Wyjątkowo kiepski dzień

W gruncie rzeczy na Skorpionie udało się osiągnąć kilka sukcesów. Pierwszym było to, że udało się nam wystartować. Na dwie godziny przed startem nie zanosiło się na to. Dzień wcześniej PKŻ przypomniała mi o zatankowaniu samochodu, by nie marnować czasu rano. Zatankowałem więc gaz do pełna i sprawa była załatwiona. Benzyny nie tankowałem, bo przecież jeszcze była. Tak mi się przynajmniej zdawało.

Nie, benzyny nie było. Po przejechaniu kilkuset metrów, na drugim największym skrzyżowaniu Stalowej Woli silnik zgasł. Szybko namierzyłem problem. Posadziłem PKŻ za kierownicą (przy jej wzroście, bez podłożenia kilku poduszek widziała przez szybę nie drogę, a niebo), zakasałem rękawy i niczym superbohater zacząłem pchać auto w stronę najbliższej stacji. Nie było bardzo daleko, jakieś 600 metrów. Dałem radę, bo forma jest, ale po fakcie zrobiłem się jakiś taki przygaszony. Bardziej chyba nawet psychicznie niż fizycznie.

Tego dnia odniosłem jeszcze jeden sukces: na Skorpionie zaliczyłem 52 kilometry, tyle samo, co najlepsi, ale w krótszym czasie. Wynika z tego, że byłem najszybszym zawodnikiem na trasie. Dziwne, bo biegało mi się ciężko, bardzo ciężko. Błoto i przewyższenia , + 1100 m, nie pomagały w szybkim poruszaniu się. Od 35. kilometra prawie nie biegałem, więc nie bardzo rozumiem, jak mogłem być najszybszy.


Hola hola Hiu. Skoro byłeś najszybszy to powiedz, co osiągnąłeś. Pochwal się: zaliczyłeś 8 punktów z szesnastu i zająłeś przedostatnie miejsce. Jak ty tego dokonałeś?


Po starcie ruszyliśmy żwawo. Nasz wariant wybrało 5 osób, mijających się na trasie, mających się cały czas w zasięgu wzroku. Byli w tej grupce Mateusz Komorowski, Sławomir Szczepański i Wojtek Zając, którzy na koniec zajęli trzy pierwsze miejsca. Pierwsze cztery punkty weszły łatwo.  Potem nadeszła apokalipsa:

– PK 5 – byłem na przecince prowadzącej prosto na punkt. Wydawało mi się, że to za blisko, więc zmieniłem kierunek i zrobiłem półtorakilometrową pętelkę, by wrócić w to samo miejsce,

– PK 6 – wybierając drogę dojścia do punktu bylem w rzeczywistości w zupełnie innym miejscu niż myślałem. Oczywiste, że nie mogłem go znaleźć. By odgadnąć gdzie jestem musiałem wyjść z lasu. Kosztowało mnie to 50 minut straty,

– PK 7 – przez 50 minut przeczesałem wszystkie krzaki naokoło wąwozu, gdzie miał stać punkt. Gdy zrezygnowany odszedłem, kawałek dalej zobaczyłem ludzi. Okazało się, że przestrzeliłem go o 700 metrów,

– PK 8 – kulminacja. Szedłem prosto na punkt. Sęk w tym, że nie potrafiłem odczytać z mapy poziomic (elementarz!). Nie wiedziałem, gdzie jestem. Zupełnie nie wiedziałem. Szedłem czekając na cud, ale cudu nie było. Miałem w nogach już 35 kilometrów i zaledwie połowę trasy z mapy. Za dwie godziny miał zapaść zmrok, a nic nie zapowiadało, bym po ciemku miał nawigować lepiej niż w dzień. Próba robienia kompletu na siłę groziła przekroczeniem 80 kilometrów, bez gwarancji zrobienia.

Odpuściłem.

Spokojnie przeszedłem 15 kilometrów do bazy.

Żenada. Beznadzieja.

Właściwie to chciało mi się płakać.

Skorpion uczy pokory.


Minęły 3 dni. Mam ochotę na rewanż. W moim słowniku nie ma słowa pokora. Pewnie jeszcze dziesiątki razy polegnę w fatalnym stylu. Ale już czekam na kolejnego Skorpiona, by spróbować odegrać się za sobotnią porażkę!

 

 

Szybka Silesia, szybki weekend

Silesia Race zawsze miał dobrą opinię. Gdy w ostatniej chwili nadarzyła się możliwość startu – razem z PKŻ skorzystaliśmy.

Start TP 50 na rynku w Pszczynie: dostaliśmy zestaw trzech map. Większość uczestników ruszyła na szybkie BnO po mieście. Nie lubię robić tak jak wszyscy, więc zostawiłem ten etap na koniec. Ruszyłem w stronę Czechowic – Dziedzic. Tam nad stawami po raz pierwszy zrobiłem „łoł”, bo było ładnie. Naokoło dużo wody, słońce i dużo niebieskiego nieba. Pięknie było.

Potem przeprawa linowa przez Wisłę. Poszło szybko i sprawnie. Na imprezach biegowych rzadko mamy do czynienia z takimi atrakcjami.

Kolejny etap: mapa z kreskami. Kreski mogą oznaczać wszystko: drogi, ogrodzenia, strumienie, granice kultur. Nie był to łatwy etap, ale przy odrobinie koncentracji udało się zaliczyć go bezbłędnie.

84319039_723471398473625_6996012283595849728_n

Później przelot po tamie i brzegach Jeziora Goczalkowickiego. Znowu „łoł”,tym razem bardzo duże. Zbiornik robi wielkie wrażenie. Do tej pory biegło się fajnie po zamarzniętych łąkach. Teraz temperatura poszła do góry. Wszystko rozmarzło i zamieniło się w błoto.

Zaraz potem kolejna woda, Zbiornik Łącki. Znowu „łoł”. z PK 14 na PK 15 drogę zagradza wielki potok. Chwile waham się: wejść czy nie. Lecę naokoło. Tylko jedna osoba skróciła drogę przez wodę: Rafał Bogacki, zwycięzca.

Na koniec jeszcze bieg na orientację i meta. Strata na błędach nawigacyjnych: 22 minuty.  Czas: 6.40, szybko było. To jedna z moich najszybszych pięćdziesiątek. Starczyło tylko do dziewiątego miejsca, bo obsada była doborowa. Zwyciężył, z kosmicznym czasem 4.41, Rafał Bogacki. Zdobywcy Pucharu Polski, Marcinowi Sontowskiemu dołożył prawie pól godziny. Jak to zrobił? W ostatnim czasie zrzucił dziesięć kilogramów. Ha! Gdybym zrzucił 10 kg pewnie biegałbym godzinę krócej na każdej TP 50. Tylko skąd wziąć tyle samozaparcia?

PKŻ nie zwykła tracić czasu. Gdy walczyłem na pięćdziesiątce, ona wybrała się na grę miejską. Przyznać trzeba, że została zorganizowana z rozmachem. Był bieg na orientację po pięknym pszczyńskim parku. Było trochę brodzenia po łąkach i lasach naokoło miasta. Były zadania specjalne w skansenie i w zagrodzie żubrów. Było tego tyle, że czterogodzinny limit nie wystarczył do zrobienia całości. Tym bardziej, że Erka nie paliła się do współpracy. Miała własne pomysły na spędzanie czasu. Trzeba pochwalić PKŻ za punktualność: na mecie była dwadzieścia sekund przed limitem. Co za profesjonalizm!

Sama Silesia zrobiła na nas świetne wrażenie. Dużo tras (dwie rajdowe, dwie piesze, dwie rowerowe i gra miejska). Dużo ładnych krajobrazów. Dobre jedzenie. Jeszcze lepsza atmosfera w bazie i na trasie. Gdybym miał takie uprawnienia, to przyznałbym imprezie znak jakości Q.

Czy coś mi się nie podobało? Pierwszej nocy chętnie bym ukrzywdził panów chrapiących na sali gimnastycznej. Takiego koncertu dawno nie słyszałem. Potem okazało się, że było to zaledwie preludium do nocy drugiej. Ale akurat na to organizator nie miał żadnego wpływu.

W niedzielę rano przemieściliśmy się do Nowego Targu. Gorce przywitały nas chłodem, termometr pokazywał siedem stopni mrozu. Wszędzie naokoło leżał śnieg. Prawdziwa zima, aż trudno uwierzyć, że jeszcze taka istnieje.

Organizatorzy Turbacz Winter Trail, biegu na 21 kilometrów, postanowili rozszerzyć formułę imprezy i zaprosili na start biegaczy z psami. PKŻ nie mogła przegapić takiej okazji i zgłosiła się z Erką. Liczyła na dobry wynik.

Niestety, emocje skończyły się szybko. Problemem okazało się oznakowanie trasy. Razem z jedną z zawodniczek przegapiły nieoznakowany skręt w boczną drogę. Skróciły sobie w ten sposób drogę prawie o cztery kilometry i na półmetku zameldowały się jako pierwsze. Uczciwie przyznały się do skrócenia trasy. Początkowo miały być zdyskwalifikowane, potem organizator przyznał im po karnej godzinie. Skończyło się na czwartym miejscu. Gdyby na trasie wszystko było tak, jak należy – byłoby prawdopodobnie drugie.

Na tej trasie zgubiło się więcej osób. Niektórzy do końca nie zdawali sobie z tego sprawy. Widziałem, jak w punkcie pomiaru czasu jedna z zawodniczek nie potrafiła zrozumieć, dlaczego zegarek pokazał jej mniej kilometrów niż obiecali organizatorzy.

Nie ma szczęścia w tym roku PKŻ. Dwa razy kończyła dogtrekkingi na pierwszym miejscu, ale organizatorzy nie przewidzieli kategorii kobiecej. Na TWT kategoria była, tylko zabrakło strzałki pokazującej dobrą drogę.


W niedzielę o 21.00, po pięćdziesięciu godzinach znowu byliśmy w domu.

85218754_192244145488718_6075301948238594048_o

Fot. FB Turbacz Winter Trail

Z archiwum rogainingu

Początki rogainingu sięgają polowy XX wieku. W 1947 roku w okolicach australijskiego Melbourne pięciu śmiałków wyruszyło na dwudziestoczterogodzinną trasę. Początkowo ten format biegu na orientację stawał się popularnym w krajach anglosaskich: w Kanadzie, USA i Nowej Zelandii. W 1992 roku udało się rozegrać pierwsze mistrzostwa świata.

Europa sprawę podłapała później. Pierwsze zawody na naszym kontynencie odbyły się w 1996 roku w Czechach. Zaraz potem przyszła kolej na Szwecję, Estonię, Łotwę, Rosję i Finlandię. Pierwsze mistrzostwa Europy odbyły się w 2002 r.

Jak na tym tle wypada nasz kraj? Trochę się spóźniliśmy. Dopiero w 2010 roku odbyła się pierwsza próba. Na trójstyku Polski, Czech i Słowacji zorganizowano Mistrzostwa Polski i Czech. Południowi sąsiedzi dali nam wtedy tęgiego łupnia, więc o wynikach większość naszych uczestników nie chce pamiętać.

Rok później odbyła się pierwsza impreza zorganizowana w całości w Polsce: zawodnicy rywalizowali na trasie Rogainingu Strzelińskiego. Pierwszym zwycięzcą na trasie dziesięciogodzinnej został Jarosław Bartczak.

W kolejnych latach Polacy zaczęli startować w imprezach mistrzowskich za granicą. Największe sukcesy odnosili Sabina Giełzak z Marcinem Krasuskim. Udało im się zdobyć medale mistrzostw świata i Europy w kategorii mikstów. Złoty medal ME w kategorii wiekowej wywalczył Jan Gracjasz.

Pierwsze zawody dwudziestoczterogodzinne, Irokez,  zorganizowało wydawnictwo Compass w 2014r. Od razu nadano im rangę Mistrzostw Polski. Od tego czasu odbywają się co dwa lata. Najbardziej utytułowanym zawodnikiem jest Tadeusz Podraza. Stawał na podium każdej edycji zawodów. W tym roku również jest na liście startowej i wydaje się, że ma spore szanse na kolejny medal.

2014

1. Leszek Herman Iżycki, Tadeusz Podraza

2. Jan Gracjasz, Stanisław Olbryś

3. Monika Lisa, Jirka Hajek, CZE

2016

1. Michał Jędroszkowiak, Robert Kędziora

2. Reigo Lehtla, Aleksander Pritsik, Heidi Sild, EST

3. Leszek Herman – Iżycki, Tadeusz Podraza

2018

1. Bartłomiej Karabin, Mariusz Opioła

2. Tadeusz Podraza, Hubert Puka

3. Katarzyna Sochacka, Przemysław Witczak

 

Umcy umcy! Łup łup!

Długo nie startowałem, prawie trzy miesiące. Potrzebowałem odpoczynku. I treningu też.

W styczniu w kalendarzu wypadł start w Zimowej Poniewierce. Króciutka trasa, 15 kilometrów na orientację. Motywacje miałem dobrą: dwa lata temu głupio straciłem zwycięstwo, bo pobiegłem na nie swoją metę.

Największy problem miałem na starcie. Miejsce z którego zaczynaliśmy na mapie zasłonięte było wielkim krzyżykiem, a szkoła spod której startowaliśmy była narysowana 200 metrów dalej niż powinna. Zgłupiałem. Zupełnie nie potrafiłem określić w którym miejscu jestem i gdzie mam biec.

Mogłem ruszyć ze startu z peletonem. Ale jakoś nie wypada, skoro przyjechałem wygrywać. Jako jedyny pobiegłem w stronę kościoła. Straciłem na tym jakieś 400 m, na dodatek biegnąc na PK 9 zderzyłem się z peletonem, który miał już zaliczony PK 11.

Dwunastki szukałem za wcześnie, bo zamiast liczyć kroki musiałem się rozebrać. Potem peleton pobiegł na PK 10, a ja pięknym przelotem przez bobrowe tamy na PK 4. Nieoptymalnie, ale co tam. Czułem moc! Widziałem, że biegnę szybciej niż reszta, a od połowy trasy zacząłem przyspieszać. Punkty wchodziły leciutko jak nigdy. Shoot shoot, bang bang wróciło!

Leciałem więc uskrzydlony i było mi z tym dobrze.

Wygrałem, z dziesięciominutową przewagą nad kolejnym zawodnikiem! Na dystansie 13 kilometrów to sporo.

Podobno było bardzo łatwo nawigacyjnie. Dobra, zgadzam się, że łatwo, ale skoro tak, to dlaczego inni seryjnie wychodzili poza mapę? I to nie debiutanci, a tacy, którzy już trochę startują. Zrobiłem 13,3 kilometra. Anna Starońska i Marcin Siwek 12,9 , PKŻ i Ania Majkowska 13,7, a reszta powyżej 14. Niektórzy nawet ponad 20!

Skoro piszemy o PKŻ: miała pecha. Na metę wbiegły jednocześnie cztery zawodniczki. O wyniku decydował odczyt chipów. Na podium mogły załapać się tylko dwie. PKŻ była w tej drugiej dwójce.


Pięknie rozrosła się Zimowa Poniewierka: orientacja, bieg ultra, nordic walking, maraton, krótsze dystanse. Ładne medale i statuetki. Kiełbaski z rożna, wino, ciasta i kawa dla uczestników. Organizacyjna pierwsza klasa.

Jest jednak rzecz, której nie znoszę: UMCY UMCY ŁUP ŁUP! W bazie od rana do zakończenia leciała z głośników straszna muzyka. Nie wiadomo po co właściwie. Nie dało się rozmawiać, słychać było tylko UMCY UMCY ŁUP ŁUP. Drodzy organizatorzy, jeżeli znajdziecie ten tekst w internecie: to wcale nie było fajne. Przeciwnie, to fatalnie psuje odbiór waszej imprezy. To nie jest do niczego potrzebne. Nie idźcie tą drogą, bardzo was o to proszę.

82459829_2480583105548612_1718358394416398336_n

 

 

Hiu 2019

Liniowe:

4 – Estonia Ultra Trail, 63 km

Orientacja:

15 – Czarne Korno, rogaining 12 godzin

1 – Roztoczańska 13, rogaining 8 godzin

6 – letni Rajd 4 Żywiołów, 50 km

10 – Orientiada, 50 km

11 – Świętokrzyska Jatka, 50 km

6 – Rajd Źródeł Chodelki, rogaining 8 godzin

11 – Mordownik, 50 km

13 – Kiwon, 50 km

4 – Przejście Smoka, rogaining 8 godzin

4 – Bazyl & Friends, 45 km

Krótsze:

5 – WInO, 30 km orientacja

Liszkor, 25 km orientacja

Dusiołek Górski, 35 km orientacja

Łącznie 12 ultramaratonów o dystansach ok. 50 – 65 kilometrów

16. miejsce w klasyfikacji generalnej TP 50 PMnO

Sezon zapowiadał się źle. Po dwóch operacjach jesienią i zimą, z dziesięcioma kilogramami nadwagi,  dopiero w ostatnich dniach lutego próbowałem pierwszych treningów. Przez pierwszy miesiąc bohatersko walczyłem, by choć przez kilometr zejść poniżej sześciu minut. Optymizmu było we mnie niewiele.

A potem coś się odblokowało i… poszło. Już w maju złapałem formę, wtedy też zrobiłem najlepszy rezultat: wygrałem Roztoczańską 13. Tamtego dnia wszystko zagrało idealnie: była moc, była forma nawigacyjna. Taki bieg przytrafił mi się dopiero drugi raz w życiu. Szkoda, że  w kolejnych startach zatraciłem się nawigacyjnie i nawet nie zbliżyłem się już  do tego wyniku. Do wygrania był Rajd Źródeł Chodelki, ale koncertowo spartoliłem orientację. Forma biegowa była, na Mordowniku poszło mi całkiem nieźle. Dalekie miejsce jest mylące, to był mój najlepszy występ w tych zawodach. Tak samo mylące są dwa miejsca tuż za podium na koniec sezonu. Były zasługą raczej obsady imprez niż formy. Byłem tam zupełnie bez sił, bardziej udawałem niż biegałem.

W klasycznym ultra wystartowałem tylko raz, w Estonii. Przyznaję: obsada nie była najlepsza, ale nie spodziewałem się czwartego miejsca w zawodach z punktami ITRA. Do podium zabrakło naprawdę niewiele. To mocny wpis w sportowym CV.

Przed sezonem takie wyniki wziąłbym w ciemno. Mimo to czuję niedosyt. Kilka wyników mogło, a nawet powinno być lepszych. Za dużo zepsułem, by czuć zadowolenie.

Powoli nakręcam się na następny sezon. Jeżeli solidnie przepracuję zimę – powinien być lepszy.

Wyimki z historii RDS

marzec 2011, Lasy Janowskie – rozstawiam punkty. Muszę się spieszyć, za 4 – 5 godzin mam otworzyć bazę RDS. Wąska droga przez las jest zalodzona, wszędzie naokoło leży śnieg. W pewnym momencie drogę zagradzają mi ciężarówka i ciągnik. Drwale ładują drzewo na pakę. Próbuję ominąć ich poboczem. Koła łapią zasypany rów i po chwili samochód leży w rowie na boku. Drwale szyderczo śmieją się. Muszę poczekać, aż skończą, wtedy pomogą mi się wydostać z opresji

marzec 2013, Gorzyce, druga w nocy, dwie godziny po starcie – na drodze jest mnóstwo śniegu. zjeżdżam na pobocze, by zrobić kilka zdjęć nadbiegającym setkowiczom. Zjeżdżam za daleko. Koła łapią rów i auto zawiesza się na podwoziu. Samo nie wyjedzie. Próbuje mi pomóc Tomek Żurański, ale nic z tego. Potrzebny jest drugi samochód. Z opresji ratuje mnie ( o drugiej w nocy!) szwagier żony. Jest szefem lokalnej OSP, obiecał, że będzie czuwał, gdyby coś się stało.

marzec 2013, gdzieś pod Gorzycami – zbieram punkty kontrolne. Na łąkach pod Grębowem zamiast jechać asfaltem, robię skrót przez pola. Naokoło leży śnieg. Widzę przed sobą śnieżną zaspę. Przejadę na pewno! Nie, nie przejadę. Zawieszam się podwoziem na śniegu. Sam nie dam rady. Idę do wsi szukać traktora. Jest marzec. Większość gospodarzy o tej porze roku nie ma naładowanego akumulatora. Tego dnia nie udaje mi się znaleźć nikogo do pomocy. Idę pięć kilometrów do przystanku autobusowego, by wrócić do domu. Następnego dnia wracam na rowerze. Tym razem udaje się znaleźć pomocnego traktorzystę

styczeń 2016, gdzieś pod Nową Sarzyną – robię rekonesans trasy. Wszystko naokoło w śniegu i lodzie. Próbuję zawrócić na polnej drodze. Kola łapią lód i… to koniec jazdy. Nie potrafię wygrzebać się z zalodzonej drogi. Z opresji ratuje mnie Andrzej Kusiak. Dobrze, że akurat miał wolną chwilę

30.12.2019, niedaleko Niwisk – rekonesans trasy. Wszystko jest zamarznięte. Wjeżdżam na łąkę, by dotrzeć możliwie blisko planowanego punktu. Droga jest twarda. Wysiadam, idę na punkt, wracam. Mija dwadzieścia minut. W międzyczasie temperatura poszła w górę i droga rozmiękła. Nie wyjadę już o własnych siłach. Walczę jeszcze prawie godzinę, ale droga zamienia się w coraz większe bagno. Poddaję się. Idę do wsi szukać traktora.

 

PKŻ 2019

Dogtrekking

5 – Four Seasons, Rymanów – 25km

2 – Tarnobrzeg, 4 km

NKL – Mistrzostwa Polski, Sanok, 40 km

6 – Jurajski Dogtrekking, 28 km

3 – Wiśniowy Dogtrekking , Sandomierz, 12 km

Biegi liniowe:

Oh Meu Deus, 53 km/ + 2700, Portugalia

Estonia Ultra Trail, 32 km

Orientacja:

Zimowa Poniewierka, 18 km

WInO,  30km

Czarne Korno, rogaining 12 godzin

LiszKor, 25 km

Dusiołek Górski 35 km

3 – Roztoczańska 13, rogaining 8 godzin

Świętokrzyska Jatka 25 km

Rajd Źródeł Chodelki, rogaining 8 godzin

Mordownik, 25 km

Jaszczur Ogniste Pogranicze, 25 km

2 – Kiwon 20 km

Przejście Smoka, rogaining 8 godzin

Bazyl & Friends, 45 km

GEZnO, z Anną Majkowską, 2 x 25 km

Pojawienie się w domu psa wywróciło do góry nogami sportowe zainteresowania PKŻ. O ile dalej lubi biegać, to teraz priorytetem stało się bieganie z Erką. Najważniejszą dyscypliną siłą rzeczy stał się dogtrekking. Przyznać trzeba, że PKŻ doskonale daje sobie radę. W mniejszych lokalnych imprezach regularnie plasuje się na podium. W większych pierwsza trójka jest zwykle w zasięgu wzroku, ale… Okazuje się, że w większości „psich” zawodów nie ma kategorii kobiecej! Panie muszą ścigać się z mężczyznami.

Jedyne słowo, które w tym momencie przychodzi mi na myśl to „żenada”. Tym większy szacunek dla PKŻ, że mimo to nie odstaje od czołówki (no dobra, Mistrzostwa Polski niezbyt jej się udały, ale startując w nowej dyscyplinie czasem trzeba zapłacić frycowe).

Imprezy na orientację PKŻ potraktowała w minionym sezonie jako trening dla siebie i psa. Chodziło o zabawę, nie o wynik. Tylko raz, na Czarnym Kornie, wystartowaliśmy razem. W pozostałych imprezach nawigacyjnie była zdana na siebie lub partnerki o podobnych umiejętnościach nawigacyjnych. Raz, na Roztoczańskiej 13 udało się wejść na podium.

W biegach liniowych udało się wystartować dwa razy. Były to biegi zagraniczne w lokalizacjach rzadko odwiedzanych przez Polaków. Europejskie, ale mimo to egzotyczne. W portugalskim ultra celem było poznanie gór Sierra de Estrella i pobieganie na wysokości wyższej niż nasz Kasprowy Wierch. W Estonii była okazja pobiegać po nadmorskiej plaży. Przy okazji, dzięki żartowi życzliwego organizatora, punkty ITRA dostała Erka. Tym samym nasz pies jest prawdopodobnie najwyżej sklasyfikowanym psem w światowym rankingu trailowym.

IMG_20191207_185350

Edit: było jeszcze jedno podium: na 20 km na Kiwonie.