teraz podejście na Giumalau, 1800 m npm, kilometr w górę. Idziemy sobie spokojnie, nie przejmujemy się niczym. Nie pada, wyszło słońce, jest pięknie. Byle tylko wejść na wierzchołek, a dalej już z górki. Wychodzimy ponad granicę lasu. Otwierają się widoki na całe kilometry gór. Robi się sielankowo. Sielanka jednak gwałtownie kończy się. Znowu psy! Tym razem wyskakuje na nas 10 baskerwilów! 10 psów, a nas dwoje. Chcą dorwać Erkę. Robimy dużo krzyku. Przybiega właściciel. Razem próbujemy je odgonić. Nie chcą słuchać nawet jego! Przez chwilę robi się naprawdę nieprzyjemnie.

Jakoś udało nam się je odgonić. Podaliśmy sobie z właścicielem ręce, podziękowaliśmy sobie za pomoc. Wiemy jednak, że było o krok od nieszczęścia. Żeby była jasność: te psy muszą tam być. Bez psów stada owiec byłyby skazane na rozszarpanie przez niedźwiedzie lub wilki. Nie mamy do nikogo pretensji. Psy raczej nie atakują ludzi. Interesowała je Erka, zwierzę. To ją chciały dopaść.

Po tym, co nas spotkało musieliśmy zmienić nasze wakacyjne plany. Chcieliśmy spędzić w górach jeszcze trzy dni. Zrezygnowaliśmy z tego. Nie chcieliśmy bezsensownie prowokować kolejnych niebezpiecznych sytuacji. Ba, wiemy już, że dopóki spędzamy wakacje z Erką, dopóty nie pojedziemy o kraju, gdzie w górach jest prowadzona gospodarka pasterska. I to samo sugerujemy innym podróżującym z psami.

Myślicie, że to już koniec? Że z Giumalau już z górki prosto do mety? Prawdziwy problem miał dopiero nadejść.

Erka to fantastyczny pies. Ma mnóstwo zalet (niektóre dopiero poznajemy). Ma też niestety wady. Na przykład to, że jest psem lękliwym. Boi się hałasu. Boi się petard, ciężarówek, głośnych motocykli, przelatujących samolotów i trzaskających drzwi. Boi się też burzy. Wiedzieliśmy, że prowadząc aktywny tryb życia kiedyś spotkamy się z burzą. Nie wiedzieliśmy, jak wtedy zachowa się nasz pies. Moment prawdy przyszedł gdy schodziliśmy z Giumalau.

To był 37. kilometr. Kilka kilometrów od nas rozległy się grzmoty. Erka skulila się. Po kolejnych wyładowaniach pies zwinął się w kłębek, położył się w trawie i odmówił współpracy. Nie pomogły prośby ani groźby. Pies leżał i nie chciał wstać. Jedynym wyjściem było wziąć go na ręce i nieść. Cóż było robić? Wziąłem ją na ręce. 13 kilogramów nieporęcznego bagażu, na dodatek delikatnego. Po dwustu metrach miałem dość. Położyłem ją na ziemi. Po rozmowie z PKŻ pies wstał, przeszedł 200 metrów i znowu się położył.

Więc jeszcze raz: pies na ręce, 200 metrów noszenia. Potem 200 m na psich nogach. Jeszcze raz. I jeszcze raz. I tak przez pięć kilometrów. Miałem serdecznie dość. Na górce obok szaleje burza, zaraz dojdzie do nas, ja padnięty, a pies w głębokiej panice.

42 kilometr: pies odżył! Alleluja! PKŻ z Erką lecą do przodu, ja umordowany nie mam już siły nawet truchtać. Doganiam je na 46 kilometrze, ostatnim punkcie odżywczym. Do mety już tylko 3 kilometry, ale przed nami podejście +400m. Tu pies definitywnie odmawia współpracy. Jakiś stary Rumun mówi ” Jeżeli kochasz swojego psa, nie każ mu wychodzić na tą górę”. Ma rację. Szybka narada, co robimy. Wysyłam PKŻ na trasę, a sam zabieram Erkę i schodzimy w dół, do miasta. Niech choć PKŻ dojdzie do mety, ja jakoś przełknę porażkę.

Nie ukończę? Naprawdę? Powoli w głowie rodzi się nowy plan.

Z punktu na metę jest trzy kilometry. Samochód mamy jednak zaparkowany bliżej. Stoi kilometr od nas. Odstawiam Erkę do samochodu. Ona wie, że to jej dom, azyl. Tu już czuje się bezpieczna. Chwila zastanowienia. Słońca już nie ma i nie będzie. Temperatura w aucie jest znośna. Zostawiam psa w środku, zostawiam dla wentylacji uchyloną szybę i… wracam na trasę.

(tak, w obcym kraju zostawiłem niepilnowany samochód z otwartą szybą i połową naszego dobytku!)

Teraz nic już mi nie przeszkodzi. Odzyskuję siły i lecę na metę jak wariat. Schodzi ze mnie stres. Godzinę później odbieram medal za ukończenie zawodów.

Koniec zmartwień? A skądże znowu. Został jeszcze Daniel. Powinien być już dawno na mecie, ale zgubił się na trasie. Tu małe zastrzeżenie do organizatorów: z jednej strony oznakowanie tras było rewelacyjne, naprawdę trudno było zgubić drogę. Z drugiej: zabrakło informacji, jaki kolor znakowania obowiązuje na konkretnych odcinkach. Na wierzchołku Giumalau znaki pomarańczowe rozdwajały się na dwie trasy o tym samym kolorze. Kto nie dopytał u sędziów, ten szedł w złym kierunku. W ten sposób Daniel zaliczył osiem kilometrów nadróbki!

Nie martwił się tym specjalnie. Już na pierwszych kilometrach poznał sympatyczną koleżankę. Zdążyli się polubić. Potem na mecie musieliśmy wysłuchiwać poematów o tym, jak piękne i inteligentne są rumuńskie kobiety. Na razie jednak trwał bieg. Burza, która straszyła nas od kilku godzin w końcu nadeszła. Zrobiło się ciemno, a po chwili na ziemię spadły hektolitry wody. Nasz kolega oczywiście nie miał czołówki, bo przecież miał skończyć jeszcze za dnia. Martwiliśmy się o niego. Spodziewaliśmy się, że na metę wejdzie w stylu i stanie rozpaczliwym. Faktem jest, że po drodze ponoć trzy koziołki fiknął, ale trzymał się doskonale. Nie chciał zostawić koleżanki samej, towarzyszył jej aż do mety (i jeszcze trochę dalej też).

Nie pytajcie, jakie miejsca zajęliśmy. Lepiej się nie przyznawać. Ewentualnie jeżeli ktoś jest pogrążony w depresji, niech sobie sprawdzi, będzie miał odrobinę uciechy.

Mimo to, uważam ukończenie tego biegu za jeden z większych swoich wyczynów sportowych. Nie złamało nas to, co spotkało nas na trasie. Udało się wyjść cało z niebezpiecznych sytuacji (przez tyle lat biegania nigdy nie spotkało nas nic bardziej niebezpiecznego!).

Samą imprezę szczerze polecam, podobnie jak zwiedzanie Bukowiny (malowane klasztory!) i Rumunii. Nieprędko tam pojedziemy, ale nadal jesteśmy w tym kraju zakochani.

Minęły dwa tygodnie. Erka dawno już wróciła do formy. Daniel jednak wciąż pogrążony w melancholii. Chyba powinniśmy byli go w tej Rumunii zostawić.

Romania Electric Tour

Elektryczne wakacje – w trakcie wyjazdu padła elektryka w samochodzie, stąd nazwa. W efekcie przez kilka dni nasze nerwy były pod napięciem. Od strony formalnej wyglądało to tak:

28.07. czwartek – wyjazd ze Stalowej Woli.

Nocleg: namiot w lesie nad malutką wioską Handulu Ilbei w okolicy Baia Mare.

29.07. piątek – cerkwie marmaroskie: Surdesti, Plopis i Rogoz.

Odebranie pakietów startowych na bieg w Kimpulungu Mołdawskim.

Nocleg: pensjonat w Sadowej.

30.07. sobota – bieg Bucovina Ultra Rocks, trasa Lady`s Rocks, 48 km / + 3100m. Sukces sportowy bardzo umiarkowany.

Nocleg: Sadowa.

31.07. niedziela – muzeum jajek, Vama.

Malowane klasztory: Woroniec i Humor.

Nocleg: Dom Polski w Pleszy.

01.08 poniedziałek– kopalnia soli w Kaczyce.

Monastyr w Arbore.

Suczawa: zamek i monastyr Jana Nowego.

Nocleg: pastwisko nad Clit (miejscowość, gdzie pochowany jest Jakub Szela).

02.08 wtorek – malowane klasztory Sucewita i Moldowita.

Jezioro Colibita.

Zwiedzanie Bystrzycy.

Nocleg: motel w Bystrzycy.

03.08. środa – cerkwie marmaroskie: Ieud, Barsana UNESCO, Sapanta (najwyższa w Maramureszu). Ważne: religijni powinni zwiedzać Barsana Complex, turystyczni Barsana UNESCO.

Wesoły cmentarz w Sapancie.

Nocleg: łąka przy wałach powodziowych w Csengersimie (Węgry).

04.08. czwartek – Zempleny, wycieczka górska Pusztafalu – Nagy Milic – Pusztafalu, 14 km / + 600 m, w tym odcinek przez Tolvay-Hegy 750 m / + 250.

Zamek w Fuzer.

Nocleg: namiot, plantacja czarnego bzu na wzgórzach nad Mikohazą.

05.08. piątek – zalew Domasza, Słowacja.

Pogórze Ondawskie, wycieczka Krasni Brod – Zaruba – Krasni Brod (2,5 godziny).

Muzeum Andy Warhola, Medzilaborce.

Bieszczady, wycieczka na Korbanię.

Nocleg: Korbania, wiata.

06.08 sobota – wschód słońca na Korbani.

Powrót do Stalowej Woli.

—–

10 dni. Trzy osoby i pies.

Koszt wyjazdu: ok. 1400 zł na osobę. Koszt paliwa: ok. 1000 złotych.

Po drodze awaria samochodu (rozrusznik, akumulator).

Mnóstwo wrażeń i emocji.

Fajnie było!

Severska Odyssea: Stopou Strejdy Seraka

PKŻ lubi przygody, PKŻ lubi nowe wyzwania. Skoro zaczęliśmy już osiągać niezłe wyniki w krajowych zawodach dogtrekkingowych, kwestią czasu było kiedy spróbujemy swoich sił za granicą. Wybór padł na Czechy, na zawody Stopou Strejdy Seraka. Polacy mają tam dobrą opinię. Startowali tam już Marzka Janerka i Artur Moroń, Marzka nawet wygrywała. My natomiast zupełnie nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać.

Od początku wiedzieliśmy, że będzie inaczej niż w Polsce. Kategorie startowe w Czechach są przesunięte w stosunku do polskich. Nasz MID25 to u nich MINI. Polski LONG40 (od trzech lat nie rozgrywany z powodu braku chętnych) dla południowych sąsiadów jest MIDem. Czeski LONG to 80 – 100 kilometrów. Nigdy nie zgodziłbym się, aby Erka biegała taki dystans. To zbyt długi dystans, to mordowanie psa. Są jednak psy, które spokojnie dają sobie radę z takimi kilometrami, lepiej nawet od swoich właścicieli.

Jest jeszcze jedna różnica: w Polsce jest kategoria zespołowa, a w Czechach można startować tylko indywidualnie. Jest jednak wyjątek, który nazywa się „doprovod”. To asystent biegnący bez psa, który może pokonać całą trasę. Jego prawa są mocno ograniczone: nie może w żaden sposób pomagać zawodnikowi z psem, z wyjątkiem samej obecności i rozmowy, nie jest też klasyfikowany na mecie. Może pilnować mapy. Jest też ograniczenie: zawodnicy z podium mają biec bez doprovoda. Jeżeli zrobią inaczej, mogą spodziewać się kary.

Od początku chcieliśmy pobiec razem. Bałem się, że PKŻ w górach zginie jak babka w Czechach i wymogłem na niej start wspólny. W tym momencie jednak wiedzieliśmy, że szanse na podium są minimalne, że zostaniemy ukarani. Chcieliśmy więc po prostu dobrze pobiec i przy okazji dobrze się bawić. Zgłosiliśmy się na MID, 47 kilometrów. Planowaliśmy zrobić całość w 9 – 10 godzin.

W piątkowy wieczór zameldowaliśmy się w Lipowej – Łaźniach w Rychlebskich Horach. Od pierwszego spojrzenia urzekła nas atmosfera: baza zorganizowana była w centrum narciarskim. Dla uczestników zorganizowane było pole namiotowe. O 21.00 odprawa. Niewiele zrozumiałem, ale mapa i itinerar wystarczyły. Na mapie nie było naniesionych punktów kontrolnych, ale można je było przerysować z mapy wzorcowej. Bardzo miłym gestem było przetłumaczenie itinerara na język polski. Organizatorzy dbali, abyśmy czuli się dobrze.

Start o siódmej rano. Atmosfera luźna, bez adrenaliny. Tego akurat trochę mi zabrakło. PKŻ wyrywa do przodu razem z czołówką, ja lecę 200 metrów z tyłu. Po kilku kilometrach doganiam ją. Biegnie jako trzecia, nieźle. Trasa idzie głównie po szlakach turystycznych. Od czasu do czasu pojawiają się odcinki nieznakowane, trzeba więc być czujnym. Na punktach kontrolnych perforatory. Punkty postawione prawidłowo, nie ma żadnych problemów z namierzeniem ich. Nie ma też bzdurnego, a popularnego w Polsce, spisywania haseł. Drugi PK fajniutki: to „żiva kontrola”, zaopatrzona w piwo i rum. Korzystam z okazji, rum pyszny!

Potem podbieg na Seraka i zaraz za nim na Keprnika 1423 m npm. A może raczej podejście, gilgamy się ponad 800 metrów w górę. Potem jest już łatwiej, mamy przed sobą kilka kilometrów zbiegu. Ten zbieg okazuje się być pułapką: nie zauważamy miejsca, gdzie nasz szlak dyskretnie skręca na bok. Dokładamy sobie ponad kilometr. Powrót zajmuje 10 minut, wyprzedza nas kilka osób.

Druga połowa trasy jest już prosta. Czujemy się dobrze, więc delikatnie przyspieszamy. Teraz my wyprzedzamy kilka osób. Po drodze zaliczamy widok na niedaleki Śnieżnik. Stovka miała go na swojej trasie. My musimy trochę poczekać. Może uda się zaliczyć go pod koniec sierpnia na mistrzostwach świata w rogainingu. Widoków niestety nie było dużo, Rychlebskie Hory są w większości zarośnięte lasem.

Na metę PKŻ wchodzi czwarta. Dystans 49 km / + 1900, nasz czas: 8.23. To dużo lepiej od oczekiwań. Jest forma!


Podobało nam się. Trafiliśmy na dobrze zorganizowaną imprezę, w miejsce spotkania mocno zakręconych swoją pasją ludzi. Czuliśmy się tam doskonale.

Boss Gejza Soky & Team: bylo to dobre! Vratime se k vam!


Koniec był jak z czeskiego filmu. Chcieliśmy wracać w niedzielę po oficjalnym zakończeniu. Wsiedliśmy do samochodu. Przekręciłem kluczyk w stacyjce i… nic. W nocy zostawiłem zapalone światło w środku i „vsechno zdechlo”. Ruszyłem do organizatora hledat kogoś z kablami rozruchowymi. Zawróciła mnie PKŻ. Kolega z samochodu obok miał ten sam problem, ale znalazł już ratunek. Grzecznie poprosiłem o pomoc. Okazało się, że jestem… trzeci w kolejce. Trzy akumulatory w samochodach stojących obok siebie rozładowały się jednocześnie tej samej nocy. Nie mam pojęcia, jak to skomentować, ale było to dość niezwykłe!

LOP, co popsuł wszystko

Na początku wpisu musimy cofnąć się o pięć lat. Rok 2017, Jaszczur Kresowe Bagna. Impreza niezgodna z normami PMnO, która od strony sportowej rozpadła się w proch i pył. Napisałem wtedy bardzo ostrą relację, w której wyszczególniłem wszystkie błędy organizatora. Na Facebooku pozwoliłem sobie na kilka mocnych komentarzy na jego temat. W efekcie Malo nałożył na mnie zakaz startów w Jaszczurach do odwołania. Dodatkowo dostałem ustne upomnienie od sędziego głównego PMnO. O karze dla organizatora nieudanej imprezy nie słyszałem.

Po czterech latach Malo wyciągnął do mnie rękę i odwołał zakaz. Postawił jednak warunek: mogę startować, ale nie wolno mi napisać relacji. Propozycję zignorowałem.

Minął kolejny rok. Organizator zapowiedział Jaszczura na terenie Małopolskiego Przełomu Wisły. Raz: blisko miejsca mojego zamieszkania. Dwa: wypadło mi w tym roku z kalendarza kilka planowanych startów, a punkty gdzieś zdobywać trzeba. Trzy: to wyjątkowo malownicza okolica. W efekcie zapisałem się. Pozostała kwestia napisania relacji: teoretycznie mam zakaz. Rzecz w tym, że jest to zakaz pozbawiony jakiegokolwiek umocowania prawnego. Zakaz godzący w wolność słowa, jedną z konstytucyjnych wolności. Co w takim razie? Pieprzyć zakaz, najwyżej Malo znowu mnie zdyskwalifikuje na kolejne pięć lat!

Postanowiłem sobie, że na zawodach będę grzeczny, miły i sympatyczny. Że nie będę głupio komentował ani czepiał się. Że będę starał się być możliwie obiektywny. Zaplanowałem, że na trasie będę dwanaście godzin (limit dziewiętnaście) i nie będę zwracał uwagi na aspekt sportowy imprezy.

Początek był fatalny, dwóch pierwszych punktów szukałem zupełnie nie tam, gdzie były. No i nie znalazłem ich. Od trzeciego poszło już lepiej. Ogólnie fajnie było, trasa prowadziła przez sady owocowe i pola chmielu. Potem pojawiły się wzgórza. Ładnie było i przyjemnie. Na punktach dominowały zadania rysunkowe. Muszę się do czegoś przyznać: lubię te malowanki (Malo-wanki?). Odstresowują mnie.
A potem jednego z punktów nie było. Spotkałem grupę sześciu panów biegających w tę i we wtę w poszukiwaniu. Od razu uznałem, że jeżeli sześciu kumatych nie znalazło, to ja też nie znajdę. Wpisalem w kartę BPK (brak punktu kontrolnego). Później w bazie chodziła plotka, że Malo ten punkt rzeczywiście źle postawił. Nie wiem, ale czuję tu pułapkę. To byłoby zbyt banalne.

Tu dygresja: abstrahując od Jaszczura: jeżeli punktu przez pół godziny szuka sześciu gości, którzy coś tam potrafią, to ten punkt nie jest trudny. On jest albo postawiony źle albo bezmyślnie.

Tak samo zbyt banalne byłoby narysowanie kapliczki jako „najstarszego obiektu sacrum”. Tam też czułem, że coś jest nie tak. Szukaliśmy czegoś, ale nie wiadomo czego i nie wiadomo jak starego. Prawidłowe wykonanie tego zadania wydaje się niejednoznaczne.

Potem zrobiło się naprawdę ładnie. Dotarliśmy do skarpy nad Wisłą. Po drugiej stronie rzeki stał zamek w Janowcu. Rysowaliśmy go dwa razy. Pięknie było.

Chwilę później zawody dla mnie skończyły się. Czekała na nas Linia Obowiązkowego Przejścia. Najpierw musieliśmy ją namierzyć. Okazało się, że była gdzieś głęboko w środku nieprzebieżnego, a nawet nieprzechodniego lasu. Nie prowadziła do niej żadna ścieżka, tylko same chaszcze. Podobno była oparta o jakiś wątły rów. Bez sensu kompletnie. Pół godziny namierzania, by być 30 metrów od punktu w głębokich krzakach bez sensownego dojścia, „linii obowiązkowego przejścia”. Sorry, ale za stary na to jestem. Odpuściłem.

Oczywiście kilku czytelników stwierdzi, że jestem już stary (sam to przed chwilą napisałem) i mam słaby charakter. Że oni daliby radę. Dla nich mam eksperyment: wyobraźcie sobie, że ta LOP-ka była naprawdę fajna. Że wprowadzamy przepis, że na każdych kolejnych zawodach na trasie ma znaleźć się taka LOP. Jak sądzicie, jaki miałoby to wpływ na popularność PMnO? Pozytywny czy negatywny? Mam przeczucie, że po kilku miesiącach nikt nie chciałby już startować w rajdach.

Mam też pytanie do tych, którym się podobało: znaleźliście tę LOP-kę sami czy w grupie? Według regulaminu powinniście poruszać się po trasie samodzielnie. Gdybyście byli sami to też znaleźlibyście? Ile zajęło by to czasu?

Potem były jeszcze obrzeża Kazimierza. Fajniutki był statek zaparkowany na łące przy domach. Cudny, przecudny surrealizm, kocham takie widoki.

Ostanie punkty odpuściłem, wróciłem do bazy. Niemiła niespodzianka: skrócona trasa do bazy na mapie została zadrukowana innymi treściami. Trzeba było zrobić kilka kilometrów bez mapy, „na pałę”.


Co myślę o tym Jaszczurze? Mam ambiwalentne uczucia. Z jednej strony Jaszczur to fantastyczna GRA TERENOWA, w swojej kategorii prawdopodobnie najlepsza w kraju. Można mieć z niego mnóstwo radości, świetnie bawić się przy okazji poznając miejsca gdzie w innych okolicznościach nigdy nie dotarlibyśmy. Ale…

Ale Jaszczur nadal funkcjonuje jako sportowa rywalizacja. I tu mamy kłopot, bo w tej kategorii wypada nadal tragicznie. Owszem, jakoś tam spełnia normy PMnO, ale nadal zbyt wiele na nim uznaniowości i błędów. Ciekawy jestem na przykład dlaczego mój wynik to 3420 pp, skoro z moich wyliczeń wyszło 3900.

Powoli zaczynam jednak widzieć problem w innym miejscu niż do tej pory. Malo nie zmieni ani siebie, ani swojej imprezy. Ma swoją wizję. Jednym ta wizja podoba się, innym nie, kwestia gustu. On tylko konsekwentnie ją realizuje. Prawdziwy problem widzę w tym, że Kapituła PMnO uznaje Jaszczura za imprezę sportową. Nie wiadomo dlaczego i po co. Jednocześnie ta sama Kapituła nie dopuszcza do pucharu rogainingu 24h. Tu w kieszeni nóż sam mi się otwiera…

Warto zastanowić się, jak ma wyglądać przyszłość PMnO. Czy ma pójść w stronę sportowej, jasno określonej przepisami rywalizacji czy też w stronę amatorki. Sytuacja, gdy jest przyzwolenie na obecność w pucharze Jaszczura, a rogaining 24 h nie jest w ogóle brany pod uwagę jest absurdalna.

W zeszłym roku szerokim echem odbiła się rozmowa dwóch zawodników BnO, a jednocześnie byłych zwycięzców generalki PMnO. Szydzili w niej z mentalności ludzi obchodzących dookoła po kilkadziesiąt drzew, by znaleźć kartkę papieru na tym jedynym właściwym. W nawigacji sportowej to nie do przyjęcia. Zabolało, odzew był spory, kilka osób gwałtownie zaprotestowało. Minęło kilka miesięcy i co? Jaszczur po staremu, Roztoczańska katastrofalnie, Skorpion poniżej poziomu. Tamci dwaj mieli rację. Niestety.

Warto nad tym pomyśleć, zastanowić się, dlaczego PMnO dla zawodników BnO jest tak nieatrakcyjne, że sobie z nas publicznie szydzą.

A jak komuś nie podoba się to, co napisałem, to niech mnie zdyskwalifikuje na kolejne pięć lat.

Dwa kilometry od zwycięstwa

Początek był jak z filmu Hitchcocka. Równo o północy ruszyliśmy z bazy w Kraśniku Fabrycznym. Jakiś lokalny biegacz uświadomił mi, że wypustka na mapie, za którą znajdował się pierwszy punkt kontrolny to cmentarz. Miłośnicy horrorów wiedzą, że północ to idealna pora do zwiedzania cmentarzy. Kto pobiegł przez miasto, ten nie miał już innej drogi. Cały peletonik zrobił rundę miedzy nagrobkami, by zobaczyć, że z drugiej strony… nie ma wyjścia. Wszyscy musieli skakać przez płot. Podobno ktoś był za ciężki i któreś przęsło nie wytrzymało.

Przed Roztoczańską 13 zainwestowałem w sprzęt. Zaopatrzyłem się w specjalne okulary do biegania na orientację. Takie szpanerskie, z dziurami na oczy. Samym wyglądem dodają +1 do wszystkiego. Nie dość, że wyglądają, to jeszcze działają! Sprawdziły się w nocnych warunkach, po raz pierwszy od dawna dobrze widziałem mapę!

Sytuacja na trasie wyklarowała się dość szybko. Z przodu biegli Łukasz Siejko, Marcin Kowalik i Jeszcze Trzej/Dwaj. Kilka minut za nimi podążaliśmy, czasem razem, czasem osobno, ja i Zenon Lulek. Czołówkę doganialiśmy na trudniejszych punktach. Takich jak np. PK 16 na 21. kilometrze. Wąwóz, miejsce ewidentne, a musieliśmy czesać ponad pół godziny. Po odnalezieniu wydawało się, że źle stoi. Analiza na mecie wykazała, że stał tam gdzie powinien, ale… zmienił się przebieg dróg doprowadzających na punkt. Ten wąwóz miał prawie dwa kilometry długości. Można go było postawić w miejscu, gdzie teren zgadzał się z mapą, można było dać opis, po której stronie wąwozu stoi. Tak jak było, było bez sensu.

Po 31. kilometrach spotykam Adama Kwiatkowskiego. Adam był moim kandydatem do zwycięstwa i to z dużą przewagą nad resztą uczestników. Teraz siedział na poboczu i wyglądał marnie. Nie wiem, co się stało, podejrzewam kontuzję, bo w wynikach ma zaliczoną tylko połowę punktów.

Mniej więcej w tym samym momencie zacząłem widzieć pierwszych zawodników biegnących z przeciwnego kierunku. Mieli do mety dalej niż ja, zdałem sobie sprawę, że walka o podium rozgrywa się miedzy tasującymi się grupkami z naszej części biegu.

Przede mną był Zenek i Jeszcze Czterech. Nie uciekli daleko, nie więcej niż na 5 – 6 minut. Zenka dogoniłem pierwszego. Jeszcze raz kilka kilometrów razem, tak jak kiedyś w rajdowych czasach, by w stosownym momencie wybrać własne warianty. Ponownie spotkaliśmy się za PK 4. Zenek biegł z Łukaszem, pozostali trzej zostali gdzieś z tyłu. Tyle, że ja już punkt zaliczyłem, a oni mieli do niego jeszcze 400 metrów.

To oznaczało jedno: jestem liderem! Prowadzę! Zostały już tylko trzy punkty do zrobienia i za godzinę wejdę na metę pierwszy. Jestem najlepszy, rarara – rarara, I`m a King, rarara…

Czuję jak rosną mi skrzydła. Lecę jak wariat na PK 2. Pojawia się jednak mały problem. Jeszcze przed imprezą, widząc rozświetlenie punktu powiedziałem organizatorowi, że tam będzie ciekawie. Wykrakałem. Punkt był opisany jako „dół”, na mapie narysowany był taki jeden. W terenie zaś dołów było kilka, choć nie całkiem tam, gdzie na mapie, we wskazanym punkcie zaś były rowy. Czy rów to też dół? A jeżeli tak, to który jest właściwy? Chodzę sobie w tę i z powrotem, szukam i nic. W międzyczasie przybiegają Zenek z Łukaszem i znajdują punkt…

Dobra, nie pękam, lecimy dalej. Przy płocie okalającym fabrykę łożysk taktycznie czaję się z tyłu. Chłopaki idą powoli po mocno zarośniętej ścieżce, a ja za krzakami wypatruję ścieżkę przebieżną. Po cichutku przemykam bokiem przez zarośla i rura do przodu! Nie zauważyli mnie, znowu lecę jak wariant, na kilometrowym odcinku robię 200 metrów przewagi. Znowu I`m a King rarara – rarara!

PK 1, skrzyżowanie. Od drogi odchodzi jakaś ścieżka w bok, zaraz będzie punkt. Biegnę 200 metrów, droga kończy się, skrzyżowania nie ma… wracam, okazuje się, że skrzyżowaniem było coś, co wyglądało jak zatoczka parkingowa. Organizator mówił o tym na odprawie, wystarczyło zapamiętać. Co za porażka, Łukasz jest już sto metrów przede mną.

Teraz kawałek przez miasto. Łukasz wciąż jest w zasięgu wzroku. W jedną z uliczek wbiega pod kątem prostym. Lecę na ukos miedzy ogrodzeniami. Nagle droga kończy się w jakimś warsztacie samochodowym. Nie zastanawiam się, skaczę przez płot i biegnę dalej. Mały labirynt między ogrodzeniami, wybiegam na ulicę i … mam Łukasza. Dopadłem go, teraz mi już nie ucieknie. Mam nad nim przewagę psychiczną, jestem przecież King, rarara – rarara. Został już tylko ostatni punkt na bagnie i meta.

zaciemnienie

(przerwa na reklamę)

Pięć minut później: siedzimy z Łukaszem w bagnie po kostki. Naokoło pokrzywy po pas, a komary próbują wyssać z nas całą krew. Niby szukamy punktu, ale nie wiemy, gdzie jesteśmy. Goniąc Łukasza nie patrzyłem na mapę. On uciekając przede mną też nie patrzył. W efekcie wbiliśmy się w mokradła w złym miejscu.

Namierzamy się jeszcze raz. Nie wiemy jednak, czego szukamy. Opis „bagnisko” niewiele nam mówi. Bagno jest wszędzie naokoło. Chodzimy w tę i z powrotem i nic. Wychodzimy na suchy ląd, namierzamy się jeszcze raz. Wyrzuca nas w to samo miejsce. Mamy dość. Łukasz ostatni raz wchodzi w mokradła i po chwili słyszę „jest”. Nie z bagien, tylko z polanki kilka metrów obok nas. Można było nazwać ten punkt różnie: bobrowa polanka, koniec drogi, granica suchego lub podmokłego terenu. Miejsc bardziej zasługujących na opis „bagnisko” w pobliżu było tysiąc, ale nie to!

Straciliśmy 50 minut. Przegraliśmy.

Kto w takim razie wygrał?

Zaraz za nami truchtał Zenon Lulek. Najlepszy nawigacyjnie z nas. Perfekcyjnie wbił się w drogę na bagno, zaliczył punkt i pobiegł w stronę mety. Zabawne, w ogóle nie wiedział, że jest pierwszy.

To byłby piękny koniec, ale…

Zostało jeszcze Tamtych Trzech. Na bagnie byli chwilę po Zenku. Dwaj z nich to klasyczni biegacze, jeden miejscowy, z Kraśnika. Widząc dobrze znane sobie miasto podkręcili tempo. Pierwszy odpadł Marcin Kowalik. Zwolnił i… odpłynął. 300 metrów przed metą głowa odmówiła posłuszeństwa. Kompletnie zagubił się i poszedł w przeciwną stronę. Zanim połapał się gdzie jest minęło 40 minut.

Zostali Jeszcze Dwaj. Gdy zobaczyli Zenka pocisnęli jeszcze mocniej. Minęli go gdzieś na blokowisku i spokojnie wbiegli na metę. Tam Sebastian Banaś i Piotr Matacz dowiedzieli się, że są zwycięzcami.

Złoto!

Jakoś nie leżał nam ten Sanok. Trzy lata temu PKŻ nie wyrobiła sie w limicie longa. Rok temu ja byłem drugi, ale dałem się głupio zdyskwalifikować. Oboje mieliśmy coś do udowodnienia. W kolejnych mistrzostwach Polski w dogtrekkingu wystartowaliśmy więc razem.

Kategoria startowa nazywała się „rodzinna”. Pierwsze skojarzenie to trasy rodzinne na rajdach pieszych czyli… rekreacja. Kto tak myśli popełnia błąd. To kategoria zespołowa z ograniczeniem: wystartować mogą osoby będące bliską rodziną lub mieszkające z psem. Taki dodatkowy smaczek, aby budowanie zespołów nie było zbyt proste.

Dystans: do wyboru mini 15 km i midi 25 km. Kiedyś były jeszcze czterdziestokilometrowe longi, ale dziś brak chętnych na te kategorię. Wybraliśmy mini. Znamy swojego psa. W midi dałby sobie radę, ale… niewiele więcej. Erka jest szybka, ale ma problem z utrzymaniem tempa na dłuższym dystansie. Uznaliśmy, że najlepiej wypadniemy na krótkim dystansie.

Celowaliśmy w podium.

Nie! Nieprawda! Celowaliśmy w złoty medal! Zakładaliśmy, że zrobienie trasy poniżej dwóch godzin da medal, ale nie wiadomo jakiego koloru.

Start: wspólny dla wszystkich dystansów i kategorii. Ponad 70 psów. Uwielbiam ten moment. Psy nakręcają się nawzajem i szczekają. Nawet krzycząc nie da się zamienić dwóch słów z drugą osobą. Wszystko zagłusza psi hałas.

Chcieliśmy spokojnie rozpocząć, bez forsowania tempa zwłaszcza na pierwszych kilometrach. Niech inni się wyszaleją, my mamy lecieć spokojnym równym tempem. Przyspieszyć mieliśmy w drugiej części trasy, na zbiegach. Z tym „spokojnie” to wyszło tak sobie, pierwszy kilometr poszedł w 4.35 pod górkę, a PKŻ z Erką i tak były 50 metrów z przodu. Przed nami było ponad dziesięć osób. Pytanie brzmiało: ile z nich startuje w naszej kategorii.

Po pięciu kilometrach dogoniliśmy zespół z naszej kategorii. Jakiś czas trzymali się blisko nas, by zostać z tylu i zniknąć już na stałe. Co jakiś czas mijaliśmy się z trzema panami. Wyskakiwali nam zza pleców, uciekali, a po kilku kilometrach… znów wyskakiwali zza pleców. Są w dogtrekkingu elementy nawigacji. Dla nas było łatwo, bardzo łatwo, ale nieobyci z orientowaniem się w terenie potrafili się pogubić.

Po drodze Erka zalicza każdą napotkaną kałużę. W każdej musi się wytaplać. Mam wrażenie, że jest jednym z niewielu psów, które tak się zachowują. Inne biegną posłusznie za właścicielami i nie tracą czasu. Może jednak nie jest to strata czasu? Pies schładza się i ładuje bateryjki, by mógł dłużej szybko biec.

Wujskie: wieś w dolinie, punkt odżywczy. Dowiadujemy się, że przed nami biegnie jedna kobieta. Sama czy w zespole? Nie wiadomo. ale… z researchu który zrobiłem wynikało, że jedna z zawodniczek powinna biegać szybciej niż my. Do mety jeszcze sześć kilometrów w dół, czujemy, że będzie dobrze.

Dobiegamy do przedmieść Sanoka. Koniec już blisko, już nic się nie zdarzy. Tak samo musiał myśleć napotkany zawodnik, który biegł w przeciwnym kierunku. Przegapił punkt kontrolny i stracił medal, może nawet złoty. Niespodzianka trafia się także nam. Asfalt nagle kończy się. Sprawdzam mapę: jesteśmy tuż nad metą, na stromym wzgórzu, gęsto zabudowanym. Jeżeli zawrócimy, stracimy sześć minut. Jeżeli zaatakujemy na wprost, możemy nie znaleźć przejścia.

Świat należy do odważnych, idziemy na wprost. Między ogrodzeniami znajdujemy wąską ścieżkę na dół. Minutę później wchodzimy na metę. Pierwsi! Wygraliśmy!

Trasę 15,9 km / + 450 zrobiliśmy w 2.04. Oznacza to, że pobiegliśmy dwie minuty lepiej od planu.

Fajnie być mistrzem kraju. Miałem już kiedyś medal za mistrzostwa w rogainingu, ale srebrny. Złotego jeszcze nie.

Wygraliśmy zespołowością. W pierwszej kolejności brawa należą się Erce. Znaleziony na ulicy kundelek ze schroniska ograł psy rasowe. Erka nie jest ani najszybszym, ani najsilniejszym psem w stawce. Wygrywa sercem do walki.

Drugi element zespołu to PKŻ, kolejna kobieta po przejściach. Ma za sobą 16 miesięcy walki z ciężką chorobą. Jeszcze na dziewięć tygodni przed zawodami leżała na stole u chirurga. Historia jak z Lance`m Armstrongiem, tylko ładniejsza. Imponujące!

Trzeci element to trenejro Hiu. Ustawił żonie plan treningowy, ustalił strategię i taktykę. Na koniec pobiegł i popilotował. Jak chce to potrafi.

Ujadające Okratki to my!

Rządzimy!


Do trzech razy sztuka

Jak długo można czekać na imprezę sportową? Miesiąc? Dwa? pół roku? A może dłużej… Dwa lata? Trzy?

Trzy lata czekaliśmy na Czarne Korno – Siłę Kornolisa. Zawody miały odbyć się dwa lata temu. Chwilę przed imprezą przyszła pandemia i świat się zatrzymał. Rok później nie było lepiej, zawody były odwołane po raz drugi. Dopiero trzecia próba zorganizowania rajdu była udana. Po trzech latach oczekiwania zawitaliśmy do Ciężkowic.

Czym różni się Czarne Korno od innych zawodów na orientację? Pewien klasyk powiedział kiedyś, że „nie interesuje go prymitywne przybijanie lampionów”. Podobną optykę przyjęli budowniczowie trasy, Barbara i Grzegorz Czarni, znani jako Aramisy. Zbudowali autorską trasę, wykorzystującą niemal wszystkie możliwe atrakcje jakie oferował im teren. A jest ich tam mnóstwo.

Dodatkowym smaczkiem są nietypowe punkty kontrolne. Oprócz klasycznych lampionów mieliśmy do czynienia także z wierszowanymi zagadkami oraz „kamratami”. Kamrat to coś w rodzaju punktu stowarzyszonego, ale klasyczny stowarzysz to punkty karne, a kamrat to punkty… bonusowe.

Zagadki teoretycznie były proste, każdy powinien je bez problemów rozwiązać. Ale… Ale przy jednej z nich PKŻ uświadomiła mi, że właśnie wpisuję w kartę startową błędną odpowiedź. Dało się zepsuć? dało! Przekonał się o tym Bartek Karabin, który przez złą odpowiedź stracił pierwsze miejsce.

Co do kwestii formalnych: forma rozegrania zawodów: rogaining. Trasy piesze i rowerowe 7, 12 i 24 godziny. Dodatkowo trasa rodzinna.

Wystartowaliśmy z PKŻ na TP7. Naszym celem był mocny trening przed imprezą docelową tydzień później. Nie powalczyliśmy jakoś szczególnie, obyło się bez sensacji i dramatów. Żeby inni żałowali, że nie byli napiszę, że zobaczyliśmy: wodospad, kilka punktów widokowych, cztery cmentarze wojenne, cmentarz żydowski, miejsce pamięci, ładne źródełko, kamieniołom, molo, wieżę widokową i diable boisko. Razem szesnaście puntów kontrolnych. Wszystkich było sto. Sto. STO!

Zobaczyliśmy szesnaście punktów ze stu. Mam straszny niedosyt, tyle mapy się zmarnowało, chciałbym zobaczyć jeszcze pozostałe osiemdziesiąt cztery.

(Hiu, jak ci tak żal, to na drugi raz zapisz się na trasę rowerową. Tam jeden z kolarzy zaliczył około siedemdziesięciu punktów)

Nawigacyjnie było łatwo, nawet bardzo łatwo. Idealna impreza dla mnie, ale sprzed kilku lat. Kluczem do zwycięstwa były szybkie przeloty asfaltami (mnóstwo asfaltów. Inaczej niestety się nie dało, Pogórze Ciężkowickie mimo swej urody jest terenem zalanym asfaltem) oraz wybór właściwej kombinacji punktów. Jak ważne było to kombinowanie? Trzeci Bartek Karabin miał na liczniku 63 kilometry, drugi Piotr Leja tylko 53, a zwycięzca Tomasz Domin wyrobił się w… 47 kilometrach.

Czy coś poszło nam z PKŻ nie tak? Oczywiście! Nasz pierwszy punkt, Wodospad Czarownic zaliczaliśmy od góry! Szlakiem byłoby zbyt banalnie. Gdy zobaczyliśmy kasę przy wejściu na szlak, upierniczyło nam się, że żaden punkt nie stoi przy płatnym szlaku. Poszliśmy wiec górą i szukaliśmy… skały, bo jeszcze nie załapaliśmy, że czerwone napisy to opis punktów. Nie tylko my tak mieliśmy, bo była nas tam większa grupa. Weszliśmy w las i nagle zrobiło się stromo. Im bliżej punktu tym stromiej. Dobrze, że w którymś momencie odpuściliśmy i poszukaliśmy drogi naokoło, bo mogły być ofiary w ludziach. Straciliśmy jednak czas, jakieś piętnaście minut.

Efekt finalny: ja na początku drugiej dziesiątki, ale PKŻ druga. Rozpisaliśmy jej fajny plan treningowy i szybko wraca do formy. Efekty mamy nadzieję zobaczyć już za kilka dni.

A na Czarne Korno wrócimy z wielką przyjemnoscią. Mamy nadzieję, że kolejne odbędzie się wcześniej niż za trzy lata.