Najlepsi w PMnO: TP 100 M

Dziś podsumowanie królewskiej konkurencji pieszych maratonów na orientację: TP 100 M. Ponieważ panów traktujących rywalizację w sposób sportowy zawsze było więcej niż pań, postanowiłem przyznawać punkty piętnastu osobom za każdy sezon. Zawodnicy otrzymywali kolejno: 25, 20, 15, 12, 11, 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2 i 1 pkt.

1Michał Jędroszkowiak241
2Buchajewicz Andrzej137
3Witczak Przemysław95
4Więcek Maciej90
5Kaczmarek Stanisław72
6Hippner Marcin68
7Borowiec Krzysztof67
8Fudro Edward63
8Kędziora Robert63
10Eibl Andrzej61
11Pietrzak Mariusz57
12Krasuski Marcin54
13Noga Witold53
14Herman – Iżycki Leszek52
15Szaciłowski Piotr42
16Bujakiewicz Gabriel37
17Baszczak Mirosław35
18Parzybut Jan32
19Klapka Michal30
19Fałowski Rafał30
21Korpula Grzegorz29
22Pryjma Tomasz28
23Glinka Michał25
23Plesiński Mariusz25
23Rycerski Bogdan25
23Skolimowski Adam25
27Janowicz Jacek22
27Podraza Tadeusz22
29Zając Wojciech21
30Kopacz Piotr20

Zwycięzca mógł być tylko jeden: Michał Jędroszkowiak. Zdobył więcej punktów niż zawodnicy z miejsc 2. i 3. razem wzięci. Gdyby najwyżej sklasyfikowany spośród czynnych setkowiczów Przemysław Witczak chciał przeskoczyć go w rankingu, musiałby wygrywać klasyfikację roczną przez siedem lat z rzędu.

Michał najczęściej wygrywał klasyfikację generalną. Zrobił to aż pięć razy. Trzykrotnym zwycięzcą był Andrzej Buchajewicz, dwa razy zrobił to Maciej Więcek.

Jędroszkowiak był nie tylko najlepszym, ale i najbardziej stabilnym zawodnikiem. W pierwszej piętnastce zestawienia meldował się aż 12 razy, z tego jedenaście na podium. Dziesięciokrotnie notowany na liście był Leszek Herman – Iżycki, a dziewięciokrotnie Stanisław Kaczmarek i Mariusz Pietrzak.

Sponsored Post Learn from the experts: Create a successful blog with our brand new courseThe WordPress.com Blog

WordPress.com is excited to announce our newest offering: a course just for beginning bloggers where you’ll learn everything you need to know about blogging from the most trusted experts in the industry. We have helped millions of blogs get up and running, we know what works, and we want you to to know everything we know. This course provides all the fundamental skills and inspiration you need to get your blog started, an interactive community forum, and content updated annually.

Najlepsi w PMnO: TP 100 K

Ranking obejmuje lata 2006 – 2020. Punktuje pierwsza dziesiątka podsumowania za każdy rok. Punkty za kolejne pozycje to 20, 15, 12, 10, 8, 6, 4, 3, 2, 1. Na początek podsumowanie dla pań w konkurencji TP 100.

1Trykozko Anna134
2Horova Magda92
3Klapkova Milada77
4Sochacka Katarzyna67
5Lebioda Maria61
6Giełzak Sabina58
6Małowińska Małgorzata58
8Skolimowska Katarzyna51
9Rosińska Patrycja40
10Welz Dominika33
11Szwaracka Malgorzata32
12Stefańczyk Małgorzata26
12Masiulaniec Agata26
14Truszkowska Kamila22
15Daniluk Natalia21
16Matyjek – Macholla Joanna20
16Porębska Katarzyna20
16Milczarek Dorota20
19Kinowska Katarzyna19
20Owczarz Joanna17
21Duszak Dorota16
21Sułkowska Joanna16
21Zimny Urszula16
24Hajkova Vera14
25Frączek – Bogacka Justyna13

Trzykrotnie wygrywały w podsumowaniach rocznych Milada Klapkova (2006 – 2008) i Maria Lebioda (2014 – 2016). Po dwa razy najlepsze były Anna Trykozko, Katarzyna Sochacka i Sabina Giełzak.

Aż dziesięciokrotnie zmieściła się w pierwszej dziesiątce sezonu Magda Horova. Dziewięć razy udało się to Annie Trykozko.

Hiu 2020

TP 50 orientacja:

9. – Silesia Race, 50 km, Pszczyna

49., przedostatnie– Skorpion, 50 km, Goraj

NKL – Dobra Impreza na Orientację, 50 km, Dobra

1. – Rajd Źródeł Chodelki, rogaining 8 h, Kłodnica Dolna

9. – Tarantula,50 km, Lublin

Orientacja krótsze

1.- Zimowa Poniewierka, 15 km, Brzoza Królewska

5. – Dusiołek Górski, 35 km, Wiśniowa

6. – Bike Orient, 30 km, Miedzierza

14., ostatnie – Operacja Liśc Dębu, 10 km, Mielec

2. – Budzyń, 7 km, Nowa Sarzyna

Dogtrekking:

3. – Jurajski Dogtrekking (zespół z Ewą Skubidą), 25 km,

2 – Sądecki Dogtrekking, 20 km, Szczawnik

Główny Szlak Beskidzki – odcinek Wołosate – Krynica 250 km / 89 godzin

2055 kilometrów w nogach. 12 startów, nie za dużo, nie za mało. Jak na rok covidowy – w sam raz. Około 140 dni na zawodach lub treningach. Prawie 20 wycieczek biegowych w góry. To był całkiem ciekawy rok.

Najlepszy występ zanotowałem na Silesii. Bieg był niezły, nawigacja też. Słabsze miejsce wynikło z bardzo dobrej obsady zawodów. Zaraz potem był występ najgorszy, na Skorpionie. Nie dojechała głowa, kompletnie poległem na nawigacji. Podobnie było na Operacji Liść Dębu. Cóż, z wiekiem głowa zaczyna płatać niespodzianki. NKL w Dobrej wynikał ze słabej nawigacji i tego, że czekałem na starcie na PKŻ. Potem na mecie brakło tych kilku minut.

Zdarzało się też, że wygrywałem głową. Na Rajdzie Źródeł Chodelki było kilku mocniejszych fizycznie ode mnie. Pierwsze miejsce to zasługa idealnie dobranej taktyki. Dość powiedzieć, że na mecie byłem półtorej minuty przed limitem.

Najważniejszą imprezą roku był atak na GSB. Z jednej strony przerosło mnie to. Cel który sobie postawiłem, 519 kilometrów po górach, w 7 dni, był zbyt ambitny. Nie dałem rady. Z drugiej strony – zrobiłem najdłuższą trasę w życiu. Niby porażka, ale czuję dumę ze zrobienia tego odcinka trasy bez żadnego wsparcia.

Nieźle szło mi na lokalnych imprezach. Zwycięstwo w Poniewierce, 2. miejsce w Budzyniu. Szkoda trochę Operacji Liść Dębu, ale czasem muszą zdarzyć się i porażki.

Został jeszcze dogtrekking, sport którego do tej pory nie traktowałem priorytetowo. Tymczasem okazało się, że dzięki PKŻ, która świetnie wytrenowała Erkę, możemy robić bardzo dobre wyniki jako zespół. Może nawet na poziomie medalu mistrzostw Polski. Kolejny sezon może być ciekawy.

Jedynym co martwi, to fakt, że czuję, że z wiekiem słabnę. W tym sezonie w PMnO przechodzę do kategorii weterańskiej, a na GEZNO nawet do starszej weterańskiej. Na treningach biegam wolniej niż rok, dwa lata temu, nie wspominając o dalszej przeszłości. Od dłuższego czasu boli to i owo, i co roku tych obolałych części ciała jest więcej. Ces`t la vi, takie życie. Na szczęście nadal mam różne sportowe plany i marzenia, i choć trzeba je coraz bardziej korygować, to mam nadzieję, że sporo jeszcze przede mną.

2020: PKŻ i Erka

Biegi z psem:

6.   (najszybsza kobieta) – Bieg „Policz się z cukrzycą”, 3 km, Stalowa Wola

5.  (najszybsza kobieta) – 4 Seasons z psem, 25 km, Jaśliska

4. – Turbacz Winter Trail, 21km, Nowy Targ

3. open (2. team, z Hubertem Puką) Jurajski Dogtrekking, 25 km, Kostkowice

1. – Sądecki Dogtrekking, 20 km

Orientacja:

5. – Zimowa Poniewierka, 15 km orientacja

6. – Skorpion, 25 km orientacja, Goraj

8. – Jaszczur Wydzielony Oddział, 25 km, (zespół z Anną Majkowską i Andrzejem Wodzieniem)

… – Dusiołek Górski, 35 km, Wiśniowa

5. – Dobra Impreza na Orientację, 50 km, Dobra

2. – Bike Orient, 30 km, Miedzierza

1. – Rajd Źródeł Chodelki, rogaining 8 h

1. –  (zespół, z Anną Majkowską i Dariuszem Rychlickim ) Jaszczur Graniczna Przełęcz, Komańcza, 25 km

2. – Operacja Liść Dębu, 10 km, Mielec

2. – Budzyń, 7 km, Nowa Sarzyna

W tym roku robimy wspólne podsumowanie dla PKŻ i Erki. Wspólne, bo we wszystkich imprezach biegały razem. Zaliczyły aż 15 startów, co w sezonie covidowym trzeba uznać za świetny wynik.

Dziewczyny pięknie rozbiegały się. PKŻ wytrenowała Erkę, a zarazem w bieganiu z psem znalazła brakujące „coś”. Mimo kilku lat startów i dużego doświadczenia w imprezach ultra, dopiero teraz odkryła prawdziwą sportową żyłkę. Zaczęła grzebać w kalendarzach zawodów i wyszukiwać wszystkie możliwe „psie” imprezy. Pod względem mocy dziewczyny zrobiły wielki postęp. Uczciwie mówiąc to jestem dziś od nich znacznie wolniejszy, tak na treningach, jak i na zawodach.

Zaskakuje dorobek PKŻ w imprezach na orientację. Pięć miejsc na podium to piękny wynik, zwłaszcza, że z nawigacją u PKŻ dawniej bywało różnie. O ile Budzyń czy Operacja Liść Dębu to niewielkie lokalne zawody, to Bike Orient jest imprezą całkiem poważną. Wygrana w Jaszczurze w Komańczy idzie na konto zespołu z Anią Majkowską i Darkiem Rychlickim. Natomiast Rajd Źródeł Chodelki PKŻ wygrała samodzielnie, a to impreza rangi pucharu Polski.

Czas na najważniejsze: biegi z psem. Zaczęło się pechowo. Na dwóch pierwszych imprezach PKŻ była najszybszą kobietą, ale… organizatorzy nie wpadli na pomysł stworzenia kategorii kobiecej. Bo nie i już! Mamy XXI wiek, a niektórzy organizatorzy tkwią jeszcze w XIX nie zauważając, że paniom należy się osobna kategoria.

Potem był pechowy występ na Turbacz Winter Trail, gdzie podium uciekło przez… złe oznaczenie trasy. PKŻ powetowała to sobie na dogtrekkingach Jurajskim i Sądeckim. Na pierwszym wspólnie wbiliśmy się na podium w kategorii open, na drugim udało się jej ponownie być najszybszą kobietą na trasie.

Co dalej z RDS?

Co z RDS-em? Oto jest pytanie. Odpowiedź padnie od razu: jest kiepsko.

Zacznijmy od Irokeza/RDS. Rozmawialiśmy ostatnio z Mariuszem Maryniakiem i nasze wnioski były identyczne: na razie nie da się zorganizować żadnej imprezy z legalnym noclegiem. Stan prawno – epidemiczny nie pozwala. Prawdopodobne nie da się zrobić nic co najmniej do lata. Najważniejszą konkurencją rozgrywaną na I/RDS miał być 24 – godzinny rogaining, mistrzostwa Polski. Zrobienie takiej imprezy bez bazy to narażanie zdrowia uczestników (nie mam tu na myśli pandemii, tylko możliwość zabezpieczenia uczestnikom długiej trasy cywilizowanych i bezpiecznych warunków). Być może Mariusz zdecyduje się na zrobienie Irokeza w lecie, ale jest to pisane palcem na wodzie.

Może w takim razie zwykły RDS? Tu problem polega na czym innym. Moje obowiązki zawodowe ułożone są w taki sposób, że nie ma możliwości, bym zrobił imprezę później niż koniec marca / początek kwietnia. Zwykle był to pierwszy tydzień po połowie marca. Stan prawny na dziś nie pozwala na załatwienie jakiejkolwiek bazy. Jedyne imprezy, jakie mają teraz szanse bytu to baza w rodzaju „stolik i dwa krzesła pod drzewem w lesie”. Latem można tak się bawić. Kto jednak był na RDS w Pruchniku, ten wie, że o tej porze roku jest to pomysł absurdalny.

Niektórzy kombinują z rozmaitymi substytutami zawodów. Klasycznym przykładem jest tu Wilga Orient. Z całym szacunkiem dla organizatorów tej imprezy (naprawdę doceniam determinację), to taka wirtualna rywalizacja mnie nie pociąga. Albo normalne zawody, albo żadne. Z tego powodu zdecydowałem się nie zgłaszać RDS do tegorocznego pucharu PMnO.

Na dziś nie jestem w stanie podać ani daty, ani lokalizacji. Jakaś nadzieja owszem jest, ale realne szanse na to, że zawody odbędą się szacuję na nie więcej niż 20 – 30 %.

Historia pewnego treningu

– Idę na trening do lasu. Podwieziesz mnie?

– …eee… znowu? No dobra, podwiozę…

– Ale ja bym chciała z Atosikiem….

– Nie no, to bez sensu, to nie po drodze.

(Atos – znajomy pies ze schroniska)

– No co ty dzisiaj taki jesteś, Atos siedzi smutny w klatce, a ty stroisz fochy!

– Dobra, pojedziemy po niego.

– Ale przywieziesz nas z powrotem?

– Przywiozę. (ciężkie westchnienie)

– Ale tu nas nie wysadzaj, tu chodzi za dużo ludzi. Zawieź nas do następnego lasu!

– Wrr…

Pojechałem po Atosa. Zawiozłem oboje do drugiego lasu. Wróciłem za godzinę. Odwiozłem Atosa i ją. Wyjeździłem 34 kilometry, żeby zrobili jeden trening!

—–

Spodobało się jej. Już wymyśliła następny trening, 180 kilometrów od domu…


Deszczowy Sądecki

Pobudka znowu o czwartej rano. W sobotę, wtedy gdy ma się wielką ochotę odespać cały tydzień. Wiecie co jest najtrudniejsze w weekendowych wyjazdach w góry albo na zawody? Przebiegnięcie 50 kilometrów? Nie… najtrudniejsze to wstać z łóżka o czwartej rano. Za oknem jeszcze czarno, deszcz ładuje całą mocą w parapet, ciśnienie ze standardowych 120/80 spada o gdzieś połowę. I wtedy trzeba się zebrać i wstać…

Dobra, koniec rozczulania się nad sobą. Wstaliśmy. Pojechaliśmy. Deszcz tłukł się o karoserię, a my jechaliśmy. Tak bardziej na autopilocie niż świadomie, więc przegapiłem zjazd z autostrady. Niechcący dojechaliśmy do Tarnowa. Dalej był jakiś skrót, ale żeby go znaleźć trzeba by zbudzić śpiącą PKŻ. Taki odważny to ja nie jestem. Pojechałem taka trasą, jaką znałem, więc do Szczawnika dojechaliśmy na pół godziny przed startem.

Naszym celem był Sądecki Dogtrekking, na którym mieliśmy biegać na trasie 16+ (chodzi o kilometry, nie wiek uczestników). PKŻ wkręciła się w ten sport na całego. Od czasu do czasu nakręca też mnie, zgłasza nas jako zespół i wtedy muszę biegać razem z nimi. Bo jest jeszcze element najważniejszy czyli Erka.

Dojechaliśmy na miejsce. Było kameralnie, na dwóch trasach ledwie 30 osób. Deszcz dalej padał, ale humory raczej dopisywały. Szybka odprawa i wystartowaliśmy. PKŻ i Erka wydarły szybko do przodu tak, jakby w zespole nie było mnie. Początek wspólnego biegania zawsze jest dla mnie trudny. Przez pierwsze 2 – 3 kilometry są dla mnie za szybkie. Lęcę wypluwając płuca, a one fruną…

Pierwszy punkt wszedł leciutko, ale już z drugim był problem. Typowy dla prawie wszystkich dogtrekkingów, łącznie nawet z mistrzostwami Polski. Imprezy te są robione przez ludzi którzy doskonale znają się na psach, ale niezupełnie doskonale na mapach. Właściwie to czasem zupełnie się na mapach nie znają. Tu, na dwójce symbol punktu zasłaniał dość ważną treść: przy której drodze stoi punkt. Przy każdym kolejnym punkcie trzeba też było zgadywać gdzie punkt stoi: w centrum prostokątnego znaczka, przy którymś z jego boków, czy po prostu gdzieś w pobliżu. A może gdzieś całkiem dalej – jak przy trójce, gdzie punkt stał rzeczywiście przy strumieniu, ale nie tym, co na mapie. Przy kolejnych punktach w losowej kolejności wszystkie te opcje okazywały się prawdziwe.
Dobra, mniejsza z mapą, grunt, że deszcz przestał padać. Żeby jednak nie było za łatwo, na siódemce zgubiłem długopis. Kolejne punkty potwierdzaliśmy robiąc zdjęcia.

Dziesiątka: połowa trasy, najwyżej położony punkt, tuż pod szczytem Runka w pasmie Jaworzyny Krynickiej. Powinien stać przy czerwonym szlaku, ale go nie ma. Prostokąt zahacza o szlak niebieski, ale tam też nie ma punktu. Szukamy na ścieżce w bok – dalej nic. Telefon do organizatora – okazuje się, że to punkt z obsadą sędziowską. Stoją przy szutrówce, 50 m od zakrętu gdzie odbiliśmy w bok. Na milion procent nie tam, gdzie powinni. Op…dalam sędziego, a ten zdziwiony odpowiada, że stoi we właściwym miejscu. Ręce opadają… i nie tylko ręce.

Nie dość, że mapa jest dość, hm.., swobodna, to deszcz znowu pada. Właściwie to leje. Sprężamy się więc i lecimy dalej. Tym razem już bez przygód. Na mecie zamykamy się w samochodzie tak, jak właściwie wszyscy pozostali uczestnicy. Tego dnia pogoda nie była łaskawa.

Mokro, zimno i do domu daleko… Zostało jeszcze zakończenie. Ponieważ zgłosił się tylko jeden zespół, ten nasz, organizatorzy upchnęli nas oboje do kategorii indywidualnych. PKŻ wygrała, a ja… zająłem drugie miejsce. Nieśmiało zasugerowałem, że nie zasłużyłem, bo biegłem bez psa, ale organizatorzy byli zdecydowani, bym dostał nagrodę. Długo nie protestowałem, dają – to biorę.

Tu warto napisać o mocnej stronie dogtrekkingów: nagrodach. Zwykle są to karmy dla psów. Zazwyczaj jest jej mnóstwo. Śmialiśmy się później, że Erka powinna przejść na zawodowstwo, bo dostała tyle karmy, że jest już w stanie sama się wyżywić.

Trzeba jeszcze napisać, że była to pierwsza edycja Sądeckiego Dogtrekkingu. Pewne rzeczy się udały (fajna trasa, atmosfera w bazie), inne niekoniecznie (pogoda, mapa). Trzeba mieć nadzieję, że na kolejnej edycji imprezy wady będą poprawione.

Podsumowując: nie były to jakoś szczególnie mocno obsadzone zawody. Miejsc na podium ani ja, ani PKŻ nie będziemy rozpatrywać w kategorii wielkiego sukcesu. Ważne jest to, że na swój sposób dobrze się bawiliśmy (nawet jeżeli była to zabawa nieco masochistyczna). Dobrze bawiła się też Erka.

Koniec końców fajnie było.

Tarantula

Start zaplanowany był na ósmą rano. Żeby zdążyć musiałem wstać już o czwartej, taka ostatnio tradycja nam się narodziła. Szybkie śniadanie, pakowanie, spacer z psem, potem dwie godziny jazdy i chwilę po siódmej byłem nad Zalewem Zemborzyckim na miejscu startu.

W bazie starzy znajomi ze Skorpiona, Tarantulę organizuje ta sama ekipa. Uczestnicy właściwie też ci sami. Było kameralnie, na TP 50 tylko szesnaścioro chętnych. W ten weekend na południu Polski miały odbyć się trzy pięćdziesiątki na orientację, musiało się to odbić na frekwencji. Po nas startowały jeszcze TP 10 i TP 20. Przed startem każdy dostał okolicznościową chustę. Niby nikt nie biega dla gadżetów, ale każdy bardzo je lubi.

Pierwszy rzut oka na mapę i zdziwienie: będzie łatwo! Skorpion słynie z trudnej nawigacji, tymczasem tu trasa wydawała się bardzo prosta. Zbyt prosta. Gdzieś musiał być haczyk.

Jedynka była banalna. Dwójka wydawało się, że też będzie. Dobiegłem w miejsce, gdzie spodziewałem się punktu i… nic. Pusto. Po chwili przybiegł Bartek Deptuś, za nim peletonik. Szukaliśmy wszyscy, ale punktu nie było. Bartek często trenuje w tych okolicach, zna dobrze teren. Zakomunikował wszystkim, że to na pewno tu. Po paru minutach szukania punkt znalazł się sto metrów dalej. Byłem przekonany, że to stowarzysz, więc go nie podbiłem. Dumnie wpisałem w kartę startową „brak punktu kontrolnego” i pobiegłem dalej.

Do trójki było niedaleko. Tym razem peleton był szybszy. Tam, gdzie spodziewałem się punktu, kilku podminowanych panów biegało w tę i z powrotem. Bezskutecznie, bo punktu znowu nie było. Posprawdzaliśmy okoliczne ścieżki i krzaki. Namierzyliśmy się jeszcze z drugiej strony i nic. Tym razem wszyscy wpisali w karty „BPK”.

Zeszło ze mnie ciśnienie. Do mety jeszcze 45 kilometrów, a karta startowa prawie pusta. Zwolniłem. Poluzowałem. Przestało mi się chcieć.

Ciekawa sprawa, ale właśnie wtedy punkty zaczęły wchodzić. Jeden, drugi, trzeci… Na trasie regularnie mijałem się z dwoma panami, a potem wchodziliśmy na punkty jednocześnie. Czasem brakowało trochę precyzji, np. na PK 6 właściwego dołka szukaliśmy trzy razy. Trochę nie podobało mi się chowanie punktów. Większość stała „nie z tej strony drzewa”, niektóre leżały wręcz na ziemi, przy korzeniach. Nie było jednak trudno.

Przed dziesiątką trochę za długo szedłem przez wieś, mając nadzieję na znalezienie sklepu. W nagrodę zaliczyłem długi przelot przez pole buraków. Po jedenastce w lesie „odkręcił” mi się kierunek. Tu nagrodą był czterokilometrowy przelot po budowanej drodze ekspresowej. Przy dwunastce przypomniało mi się, że zanim zbudowano obwodnicę Lublina, to po drugiej stronie lasu zawsze stały takie milutkie, ekstrawagancko poubierane panie. Ciekawe, gdzie teraz stoją?

Pięć kilometrów przed metą dogoniłem Marcina Stefaniuka. On też nie podbił PK 2. Teraz obaj mieliśmy dylemat: zaryzykować i zostawić wszystko tak, jak stało w karcie czy wrócić na dwójkę i jeszcze raz ją dokładnie namierzyć. Decyzję odłożyliśmy do mety.

Nie oddaliśmy kart! Ku uciesze organizatorów wyszliśmy na trasę jeszcze raz. Nie był to łatwy wybór, w nogach mieliśmy 58 kilometrów, od ośmiu godzin byliśmy na trasie. Decyzja była słuszna! Punkt który uznaliśmy początkowo za stowarzysza był dobry! Nie stał wprawdzie idealnie, był przesunięty o 80 metrów, ale mieściło się to w granicach normy. No i jeszcze mały drobiazg: rano uznałem, że stoi 100 metrów za daleko na zachód. W rzeczywistości był za bardzo przesunięty na… wschód! Sprawdzenie stanu rzeczy kosztowało nas godzinę, dodatkowo zrobiliśmy siedem kilometrów. Satysfakcja ze zrobienia kompletu była jednak bezcenna.

Odrobinę pogdybam: gdybym podbił dwójkę od razu i pobiegł pięć minut szybciej, skończyłbym jako drugi. Podium było w zasięgu ręki. Podjęcie jednej złej decyzji kosztowało mnie spadek na dziewiąte miejsce. Taki już urok biegania na orientację: żeby robić dobre wyniki trzeba podejmować trudne decyzje, ale jedna zła decyzja może zniweczyć szanse na dobry wynik.

—–

Może się tak zdarzyć, że w najbliższej przyszłości znowu będzie problem z organizacją zawodów. Że znowu czekają na nas ograniczenia. Tym bardziej trzeba docenić, że komuś jeszcze chce się organizować zawody. Paweł, Maciek, Artur i reszta ekipy – dzięki za Tarantulę.

Fajnie było!

Miszczur Przełączonego Ogranicznika

Odstawiłem PKŻ do remizy strażackiej w Komańczy i ruszyłem pokowboić. Trochę samochodem, trochę na piechotę. Najpierw do Łupkowa. Wyobraźcie sobie góry, ostatnią wieś i ostatnią asfaltową drogę. Od tego asfaltu odchodzą już tylko szutrówki. Obok jednej z nich idą tory donikąd. Niespodziewanie w dolinie pojawia się dworzec w Łupkowie. Dokładnie w centrum niczego. Taki całkiem spory dworzec, jak w mieście. Zbudowany w czasach Franciszka Józefa. Zdarzyło się kiedyś, że cesarz osobiście tu się pojawił. W książce Jarosława Haszka o wojaku Szwejku zawitał tu też główny bohater. Ale to było dawno, w czasach, gdy góry stanowiły granice między Węgrami i Galicją. Dziś oddzielają Polskę i Słowację.

Idę dalej, na Przełęcz Łupkowską. Przełęcz stanowi granicę między Bieszczadami i Beskidem Niskim. Na samej górze znajduję pierwszy lampion. Jest tak oczywisty, że węszę podstęp. Rzeczywiście, kilkanaście metrów dalej w krzakach wisi jeszcze jeden. Schodzę na słowacką stronę. Podobno mają tu stan wyjątkowy, ale w górach tego nie widać. Schodzę do tunelu kolejowego pod przełęczą. W sezonie turystycznym jeżdżą tędy pociągi z Łupkowa do Medzilaborców (tych od Andy Warhola). Teraz, po sezonie, w tunelu jest cicho i spokojnie. Po drodze zaliczam trzeci lampion. Nieźle mi idzie, zwłaszcza, że nie mam mapy imprezy!

Przy dworcu spotykam Mariusza M., Staszka K. i Leszka H.-I. Oni startują w drugiej, konkurencyjnej imprezie. Nazwy nie podam, bo jej organizator nie lubi, gdy o nim piszę. Leszek i Staszek rysują na kartach startowych rzut od wschodu na resztki obelisku przed dworcem. W ten sposób zaliczam czwarty punkt. Dołączam do kolegów i idziemy na cmentarz. Tam znajduje się kolejny punkt, dla mnie piąty.

Siadam do samochodu i przemieszczam się do Woli Michowej. Na cmentarzu spotykam Adama M. Okazuje się, że jestem na kolejnym punkcie kontrolnym. Adam wysyła mnie na zarośnięty mostek kilkaset metrów dalej. Tam też stoi lampion.

Kolejny cel to cmentarz żydowski w Woli Michowej. Po drodze wpadam na Ryśka P. z kolegą. Od nich dowiaduję się, że zaraz zaliczę kolejne dwa punkty. W sumie mam ich już dziewięć.

Sam cmentarz to bardzo smutne miejsce, czytanie opisu w jaki sposób zgładzono tu 150 osób co wrażliwszym może sprawiać ból. Wszystko przez to, że jeden naród wymyślił sobie, że jest fajniejszy niż wszystkie inne narody. I że z faktu tego wyciągnął wniosek, że może decydować o ich losie.

Dziś w kraju w którym żyjemy coraz częściej można usłyszeć, że Polska i Polacy są fajniejsi niż różni „inni”. Czasami nazywa się to „patriotyzmem”. Warto by wyznawców tej ideologii zaprosić na wycieczkę w miejsca takie jak Wola Michowa. Może choć część z nich zrozumiałaby do czego może prowadzić wcielanie w życie tych teorii.

Idę dalej, do Obelisku Żubra. Upamiętnia pierwsze żubry przywiezione w Bieszczady. Te z czasem rozmnożyły się i zostały już na stałe. Obelisk nieszczególny, ale to kolejny punkt!

Impreza trwa, lecę do Balnicy, do kaplicy i cudownego źródełka. Tym razem nie łapię żadnego punktu, to za daleko. Źródełko ponoć leczy różne choroby, ale jakoś nie odczułem poprawy stanu swojego zdrowia. Widocznie jest przereklamowane.

Jadę do bazy, a tu poboczem idą Marek P. i Jarek Z. Dołączam do nich. Razem łapiemy punkt opisany jako „artefakt”. Szkoda, że nie poszedłem z nimi dalej, bo niedaleko, przy budzie z oscypkami stał jeszcze jeden. Za chwilę dzwoni do mnie Ania P. która startuje w konkurencyjnej imprezie. Potrzebuje zwózki z trasy i uważa, że w roli ratownika sprawdzę się najlepiej. Zakładam więc koszulkę superbohatera i jadę po koleżankę.

Podsumowując: po dokładnym podliczeniu wyszło, że zaliczyłem jedenaście punktów kontrolnych z czterdziestu jeden możliwych. Niby niedużo, wszyscy zaliczyli więcej. Ale oni mieli mapy, a ja nie! Z mapą to każdy potrafi znajdować! Bez mapy poziom trudności zdecydowanie wzrasta. Tym samym przyznaję sobie tytuł Miszczura Ograniczonego Przełącznika!

(Tak nawiasem mówiąc to PKŻ też jest niezła. Na tej imprezie z mapą na TP 25, w zespole z Anią Majkowską, Darkiem Rychlickim, Erką i Luśką zajęła drugie miejsce)


Anatomia katastrofy: Operacja Liść Dębu

Zapowiadało się lekko i przyjemnie. Sobotę spędzić mieliśmy na Operacji Liść Dębu, kameralnym około trzynastokilometrowym biegu na orientację. Chciałem powalczyć o zwycięstwo. Nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy.

Problemy zaczęły się przy poszukiwaniu bazy imprezy. Miała mieścić się na parkingu przy ZPK pod Mielcem. Pojechaliśmy na miejsce znane nam z MIT, ale było puste. Pamiętałem, że znaki po drodze wskazywały inny parking. Zawróciliśmy, ale na tym drugim też nikogo nie było. Szybki telefon do Tadka Podrazy. Zapamiętuję że wszyscy są na parkingu przy krajówce z numerem z „5” na końcu. Skręcam w drogę z takim numerem, a PKŻ pyta dlaczego jadę akurat tędy. Tym razem pomyliłem drogę 875 z 985. Albo jakoś podobnie. Czas leci, do startu pół godziny, a ja sobie jeżdżę w tę i z powrotem szukając bazy. Dopiero czwarta próba okazała się być udaną.

Startujemy. Mapa 1: 15 000, piętnaście punktów kontrolnych do zaliczenia. Jako jedyny biegnę na PK 20. Nie wiadomo właściwie po co, bo to zupełnie bezsensowny wariant. Dwieście metrów przed punktem upiernicza mi się, że źle przeliczyłem odległość na kroki. Że przestrzeliłem. Robię kółeczko, wracam. Kilka kroków do przodu, kilka do tyłu. Głupieję. Odpuszczam PK 20, zrobię go wracając na metę. Lecę na PK 13.

Organizator, Mirosław Marek, uprzedzał, że na tym przelocie mapa nie będzie się zgadzać. Rzeczywiście, w wydmie wykopana jest wielka dziura w ziemi, kopalnia piasku. Zbiegam na dno, niepotrzebnie. Wracam na górę, ale nie z tej strony co trzeba. Znowu na dół. Żeby podbić punkt trzeba jeszcze raz wyjść na górę.

Następny jest PK 9. Źle odczytuję poziomice i zamiast na zboczu szukam go na grzbiecie. Punkt znajduje grupa dziewczęco – psia. Zamiast być im wdzięczny, jestem na nie wściekły. Właściwie to na cały świat jestem wściekły. Lecę na PK 15. Na skrzyżowaniu mylę drogi i wybiegam na PK 21. Próbuję złapać go na azymut, ale nie wchodzi.

Jestem na trasie od 35 minut. W tym czasie zdążyłem popełnić serię ośmiu kolejnych błędów. Samodzielnie znalazłem jeden (!) punkt! Chwila wahania i… rezygnuję. Schodzę do bazy. Na dziś ta zabawa przestała mi sprawiać jakąkolwiek przyjemność.

Podsumujmy: osiem razy z rzędu podjąłem złą decyzję. Decyzje prawidłowe: ani jednej. Do tego dodać trzeba trzy błędy podczas dojazdu. Razem wychodzi jedenaście, wszystko w niecałe półtorej godziny. Gdyby potraktować sprawę zero – jedynkowo, szansa na taka passę wynosiłaby 0,048 %. Bardziej obrazowo: potrzeba by 2048 osób, by któraś zachowała się równie beznadziejnie.

—–

Nie mogłem tego tak zostawić. Dzień później wróciłem pod Mielec by wyrównać rachunki. Perforatory zostały wprawdzie pozdejmowane, ale Mirek zostawił na punktach biało – czerwoną taśmę, bo kilka osób zadeklarowało zrobienie trasy „po godzinach”. Ustaliłem sobie, że aby zachować porównywalność wyników będę zaliczał punkty w takiej samej kolejności, jak zaplanowałem dzień wcześniej. Dodatkowo na każdym punkcie miałem robić 15 sekund przerwy tak, jakbym podbijał kartę startową.

Jako pierwszy znowu PK 20. Szybko znajduję słupek z ZPK. Wydaje mi się, że stoi za wcześnie. Szukam głębiej, ale nic nie ma. Podbijam wiec zetpeka i biegnę dalej. Mały problem mam z PK 15. Znowu źle odczytuję poziomice. Robię dwa kółeczka, by odkryć, że punkt stoi po drugiej stronie grzbietu. To już jednak koniec problemów. Kolejne punkty wchodzą jeden za drugim. Rozkręcam się, przyspieszam. Znam czasy zwycięzców. Od połowy trasy widzę, że na każdym punkcie urywam z ich rezultatów minutę – dwie. Na metę wbiegam z czasem 1.45. To sześć minut szybciej od wczorajszego zwycięzcy, Tadka Podrazy.

6 minut szybciej! Gdybym to zrobił wczoraj, zająłbym pierwsze miejsce. To znaczy, że jednak potrafię, że jestem całkiem niezły! Że wczoraj to był tylko wypadek przy pracy.

Ej Hiu, a nie mogłeś tak pobiec wczoraj?

—–

Wieczorem w domu opowiadam PKŻ jak mi poszło. Jestem z siebie bardzo dumny. W pewnym momencie PKŻ mi przerywa: „Ale dlaczego wziąłeś dwa zetpeki? Przecież na odprawie Mirek mówił, że żaden punkt nie będzie postawiony na zetpeku”. Yyy…, ale o co chodzi? Nic o tym nie wiem, a przecież byłem na odprawie. Ano byłem, ale na chwilę się urwałem, by zamknąć w samochodzie szczekającą Erkę. Sprawdzam tracki na Endo, porównuję ze zdjęciami terenu i… PKŻ ma rację. Dwa punkty stały w innych miejscach. To oznacza, że wcale nie wygrałbym. Skończyłbym zawody bez dwóch PK .

Co za rozczarowanie…

—–

Myślicie, że to już koniec, że temat jest zamknięty? Nie ma tak łatwo. Dzień później porównujemy z Tadkiem przebiegi na 2drerun. Ze zdziwieniem zauważam, że na wirtualnej mapie Tadek przybiega na metę przede mną. Chwilę zastanawiamy się o co chodzi. Trasa piesza na OLD startowała 15 minut później niż rowerowa. Okazało się, że organizator wpisał biegaczom godzinę startu z rowerówki. Ich prawdziwe wyniki były o 15 minut lepsze. To znaczy, że nawet w tej rywalizacji zamiast wygrać, przegrałem z Tadkiem o 9 minut. I jeszcze z Zenonem Lulkiem o cztery minuty. Miałbym ten sam czas co trzeci Józef Klimasz.

Gdyby ogarnąć całość, to zająłbym i tak to samo miejsce, co przy zaliczeniu tylko dwóch PK.

Co za wspaniała katastrofa!

Jedyne co mi zostało, ostatnia rzecz którą mogę się pochwalić: zrobiłem półtora kilometra więcej niż Tadeusz. To oznacza, że przynajmniej tempo miałem najszybsze. Tyle mi zostało na pocieszenie.


Legenda Chodelki?!

Mordownik czy Rajd Źródeł Chodelki? Co wybrać? – taki dylemat objawił się gdzieś w połowie sierpnia. Organizatorzy tych dwóch imprez postanowili rozegrać je w tym samym terminie. Wybór był niełatwy, z jednej strony Mordownik, najtrudniejsza pucharowa impreza, z najmocniejszą obsadą i najatrakcyjniejsza towarzysko. Z drugiej Chodelka, ośmiogodzinny rogaining, impreza którą lubię chyba najbardziej z wszystkich pucharowych.

Juliusz Cezar powiedział kiedyś, że lepiej być pierwszym na prowincji niż dziesiątym w Rzymie. Skończył wprawdzie marnie, ale co nieco w życiu osiągnął, warto takiego posłuchać. Pojechaliśmy więc całym teamem do malutkiej podlubelskiej Kłodnicy Dolnej: Hiu, PKŻ, Erka i Daniel.

Dobra, napiszę uczciwie. W bazie Mordownika był zakaz wprowadzania psów. Wszędzie zawsze jeździmy z Erką, nie wyobrażam sobie startu bez niej. To przeważyło, pojechaliśmy tam, gdzie mogliśmy wejść z Erką bezproblemowo.

Podczas rejestracji dopadł mnie Michał Dubil, szef imprezy. Rok temu napisałem relację zatytułowaną „Jak nie zostałem legendą Chodelki”. Michał zapamiętał to i przygotował specjalnie dla mnie koszulkę. Z przodu ręcznie namalowane logo, z tyłu napis „Legenda Chodelki”. Wzruszyłem się, naprawdę. Sporo lepszych ode mnie przyjeżdża na różne zawody, ale nie widziałem, by ktoś został tak fajnie potraktowany.

Faworyci? Stanisław Kaczmarek, ostatnio regularnie ogrywający mnie. Łukasz Siejko, bardzo mocny biegowo, ale potrafiący zrobić grube błędy nawigacyjne. Bartek Deptuś, wygrywał już na Chodelce trasę krótką i robiący postępy biegowe. No i ja.

Trzeba powiedzieć uczciwie powiedzieć: gdyby na Mordowniku któryś z nas wbił się do dziesiątki, byłby to sukces.

Startujemy. Peleton leci na północ, a ja na zachód. Za mną Erka, PKŻ, Daniel i Staszek. Ten ostatni szybko nam uciekł. Po dziesięciu kilometrach odpadł Daniel, który wziął za ciasne buty. Żona z psem zapodały takie tempo, że wkrótce… dogoniliśmy Stanisława. Pierwszy problem pojawił się na PK 80. Do punktu doprowadzić nas miała wielka łąka. W terenie zamiast łąki był las. Taki na oko czterdziestoletni. Aktualność mapy: wczesne lata siedemdziesiąte. Gdy ją przygotowywano w miejscu gdzie szliśmy jeszcze była łąka. Dobrze, że cały czas mierzyłem odległość. W pewnym momencie PKŻ odwróciła się i zdziwiona stwierdziła; „Patrz, lampion!”

PK 72, na zegarku 3.22, w nogach 27 kilometrów. Tu PKŻ zawraca, by szerokim łukiem zdążyć na metę. Mój plan jest inny, chcę biec na północny zachód, by zaliczyć jeszcze cztery syte PK. PKŻ uważa to za absurd. Jest pewna, że nie zdążę. Nie przejmuje się jej opinią, lecę dalej realizować swój plan.

Uprzedzę fakty: pięć godzin później PKŻ dotrze na metę po limicie.

PK 90: nadrabiam kilometr. Według mapy punkt ma być na granicy lasu. Szukam więc na granicy. Ta jednak przez 50 lat trochę się przesunęła i punkt jest schowany w środku lasu.

Punkty wchodzą łatwo. Jest jednak mały problem. Podbijam PK 81, na zegarku 4.40 i… nie mam już nic do podbicia. Kierunek w którym biegłem to ślepa uliczka. Do najbliższego punktu, który zdążyłbym podbić mam aż dziewięć kilometrów. Oczywistym jest wariant asfaltowy, przez wsie. Przy okazji zahaczam dwa razy o sklepy spożywcze, gdzie uzupełniam napoje.

Łapię jeszcze cztery punkty. Zostało 80 minut, a do bazy jeszcze 11 kilometrów. Wiem, że dam radę zmieścić się w limicie. Spokojnie truchtam w stronę mety. W bazie melduję się na półtorej minuty przed limitem. Pytam czy wszyscy wrócili. Łukasza, Staszka i Bartka nie ma jeszcze na mecie. W tym momencie wiem, że wygrałem!

Nie, wcale nie bylem najmocniejszy. Zrobiłem tylko 62 kilometry. Łukasz zrobił 73 i 17 punktów przeliczeniowych więcej. Ale spóźnił się na metę o 23 minuty! Podobnie Bartek, on też przebiegł więcej kilometrów. Miał jednak 14 minut spóźnienia. Rogainingi wygrywa się nie nogami, a głową. Przerobiłem to rok temu, gdy to ja przyszedłem po limicie.

Co z PKŻ? Na mecie była 26 minut po limicie, ale… w niczym jej to nie zaszkodziło. Wybiegała bardzo solidny wynik, 55 kilometrów. Nastukała tyle punktów przeliczeniowych, że wystarczyło do pierwszego miejsca. Miała też odrobinę szczęścia, jej największa rywalka, Renata Łaska była świeżo po chorobie i stosunkowo szybko zeszła do bazy.

Na koniec trzeba zrobić podsumowanie. Skromne: zrobiłem swoje najlepiej jak umiałem. Triumfalne: drugi raz wygrałem i zostałem Legendą Chodelki. Albo najlepiej tradycyjne: pobiegałem na dobrze zrobionej imprezie w ładnej okolicy. Zrobiłem dobry wynik. Fajnie było!

Śladami… część 3: Walhalla

– Jakich znasz sławnych Niemców? – zapytałem PKŻ. Chwilę się zastanowiła i odparła: – Jednego znam, takiego z wąsikiem, on chyba jest najsławniejszy.

Zadałem jej to pytanie, bo jechaliśmy właśnie w stronę Walhalli. Mityczna Walhalla to w nordyckiej mitologii kraina wiecznego szczęścia. W połowie dziewiętnastego wieku tak samo nazwano budowlę, która miała uczcić najsławniejszych Niemców. Inicjatorem budowy był nasz dobry znajomy, Ludwik Bawarski, a na miejsce wybrano wzgórze nad Dunajem w Donaustaf pod Regensburgiem.

Za wzór posłużył starogrecki Partenon. Bryla jest bardzo podobna do tej starożytnej, ale zabrakło Fidiasza, który trochę by ją wygładził. Sztywna jest i kanciasta. Tympanon pokazuje nam jasno, jakie wartości upodobali sobie Germanie. Właściwie to pan z wąsem był idealnym wcieleniem tych wartości.

Wejście do środka kosztuje 7 euro. Drogo, odpuściliśmy.

Wewnątrz znajduje się ponad 300 tabliczek, uzupełnianych co kilka lat, z nazwiskami sławnych Niemców. Albo może raczej Germanów, bo wielu z nich żyło w czasach, gdy naród niemiecki jeszcze nie istniał. Niektórych określano jako barbarzyńców. Są tu np. Alaryk, Teodoryk czy Odoaker. W ich towarzystwie pan z wąsem wyglądałby zupełnie swojsko. Obyczaje w sumie podobne, różnili się co najwyżej środkami technicznymi służącymi prowadzonej działalności. Tego z wąsem jednak nie ma, widocznie podpadł czymś swoim współczesnym.

Gdybym miał wskazać swojego faworyta na najsławniejszego Niemca wskazałbym Franza Beckenbauera. Koleś rozsławiał swój kraj w zupełnie pokojowy sposób. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego nie załapał się do narodowego panteonu.

Kto w takim razie tam jest? Przede wszystkim królowie i wodzowie. Ale także artyści, filozofowie i naukowcy. Są Gutenberg i Albrecht Durer. Erazm z Rotterdamu i Mozart. Kant, Luter i Wagner. Goethe i Roentgen. Kilka nazwisk jednak budzi wątpliwość. Przede wszystkim to:

Fot. Wikipedia

Kopernik? Od dziecka uczono mnie, że Kopernik był Polakiem. „Wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię, polskie go wydało plemię”. Tak, wiem, są wątpliwości, nie wiadomo czy Kopernik w ogóle mówił po polsku. W jego czasach nie istniało jeszcze pojecie „narodu”. Wydaje się jednak, że bliżej mu było do polskości niż niemieckości, co zazwyczaj potwierdzają sami Niemcy. Ustalenie jednoznaczne jest dziś już raczej niemożliwe. Pojawiają się nawet hipotezy, że w rzeczywistości Kopernik była kobietą.

(Oglądać od 4.20)

Jeszcze ciekawszym przypadkiem jest Albert Einstein. Dziś obecny w panteonie, kiedyś musiał opuścić swój kraj, by współziomkowie (?) nie zrobili mu krzywdy. Jakiej był narodowości? To sprawa wyjątkowo skomplikowana. Polecam poczytać np. tu.

Co na to dzisiejsi Niemcy? Nie wydaje się, by przejmowali się czymkolwiek. Młodzież ma zupełnie inne zainteresowania niż ustalanie narodowości i zasług postaci historycznych. Ma też własne pomysły na wykorzystanie historycznych budowli. Wydaje się, że zdrowsze niż podniecanie się własną wojowniczą przeszłością.

Śladami Bajkowego Króla cz.2

Wtorek, dzień 4

Prognoza pogody mówi, że będzie deszcz. Zamiast iść w góry, jedziemy do Niemiec, by zwiedzać.

Hohenschwangau – jeden z pocztówkowych bawarskich zamków, zbudowany w polowie XIX wieku przez księcia, a potem króla Maksymiliana II. Nie gustujemy z PKŻ w tym typie architektury, więc pstrykamy mu tylko kilka fotek z zewnątrz.

Neuschwanstein – miejsce które zna każdy. Jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Niemczech, a zarazem jedna z największych atrakcji turystycznych tego kraju. Zbudowany przez Ludwika II Wittelsbacha, znanego jako Ludwik Szalony lub Bajkowy Król. Miało to być miejsce, gdzie król chciał oglądać swoje ulubione opery Wagnera w scenerii alpejskich szczytów.

Bilety można dostać tylko przez internet, należy zamawiać je z wyprzedzeniem, bo chętnych jest bez liku. same mury z bliska nieco rozczarowują. Zamek nie ma jeszcze nawet 150 lat, jest „zbyt nowy”. Za zamkiem jest niezwykły, wiszący pomiędzy skałami most Marienbrucke, z widokiem na pałac. Nie zobaczyliśmy jednak mostu. Ciągnęła się do niego kolejka, na oko kilkusetosobowa. Nie przyjechaliśmy na wakacje, by marnować czas w kolejkach.

Ludwik Szalony – dziewiętnastowieczny król Bawarii. Za jego panowania Bawaria weszła w skład Rzeszy Niemieckiej. Ekscentryk. Promotor sztuki i architektury. Fan Ryszarda Wagnera. Wrażliwiec. Pod koniec życia odseparował się od świata, spędzając czas na wykonywanych tylko dla niego operach Wagnera. Do historii przeszedł jako budowniczy zamku Neuschwanstein i pałacu Linderhof. Choć jego postać budzi wiele sporów, jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych symboli Niemiec i Bawarii.

Fussen – średniowieczne miasteczko, gdzie znajduje się początek (lub koniec) Niemieckiej Drogi Romantycznej, szlaku ciągnącego się przez Niemcy. Zwiedzamy starówkę i Wysoki Zamek.

Steingaden – zaglądamy tu, bo mamy po drodze. Oglądamy kościół, pierwotnie romański, obecnie barokowy.

Wies – rokokowy kościół pielgrzymkowy wpisany na listę UNESCO. W 1738 roku miejscowa chłopka zobaczyła łzy w oczach figury biczowanego Chrystusa. Do figury zaczęły ściągać tłumy wiernych. Po jakimś czasie zdecydowano, by miejsce odpowiednio uczcić i w maleńkiej wiosce w środku niczego postawiono piękny kościół.

Słońce grzeje, deszcz uparcie nie chce padać. Zwracam się do PKŻ: – Meine liebe, jesteśmy z Erką zmęczeni, może wystarczy już tego zwiedzania? A Frau Żona na to: – Nein. Nie marudzić, zwiedzać. Raus! Schnella, schnella!

Linderhof- absolutny koniec świata, miejsce zagubione gdzieś na krańcu jednej z alpejskich dolin. Kolejna siedziba Ludwika Szalonego. Wystawna i luksusowa, trzeba przyznać. Nie jestem fanem takiej architektury, ale tu kopara mi opadła z wrażenia. Jeżeli ktoś będzie w okolicy, to zwiedzenie Linderhofu powinno być dla niego absolutnie obowiązkowe.

Środa, dzień 5

Rano chcemy przedłużyć pobyt na kempingu o kolejne dwa dni. A tu zonk! Żmija w recepcji mówi, że wszystkie miejsca są zarezerwowane i mamy się wynosić. Wszystkie? Połowa przyczep na placu jest pusta, a przy każdej jest przestrzeń by rozbić namiot. Gdyby chciała – miejsce znalazło by się. Cóż, Niemcy i Austriacy to zbóje i już. Owszem, grzecznie mówią „dzień dobry” i ładnie się uśmiechają, ale w potrzebie nie zrobią nic więcej, niż przewiduje regulamin.

Mimo to idziemy w góry. Nie będziemy przecież marnować czasu na szukanie noclegu, najwyżej gdy się nie uda będziemy spać w samochodzie. Dziś naszym celem jest Daniel, szczyt mierzący 2340 m, stojący na wprost Zugspitze. Typowo tatrzański (albo raczej alpejski): las, a nad lasem kamienie. Na kamieniach ścieżka przez skały aż do wierzchołka. Niby na warunki alpejskie leszczarstwo, a przecież odległości i przewyższenia typowo tatrzańskie. Widoki powalające, jak to w Alpach. Kamienie niezbyt podobały się Erce. Dużo ich było, pod koniec wycieczki widać było, że trochę ją bolą od nich łapki.

Miała być ładna pogoda, ale w drodze powrotnej nadciąga burza. Mieliśmy sporo szczęścia, deszcz poszedł na Zugspitze. My zaliczyliśmy tylko krótką pięciominutówkę.

Piwo w gospodzie po drodze 4,20 euro.

Jeszcze jeden drobiazg, o którym wspomnę, bo gdzie indziej padło już o to pytanie. Odpowiedź brzmi „Tak, naprawdę wchodziłem tam w sandałach, na 2340”. Nie zrobiłem sobie żadnej krzywdy i nie pokancerowałem palców. Wiem, że dla niektórych to kontrowersyjny pogląd, ale uważam sandały za najlepsze możliwe buty do chodzenia po górach. Także tych kamienistych.

Po południu znajdujemy nocleg na kempingu Marienkamp w Biberwier. Stały zestaw: dwie osoby, samochód, namiot, pies na dwie noce kosztuje 62 euro.

Czwartek, dzień 6

Pogoda psuje się. Rezygnujemy z wycieczki na Alpspix, futurystyczną platformę widokową pod Alpspitze. PKŻ decyduje, że idziemy do wąwozu Partnachklamm, do którego wejście znajduje się zaraz za skocznią w Ga – Pa. Spodziewałem się czegoś w rodzaju naszego Homola, rzeczywistość była jednak dużo ciekawsza. Wąwóz ma wąziutkie skaliste dno przez które z impetem przelewa się potok, a kilka metrów wyżej wydrążona jest w skale droga. Robi wrażenie.

Kolejny punkt programu to Mittenwald, „malowane miasto”. W Bawarii od lat jest tradycja malowania domów. Mittenwald to jej ukoronowanie. Na starówce niemal każdy dom pokryty jest malowidłami. Mówi się, że jest to żywa książka z ilustracjami do twórczości Goethego. Chodzimy wiec i podziwiamy i zachwycamy się. W Polsce też mamy malowaną wieś: Zalipie. I z całym szacunkiem dla Zalipia, ma się ono do Mittenwaldu tak, jak Korona Kielce do Bayernu Monachium.

Na koniec wpadamy jeszcze nad jezioro Eibsee gdzieś w bok od Grainau.

Psia Jura

Uczciwie się przyznam: czułem obawę przed tymi zawodami. Mieliśmy pobiec jako zespół: Erka, PKŻ i ja w Jurajskim Dogtrekkingu nadystansie 28 kilometrów. One w normalnym cyklu treningowym, a ja świeżo po roztrenowaniu. Co to znaczy „w normalnym cyklu”? Rzecz w tym, że panie wytrenowały się nawzajem, żona psa, a pies żonę. Erka kocha bieganie, a PKŻ w bieganiu z psem znalazła to, czego brakowało jej w bieganiu tradycyjnym. Efekt: ostatni trening, 18 kilometrów, zrobiły w 1:33, 5.11 na kilometr! Dla porównania mój ostatni trening na tym dystansie był o dziesięć minut wolniejszy.

Imprezę już znaliśmy, byliśmy tam rok wcześniej. Zajęliśmy wtedy szóste miejsce, ze stratą pół godziny do podium. Sporo przez ten czas pozmieniało się. Pojawiły się nowe kategorie: kobieca i zespołowa. Widać, że organizatorzy słuchają opinii uczestników, wychodzą naprzeciw ich potrzeb.

Temperatura na starcie: 33 stopnie. Gorąco! Trzeba zabrać dużo wody dla psa i nie przeginać z tempem. Ale jak tu wyhamować Erkę, gdy rozpiera ją energia. Panie ruszają żwawo w czołowej grupie z facetami, a ja walczę z jęzorem na brodzie, by nie stracić ich z oczu.

Po PK 1 było jezioro z plażą. Bez wahania zatrzymaliśmy się, by Erka mogła się schłodzić. Spodobało jej się, nie chciała wychodzić z wody. Pluskała się tak długo, że po chwili wszyscy nas wyprzedzili. Mimo temperatury oprócz nas przy wodzie nie zatrzymał się nikt!

PK 5 – zadanie; na kartce jakiś wzór matematyczny i pytanie”co to jest?” Nienawidzę takich zadań, to przecież nie jest „Jeden z dziesięciu” tylko bieg z psem. Szczęśliwym trafem zawodnik z którym jesteśmy na punkcie okazuje się być elektrykiem, a rozwiązaniem zadania jest wzór fizyczny na napięcie.

Kilka minut później tracimy sympatię do kolegi. Biegnie w zespole z koleżanką, która nie dobiega na jeden z punktów zlokalizowany na wzniesieniu. Czeka na dole, a potem jak gdyby nigdy nic, uśmiecha się i biegnie dalej. Zyskują na tym jakieś pięć minut. Później, na mecie zgłosiliśmy to sędziom.

(ok, nie zawsze byłem święty, mam to i owo na sumieniu, ale takie oszustwo w żywe oczy wkurza strasznie. Sędziowie nie dali im żadnej kary, ale jako organizator, mając zeznanie tylko jednego świadka, też raczej bym ich nie ukarał)

Połowa trasy. Organizatorzy chcieli poprowadzić trasę tak, abyśmy zobaczyli dwa zamki: Bobolice i Mirów. Do niedawna przez Grzędę Mirowską szedł między nimi szlak turystyczny. Jakiś czas temu Bobolice zostały wykupione przez bogatego inwestora. Przy okazji ogrodzone zostały całe hektary lasu. Nie da się już przejść z zamku na zamek. Mamy tu do czynienia z pięknym przykładem na zdewastowanie publicznej przestrzeni. Drogi inwestorze: życzę panu, byś się pan udławił tym swoim lasem. Siedź se pan za płotem i nie licz na moje pieniądze za bilet.

Dwudziesty kilometr: spotykamy zawodnika z borderem. Bordery nie lubią upałów. Jeszcze pół godziny temu byli liderami, ale pies odmówił dalszej współpracy. Przegrzał się i skończył bieganie. Nie on jeden. Co najmniej trzy psy trzeba było zwieźć z trasy.

A Erka leci jakby było 20 stopni mniej. Na punktach z basenikami wskakuje do wody i ciągle chce jej się biegać. Nam na ostatnich kilometrach już niekoniecznie. Mija nas jeszcze jakiś świeżutki chłopak, który pogubił się na trasie. Na dogtrekkingach jest nawigacja! Zazwyczaj prosta, ale jest. Dla osób nie wprawionych bywa jednak problemem. Kilku zawodników pogubiło się na trasie. Tymczasem my przelecieliśmy wszystko na czysto, bezbłędnie.

Meta. Czuję, że będzie dobrze, że mamy szansę na podium w kategorii zespołowej. Po tylu latach biegania wiem, kiedy jest dobrze, a kiedy nie. Sprawdzamy wyniki live w necie: mamy to! Drugie miejsce w kategorii. Podpatrujemy jeszcze open i robimy wielkie oczy: trzecie miejsce w generalce. Tego się nie spodziewaliśmy!

Sukces! Jak do tej pory największy w tej dyscyplinie sportu. Dobrze zorganizowany i dobrze obsadzony dogtrekking ukończyliśmy na podium, a PKŻ wmieszała się w rywalizację mężczyzn!

Co jeszcze napisać o imprezie? Trzeba oddać organizatorom, że była bardzo fajnie zorganizowana. Przede wszystkim na kilku punktach były baseny z wodą. Nie wiem czy którykolwiek pies bez nich dotarłby do mety. Bardzo fajna atmosfera. Strefa relaksu dla psów i ludzi. Dobry pakiet startowy z kubeczkami. Świetne kraftowe piwo z browaru w Pilicy. Dobre jedzenie tak mięsne, jak i bezmięsne. Fotografowie na trasie i na mecie. Losowanie nagród. Zastanawiam się, jak przy tylu bonusach organizatorom udało się zbilansować imprezę.

Jeszcze jedna ważna informacja: pełna nazwa imprezy to II Zlot Zawierciańskich Adopciaków & II Jurajski Dogtrekking. Równolegle w tym samym miejscu odbywało się spotkanie integracyjne dla osób związanych z zawierciańskim schroniskiem dla psów. Bardzo fajna inicjatywa, którą docenią zwłaszcza ci, którzy mają psy adoptowane ze schronisk.

Nie planuję startować często w dogtrekkingu. Zostawię to PKŻ. Nauczyły się razem z Erką tej zabawy i jest szansa, że będą w tym niezłe. Ale wynik z Jury wpiszę sobie do sportowego cv, bo zrobiliśmy tam dobrą robotę.


Śladami Bajkowego Króla cz.1

Tak naprawdę to chcieliśmy jechać w góry Parang do Rumunii. Niestety z powodu koronawirusa Rumunia długo nie chciała wpuszczać Polaków. A jak już zaczęła, to z kolei Węgrom przestali podobać się przyjeżdżający z Rumunii. Aby uniknąć uziemienia na kwarantannie trzeba było zmienić plan. W końcu PKŻ rzuciła; „To może w Alpy? Do Bawarii”? Nie byłem przekonany do tego pomysłu. najbardziej przerażało mnie, co będzie, gdy w Niemczech zepsuje się nam samochód. PKŻ postawiła jednak na swoim. Kupiła mapę „Okolice Garmisch – Partenkirchen” albo jakoś tak. Po analizie okazało się, że to okolica Zugspitze, najwyższego szczytu Niemiec. Aby było zabawniej Niemiec na mapie było jakieś 20%, a reszta to Austria. Miejsc na noclegi postanowiliśmy szukać w tym drugim kraju. W czasach koronawirusowego blokowania granic pomysł był trochę wariacki, ale co tam. Pojechaliśmy.

Sobota dzień 1

Wyjazd rano w składzie PKŻ, Erka i ja. We Wrocławiu korek na zjeździe z autostrady. Człowieka, który wymyślił autostradowe bramki wysłał bym najchętniej do obozu pracy na Syberię. Zasłużył sobie jak mało kto.

Pierwszy punkt na trasie to Kościół Pokoju w Świdnicy, zbudowana po wojnie trzydziestoletniej w połowie XVII wieku protestancka świątynia w katolickim kraju Habsburgów. Niestety nie udaje się nam wejść do środka. Akurat dziś odbywa się koncert i zwiedzanie kończy się godzinę wcześniej. Przejechaliśmy kilkaset kilometrów, by odbić się od drzwi. Naprawdę nie da się robić koncertów po godzinach zwiedzania?

Przed Świdnicą widzieliśmy na horyzoncie Ślężę. PKŻ nigdy jeszcze tam nie była. Pada pytanie: „Mamy czas na spacerek na szczyt?” Pewnie, że mamy, cały tydzień przed nami. Skoro tak, to cofamy się kilkanaście kilometrów i wchodzimy na wierzchołek. Śpimy w motelu gdzieś po drodze.

Niedziela dzień 2

Jedziemy, jedziemy i końca nie widać. W Monachium miga nam Allianz Arena, gdzie bramki strzela Robert Lewandowski. Po chwili kolejne emocje, gdy przez chwilę widać fantazyjny dach Stadionu Olimpijskiego. Prawdziwe wzruszenie przeżywam jednak na widok skoczni w Ga – Pa, gdzie rozgrywany jest co roku jeden z konkursów Turnieju Czterech Skoczni. Tu także odbywały się igrzyska olimpijskie. Samo Partenkirchen robi wrażenie takie sobie, brakuje mu trochę życia. Bardziej rozrywkowe wydaje się być Garmisch (miejscowość jest sklejona z dwóch części tak, jak np. nasza Bielsko – Biała).

Noclegu szukamy już w Austrii. Naszym celem jest dolina u stóp Zugspitze, gdzie leżą trzy wioski: Lermoos, Biberwier i Ehrwald. Nie mamy żadnej rezerwacji. Pierwszy strzał, Happy Camping Lermoos to pudło. Udaje się za drugą próbą i zostajemy w Biberwier Camping. Mamy wręcz powalający widok na szczyty otaczające dolinę. Mniej powalająca jest linia wysokiego napięcia, która przebiega dokładnie nad kempingiem. Kładziemy się spać słuchając bzyczenia prądu: bzy bzy bzy…

Zestaw: dwie osoby, namiot, samochód i pies na trzy noce kosztuje 102 euro.

Poniedziałek dzień 3

Rano sklep. Wszystko dwa razy droższe niż w Polsce, albo nawet trzy. Oprócz jedzenia wegańskiego, które kosztuje tyle samo. Piwo po 1 euro.

Idziemy w góry. O wejściu na Zugspitze 2962 m nawet nie marzymy. Byłaby to zbyt trudna wycieczka dla Erki. Robimy trasę Biberwier – przełęcz Biberwierer Scharte 2000 m – Coburger Hutte -Ehrwald – Biberwier. Ponad 20 km, jakieś 1300 m do góry. Biorąc pod uwagę, że był z nami pies, to zrobiliśmy kawał solidnej wycieczki.

Gdy wieczorem robi się chłodno siedzimy w samochodzie i przez internet słuchamy Radiostacji. Mamy taką słabość, że lubimy wieczorami siedzieć w samochodzie i słuchać radia. Pijemy sobie piwo i pięknie jest…