PMnO: słowo o formacie

Od dwóch lat na trasach TP 50 w PMnO obowiązuje „połówkowy” system wagowy. Jak działa? Czy sprawdził się?Mamy trzy wagi: 50, 25 i 20 punktów. Imprezy z niższymi wagami liczone są w końcowym rankingu jako pół pełnego startu.  Do klasyfikacji liczy się 7 najlepszych startów, przy czym co najmniej 3 z nich muszą mieć wagę 50. Proste? No… niekoniecznie. Z każdym kolejnym startem zmienia się układ imprez wchodzących do klasyfikacji końcowej. Owszem, da się to kontrolować, ale nie jest to łatwe.

Trzeba jednak zaznaczyć, że arkusz z formułą napisaną przez sędziego głównego działa i osoby obyte w obsłudze arkusza dadzą sobie radę z ogarnięciem stanu rywalizacji. Dla pozostałych (na moje oko jakieś 95%) rywalizacja jest nieczytelna. Jest to najpoważniejszy zarzut wobec obecnego systemu: nieczytelność powoduje spadek zainteresowania rywalizacją. Nawet sami zainteresowani zawodnicy w końcówce sezonu zwykle nie potrafią policzyć punktów jakie zostały im do zdobycia. To samo z kibicami. Nieczytelność to murowany spadek zainteresowania także u nich.

Jest jeszcze jeden minus tego systemu: zmusza on zawodników do kilkunastu startów w roku. To igranie ze zdrowiem. W Kapitule pucharu jest tylko jedna często startująca osoba (Stanisław Kaczmarek, ale akurat on jest kontuzjoodporny, wiec mało reprezentatywny), pozostali zaś startują rzadko i nie rozumieją, do jakich obciążeń zmuszają najlepszych.

Jak to zmienić? Moja propozycja to powrót do starego systemu wagowego: 50, 45 i 40 punktów, ale na zmienionych zasadach. Imprezy uporządkujemy na 3 grupy: A, B i C. Dobór zostałby przeprowadzony na podstawie arkusza oceny imprez (o nim więcej w kolejnym wpisie). Kategorię A i wagę 50 dostało by tylko 10 najlepszych imprez + Mistrzostwa Polski. Kategoria B i waga 45 to tylko 12 imprez, pozostali zaś byliby w C (waga 40).

Zasady awansów i spadków:

A – po sezonie wszystkie imprezy obligatoryjnie spadają do grupy C. Do A awansuje 8 najlepszych z B, 2 spośród 5 najlepszych w C wybranych według klucza geograficzno – chronologicznego, oraz Mistrzostwa Polski

B – awans 8 najlepszych, 2 zostają, 2 spadają

C – 2 z 5 najlepszych awansują do A, 10 pozostałych najlepszych awansuje do B

Dodatkowo obowiązywała by zasada, że jeden organizator może mieć tylko jedną imprezę w A.

Jeżeli kilka imprez miało by taką samą ocenę – o wyższym miejscu decydowała by wyższa frekwencja.

Zachowane zostały by też bonusy za zajęcie czołowych lokat. Można by je nawet rozwinąć do poziomu 5 – 3 – 2 – 1

Zalety tego systemu?

  • uproszczenie systemu rywalizacji, większa przejrzystość,
  • czołowi zawodnicy częściej będą rywalizować ze sobą na tych samych zawodach,
  • zawodnicy nie będą musieli startować po 15 razy w jednym sezonie,
  • zapewniona będzie rotacja między imprezami, w zasadzie każda dobra impreza powinna raz na trzy lata trafić do A. W sytuacji gdy imprez jest dużo nie ma szansy na zadowolenie wszystkich organizatorów.

Wady?

  • kilku organizatorów na bank obrazi się, że nie dostaną maksymalnej wagi,
  • niektóre dobre imprezy będą musiały odczekać sezon w grupie C,
  • mogą powstać nierówności geograficzne (dużo imprez z jednej części kraju w jednej grupie) lub chronologiczne (dużo imprez z dużą wagą w jednym okresie).

To tylko propozycja tego, jak mógłby wyglądać puchar. Można stworzyć lepsze, można stworzyć gorsze. Wydaje się, że Kapitule na dzień dzisiejszy odpowiada system obecny. A wam?

 

Reklamy

Basilica Fortificata, cz. 4

Jedziemy w stronę Braszowa. Najkrótsza droga prowadzi przez jeden z symboli Rumunii: zamek w Bran, siedzibę Draculi. Wiele razy powtarzałem, że nie interesują mnie zabytki przerobione na disneyland, że moja stopa w tym miejscu nie stanie. Tak jednak głupio się złożyło, że wbrew planom, Bran zwyczajnie jest po drodze, nie da się go ominąć. Zanim wjedziemy do miasteczka musimy jeszcze odstać swoje w trzykilometrowym korku. Przez miejscowość poprowadzona jest tylko jedna droga, a wszyscy chcą koniecznie zobaczyć zamek Draculi.

DSC04113

Pod zamkiem dziki tłum. Dziesiątki straganów i setki ludzi. Zgiełk i harmider. Aby kupić bilety trzeba odstać swoje w olbrzymiej kolejce. Na oko to godzina – półtorej czekania. Wstęp kosztuje 40 zł, drogo. Z ulgą przyjmuję decyzję reszty ekipy, że nie chce nam się czekać. Dzięki temu dotrzymuję słowa – moja noga na zamku nie stanęła. Przyznać jednak mu trzeba, że z zewnątrz wygląd ma cudny.

Kolejny punkt programu to Braszów. Wielokulturowe dwustutysięczne miasto z piękną starówką. Można tu szukać śladów niemieckich, węgierskich i żydowskich, ale są i polskie. Podczas Wiosny Ludów przez kilka dni gościł tu generał Józef Bem. Upamiętnia to tablica na jednej z kamienic. Węgrzy pamiętają o polskim bohaterze, w Polsce to postać nieco zapomniana. Można przypuszczać, że to dlatego, że pod koniec życia generał przeszedł na islam.

DSC_0167

Nocleg znajdujemy dopiero w Sfantu Georghe (tym z judetulu Covasna, bo jest jeszcze drugie pod Tulczą). Po raz kolejny objawia nam się bogactwo kulturowe Rumunii – Sfantu Georghe to stolica seklerszczyzny, rejonu zamieszkałego w 80 % przez Węgrów. Nikt tu nie mówi po rumuńsku, nie ma po co.

Mieszka tu 60 tysięcy ludzi, mniej więcej tyle co w Stalowej Woli. W przeciwieństwie do mojego miasta jest tu jednak kilka zabytków z XV-wiecznym kościołem na czele. Jest tu teatr, podobno jeden z lepszych w kraju (w moim mieście nie ma teatru). Są tu kafejki w których do późnej nocy można pić piwo, a od wczesnego ranka raczyć się kawą (otwarte jeszcze przed ósmą rano).

DSC04144

Kolejny dzień stoi pod znakiem „basilica fortificata”. Hasło to oznacza warowne kościoły, siedmiogrodzki znak rozpoznawczy. Przed wiekami był tu zwyczaj, by kościoły we wsiach otaczać murami obronnymi tak, by w razie zagrożenia w środku mogli schronić się mieszkańcy. Na pierwszy ogień idzie Prejmer, kościół zbudowany przez… Krzyżaków. To największy z warownych kościołów. Mury obronne sięgają do 14 metrów wysokości. Grube są, bardzo grube. W środku dowiadujemy się po co. Wewnątrz murów znajduje się ponad 270 cel, które w przypadku najazdu wroga były zajmowane przez ludzi. A ponad nimi jest część wojskowa, przestrzeń dla żołnierzy, z której prowadzili oni działania wobec przeciwnika.

DSC04154

DSC04184

Kolejna basilica firtificata to Homorod. Bardzo malownicza, choć spoza listy UNESCO. Bramę otwiera nam pan Johan. Zaraz po nas wchodzą niemieckie turystki. Johan zaprasza je na wieżę, gdzie mogą uruchomić dzwon. Potem następny turysta pociąga za sznurek i jeszcze kolejny. Mija 20 minut, a turyści radośnie biją w dzwon. Jeżeli tak jest codziennie, to podejrzewam, że pan Johan jest najbardziej nielubianą osobą we wsi.

DSC04192

Kilka kilometrów za Homorod asfalt kończy się. Dalej jedziemy szutrówką do Darjiu. To kolejny warowny zamek, tym razem seklerski, albo jak kto woli węgierski. Kościół jest nieco mniej efektowny niż poprzednie. Nowy jest dach, nowe drzwi wejściowe nie pasują do bryły budynku. Naszą uwagę przyciągają całe rzędy wielkich drewnianych skrzyń ustawionych w krużganku. Seklerzy byli zapobiegliwi – każda rodzina miała przy kościele swoją skrzynię. Po zbiorach mieli obowiązek uzupełnienia skrzyni, by w razie oblężenia mieć co jeść.

DSC04233

Niespodziewanie odczuliśmy w Darjiu genius loci. Coś nieuchwytnego, coś co sprawiło, że poczuliśmy się tam dobrze.

Nieuchwytnego…

Za Darjiu asfalt znowu znikł. Nie jest łatwo dojechać do tej miejscowości. Nie trafia tam dużo Polaków. Po powrocie do domu próbowałem wyguglać więcej informacji o tej wiosce i… poza wzmianką na Wikipedii o kościele (jest na liście UNESCO) w polskojęzycznym internecie nie ma nic!

DSC04246

Potem wpadliśmy na chwile do Sighisoary. Byliśmy tam już kilka lat temu. Standardowo obejrzeliśmy wieżę zegarową, malutką starówkę, dom Vlada Palovnika, kościół na wzgórzu (basilica fortificata) i cmentarz ewangelicki. Sighisoara czyli wiadomo: średniowieczna perełka. Można godzinami chłonąc klimat.

DSC04270

Potem pojawił się problem: w Sighisoarze nie było miejsc noclegowych. Nie było ich także w okolicy Sighisoary. Ani bliskiej, ani dalekiej. Był szczyt sezonu turystycznego i w promieniu 150 kilometrów nigdzie nie było wolnych miejsc. Namioty rozbiliśmy więc w polu kukurydzy.

Następnego dnia zwiedziliśmy jeszcze Pestera Ursilor, jaskinię Niedźwiedzią w Chiscau. Tzn. zwiedzili PKŻ i Daniel. Oni oglądali, a ja spacerowałem z Erką. Na szczęście nie lubię jaskiń, wiec było mi to nawet na rękę.

Po drodze, gdzieś w górach, przy zjeździe z przełęczy położonej na 1400 m n.p.m. skończyły się nam klocki hamulcowe. Przed wyjazdem mechanik powiedział, że są dobre. Ale po drodze sporo gór było, więc starły się. Była sobota, warsztaty mechaników pozamykane. Nie chciałem martwić reszty ekipy zbędnymi szczegółami. Obiecałem, że dam radę i dojechałem do Polski ze startymi klockami. Polak potrafi!


3 warowne kościoły

1 zamek

3 średniowieczne miasta

2 monastyry

1 zapora wodna

2 szczyty górskie powyżej 2400 m n.p.m.

1 jaskinia

2 cule (he he, co to jest?)

6 obiektów z listy UNESCO

To wszystko w 8 dni za mniej niż tysiąc złotych. Nieźle!

 

 

 

Sposób na udany weekend: Beskid Niski

Sobota

7.30 Pobudka

11.10 Wyjazd ze Stalowej Woli. Po drodze pada albo nawet leje

14.40 Regietów Wyżny. Leje

15.00 Kwiatoń. Ignorujemy bo już znamy, a na dodatek pada deszcz

15.20 Izby. Przestaje padać

DSC04499

16.30 Lackowa, 997 m n.p.m. Najwyższy szczyt Beskidu Niskiego. Znany z bardzo sytego podejścia.

DSC04480

17.30 Bieliczna. Przed II Wojną Światową były tu 34 domy. Obecnie stoi tylko cerkiew.

DSC04492

18.50 Brunary, osiemnastowieczna cerkiew z Listy Światowego Dziedzictwa UNESCO.

DSC04508

19.30 Magura Małastowska, schronisko. W remoncie, ale przyjmuje gości

Niedziela

8.00 Pobudka

10.30 Regietów Wyżny. Przed Akcją „Wisła” stało tu ponad 80 domostw. Dziś nie mieszka tu nikt.

Gdy zimą 2013 roku rozgrywano AREC, Mistrzostwa Europy w Rajdach Przygodowych, punkty kontrolne  finałowego etapu pieszego rozstawiono na wzgórzach naokoło Regietowa. Polski AR Team do końca ścigał się tu z zespołem rosyjskim, by zająć pierwsze miejsce

DSC04515

11.30 Jaworzyna Konieczniańska 881 m n.p.m. Jeden z PK na AREC 2013

13.00 Rotunda, cmentarz wojenny nr 51. Chyba najefektowniejszy z austro – węgierskich cmentarzy wojennych w zachodniej Galicji; zaprojektowany przez Dusana Jerkovicia

Na Rotundzie stał PK na Jaszczurze – Złamanym Krzyżu. Przez dolinę Regietówki przebiegaliśmy także na GEZNO 2014

DSC04534

DSC04525

14.00 Sękowa, kolejny drewniany kościół z listy UNESCO. Bardzo malowniczy. Uwiecznili go na swoich obrazach m. in. Wyspiański, Tetmajer i Mehoffer

DSC04538

14.30 Biecz, średniowieczne miasto, którego początki sięgają XIII wieku. Symbolem miasta jest prawie 60-metrowa ratuszowa wieża.
Podczas AREC 2013 jednym z zadań specjalnych był zjazd na linie z wieży

DSC04563

17.30 Krótkie grzybobranie (PKŻ jeszcze nie dość atrakcji). Zbieramy trzy kozaki. Erka zbiera siedem kleszczy

19.00 Stalowa Wola, powrót

 

 

Szerszenie znad Chodelki

Trzy miesiące bez jeżdżenia na zawody to bardzo dużo. Choć do wyleczenia kontuzji jeszcze daleka droga, instynkt wziął górę i postanowiłem wystartować w pięćdziesiątce. Akurat w zeszły weekend był Mordownik. Najfajniejsza impreza w PMnO, na dodatek Mistrzostwa Polski.

Były tylko dwa problemy: pierwszy – że Mordownik to trudna impreza. Po trzymiesięcznej przerwie, bez treningów, niewiele tam bym osiągnął. Drugi: kontuzja wciąż jest niewyleczona. Ale udało się już zdiagnozować, co mi dolega. Wykończyłem w kolanie rzepkę. Na razie łykam prochy, a jeżeli nie pomogą to dostanę zastrzyk w kolano. Grunt, że noga nie pójdzie pod nóż. Jest też trochę mniej fajna wiadomość: fizjoterapeuta wyłapał jeszcze jeden problem i wysłał do chirurga. Tu muszę poczekać na potwierdzenie diagnozy, ale tym razem chyba nie obejdzie się bez skalpela.

Wracając do Mordownika: w obecnym stanie nie miałem po co tam jechać. Szczęśliwym trafem w tym samym terminie niedaleko od domu, między Lublinem a Kraśnikiem, miał odbyć się Rajd Żródeł Chodelki, ośmiogodzinny rogaining. Spakowaliśmy z PKŻ Erkę, namówiliśmy jeszcze Daniela Pocertescu i pojechaliśmy do Kłodnicy.

Na początku chciałem sobie pobiegać. Nie bardzo jednak dało się, bo PKŻ i Erka postanowiły iść ze mną. Chciałem jakoś pozbyć się ich, ale były strasznie uparte. Ja szybciej, to one też. Ja uciekam, to Erka szczeka. Odpuściłem, postanowiłem poczekać aż same zrezygnują. Po pięciu i pół godzinach, po trzydziestu kilometrach w końcu zmęczyły się. Poszły na metę, pozwalając mi poszaleć w samotności. No to przyspieszyłem na tyle, na ile pozwoliło kolano. Na mecie na liczniku miałem 46 kilometrów. Ile zrobiłbym, gdybym był zdrowy? Na tej trasie jakieś 60 – 64 kilometry.

Efekt końcowy był jednak doskonały. Wygrałem i to ze sporą przewagą nad drugim w klasyfikacji Mariuszem Motyką. PKŻ była trzecia, ale nie w kategorii kobiecej, tylko w generalnej. Obsada nie była wprawdzie szczególnie mocna (mocni pojechali na Mordownika), ale zwycięstwo zawsze sprawia przyjemność. Jak w takim razie wypadłbym na Mordowniku? Gdyby nawigacja poszła dobrze, miałbym szanse na zaliczenie kompletu punktów kontrolnych i miejsce w połowie drugiej dziesiątki. Gdyby nie poszła dobrze – skończyłbym bez dwóch – trzech, trzydziesty w klasyfikacji.

Miejsce na podium trasy trzygodzinnej wywalczył także Pocertescu. Było to jego pierwsze podium w karierze. Zapewne długo będzie je wspominał, bo na trasie miał niecodzienne przygody. Pocertescu zmuszony został do stoczenia boju z dzikim stworem. Jeden z punktów kontrolnych zlokalizowany był w pobliżu gniazda szerszeni. Owady trochę denerwowały się na przybiegających co jakiś czas zawodników. Stara prawda mówi, że gdy w pobliżu człowieka lata szerszeń, należy zachować spokój. Nie machać rękami, nie ruszać się. Można nawet do owada zagadać, spytać jak leci. Wtedy jest szansa na udobruchanie osobnika. Tak też postępował Pocertescu. Nieszczęśliwie jednak złożyło się, że kolega który był z nim na punkcie zachowywał się dokładnie na odwrót. Machał dużo rękami. W końcu  szerszeń naprawdę wkurzył się i zaatakował. Na dodatek zastosował odpowiedzialność zbiorową: kolega go wkurzył, a on użądlił Daniela. Tu jednak trafił na twardszego od siebie: Pocertescu okazał się być bardziej jadowity i szerszeń padł trupem!

Szczerze mówiąc to jad szerszenia nie jest jakoś szczególnie toksyczny. Ba, jest mniej toksyczny niż jad pszczoły czy osy. Ukąszenie tego owada jest jednak nieporównywalnie bardziej bolesne. Zawsze też może okazać się, że poszkodowany ma alergię na ukąszenia. W tym konkretnym przypadku skończyło się na bólu.

Jak ocenić Rajd Źródeł Chodelki od strony organizacyjnej? Było całkiem nieźle. Trasa była fajnie ułożona, z możliwością pokombinowania. Punkty stały tam gdzie powinny. Za lampiony robiły kartki A4, ale nie było najmniejszych problemów ze znalezieniem ich. Od strony sportowej wszytko zagrało tak jak powinno. Od strony socjalnej też było dobrze: dobra zupa na mecie, koszulki dla uczestników i możliwość noclegu w bazie. Drobne niedociągnięcia oczywiście też były, ale na tyle drobne, że nie wpływały na obraz całości.

Było fajnie!

Jeszcze taka mała ciekawostka: pierwszy raz zrobiłem imprezę ultra, na dodatek na orientację w sandałkach. I chyba nie ostatni. Jeżeli tylko nie ma chaszczy, to w sandałach całkiem fajnie biega się.

 

Fagaras, cz. 3

„Wielki Sokół Górski”, „Gwiazda Bałkanów”, „Słońce Karpat”, towarzysz Ceausescu był zaniepokojony. Sytuacja międzynarodowa była napięta. Rosjanie właśnie wkroczyli do Czechosłowacji. Ceausescu od jakiegoś czasu stawiał się Moskwie. Próbował prowadzić własną, niezależną politykę. Po roku 1968 zaczął się bać, że Rosjanie wkroczą także do Rumunii. Aby móc efektywniej bronić się przed ewentualną inwazją postanowił zbudować nowe drogi. Miały posłużyć do transportu wojska przez karpackie przełęcze. Kluczowa w jego planie była droga przecinająca pasmo Gór Fogaraskich.

Budowa rozpoczęła się rok później. Teren był trudny, więc trup słał się gęsto. Oficjalnie na budowie życie straciło 40 osób, nieoficjalnie – kilkaset. Po pięciu latach można było oficjalnie otworzyć drogę przecinająca góry w poprzek. Miała 150 kilometrów długości. Było na niej 27 wiaduktów i 830 mostów. Był też prawie kilometrowy tunel pod górami na wysokości dwóch tysięcy metrów. Nazwano ją Szosą Transfogaraską.

DSC_0101


 

Fogarasze to duże góry. Ich powierzchnia (ok. 2000 km kwadratowych) jest ponad dwa razy większa od Tatr. Charakteryzują się dużymi wysokościami względnymi. Często zdarza się, że pomiędzy wierzchołkami, a dnem dolin jest ponad 2000 metrów deniwelacji. Grań główna Fogaraszy na odcinku 45 kilometrów tylko raz obniża się na wysokość mniejszą niż 2000 metrów. Najwyższym wierzchołkiem jest Moldoveanu, 2544 m n.p.m. Przy okazji jest to też najwyższy szczyt Rumunii.


 

Do Balea Lac dojeżdżamy bezproblemowo. Trasa, choć piękna, nie jest wcale trudna. Owszem, są zakręty, są serpentyny, ale jest to normalna droga krajowa i aby ją przejechać nie trzeba być żadnym wytrawnym kierowcą. Przed wyjazdem z tunelu chwilę stoimy w korku. Balea Lac to odpowiednik naszego Morskiego Oka. Położone jest na wysokości ponad dwóch tysięcy metrów. Jest tam kilka niemiłosiernie zapchanych parkingów. Wbijamy się na pierwszy z brzegu. Kosztuje 5 lei za godzinę (kurs leja do złotego to mniej więcej 1:1). Po chwili dowiadujemy się, że camping zone położona  50 m dalej jest tańsza, 20 lei za dobę. Przeparkowujemy auto na nowe miejsce i… nikt nie przychodzi po pieniądze. Ba, nikt nie pojawia się ani tego dnia, ani następnego. Wygląda to tak, jakby camping zone była… za darmo. Mila niespodzianka.

DSC_0105

Tego dnia w planach mamy wyjście w stronę Negoiu. Okolice tego szczytu są skaliste, przypominają Orlą Perć. Według przewodników szczyt jest 6 godzin od nas. Wiemy, że z psem nie mamy szans na pokonanie takiego dystansu. Zadowalamy się wejściem na pobliski Virfu Iezurului, 2417 m n.p.m.

DSC04081

Erka jest pierwszy raz w górach. Decydujemy się spuścić ją ze smyczy. Potem prowadzimy takie rozmowy:

– Złap tego psa. Tam jest przepaść. Zobaczysz, że stanie na skraju i spadnie na dół!

– Eee, wcale nie spadnie. To mądry pies jest przecież.

– No co ty, na pewno zaraz poleci. A jak spadnie, to ciebie też zrzucę w tą przepaść

-…

-No łap tego psa. Patrz, tam idą ludzie, zaraz na nich naszczeka, a potem pogryzie.

-Wcale nie pogryzie. Zaufaj temu psu, to nie będzie na nikogo szczekał.

Erka nie robiła sobie nic z naszych rozmów. Radośnie podbiegała do kolejnych turystów i żebrała o jedzenie. Jeżeli kiedyś spotkacie w górach Rumuna z wielkimi wąsami, który opowie wam, że Polacy nie karmią psów, możecie być pewni, że spotkał w Fogaraszach Erkę.

DSC04088

Wieczorem temperatura spadła poniżej dziesięciu stopni. Żeby nie marznąć poszliśmy w czwórkę do samochodu. Przez telefon złapaliśmy polskie radio. Akurat czytali „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy” Piaseckiego. Cały wieczór żłopaliśmy piwo i było pięknie.

Pojechaliśmy do obcego kraju. Przekroczyliśmy po drodze trzy granice. Byliśmy w cudnych górach. A na koniec spędziliśmy cały wieczór w ciasnym samochodzie. Prawdziwa turystyka na poziomie zaawansowanym.

W międzyczasie camping zone zapełniła się namiotami. Dobrze, że swoje rozbiliśmy wcześniej, bo zrobiło się ciasno. Mnóstwo ludzi przyjechało na rowerach. Byli wśród nich także Polacy, tuż obok nas rozstawiła namioty sympatyczna ekipa bikerów z Wrocławia.

DSC_0110

Następnego dnia poszliśmy w stronę Moldoveanu. Dzieliło nas od niego 14 kilometrów. Według przewodników dziewięć godzin w jedną stronę. Być może skusilibyśmy się na atak na lekko, biegiem i z czołówkami, gdyby nie pies. Erka w górach świetnie dawała sobie radę, ale tak długa trasa, na dodatek pokonywana biegiem jest poza jej zasięgiem. Zrobiliśmy sobie więc leszczarskie wejście na Caprę 2494 m n.p.pm. Tuż obok kusił wyższy niż nasze Rysy Vanatoarea lei Buteanu. Pomiędzy  obiema górami była jednak wąziutka przełączka, a zaraz za nią była stroma trzymetrowa ścianka, na którą trzeba było wspiąć się. Absolutnie nie do zrobienia z psem. Odpuściliśmy. Wystarczyła nam Capra. Potem doliną o tej samej nazwie zeszliśmy do asfaltu.

DSC_0115

Na szosie niespodziewanie okazało się, że mamy aż siedem kilometrów do obozu. Nie chcieliśmy iść po ruchliwej drodze z psem, więc zapadła decyzja, że idę po samochód. By do niego dotrzeć potrzebowałem pół godziny, parę minut później dojechałem do reszty ekipy. Niespodziewanie jednak pojawil się problem z powrotem do obozu. Szosa Transfogaraska ma jeden poważny feler: do Balea Lac przyjeżdżają samochodami setki turystów. Balea Lac jest malutkie i okolice schroniska łatwo korkują się. Nasz korek miał pięć kilometrów długości. Początkowo chcieliśmy czekać, ale gdy po 15 minutach licznik pokazał, że przejechaliśmy 400 metrów, zrozumieliśmy że trzeba odpuścić. Według planu mieliśmy zostać jeszcze jedną noc w górach, a potem jechać na północ. Tymczasem musieliśmy wrócić na południową stronę Karpat.


 

Jak najlepiej poznać Fogarasze? Dla lżejszej turystyki wysokogórskiej idealnym rozwiązaniem jest biwakowanie w Balea Lac jako bazie wypadowej. W górach jest kilka schronisk, ale w sezonie może być ciężko o miejsce. Co kilka kilometrów napotkać można małe bezobsługowe schrony turystyczne. Podobno jednak bywają zwykle przepełnione. Ukontentowani powinni być miłośnicy wędrówek z plecakami.. W każdej dolince można bezproblemowo rozbić namiot. Plecaki jednak ważą sporo, a przewyższenia są duże.

DSC_0131

Można też spróbować poznać Fogarasze na lekko. Zwyczajnie je przebiec. Balea Lac opuściliśmy w środę, a w sobotę miał się odbyć 2X2 Race, bieg ultra 44 km / + 4400. Cztery tysiące czterysta metrów podbiegów! Byłaby to całkiem syta setka, a tu organizatorzy uzbierali tyle przewyższeń na niespełna pięćdziesiątce. Punktem kulminacyjnym miał być oczywiście Moldoveanu. Zdążyłem nawet zapisać się na ten bieg, niestety kontuzja nie pozwoliła mi wystartować. Z miejsc, które odwiedziliśmy widoczna była większość trasy. Nie wydaje mi się, by jakakolwiek impreza w Polsce (z BUGT włącznie) mogła konkurować urodą i spektakularnością trasy imprezie rumuńskiej.

Jeszcze mały drobiazg: wpisowe wynosiło 150  lei. Porównajcie to z cenami imprez w naszym kraju. Jak będziecie mieli okazję, to zapytajcie też organizatora pierwszej z brzegu imprezy krajowej, dlaczego u nas, przy podobnych zarobkach uczestników i potencjale ekonomicznym kraju kosztuje to zwykle znacznie więcej. A jak wam powie, że taniej sie nie da, to mu nie wierzcie, bo jest mnóstwo przykładów na to, że jednak się da.


Rosjanie nigdy nie wkroczyli do Rumunii. Ceausescu utrzymał się przy władzy jeszcze prawie 20 lat. Przez ten czas zdążył niewyobrażalnie zrujnować swój kraj. Podczas rumuńskiej rewolucji został osądzony i stracony przez swoich komunistycznych przyjaciół. Dzięki temu udało im się utrzymać przy władzy jeszcze siedem dodatkowych lat.

Szosa Transfogaraska jest dziś jednym z najlepiej rozpoznawalnych na świecie symboli Rumunii.

DSC_0122

Pagóry i psy

Pierwszy weekend września spędziliśmy aktywnie. W sobotę wybraliśmy się do Świebodnej  na Pruchnickie Harce Rowerowe. Tzn. nastąpiła mała zmiana i harce z rowerowych stały się orientacyjnymi. Do formatu znanego od 15 lat dodano trasy piesze 10 i 25 kilometrów. PKŻ i Pocertescu wybrali się na trasę długą, a Mała Madzia, Erka i ja wybraliśmy dychę.

Właściwie to poszliśmy z Madzią na spacer z psem. W wynikach wypadliśmy doskonale: nasz zespół sklasyfikowano na drugiej pozycji. Wynik nieco mniej okazale wyglądać będzie, gdy ujawnię, że wystartowały w sumie dwa zespoły. By być uczciwym muszę jeszcze dodać, że w klasyfikacji open dla dziesiątki byliśmy na ostatnim miejscu. Niemniej jednak na podium staliśmy.  A nasza kategoria to fajnie się nazywała:

pr

PKŻ i Pocertescu również mieli za rywali jeden zespół. Spisali się jednak sprawniej, bo ograli rywali i wygrali kategorię. Czyli kolejny raz okazało się, że żona mnie bije i osiąga lepsze wyniki.

Sama impreza, jak to w Pruchniku, bardzo przyjemna. Słońce pięknie świeciło, humory dopisywały, a na mecie czekały pierogi i kiełbaski z ogniska. Wykorzystywała to Erka, której popisowy numer to „Popatrz mi w oczy, mój pan nie dał mi jeść od trzech dni”. Były też gry i zabawy dla dzieci, ale dorośli też korzystali, jak np. PKŻ na załączonym obrazku. Organizatorzy wykonali kawał dobrej roboty.

IMG_20180901_145209

Niedziela to zupełna zmiana klimatu. Przytulisko Psia Przystań ze Stalowej Woli organizowało dogtrekking. Mieliśmy w nim swój udział, choć tym razem jako trybiki większej machiny. PKŻ obsługiwała biuro imprezy, a ja odpowiadałem za budowę trasy i  przygotowanie mapy zawodów. Troszeczkę przeceniłem umiejętności uczestników w czytaniu mapy, na szczęście jednak większość znalazła wszystkie punkty kontrolne (dobra, przyznam się: kilku uczestników strasznie mnie sklęło, bo było za trudno  nie umieli czytać mapy).

DSC04386

Dziewczyny ze stowarzyszenia przygotowały imprezę z rozmachem. Była lokalna telewizja, były gry i zabawy dla psów, było ciasto i kiełbaski. Na trasę poszło ponad 60 psów. Większości uczestników chyba spodobała się taka forma spędzania czasu. Organizatorom i wolontariuszom (prawie 30 osób) również.

DSC04399

PKŻ dogtrekkingi podobają się z powodów sportowych. Mi bardziej z powodów społeczno – rekreacyjnych (w praktyce chodzi to, że dużo ładnych dziewczyn można na nich spotkać).

DSC04417

Porównując z rajdem Dolnego Sanu: rozmach był znaczniejszy, przy pierwszej edycji udało się zgromadzić trzy razy tyle uczestników, co na pierwszym RDS, a na dodatek udało się jeszcze zarobić jakieś pieniądze dla przytuliska.

Pysznica L10

Zdjecia z dogtrekkingu

 

Ardeal cz. 2

Z Sybina jedziemy na południe. Przebijamy się na zewnętrzną stronę Karpat Przełomem Czerwonej Wieży. To głęboka dolina wycięta przez rzekę Alutę (Olt). Dno doliny leży na wysokości ok. 350 m npm, a po bokach stoją ponad dwutysięczne wierzchołki Gór Sybińskich i Fogaraszy. Miejsce jest bardzo malownicze i nie umniejsza tego nawet fakt, że dnem doliny poprowadzona jest droga krajowa o dużym natężeniu ruchu.

Po drugiej stronie Karpat co chwila atakują nas tabliczki informujące o zabytkowych klasztorach. Wybieramy do zwiedzania monastyr Cozia. Jest to o tyle proste, że leży bezpośrednio przy drodze głównej. Monastyr zbudowany został w XIV wieku i , jak mówi Wikipedia, jest podobno jednym z najświetniejszych dzieł wołoskiej sztuki średniowiecznej. Wielokrotnie był oblegany i niszczony. Odbudowany, przyciąga dziś tłumy turystów.

DSC04006

DSC04008

Roboty drogowe, światła. Przejeżdżam na zielonym, jako ostatni, w sporej odległości od poprzednika. Przed końcem robót drogę zastępują mi trzy samochody. W Rumuni kierowcy zawsze spieszą się. Ci trzej wjechali jeszcze na czerwonym. Próbują wymusić na mnie cofnięcie się. Najpierw stukam się w czoło. Potem dużo macham rękami. Głośno po polsku wykrzykuję im, co myślę o nich i o prowadzeniu się ich mamusi, a po angielsku wyrzucam z siebie kilka razy słowo na „f”. W trakcie co jakiś czas naciskam klakson. Pomaga. Zjeżdżają w końcu z drogi.


W Costesti oglądamy trovantilory. Miały to być „skalne konkrecje”. W praktyce są to dosłownie cztery kamienie na krzyż. Można obejrzeć, owszem, ale żeby jechać po to aż do Rumuni? Trovantilory znaleźliśmy w przewodniku Pascala. Ciekawa sprawa, że znalazło się tam miejsce dla takiego drobiazgu, a zabrakło go dla większych i ciekawszych obiektów, nawet z listy UNESCO.

Hit dnia to kolejny monastyr, tym razem UNESCO-wy, w Horezu (Hurezi).Pochodzi z XVII wieku i jest arcydziełem stylu brynkowiańskiego. Proszę nie pytac mnie, jakie są cechy stylu brynkowiańskiego, bo nie wiem. Założony został przez hospodara Constantina Brincoveanu. W świątyni znajduje się biblioteka, dzięki której monastyr był  przez lata głównym ośrodkiem życia kulturalnego Wołoszczyzny.

DSC04033

DSC04038

Słyszał ktoś kiedyś o culach? To rezydencje lokalnych bojarów mające charakter obronny. Nie dało się w nich może przetrwać wielkiego oblężenia, ale napad zwykłych zbójów owszem. Dwie zachowane cule (jedną szesnastowieczną) obejrzeliśmy w Maldaresti.

DSC04053

Kolejnego dnia chcemy dostać się w Fogarasze. Za zamkiem w Poienari (prawdziwy zamek Vlada Palownika) droga zaczyna gwałtownie wspinać się do góry. Potem jest tunel, a za tunelem… niespodziewanie wjeżdżamy na wielką rzeczną zaporę. Wielką, mającą 166 metrów wysokości. Zbudowano ją 60 lat temu. Wtedy była jedną z dziesięciu największych na świecie. Do dziś mieści się w Top 20.

DSC04067

Ciekawa sprawa, ale zapora na jeziorze Vidraru jest zupełnie nieatrakcyjna dla autorów polskich przewodników. Ani słowa o jej istnieniu nie ma w przewodnikach Bezdroży z 2004 roku i Pascala z 2017. Wyobrażacie sobie przewodniki po Polsce bez wzmianki o Solinie? Ciekawe czego jeszcze nie ma w tych wydawnictwach?

Nad wzgórzu nad tamą stoi pomnik Transformersa. Swojski taki, wygląda jak brat stalowowolskiego Króla Skorpiona. Chwila googlania i okazało się, że transformers to nie byle kto, bo sam Prometeusz, który postanowił zadbać o wątrobę i uciec kaukaskim sępom do Rumunii.

DSC04071

A za zaporą była szosa transfogaraska.