Złoto!

Jakoś nie leżał nam ten Sanok. Trzy lata temu PKŻ nie wyrobiła sie w limicie longa. Rok temu ja byłem drugi, ale dałem się głupio zdyskwalifikować. Oboje mieliśmy coś do udowodnienia. W kolejnych mistrzostwach Polski w dogtrekkingu wystartowaliśmy więc razem.

Kategoria startowa nazywała się „rodzinna”. Pierwsze skojarzenie to trasy rodzinne na rajdach pieszych czyli… rekreacja. Kto tak myśli popełnia błąd. To kategoria zespołowa z ograniczeniem: wystartować mogą osoby będące bliską rodziną lub mieszkające z psem. Taki dodatkowy smaczek, aby budowanie zespołów nie było zbyt proste.

Dystans: do wyboru mini 15 km i midi 25 km. Kiedyś były jeszcze czterdziestokilometrowe longi, ale dziś brak chętnych na te kategorię. Wybraliśmy mini. Znamy swojego psa. W midi dałby sobie radę, ale… niewiele więcej. Erka jest szybka, ale ma problem z utrzymaniem tempa na dłuższym dystansie. Uznaliśmy, że najlepiej wypadniemy na krótkim dystansie.

Celowaliśmy w podium.

Nie! Nieprawda! Celowaliśmy w złoty medal! Zakładaliśmy, że zrobienie trasy poniżej dwóch godzin da medal, ale nie wiadomo jakiego koloru.

Start: wspólny dla wszystkich dystansów i kategorii. Ponad 70 psów. Uwielbiam ten moment. Psy nakręcają się nawzajem i szczekają. Nawet krzycząc nie da się zamienić dwóch słów z drugą osobą. Wszystko zagłusza psi hałas.

Chcieliśmy spokojnie rozpocząć, bez forsowania tempa zwłaszcza na pierwszych kilometrach. Niech inni się wyszaleją, my mamy lecieć spokojnym równym tempem. Przyspieszyć mieliśmy w drugiej części trasy, na zbiegach. Z tym „spokojnie” to wyszło tak sobie, pierwszy kilometr poszedł w 4.35 pod górkę, a PKŻ z Erką i tak były 50 metrów z przodu. Przed nami było ponad dziesięć osób. Pytanie brzmiało: ile z nich startuje w naszej kategorii.

Po pięciu kilometrach dogoniliśmy zespół z naszej kategorii. Jakiś czas trzymali się blisko nas, by zostać z tylu i zniknąć już na stałe. Co jakiś czas mijaliśmy się z trzema panami. Wyskakiwali nam zza pleców, uciekali, a po kilku kilometrach… znów wyskakiwali zza pleców. Są w dogtrekkingu elementy nawigacji. Dla nas było łatwo, bardzo łatwo, ale nieobyci z orientowaniem się w terenie potrafili się pogubić.

Po drodze Erka zalicza każdą napotkaną kałużę. W każdej musi się wytaplać. Mam wrażenie, że jest jednym z niewielu psów, które tak się zachowują. Inne biegną posłusznie za właścicielami i nie tracą czasu. Może jednak nie jest to strata czasu? Pies schładza się i ładuje bateryjki, by mógł dłużej szybko biec.

Wujskie: wieś w dolinie, punkt odżywczy. Dowiadujemy się, że przed nami biegnie jedna kobieta. Sama czy w zespole? Nie wiadomo. ale… z researchu który zrobiłem wynikało, że jedna z zawodniczek powinna biegać szybciej niż my. Do mety jeszcze sześć kilometrów w dół, czujemy, że będzie dobrze.

Dobiegamy do przedmieść Sanoka. Koniec już blisko, już nic się nie zdarzy. Tak samo musiał myśleć napotkany zawodnik, który biegł w przeciwnym kierunku. Przegapił punkt kontrolny i stracił medal, może nawet złoty. Niespodzianka trafia się także nam. Asfalt nagle kończy się. Sprawdzam mapę: jesteśmy tuż nad metą, na stromym wzgórzu, gęsto zabudowanym. Jeżeli zawrócimy, stracimy sześć minut. Jeżeli zaatakujemy na wprost, możemy nie znaleźć przejścia.

Świat należy do odważnych, idziemy na wprost. Między ogrodzeniami znajdujemy wąską ścieżkę na dół. Minutę później wchodzimy na metę. Pierwsi! Wygraliśmy!

Trasę 15,9 km / + 450 zrobiliśmy w 2.04. Oznacza to, że pobiegliśmy dwie minuty lepiej od planu.

Fajnie być mistrzem kraju. Miałem już kiedyś medal za mistrzostwa w rogainingu, ale srebrny. Złotego jeszcze nie.

Wygraliśmy zespołowością. W pierwszej kolejności brawa należą się Erce. Znaleziony na ulicy kundelek ze schroniska ograł psy rasowe. Erka nie jest ani najszybszym, ani najsilniejszym psem w stawce. Wygrywa sercem do walki.

Drugi element zespołu to PKŻ, kolejna kobieta po przejściach. Ma za sobą 16 miesięcy walki z ciężką chorobą. Jeszcze na dziewięć tygodni przed zawodami leżała na stole u chirurga. Historia jak z Lance`m Armstrongiem, tylko ładniejsza. Imponujące!

Trzeci element to trenejro Hiu. Ustawił żonie plan treningowy, ustalił strategię i taktykę. Na koniec pobiegł i popilotował. Jak chce to potrafi.

Ujadające Okratki to my!

Rządzimy!


Do trzech razy sztuka

Jak długo można czekać na imprezę sportową? Miesiąc? Dwa? pół roku? A może dłużej… Dwa lata? Trzy?

Trzy lata czekaliśmy na Czarne Korno – Siłę Kornolisa. Zawody miały odbyć się dwa lata temu. Chwilę przed imprezą przyszła pandemia i świat się zatrzymał. Rok później nie było lepiej, zawody były odwołane po raz drugi. Dopiero trzecia próba zorganizowania rajdu była udana. Po trzech latach oczekiwania zawitaliśmy do Ciężkowic.

Czym różni się Czarne Korno od innych zawodów na orientację? Pewien klasyk powiedział kiedyś, że „nie interesuje go prymitywne przybijanie lampionów”. Podobną optykę przyjęli budowniczowie trasy, Barbara i Grzegorz Czarni, znani jako Aramisy. Zbudowali autorską trasę, wykorzystującą niemal wszystkie możliwe atrakcje jakie oferował im teren. A jest ich tam mnóstwo.

Dodatkowym smaczkiem są nietypowe punkty kontrolne. Oprócz klasycznych lampionów mieliśmy do czynienia także z wierszowanymi zagadkami oraz „kamratami”. Kamrat to coś w rodzaju punktu stowarzyszonego, ale klasyczny stowarzysz to punkty karne, a kamrat to punkty… bonusowe.

Zagadki teoretycznie były proste, każdy powinien je bez problemów rozwiązać. Ale… Ale przy jednej z nich PKŻ uświadomiła mi, że właśnie wpisuję w kartę startową błędną odpowiedź. Dało się zepsuć? dało! Przekonał się o tym Bartek Karabin, który przez złą odpowiedź stracił pierwsze miejsce.

Co do kwestii formalnych: forma rozegrania zawodów: rogaining. Trasy piesze i rowerowe 7, 12 i 24 godziny. Dodatkowo trasa rodzinna.

Wystartowaliśmy z PKŻ na TP7. Naszym celem był mocny trening przed imprezą docelową tydzień później. Nie powalczyliśmy jakoś szczególnie, obyło się bez sensacji i dramatów. Żeby inni żałowali, że nie byli napiszę, że zobaczyliśmy: wodospad, kilka punktów widokowych, cztery cmentarze wojenne, cmentarz żydowski, miejsce pamięci, ładne źródełko, kamieniołom, molo, wieżę widokową i diable boisko. Razem szesnaście puntów kontrolnych. Wszystkich było sto. Sto. STO!

Zobaczyliśmy szesnaście punktów ze stu. Mam straszny niedosyt, tyle mapy się zmarnowało, chciałbym zobaczyć jeszcze pozostałe osiemdziesiąt cztery.

(Hiu, jak ci tak żal, to na drugi raz zapisz się na trasę rowerową. Tam jeden z kolarzy zaliczył około siedemdziesięciu punktów)

Nawigacyjnie było łatwo, nawet bardzo łatwo. Idealna impreza dla mnie, ale sprzed kilku lat. Kluczem do zwycięstwa były szybkie przeloty asfaltami (mnóstwo asfaltów. Inaczej niestety się nie dało, Pogórze Ciężkowickie mimo swej urody jest terenem zalanym asfaltem) oraz wybór właściwej kombinacji punktów. Jak ważne było to kombinowanie? Trzeci Bartek Karabin miał na liczniku 63 kilometry, drugi Piotr Leja tylko 53, a zwycięzca Tomasz Domin wyrobił się w… 47 kilometrach.

Czy coś poszło nam z PKŻ nie tak? Oczywiście! Nasz pierwszy punkt, Wodospad Czarownic zaliczaliśmy od góry! Szlakiem byłoby zbyt banalnie. Gdy zobaczyliśmy kasę przy wejściu na szlak, upierniczyło nam się, że żaden punkt nie stoi przy płatnym szlaku. Poszliśmy wiec górą i szukaliśmy… skały, bo jeszcze nie załapaliśmy, że czerwone napisy to opis punktów. Nie tylko my tak mieliśmy, bo była nas tam większa grupa. Weszliśmy w las i nagle zrobiło się stromo. Im bliżej punktu tym stromiej. Dobrze, że w którymś momencie odpuściliśmy i poszukaliśmy drogi naokoło, bo mogły być ofiary w ludziach. Straciliśmy jednak czas, jakieś piętnaście minut.

Efekt finalny: ja na początku drugiej dziesiątki, ale PKŻ druga. Rozpisaliśmy jej fajny plan treningowy i szybko wraca do formy. Efekty mamy nadzieję zobaczyć już za kilka dni.

A na Czarne Korno wrócimy z wielką przyjemnoscią. Mamy nadzieję, że kolejne odbędzie się wcześniej niż za trzy lata.

Nad rzeką, której nie ma

Tuż przed wyjazdem świat zawirował i rozwibrował się na biało. Niby już wiosna, a jednak kwiecień – plecień. Zaczęło sypać gęstym śniegiem. Gruba warstwa białego puchu osiadła na drogach. Odcinek do Tarnobrzega, głupie 30 kilometrów zajął prawie godzinę jazdy. Dalej było już spokojniej. Do bazy w Bukownie, gdzieś na zachodniej granicy Małopolski dojechałem na szczęście bez przygód.

Rankiem przywitała nas zima. Taka prawdziwa, z minusową temperaturą i dziesięcioma centymetrami śniegu! Takie niespodzianki tylko w kwietniu!

Trasa LiszKora nie zapowiadała się na lekką. Przygotowane zostało 26 punktów kontrolnych przy optymalnym wariancie 53 km. To oznaczało 26 możliwych potencjalnych problemów nawigacyjnych do pokonania, 26 możliwych błędów do popełnienia. Budowniczym był Grzegorz Liszka. Znany jako kolarz, znany jako organizator. Nie każdy o tym wie, ale popularny Grześ ma w dorobku medal mistrzostw świata w bikejoringu! Poważny Pan Sportowiec!

Ruszyliśmy. Od początku szło topornie. Tu 200 metrów nadróbki, tam punkt wzięty zbyt szerokim łukiem. Prawdziwy problem zrodził się przy wydawało by się banalnym PK 64. Lecieliśmy z Leszkiem H-I. Leszek niespodziewanie skręcił w drobną ścieżkę. Mogłem pobiec za nim, wtedy miałbym go natychmiast. Ale uniosłem się honorem: nie będę się za nikim woził. Dwie minuty później przestrzeliłem i to w dwóch kierunkach. Efekt: 25 minut straty.

Potem dolina Sztoły. To taka rzeczka była, bardzo malownicza. Była, bo Sztoły już nie ma. Znikła w wyniku zamknięcia pobliskiej kopalni. Nikt nie miał pomysłu jak ją uratować.

Wracamy do nawigacji: dalej szło topornie. Dodatkową trudnością było odnajdywanie lampionów. Znowu kartki A4 czyli znowu Samo Zło. Na dodatek powieszone nisko nad ziemią, poniżej linii wzroku. Czasem przyprószone śniegiem. Nie były łatwe do odnalezienia. Całe szczęście, że w śniegu były wydeptane ślady. Ułatwiało to nawigację. Uczciwie jednak przyznam: były momenty, gdzie traciłem kontrolę nad precyzyjnym umiejscowieniem się.

Trochę radochy miałem na przelocie 94 – 82. Zaatakowałem centralnie przez groblę na przykopalnianych stawach. Teoretycznie powinien tam przejść przede mną tabun ludzi. Tymczasem szedłem tam pierwszy. W nagrodę zakładałem ślad w nawianym piętnastocentymetrowym śniegu.

Druga połowa trasy miała być łatwiejsza, ale Hiu potrafi utrudnić sobie życie. Na PK 76 zamiast pobiec szutrówką przetargałem się kilometr przez krzaki, bo wydawało mi się że jestem za bardzo na północ. Przed PK 66 nie zauważyłem, że rzeczka skręca pod kątem prostym. Potem nie zauważyłem, że przeskoczyłem ją nie w tym miejscu co trzeba. W nagrodę przez pół godziny nie wiedziałem gdzie jestem. Takie są uroki nawigacji nieprecyzyjnej.

Meta: 9.38, w nogach 62 kilometry, miejsce w połowie drugiej dziesiątki. Punkty do pucharu jakieś takie żenujące, ale adekwatne do poziomu nawigacyjnego.

Nie była to impreza łatwa,ale co w takim razie mają powiedzieć kolarze? Temperatura +1, śnieg, a pod śniegiem piach. W takich warunkach rywalizowali do pierwszej w nocy. Hardkor to był, najklasycznejszy możliwy! Później kolarze zafundowali nam coś nietypowego: na hali gdzie spaliśmy o drugiej w nocy (drugiej nad ranem?) nagle rozbłysły światła i rozległy się brawa. Niespodziewanie rozpoczęła się ceremonia dekoracji zwycięzców na długiej trasie rowerowej. Surrealizm w najczystszej postaci, ale na swój sposób fajne to było.

Rankiem wyszło słońce. W przysypanych śniegiem lasach i na wzgórzach zrobiło się bajkowo. Zima pożegnała się z nami w piękny sposób…

Liczyrzepa

Tęskniłem. Tęskniłem za taką normalną imprezą na orientacje, gdzie przyjeżdża się wieczorem, śpi na glebie, a po imprezie zostaje na kolejną noc, by przy piwie szczegółowo analizować warianty i opowiadać o wiktoriach i klęskach z lat minionych. Rajd Liczyrzepy odbywał się wprawdzie daleko, w Krzydlinie Wielkiej na Dolnym Śląsku, ale wiedziałem, że chcę tam być. Bo na liście startowej było mnóstwo dawno nie widzianych kumpli. Nie zważając na szalejące ceny paliw siadłem więc w auto. W Tarnowie dosiadłem się do wesołego autobusu Tadka Podrazy, który po drodze zebrał jeszcze kilka osób.

Start o ósmej trzydzieści. Do zrobienia klasyczny ośmiogodzinny rogaining. Taktyka: robić tłuste punkty na obrzeżach, omijać „obszary” z naćkaną w dużej ilości drobnicą. Początek słaby, bo postanawia opuścić mnie wczorajsza kolacja. Zbieram się i lecę na PK 88, by tam niespodziewanie dogonić większą grupę. Punkt jest opisany jako „karpa” czyli pień ściętego drzewa, panowie zaś szukają… skarpy. Cóż, czasem w życiu pomaga przygotowanie polonistyczne.

Na kolejnym przelocie uciekają mi wszyscy. Czasy, gdy byłem czołowym biegaczem skończyły się. Poziom poszedł w górę, dziś szybciej ode mnie biega mnóstwo zawodników. Dobrze, że punkty wchodzą sprawnie. Trzeba być czujnym, mapa nie jest łatwa, ale przez kolejne dwanaście punktów wszystko idzie dobrze. Teren ładny, punkty porozstawiane w atrakcyjnych miejscach: zakole Odry, niemiecki cmentarz czy opuszczona willa. Ładny ten Dolny Śląsk…

Po drodze zaliczam PK 91. Daleko od bazy. Mam przeczucie, że żaden inny biegacz nie zapuścił się aż tak daleko.

Mija sześć godzin na trasie. Czas na element dramatyczny czyli popełniony błąd. Był, a jakże. Błędem była zmiana taktyki z dobrej na „lepszą”. Zamiast lecieć z 37 na 95 drogą, skusiły mnie „obszary” z drobnicą. Bo to tak blisko, bo prawie po drodze, bo tyle tam do ugrania. Zgarniam N1, ale N4 już nie, choć byłem na właściwym grzbiecie. Nie znalazłem kartki A4. Nienawidzę kartek A4, to czyste zło. Są trudne do namierzenia, a na Liczyrzepie rzadko znajdowały się na poziomie wzroku. Były raczej bliżej ziemi.

Atakuję PK 95, grodzisko. Wiem, że będzie mokro, ale teren przechodzi oczekiwania. Najpierw sto metrów bagna po kolana. Potem łąka typu „pole ryżowe”. Znowu kawałek bagna. Na koniec mega atrakcja: rzeczka Jezierzyca, z wierzchu skuta jeszcze cienką warstwą lodu. Głęboka mniej więcej po majtki. Innej drogi na punkt nie ma… Wszystko mokre: spodnie, buty, skarpety. Mało, że mokre, to jeszcze przemarznięte…

Nie mam ochoty drugi raz taplać się w bagnie, wracam suchą drogą naokoło. Ale… ale zaczyna brakować czasu… Miałem po drodze zgarnąć jeszcze 270 punktów przeliczeniowych, ale jestem na styk z czasem dobiegu do bazy. Muszę mocno sprężyć się, by zdążyć w limicie. Dam radę zgarnąć tylko PK 57, „pozostałości budynku”. Nie ma ich wiele, istnieje podejrzenie, że te pozostałości organizator osobiście przyniósł w kieszeni.

Końcówka to ostra walka z czasem. Według zegarka na metę wbiegam dziewiętnaście sekund po limicie, ale organizator zalicza mi wejście punktualne. Pięknie. Wynik końcowy jest jednak taki sobie. 900 punktów przeliczeniowych wystarcza ledwo na miejsce pod koniec drugiej dziesiątki. Trzeba było nie zmieniać taktyki.

Na koniec jeszcze konkurencja specjalna. Krzydlina Wielka to nieduża miejscowość. W sobotę o osiemnastej nie ma co liczyć na otwarty spożywczak, a trzeba zrobić zaopatrzenie na wieczór. Chłopaki z lokalnej OSP dają cynk, że najbliższe miejsce, gdzie można zdobyć piwo jest w wiosce dwa i pół kilometra dalej. W jedną stronę łapie okazję, z powrotem muszę wracać pieszo. W nogach mam już sześćdziesiąt kilometrów, ale robię jeszcze te dodatkowe. Piwo na mecie rzecz święta.

Podsumowując: Rajd Liczyrzepy to dobra impreza. Pod względem sportowym wszystko gra, pod względem krajoznawczym też było dobrze. Teren ciekawy, punkty umieszczone w ładnych miejscach. Możliwość rywalizacji z najlepszymi. Towarzysko – impreza absolutnie topowa.

Zakończę więc tradycyjnym: fajnie było.

Ukąszenie szczebrzeszyńskich wąwozów

Stęskniłem się za ściganiem. Trzy miesiące zimowej przerwy to za dużo. Gdy tylko w świat poszła informacja, że w Szczebrzeszynie odbędzie się kolejny Skorpion wiedzieliśmy z PKŻ, że musimy tam być.

Do wyboru były trzy trasy: 50, 25 i 10 kilometrów. Ze względów logistycznych wybraliśmy skromne TP 25. Niespodziewanie na kilka dni przed zawodami nazwy i parametry tras uległy zmianie. Pojawiły się rogainingi 7 i 12 godzin. To dość istotna różnica. W siedem godzin zdarzało mi się robić nawet 60 kilometrów. Do początkowych dwudziestu miało się to tak sobie. Przestawiłem się jednak psychicznie na siedem godzin napierania.

Pierwsza połowa trasy poszła niemal bajecznie. Punkty wchodziły prawie bezbłędnie. Zapowiadało się, że zbiorę komplet i to poniżej sześciu godzin. Słońce pięknie świeciło, a przyroda dostarczała atrakcji. Na grzbiecie w okolicy PK 34 spotkałem stado jeleni. Pięknych. Wielkich. Ale to jeszcze nic. Gdy jelenie poszły sobie, zza przełamania terenu wyłonił się… wilk. Szedł za nimi, zapewne mając ochotę na obiad. Trochę się przestraszyłem, bo zamiast jelenia mógłby zjeść mnie. Chyba nawet łatwiej by mu wtedy poszło polowanie. Na szczęście on przestraszył się bardziej i poszedł sobie.

Minus pierwszej części trasy: punkt w Kawęczynku. Układ komunikacyjno – urbanistyczny wsi zmienił się tak mocno (aktualność mapy: połowa lat siedemdziesiątych), że najsensowniejszym sposobem znalezienia punktu było schowanie mapy do kieszeni i chodzenie w tę i z powrotem po asfalcie. Trochę bez sensu to było.

Tak wyglądały miłe złego początki. Potem wszystko popsuło się. Najpierw przejście 41 – 33. Obok wąwozu w dół, potem wąwozem do góry i namierzanie punktu. I nic… Mapa średnio pasowała do terenu. Na szczęście napatoczyli się dwaj koledzy, którzy powiedzieli, że jestem przy… PK 32. OK, podbiłem, wracam na 33. Jest wąwóz, a w wąwozie razem ze mną sześć osób. Wszyscy chodzą w tę i z powrotem, a punktu nie ma. Albo jest głęboko schowany, albo źle postawiony. Raczej nikt go nie ukradł. To był taki typ wąwozu, gdzie nikt nie chodzi, co najwyżej mordercy, gdy chcą ukryć zwłoki tak, by nikt ich nigdy nie znalazł.

Rezygnuję trochę rozżalony, trochę wściekły. Kilka minut później spotykam Bartka Deptusia, który mówi, że punkt stoi i to tam, gdzie powinien. Bez sensu, przecież szukaliśmy go w szóstkę. Zdenerwowany przestaję myśleć logicznie. Gubię się szukając banalnego PK 23. Marnuję dużo czasu; podbijam go w końcu dzięki PKŻ, która akurat przechodziła obok i znalazła go bezproblemowo.

Na 21 braknie już czasu. Lecę jeszcze na 11. Znowu wpadka. Znowu punktu nie ma. Tym razem jestem naprawdę zły. Potem, w domu, okaże się, że szukałem nie w tym wąwozie, co trzeba. Na właściwe namierzenie się brakło czasu.

Meta: kończę bez trzech PK. Zrobilem 38 kilometrów i +1100 podejść. Daje to dopiero ósme miejsce. Ale… Tu trzeba wrócić do PK 33. Wypaczył wyniki zawodów. Dla Damiana Kiełbasy był jedynym, którego nie zrobił. Szukaliśmy razem. Biorąc go Damian… wygrałby. Gdybym znalazł go ja, najlepiej od razu, w miejscu w którym wchodziłem do wąwozu (prawdopodobnie tam stał), miałbym jeszcze czas na podbicie pozostałych brakujących. Mogło być podium? A może i tak nie wyprzedziłbym kogoś z tych przede mną. Może oni też nie podbili 33? Tak czy inaczej o wynikach zadecydował przypadek.

Mam taka sugestię dla wszystkich stawiających punkty w zawodach: pojedźcie kilka razy na klasyczne biegi na orientację. Zobaczcie jakie tam obowiązują standardy, a potem spróbujcie wcielać je w życie. Gdybym to zrobił kilkanaście lat temu, sam uniknąłbym postawienia kilku słabych punktów na RDS.

Poza tym nieszczęsnym 33 Skorpion podobał mi się. Muszę kiedyś policzyć który to był, ale na oko to mnięj więcej mój dziesiąty.

Fajnie było!

Hiu` 2021: bez kropki nad „i”

TP 50 orientacja:

Roztoczańska 13 – rogaining 8 h, Kraśnik, połowa punktów kontrolnych

4 – Świętokrzyska Jatka, Połaniec

NKL – Rajd Źródeł Chodelki, rogaining 8 h

12 – Rusińska 66, Svidnik, SVK, 68 km / +2300, liniówka

4 – Pruchnickie Harce, 15 km, Pruchnik, orientacja

3 – Stalowa O-biegówka, 15 km, Jastkowice, orientacja

Dogtrekking:

1 – Sądecki Dogtrekking, Szczawnik, 17 km, z Erką i PKŻ

NKL – Sanok, Mistrzostwa Polski, 15 km

4 – Lubliniec, Puchar Polski, 15 km

BnO:

5 – Wiosna na Roztoczu, Zamość, klasyk

5 – Puchar Podkarpacia, Ulanów, klasyk

2 – PP, Ulanów, sprint

2 – Mistrzostwa Podkarpacia, Żaby, klasyk

2 – PP, Ulanów, klasyk

Sezon był nietypowy. Ze względu na pandemię opóźnił się. W efekcie mało było startów w tym, co lubię najbardziej: TP 50. Pierwszy, Roztoczańska 13, zakończył się katastrofalnie. Ledwie połowa zaliczonych punktów kontrolnych chluby nie przynosi. Ale już czwarte miejsce na Świętokrzyskiej Jatce cieszy zwłaszcza, że do podium zabrakło tylko trzy minuty. Racjonalnej ocenie wymyka się start w Rajdzie Źródeł Chodelki. Mogłem zakończyć na podium, ale zaryzykowałem walkę o zwycięstwo. Efektem było niesklasyfikowanie. Jeżeli jednak sport ma polegać na walce o zwycięstwo, o możliwie najlepszy wynik, to był to wybór prawidłowy.

Liniowe ultra było jedno, Rusińska 66 na Słowacji. Wynik może nie był powalający, ale w granicach przyzwoitości. Trzeba się powoli godzić z faktem, że ze względu na wiek w klasycznym ultra sukcesów już nie będę osiągał.

Najważniejszą imprezą sezonu niespodziewanie były mistrzostwa Polski w dogtrekkingu. Biegałem w zastępstwie za chorą PKŻ (trzeba tu wtrącić, że z powodu choroby cały zeszły rok sportowo był dla niej stracony. Z tego powodu nie będzie podsumowania jej wyników. Na szczęście wydaje się, że 95 % perypetii zdrowotnych ma już za sobą). Do mety z Erkąprzybiegliśmy na drugiej pozycji, ale medalu nie zdobyliśmy. Zostaliśmy zdyskwalifikowani za naruszenie regulaminu i była to dyskwalifikacja uzasadniona.

Puchar Polski w Lublińcu pozwolił dokładnie oszacować nasze miejsce w hierarchii biegających z psami. Jest dobrze, ale szans na wygrywanie w poważnych zawodach raczej nie ma. Co najwyżej w lokalnych, takich jak Sądecki. W przyszłym sezonie PKŻ planuje powrót do poważniejszego biegania. Chcemy startować jako zespół z głębokim przekonaniem, że w tej kategorii medale będą nasze.

Na mapie sportowych zainteresowań pojawiła się też nowość: klasyczny bieg na orientację. Trudno uwierzyć, ale dopiero pierwszy raz wystartowałem w tego typu zawodach. Wciągnęło mnie od pierwszego przyłożenia! Krótki dystans jest dobrym uzupełnieniem treningu tak nawigacyjnego, jak biegowego. No i emocje wzbudza, szybkie i gwałtowne. W 30 – 40 minut (w sprincie niewiele ponad 10) w głowie dzieje się nieprawdopodobnie dużo! Powtórzę jeszcze raz: wciąga.

Jest jeszcze jeden drobiazg. W tym ostatnim sporcie wyniki są publikowane w podziale na kategorie wiekowe. Na Podkarpaciu jest nas w sumie garstka. Nie jest trudno zdobyć miejsce na podium. Wyjazd na zawody w miejsce, gdzie jest większa konkurencja zapewne brutalnie zweryfikowałby moje umiejętności. Ale w naszych lokalnych zawodach mogę sobie pogwiazdować. Nie będę ukrywał, sprawia mi to przyjemność.

Podsumowując: było nieźle, ale zabrakło wisienki na torcie, kropki nad „i”, jaką byłoby podium w dobrze obsadzonych zawodach. Za dużo było katastrof. Ocena byłaby dużo wyższa, gdyby udało się wygrać Chodelkę albo zdobyć medal w MP w dogtrekkingu. To jednak tylko gdybanie…

Ocena końcowa: 3+



Jak biegają Okratki?

„Na pewno chcesz tam jechać?” – PKŻ miała wątpliwości. Cztery i pół godziny za kierownicą, żeby spędzić na trasie raptem półtorej godziny. Chciałem. Miałem coś do udowodnienia. Sobie, jej i ludziom którzy mi kibicują. I organizatorowi temu samemu, co w Sanoku. Postanowiłem, że pojadę. Że będę dla wszystkich miły i sympatyczny. Że pokażemy z Erką, co potrafimy.

Cel: dogtrekking, Puchar Polski, trasa 15 kilometrów. Lokalizacja: Lubliniec. Trasa płaska, bardzo szybka. Na liście startowej ponad 150 osób na 15 km i 50 na 25 km. Dodatkowo krótka trasa 5 km dla początkujących.

Pora pobudki fatalna, 3.30. Wszyscy normalni ludzie śpią, a tu trzeba wstawać. Tego nie da się polubić. Na miejscu jestem godzinę przed startem. Załatwienie formalności przedstartowych zajmuje dwie minuty. Trzeba oddać organizatorom, że wypracowali dobry system prowadzenia biura. Ponad dwieście osób do obsłużenia, a załatwienie formalności zajmuje dosłownie chwilę.

Wystartowaliśmy pod nową nazwą: Ujadające Okratki. Okratek australijski to taka nieco nietypowa rasa. Z charakteru Erka jest stuprocentowym okratkiem. Natomiast ujadanie to jej hobby, bez względu na to, jak to słowo rozumieć.

Mapy dostajemy na odprawie. Szybka analiza: nawigacyjnie będzie bardzo łatwo, takie jest założenie tego dystansu. O wszystkim zdecyduje mocna łyda. Do rzeczywistości przywraca mnie ból w nodze. Jakiś sfrustrowany czworonóg wgryzł mi się w piszczel. Do krwi.

Na starcie pojawiamy się w ostatniej chwili. Erka to psycholka niesamowicie emocjonalnie podchodząca do biegania. Im dłużej nie dam się jej nakręcić, tym więcej sił zostanie jej na rywalizację.

Zaczynamy spokojnie. Na pierwszych dwustu metrach pilnuję, by nie potknąć się, nie zaplątać się w jakąś smycz. Lecimy około dziesiątego miejsca. Spokojnie? Pierwszy kilometr 4.15, drugi 4.25. Powoli zaczynają się wykruszać ci, co przesadzili z tempem na starcie. Na pierwszym punkcie jesteśmy już na piątym miejscu. Czwarty i czołówka są 50 metrów przed nami.

Przez kilka kilometrów gonię czwartego. Tempo wciąż poniżej pięciu na kilometr. Na mecie zegarek zmierzy jako średnie 5.03. W rzeczywistości bieg jest znacznie szybszy. Na każdym punkcie trzeba podbić perforatorem kartę startową i spisać hasło. Trzeba się z tym hasłem pilnować, bo każda trasa ma na tych samych punktach swoje własne. Całość razem z wyjmowaniem i chowaniem długopisu i karty sporych rozmiarów zajmuje prawie pół minuty. Do tego dochodzą przerwy dla psa. Ten musi od czasu do czasu schłodzić się: położyć w kałuży, napić wody albo zrobić szybkie siku. Faktyczne tempo jest więc ponad pół minuty na kilometr szybsze.

W połowie trasy doganiam czwartego. Trzej pierwsi są jeszcze w zasięgu wzroku. Próbuję biec szybciej, ale Erka mówi, że nie. Że to dla niej zbyt szybko. Trochę jest ostatnio niedotrenowana, trenejrinia PKŻ jeszcze nie doszła do siebie, co odbija się na osiągach psa. Czołówka przyspiesza i znika nam z oczu, zostaje walka o czwarte miejsce. „Czwarty” wydaje się silniejszy, ale na ostatniej przecince zapomina skręcić w stronę mety. Wykorzystujemy to i z Erką meldujemy się tuż za podium. Dystans: 15,7 km, czas 1.19.32.

Sukces? Sukces!To były bardzo mocno obsadzone zawody, dużo mocniej niż mistrzostwa Polski. Czołówka uciekła nam na prawie osiem minut. Tak szybkie bieganie jest poza zasięgiem tak moim, jak i Erki. Zrobiliśmy wszystko, co się dało, lepiej nie było można. To nasz najbardziej wartościowy rezultat w dogtrekkingu. Jest tylko jedno ale: nienawidzę czwartych miejsc!

Podobały się nam te zawody. Organizacja była bez zarzutu (w kwestie kontroli wyposażenia postanowiłem nie wnikać). Zapanowanie nad dwustuosobowym tłumem ludzi i psów nie jest prostą sprawa. Na tym wycinku, który miałem okazję zaobserwować wszystko poszło bardzo sprawnie.

Po dwóch startach z najlepszymi w kraju mniej więcej już wiemy na co nas stać. Teraz czekamy na powrót do formy PKŻ, a w przyszłym sezonie pokażemy, na co nas stać.

Ujadające Okratki porządzą!

Smocza promocja

„Hiu, ty przeginasz’ powiedziało kolano. Potem odmówiło współpracy. Przez ostatnie dwa dni przed Przejściem Smoka nie pozwalało nawet na zrobienie przysiadu. Kolano – organ życiowo przydatny, dałem mu więc trochę luzu (oraz pigułki przeciwzapalne). Zrezygnowałem z rogainingu 8 h i przepisałem się na klasyczną TP 25. Trochę było żal, bo w ten sposób wysypywał mi się plan na zrobienie trzech sześćdziesiątek w 15 dni.

Z drugiej strony szanse na sukces na rogainingu były bardzo umiarkowane. Panowie Jankowiak, Jędroszkowiak i jeszcze kilku wymiataczy. Tu wbicie się do szóstki byłoby wielkim osiągnięciem. Co innego TP 25. Tu ogłoszona była Smocza Promocja: każdy uczestnik który dojechał na start miał zagwarantowane miejsce na podium. Ostatecznie do rywalizacji stanęło nas troje.

Niespodzianka: na trasie biegowej pojawiła się Kasia Polak. Lata świetlne temu startowaliśmy razem w barwach Brubeck RISK, a potem Bruteamu w rajdach przygodowych. Z nikim nie współpracowało mi się tak dobrze, jak z nią. Do dziś mam w uszach jej motywacyjne pokrzykiwanie „dajesz Hiubi, dajesz” na etapach rowerowych. Nawet trochę za tym tęsknię. Kasia zaordynowała, że pobiegamy razem. Nie musiała mnie namawiać, od razu zgodziłem się. Potruchtaliśmy więc razem w las.

Dwa lata temu, w podkazimierskiej Bochotnicy ekipa organizacyjna Przejścia Smoka stworzyła piękną i spektakularną mapę. W tym roku niektórzy przyjechali właśnie dla niej. Tym razem też mapa była zrobiona od podstaw. Nie wszystko wyszło idealnie, zwłaszcza przebieżność lasów. Mimo to trzeba przyznać jedno: pod względem kartograficznym na Przejściu mamy do czynienia z najlepszymi mapami w PMnO.

Z drugiej strony – dokładność mapy (1: 15 000) była przyczyną nietypowego rozczarowania: na tak dokładnych mapach nawigacja staje się… nudna. Idzie się jak po sznurku od punktu do punktu, zgadzają się wszystkie drogi. Nie ma gdzie zrobić błędu. Za łatwo się robi!

Chyba, że…

Chyba, że zamiast pilnować mapy zawodnik zajmie się konwersacją. Tak właśnie zrobiliśmy z Kasią: gadaliśmy jak najęci. Nie widzieliśmy się kilka lat, trzeba było wszystko nadrobić, wszystkich obgadać. Punkty wchodziły tak dobrze, że straciliśmy czujność. Za pierwszym razem nie liczyliśmy odległości i trzeba był cofnąć się pół kilometra i namierzyć od nowa. Za drugim przekonaliśmy się, że „prawie północ” to nie jest to samo co „północ”. Kosztowało to nas dodatkowe dwa kilometry.

Po pięciu godzinach rozmowy (dalibyśmy radę jeszcze drugie pięć) i trzydziestu dwóch kilometrach wylądowaliśmy na mecie. Przed nami zrobił to Kamil Lesisz. Zgodnie z zasadami Smoczej Promocji Kasia zajęła pierwsze miejsce, ja drugie (zarazem ostatnie). Lokata na mecie była jednak sprawą drugorzędna. Dobrze było spotkać się na trasie i pogadać do oporu.

Imprezę po raz kolejny odebrałem bardzo dobrze. Dziwnym zrządzeniem losu, choć sam pozycjonuję się jako ultramaratończyk, to bardzo dobrze czuję się na zawodach robionych przez InOwców. Widać było, że organizatorom zależy na integracji środowisk nawigatorskich (InO, PMnO, byli też specjaliści od BnO). Były okolicznościowe smocze wafelki. Było ognisko i gitara. Była dobra mapa oraz rywalizacja na wysokim poziomie.

Przejście Smoka ląduje u mnie w zakładce „ulubione”.

A gdyby ktoś jeszcze nie widział na FB, to wrzucam zdjęcia smoka, jakiego narysowaliśmy na trasie.

R 66

Na początek wykład: kto to są ci Rusini. To grupa etniczna aspirująca do miana czwartego wschodniosłowiańskiego narodu, obok Rosjan, Ukraińców i Białorusinów. Największe ich skupisko jest we wschodniej Słowacji i zakarpackiej Ukrainie. Mieszkają tez w Polsce, Rumunii, Serbii i Kanadzie, jest ich w sumie ponad 600 tysięcy. W naszym kraju znaliśmy ich jako Bojków i Hucułów, do dziś mamy też Łemków. Dawniej zamieszkiwali tereny Beskidu Niskiego i Bieszczadów, ale wygoniła ich stamtąd Akcja Wisła. Ci na Słowacji mieli więcej szczęścia, nikt ich nie wypędzał z domów.

Skąd zainteresowanie Rusinami? Jakiś czas temu znalazłem reklamę Rusińskiej 100, ultramaratonu z bazą w Stropkowie. Wiele razy przejeżdżałem tamtędy autem, z miejsca gdzie mieszkam prawie każda podróż na południe to przejście graniczne w Barwinku, a potem Svidnik i Stropkov. Naokoło tych miasteczek rozciągają się piękne zielone pagóry. To Pogórze Ondawskie. Za małe, by stanowiło cel sam w sobie. Za duże, by być wobec niego obojętnym.

Skoro więc nadarzyła się okazja, trzeba było ją wykorzystać. Do wyboru były dwie trasy: 110 i 66 kilometrów. Wybrałem krótszą. Tydzień przed i tydzień po Rusinskiej miałem zaplanowane ośmiogodzinne rogainingi. Tym razem wygrał rozsądek.

Trochę szkoda tej stovki. Trasa biegła do polskiej granicy gdzieś w samym sercu Beskidu Niskiego. Potem przeskakiwała Przełęcz Dukielską i szła aż tam, gdzie kiedyś zmagaliśmy się z legendarnym jaśliskim Mordownikiem. Z kolei R 66 to runda naokoło Svidnika i Stropkova.

O siódmej rano wystartowały obie trasy. Początek to dwa trzystumetrowe podejścia. od razu dostałem to, co chciałem: piękne zielone łąki. Niektórzy lubią w górach szczyty strzeliste i przepaście przepaściste, a ja wolę długie zielone łąki. Nic nie poradzę, tak mam i już. Potem Svidnik. Tyle razy tam bylem, ale pomnik Armii Radzieckiej zobaczyłem pierwszy raz. Mieli rozmach budowniczowie, 37 metrów wysokości, tyle co dwunastopiętrowy wieżowiec.

Dalej trasy rozdzielały się. Biegłem spokojnie gdzieś w połowie drugiej dziesiątki. W Kvapiszowej przez chwilę miałem nadzieję, że będą czołgi. Bo w Udolju Smrti jest ich dużo, duużo. Niestety, z tankami wyszłoby za dużo kilometrów. Kolejny odcinek trochę mniej atrakcyjny. Doliny: szutry i asfalty. Ale jak chce się zobaczyć rusińskie wioski to trzeba zbiec w doliny.

Za to końcówka piękna: znowu zielone łąki liczone na kilometry. Trzy kilometry przed metą zebrało się nas pięcioro. Na podejściach trochę odstawałem, ale w zbiegach ostatnio jestem niezły. Na ostatnim przed metą wrzuciłem najwyższy możliwy bieg: 4.35 / na kilometr. Najszybszy tego dnia. Urwałem się grupie, na metę wbiegłem 12.

Czas 9.13. Przy przewyższeniu + 2300 trzeba uznać, że to był dobry bieg. Nie jestem jeszcze jakimś weteranem, ale trochę lat mam. Nie dałem się wyprzedzić nikomu starszemu ode mnie. To chyba sukces. dla porównania zwycięzca zrobił całość w 6.40.

Fot. Andrej Belovezcik, fanpage Rusinska 100 a 66

Ciekawostki organizacyjne: trasa była perfekcyjnie oznakowana. Nie było szans, by pogubić się w jakimkolwiek miejscu. Oprócz znakowania w terenie mieliśmy track GPS i wydrukowaną specjalnie na bieg papierową mapę. Organizator obiecał, że będą cztery punkty odżywcze. W rzeczywistości było ich… sześć. Dwa dodatkowe ufundowali mieszkańcy wiosek. Uznali, że to fajne, że ktoś chce zobaczyć miejsce gdzie żyją i postanowili ugościć przyjezdnych. Punkty odżywcze na bogato: słone, słodkie, owoce, placki, kabanoski, co kto sobie zażyczy. Dla chętnych także coś mocniejszego do spożycia.
Ważna rzecz: wpisowe. 20 euro zapłacone na tydzień przed startem. Komentował nie będę, zakładam, że czytelnicy wiedzą ile to kosztuje w naszym kraju i zrobią z tej wiedzy użytek w przyszłości.

Bo warto pojechać na wschodnią Słowację. Organizują tam dobre imprezy z jeszcze lepszą atmosferą. Bo ten kraj ma naprawdę wiele do zaoferowania. Na początek zapraszam do poguglania. Hasła na start to „Rusini”, „Dolina Śmierci” i ” Karpacka Drevena Cesta”. Dla zaawansowanych hasło „Andy Warhol”.

Dobrej zabawy!

Deszczowa katastrofa

Od początku było wiadomo, że na Chodelce łatwo nie będzie. Prognoza meteo zapowiadała deszcz i temperaturę jak w listopadzie. Na szczęście największy opad był prognozowany jeszcze przed startem, potem deszcz miał zelżeć.

Zaczęło się fatalnie. Zamykając klapę od bagażnika zgniotłem okulary. Przy słabym świetle przez całą imprezę mapa była dla mnie rozmazana. Najgorsze było jeszcze przede mną. Półtora kilometra po starcie zauważyłem, że nie mam ze sobą kompasu! Został w aucie.

Łukasz Siejko, który akurat biegł obok miał dwa. Zaproponował, że jeden mi odda. Chwila namysłu i… odmówiłem. Tego dnia bardzo chciałem ścigać się. Łukasz był faworytem, ale czułem, że mogę go ograć. Źle bym się czuł, gdybym wygrał dzięki jego pomocy. To ja powinienem ponieść konsekwencje swojego gapiostwa, nie on. No i pobiegłem dalej bez kompasu.

Na imprezy rozgrywane na Lubelszczyźnie wymiatacze przyjeżdżają rzadko. Tak samo było z tegorocznym Rajdem Źródeł Chodelki, ośmiogodzinnym rogainingiem. Stwarzało to szansę walki o pierwsze miejsce. Po obejrzeniu mapy odrzuciłem z grona kandydatów do podium wszystkich, którzy pobiegli na południe i wschód. Liczyła się zachodnia część mapy. Ten kierunek wybrali Łukasz, Radek Parda i stołeczne Wydry (bo są też Wydry podkarpackie, proszę nie mylić).

Mokro było, padało cały czas. Na szczęście nie był to jakiś hardcore, było po prostu bardzo nieprzyjemnie. Wystarczyło jednak, by niektórym pozamieniać karty startowe w mokrą breję. Nawigacja nie była trudna, przepisem na sukces był wybór dobrego wariantu i mocna łyda. Trasa ładna krajobrazowo, zazdrościłem tym, którzy nie ścigali się i mieli czas na robienie zdjęć. Po drodze kilka ładnych pomników, „miejsce lądowania UFO” (tak, mieliśmy taki punkt!), ale wszystko przebił PK 93. Słowiańska osada Żmijowiska sama w sobie mogłaby być dobrym celem wycieczki. Tym razem atrakcji było więcej. Nasz wariant biegł wzdłuż Chodelki, a ta po ulewach wyszła z koryta. Podobno godzinę przed nami przejechał ją uczestnik z trasy rowerowej. My brodziliśmy już przez ponad kilometr w wodzie po kolana. Potem trzeba było wrócić tą samą drogą. Niewykluczone, że ten odcinek szybciej od nas pokonaliby specjaliści od waterpolo.

Fot. Kamil Rogóż, zespół Wydry

Kilka kilometrów robię z Wydrami. Na PK 61, po sześciu godzinach, decydują się na powrót do bazy. To racjonalna decyzja, zostało im jeszcze do zrobienia ponad 13 kilometrów. W tym momencie mam już prawie pewne podium, ale wciąż mi mało, lecę na PK 62. Za punktem, 300 metrów przed sobą widzę Łukasza i Radka. Idą razem. Zrobili te same punkty co ja. Aby wygrać musiałbym ich dogonić, a potem uciec. Nie… nie ma szans, obaj są mocniejsi fizycznie ode mnie.

Ale cóż to? Przechodzą obojętnie obok drogi na PK 44! Jeżeli zrobię ten punkt, a potem jeszcze cokolwiek w drodze na metę i zmieszczę się w limicie, to wygram! Nie będzie łatwo, czasu mało, kilometrów do zrobienia dużo. Biec za nimi po pewne podium czy zaryzykować przekroczeniem limitu? Nie, nie przyjechałem tu by biegać asekuracyjnie. Nie chcę być trzeci. Chcę wygrać! Skręcam w stronę 44.

20 minut później jestem na punkcie. Coś jednak poszło nie tak. Niby odległość zgadza się, ale doszedłem tu inaczej niż planowałem. Pogubiłem się w liczeniu metrów i przecinek. Straciłem rachubę kierunku. Nie wiem, z jakiego kierunku doszedłem do punktu. Teraz mam do wyboru dwie drogi i nie wiem, która jest prawidłowa.

Oddam królestwo za kompas!

Szukam kompasu w zegarku i telefonie i nie potrafię znaleźć. Czas ucieka. Przede mną dwie drogi i 50 % szans na prawidłową decyzję. Wóz albo przewóz. Biegnę w prawo. Za pięć minut powinna być wieś. Nie ma…. Za 10 minut będzie następna. Też nie ma. Uff… jest, są zabudowania. Za nimi teren podnosi się, tam będzie punkt… Nie ma??? Lecę dalej, ale zaczyna mi brakować wiary w sukces. Następna wieś… jest przystanek… jest nazwa… Kurrrwa!!! To nie tu!!!

Zamiast na północny wschód pobiegłem na południowy zachód.

Nie ma mety, nie ma pierwszego miejsca. Jestem 15 kilometrów od bazy. Nie mam już siły biegać. Jest zimno, pada deszcz, nie mam ze sobą jedzenia, picia ani ciepłego ubrania. Mam ochotę usiąść i rozpłakać się… Dzwonię do szefa imprezy z pytaniem o możliwość zwózki z trasy.

Ktoś skomentuje, że „pokarało gościa za pazerność”. Mogłem mieć podium, przegrałem wszystko. Nie, sportowiec, gdy może wygrać zawsze powinien walczyć o zwycięstwo. Poległem z kretesem, ale nie żałuję. Przynajmniej spróbowałem…

Dwa słowa o rajdzie: Chodelka potwierdziła wszystkie swoje tak zalety, jak i wady. Wada największa to mapa z czasów wczesnego Gierka. Ale to da się przeżyć. Zalety: serdeczność organizatorów. Ciasto od żony szefa imprezy. Zupa od pań z Koła Gospodyń Wiejskich. Ładna trasa, chyba najładniejsza spośród czterech dotychczasowych. Jest dużo imprez bardziej medialnych. Dużo jest też bardziej profesjonalnie zrobionych. Ale klimat RŹCh jest jedyny w swoim rodzaju. Już dziś czekam na kolejną edycję. Tym bardziej, że to jedyny rajd, gdzie jestem legendą. Legendą Chodelki!

Przez minutę na podium

To nie jest sport mojego pierwszego wyboru. Ani drugiego, ani nawet trzeciego. Co innego PKŻ, ona dogtrekking kocha. Mieliśmy wystartować w mistrzostwach Polski razem i wywalczyć medal w kategorii rodzinnej. Niestety PKŻ ze względu na stan zdrowia wystartować nie mogła. Musiałem jechać bez niej. Był to mój pierwszy samodzielny start w tym sporcie, od razu w zawodach mistrzowskich.

Celem było miejsce na podium. Wymyśliłem sobie, że jak już wygram, to wyślę PKŻ zdjęcie z podpisem „Twój pies ma medal”, a ona się wzruszy.

Naszym celem była trasa 15 km. Podobno 25 jest bardziej prestiżowe, ale mi wystarcza 15. Erka spokojnie dałaby sobie rade z dłuższą trasą, ale nie lubię jej zarzynać. Ona ma się cieszyć bieganiem, nie męczyć.

W bazie spotykam znajomego Starego Wyjadacza. Oświadcza mi, że nie będzie zabierał na trasę obowiązkowego wyposażenia. „Tu i tak nigdy nie kontrolują, bez sensu to wszystko targać.” Skoro tak tu się traktuje regulaminy, to ja też nie będę zabierał wszystkiego. Litr wody dla psa, miska, bandaże, plastry – odkładam na bok miskę i wodę. Na Podkarpaciu przez tydzień padało, na trasie jest mnóstwo wody. Na pewno jej nie zabraknie.

20 minut przed startem zakładam psu uprząż. Erka już wie, co będzie dalej i odpływa. Nie da się jej w żaden sposób uspokoić. Emocje powoli udzielają się innym psom. Wyrywają się do przodu i szczekają. Stojąc na linii startu, kilka metrów od sprzętu nagłaśniającego nie słyszę spikera. Słyszę tylko jedno wielkie szczekanie z osiemdziesięciu gardeł. Takiego stężenia emocji nie widziałem jeszcze nigdy i nigdzie. Niesamowite przeżycie!

Ruszamy, obie trasy razem. Jedni w równym tempie. Inni, jak Erka, zrywami, od kałuży do kałuży. Co jakiś czas kąpiel dla schłodzenia. Trasa wygląda na banalną nawigacyjnie. Jedno trudne miejsce, oznaczone strzałkami. Raj dla łydkowców. Lecimy w okolicy dziesiątego miejsca. Najlepiej idzie nam na zbiegach. Do czasu, bo w pewnym momencie sru… Leżę! A raczej jadę w dół po błocie i kamieniach. Stłuczone kolano, krew na łokciu. Przechodzi mi ochota na szybkie zbiegi. Jedna koleżanka chce mnie nawet opatrywać. W innych okolicznościach przewróciłbym się dla niej jeszcze raz, ale tym razem nie ma czasu. Mamy misję!

Po rozejściu się tras spotykam Tomka Wojtowicza. Ciekawy zawodnik, mocny. Okazuje się, że jesteśmy na prowadzeniu. Tomek co chwilę próbuje mi się urwać, ale jest kiepski nawigacyjnie. Robi przewagę, dobiega do rozwidlenia ścieżek i… czeka na mnie. Robimy w ten sposób 2/3 trasy. 500 m przed metą próbuję mu się urwać. Robię 5 metrów przewagi. Dajemy z Erką z siebie wszystko. Nic z tego, Tomek dociska mocniej i finiszuje pierwszy. My – 16 sekund po nim. Żal pierwszego miejsca, ale mamy wicemistrzostwo Polski. Przed startem brałbym taki wynik w ciemno.

Jeszcze nie wiemy, że zbliża się dramat. Podchodzi do nas sędzina i prosi o pokazanie obowiązkowego wyposażenia. Za brak wody dla psa zostajemy zdyskwalifikowani. Nie tylko my, Tomek też. Medalem cieszyliśmy się przez minutę.

Sędzina argumentuje, że zdrowie psa jest najważniejsze. Że pies powinien w każdej chwili mieć dostęp do wody. Zgadzam się z tą argumentacją. Zgadzam się z tym, że regulaminów należy przestrzegać. Dałem dupy i zostałem słusznie zdyskwalifikowany.

Mimo to mam żal do organizatorów. Rzecz w tym, że skontrolowani byli tylko niektórzy zawodnicy. Stary Wyjadacz, który zapowiadał start bez wyposażenia, zdobył medal. Nie był przez nikogo kontrolowany. Spośród ludzi z którymi rozmawiałem właściwie nikt nie przechodził kontroli wyposażenia. Takie postępowanie jest nie fair, zarówno w stosunku do postępujących zgodnie z regulaminem, jak i w stosunku do zdyskwalifikowanych. Dwóch debiutantów – nołnejmów rzucono na pożarcie, a stałym bywalcom nawet nie pogrożono palcem. To nie była równa rywalizacja.

Co dalej jeszcze nie wiem. Mamy psa z talentem i sercem do biegania. Szkoda ten talent zmarnować. Waham się więc między „nigdy więcej moja noga na tej imprezie nie stanie”, a „pojechać, zrobić awanturę i rozwalić system.” Czas pokaże, która opcja wygra.

Le Tour

To nie był łatwy wyjazd. Mieliśmy mało czasu. Musieliśmy zmieścić się w wąskich widełkach ograniczonych z jednej strony przez leczenie PKŻ, z drugiej moją pracę. Po drodze wypadła jeszcze Jatka, na której bardzo chcieliśmy być.

W ogóle dużo chcieliśmy: być wszędzie i zobaczyć wszystko. Zachłanni jesteśmy. Trochę zadziwiły nas odległości, które musieliśmy pokonać, ale udało się zobaczyć wszystko, co zaplanowaliśmy, a nawet trochę więcej.

Wstawaliśmy najpóźniej o siódmej rano. Szybkie śniadanie, zwinięcie namiotu i jazda, zwiedzanie do wieczora. Pod koniec dnia poszukiwanie miejsca noclegowego. Tropik od namiotu zmoczony deszczem pierwszej nocy wysuszyliśmy dopiero w Polsce. Wcześniej nie było czasu.

Czas na konkrety:

10.08

Wyjazd, 1100 kilometrów,

Nocleg gdzieś pod Warburgiem

11.08

Dojazd 500 km

Dunkierka, port, beffroi, plaża

Bergues, beffroi

Les Huttes D`Oye, plaża i nocleg

12.08.

Les Huttes D`Oye, fortyfikacje Wału Atlantyckiego

Gravelines, fortyfikacje Vaubana, beffroi

Calais, beffroi

Cap Blanc – Nez, Opalowe Wybrzeże: klify, wzgórze z widokiem na kanał La Manche i Anglię

Saint Riquier, beffroi

Amiens, katedra Notre Dame

Nocleg Chipilly nad Sommą

13.08.

Camp de Cesar, punkt widokowy

Reims, katedra Notre Dame i bazylika Saint Remi

Chalons-En-Champagne, katedra Eglise Notre Dame en Vaux, poszukiwania szampana

L`Epine, katedra

Nocleg Sainte Menehould

14.08

Verdun, twierdza

Ossuaire de Douaumont, francuski Cmentarz Narodowy

Luksemburg, stare miasto

Metz, stare miasto i nocleg

15.08.

Nancy, Place Stanislas, kompleks architektoniczny Stanisława Leszczyńskiego

Wogezy, trasa Kruth – Grand Ventrone 1204 m – Kruth, 14 km / + 700

Nocleg Kruth-Wildenstein

16.08.

Wogezy, trasa Sentier des Roches: Col de la Schlucht – Frankenthal – Schiessroth – Hohneck 1363 m – Col de la Schlucht, 18 km / + 900

Le Grand Ballon 1424m, najwyższy szczyt Wogezów, spacer 15 minut

Nocleg Cernay

17.08.

Neuf Brisach, fortyfikacje Vaubana

Powrót do domu, 1500 km / 18 godzin jazdy

Noclegi na kempingach, cena za zestaw: 2 osoby, auto, namiot, pies od 16 do 27 euro.

Korzystaliśmy z bardzo skutecznej aplikacji do wyszukiwania kempingów Park4night.

Wyjazd trwał 8 dni. Zrobiliśmy 4300 kilometrów, z czego 3100 to dojazd, a 1200 wykręciliśmy zwiedzając.

Wydaliśmy 3136 złotych, z czego połowa to koszt paliwa.

Jedliśmy mało. Obiadu nie zjedliśmy ani razu, bo nie było na to czasu.

Najbardziej podobało nam się w Metzu, którego początkowo nie mieliśmy w ogóle w planach.

Wróciliśmy zmęczeni, ale zachwyceni.

Vive La France!

Przyjemność z Jatki

Na mecie Świetokrzyskiej Jatki podszedł do mnie Marcin Sontowski, świeżo upieczony wicemistrz Polski na 100 kilometrów. Poprosił o wpis w którym będą krew, pot, łzy i grube nawigacyjne błędy. W tym miejscu muszę Marcina i czytelników rozczarować: tym razem było tylko odrobinę potu. Żadnych łez, żadnej krwi, a błędy nawigacyjne umiarkowane.

Początek rzeczywiście był taki sobie: wybiegłem z bazy w przeciwnym kierunku niż wszyscy. Nie byłoby to złe rozwiązanie, gdyby nie zamajaczyła mi na horyzoncie sylwetka starego mostu na Czarnej. Pobiegłem na most i dołożyłem sobie prawie kilometr. Skoro zaś punkt był kilometr od bazy, to przede mną byli już wszyscy.

Na Jatkę przyjechałem w kiepskim nastroju, bez większej wiary w siebie. Liczyłem na złamanie ośmiu godzin na TP 50. Niespodziewanie katastrofa na starcie poprawiła mi humor. Gorzej już być nie mogło, teraz mogłem sobie pobiegać dla przyjemności. Fajne to było: słońce, łąki, lasy, biegło się doskonale. Punty ładnie wchodziły. Trasa nie była zbyt trudna, akurat taka, jaką lubię najbardziej. Powoli przesuwałem się do przodu. Błędy jakieś tam oczywiście były, choćby na PK 9, gdzie dołożyłem kilometr. Ale inni, którzy pojawiali się w zasięgu wzroku, też mylili się.

Emocje zaczęły się cztery kilometry przed metą, na PK 33. Punkt piękny: wąski przepust pod drogą, na środku strumienia. Na punkcie spotkałem Mateusza Komorowskiego. To mocny zawodnik, spotkanie go oznaczało, że podium jest bardzo blisko. Podkręciłem tempo i skręciłem w ścieżkę wzdłuż potoku. Mateusz znikł z pola widzenia. Potem kawałek pod górkę, trzeba było trochę zwolnić. Dalej przelot drogą, która niespodziewanie skończyła się w krzakach. Zostało 50 metrów do ulicy ale… przez pokrzywy po szyję. To było długie 50 metrów, bardzo długie. Podobno dało się to obejść, ale nie ścieżki obok nie znalazłem.

Potem jeszcze PK 33 i szybko do mety. Mateusza po drodze nigdzie nie widać. Będzie podium?

Meta. Wbiegam i… widzę uśmiechniętego Mateusza. On trzeci, ja czwarty! Pobiegł dłuższym, ale szybszym wariantem ulicami i ograł mnie. Lepszy był, to wygrał. Lubię się z nim pościgać.

Czas: 6.51, godzinę lepszy od zakładanego, dawno tak szybko nie pobiegłem pięćdziesiątki.

W ogóle fajna była ta Jatka. Bieganie super, pogoda super. Punkty kontrolne dobrze poustawiane. Od pierwszej edycji to jedna z moich ulubionych imprez.

Wspomnieć trzeba koniecznie o trasie TP 100, mistrzostwach Polski. Wygrał kolejny raz Michał Jędroszkowiak. Trasę zrobił poniżej jedenastu godzin. Jak on to robi? Wygrywa prawie wszystko od piętnastu lat.

Na dziś to tyle, bo mam mało czasu na pisanie. Krew pot i łzy może będą przy kolejnej okazji. Błędów nawigacyjnych mam nadzieję, że nie będzie…

Fajnie było. I bardzo przyjemnie!

Wygrana w upale

Pora pobudki była nieludzka: trzecia nad ranem. Potem ponad dwieście kilometrów w samochodzie i przed ósmą byliśmy w Szczawniku. Celem był udział w II Sądęckim Dogtrekkingu Tropami Tajgi. Byliśmy jesienią na pierwszej edycji. Podobała się nam przyjazna atmosfera imprezy, więc chętnie przyjechaliśmy jeszcze raz.

Na starcie było dość kameralnie, na dwóch trasach wystartować miało niespełna dwadzieścia osób. Pakiety startowe grube: próbki karmy, chusty, koszulki techniczne i jeszcze parę drobiazgów. Łowcy pakietów byliby ukontentowani.

Start indywidualny, co minutę. Oczywiście spóźniamy się, bo po co być punktualnym na starcie? Dobiegliśmy do drogi głównej na dole i pierwsze zdziwienie: grupa zawodników szuka punktu dwieście metrów za wcześnie. Na mapie punkt był przy szlaku żółtym, oni szukali przy czerwonym. Dogtrekkingi to imprezy na orientację. Jest to jednak zupełnie inna nawigacja niż w klasycznych imprezach z mapą. Poziom trudności jest znacznie niższy. Jednocześnie jest wystarczający, by zrobić selekcję na tych którzy cokolwiek umieją i pozostałych.

Mija kilka minut. Obok nas przebiegają pierwsi zawodnicy z trasy krótkiej. Przebiegają również obok punktu, nie zaszczycając go spojrzeniem, by szukać go pięćset metrów dalej. Ech, nawigacja…

Gorąco jest. Upał daje nam się we znaki. Przewyższeń jest sporo, na siedemnastokilometrowej trasie zegarek pokaże prawie osiemset metrów podejść. Truchtamy sobie spokojnie, bez szaleństw. PKŻ dwa dni wcześniej brała chemię, więc z mocą u niej jeszcze krucho. Pies w upale też szybko traci ochotę na bieganie. Czujemy jednak, że jesteśmy wysoko w klasyfikacji.

W połowie trasy doganiamy sympatyczną parę. Przez kilka punktów lecimy mając się w zasięgu wzroku. Znikają nam z oczu przed ostatnim trzykilometrowym zbiegiem. Trasa idzie szlakami turystycznymi, a potem pod wyciągiem narciarskim. Nie ma możliwości popełnienia błędu. Uznajemy się za pokonanych.

Fotograf na dole pod wyciągiem ma dla nas ważną informację: przed nami jeszcze nikogo nie było. Nikogo? Co stało się z parą przed nami? Nie da się zgubić? Jednak da się! Wygraliśmy!

Nie popadamy w euforię. Z całym szacunkiem dla rywali nie była to mocno obsadzona impreza. Z drugiej PKŻ mimo choroby (a może właśnie ze względu na nią) robi rzeczy niezwykłe. Pierwsze miejsce zawsze sprawia przyjemność.

Same zawody bardzo przyjazne dla uczestników. Dobra atmosfera w bazie. Wyrozumiali sędziowie. Dobre pakiety. Prawidłowo postawione punkty kontrolne (to trzeba podkreślić, bo w tej dziedzinie nastąpił znaczny progres).

Podsumowując: Erka wybiegana i zadowolona. PKŻ zadowolona. Ja też (rywale może nieco mniej). Może trochę na początku bolało, ale warto było zebrać się, wstać o świcie i przyjechać do Szczawnika.

Pruchnickie Harce

Jak jestem w Pruchniku, to zawsze jest ciekawie, zawsze coś się dzieje. Pierwszy raz: wyprawa rowerowa jakieś 20 lat temu. Wiało, dość konkretnie. Na tyle mocno, że jadąc z wiatrem pod górkę nie musieliśmy pedałować.

Drugi raz: Harce Rowerowe kilka lat temu. PKŻ zapytana na jaką trasę zapiszemy się odpowiedziała, że na najdłuższą. Bo my to niby jacyś pro-cośtam jesteśmy. To zapisaliśmy się na najdłuższą. Chcielibyście zobaczyć zdziwienie w jej oczach, gdy przejechaliśmy Kańczugę. To spojrzenie na pagóry i pytanie”Ja mam po tym jeździć? A to się w ogóle tak da?” Zaliczyliśmy wtedy dwie trzecie punktów, a na metę przyjechaliśmy półtorej godzimy po limicie.

Trzeci raz: Rajd Dolnego Sanu. Jeden z najlepszych i najdramatyczniejszych, jakie się odbyły. Załamanie pogody. Błoto, potem mróz i śnieg. I telefony od kolejnych uczestników, którym ze względu na gwałtowne opady nie udało się dotrzeć do bazy. Nie na metę. Na start!

Tym razem trasa była krótka, 15 kilometrów na orientację. Trasa dość fizyczna. Punkty niby łatwe, ale trzeba było być czujnym, jak choćby na PK 38, dla mnie drugim. Punkt przy starej chałupie. Na mapie żadnych zabudowań i łąka, w terenie kilka domostw i gęste krzaki. Zaliczyliśmy go na słuch, idąc tam, gdzie był największy hałas. Akurat znaleźli go rowerzyści, to podbiliśmy i my. Ale byli i tacy, co szukali ponad godzinę.

Na wyjściu z punktu zobaczyłem Pawła Szykułę (miejscowego, to ważne), jak ucieka w krzaki. Pomyślałem, że pewnie zna skrót i chce przetrawersować zbocze, aby ominąć wierzchołek. Pomysł świetny, wiec poleciałem za nim, a za nami jeszcze PKŻ i Erka. Niestety, okazało się, że Paweł zagrał pokerowo. Chciał skrócić trasę, nie było żadnej ścieżki. A krzaczory były dorodne! Oj! Jeżyny, pokrzywy i co kto sobie jeszcze wymyśli, wszystko było. Zmarnowaliśmy tam sporo czasu, zanim wyszliśmy podrapani i pogryzieni na normalną drogę.

Potem biegłem za Pomarańczowymi. Ciągnęli mocno. Co ja przyspieszyłem, to oni też. Może bym ich dopadł, ale musiałem zaliczyć nieplanowany pit-stop we wsi pod mostem. Dwie minuty straty. Potem źle wstrzeliłem się w wyjście ze wsi. Źle czyli zamiast iść normalną drogą znowu wlazłem w pokrzywy. To kolejne trzy minuty w plecy. Pomarańczowi mignęli mi jeszcze z daleka na przedostatnim punkcie. 5 minut straty, za dużo by ich dogonić. Próbowałem, dwa kilometry zrobiłem jeszcze poniżej 4.30 (z górki).

Pomarańczowych było troje, więc myślałem, że z podium nici. Okazało się jednak, że nie nagradzano kategorii open, a wiekowe. Niespodziewanie w 40-54 byłem najlepszy. Do tej pory kategorii wiekowych nie traktowałem specjalnie poważnie, ale ze względu na PESEL chyba będę musiał z nimi przeprosić się.

Trzeba jeszcze napisać, że PKŻ spisała się bardzo dzielnie. Ominęła nawigacyjne rafy i również wygrała swoją kategorię. I jak tu nie lubić tego Pruchnika?