Czerniowce

Na początek pytanie do czytelników: czy nazwa „Czerniowce” kojarzy wam się z czymś? Co to za miasto? Duże czy małe? Jest tam coś ciekawego?

Czerniowce leżą na uboczu, gdzieś na pograniczu ukraińsko – rumuńsko – mołdawskim. To spora miejscowość,  ma 264 tysiące mieszkańców. Przekładając rzecz na polskie warunki – jest to miasto wojewódzkie. Były jednak czasy, gdy było to miasto stołeczne. To tu miedzy 1848 rokiem a 1918 była stolica Księstwa Bukowiny, jednego z krajów monarchii Austro – Węgierskiej. Charakterystyczną cechą tego miasta od zawsze była wielokulturowość. Od zawsze mieszkali tam Rusini / Ukraińcy i Mołdawianie / Rumuni. W XIX wieku napłynęło tam wielu Niemców / Austriaków. Przez wiele lat w krajobraz miasta wrośnięci byli Polacy; jeszcze w 1938 roku było ich 8%. Jaka narodowość w takim razie przeważała? Przed II Wojną Światową najwięcej było Żydów – 38 %.

DSC03062

Bukowina była krajem niezwykle biednym i zacofanym. Jeszcze bardziej niż nasza Galicja. Statystyki CK armii podają, że na przełomie wieków na 1000 rekrutów z Bukowiny jedynie 137 umiało czytać. Dla Galicji wskaźnik ten wynosił 178. Dla porównania czytać umiało 947 rekrutów / 1000 z Czech, a z Salzburga aż 984.

DSC03069

Czerniowce wybijały się jednak bardzo mocno ponad ten niedorozwój. Miasto w czasach austriackich dynamicznie rozwijało się. Bogacący się mieszczanie budowali piękne domy i kamienice. Pięknie przyjęła się tu secesja. Niektórzy nawet nazywali stolicę Bukowiny „małym Wiedniem”. Dziewiętnastowieczne kamienice do dziś robią na przyjezdnych duże wrażenie. Ich piękna nie zniszczyły ani czasy sowieckie, ani ukraiński rozpierdol.

DSC03076

Można stolicę Bukowiny nazwać oazą kultury. Mieszkańcy uwielbiali czytać. Wśród kawiarni wyróżniała się Kaiser – Cafe. Jeżeli wierzyć ogłoszeniom zachowanym w „Neue Illustrierte Zeitung”, w kawiarni tej  wykładano do czytania 160 gazet codziennych

DSC03089

Najbardziej wartościowym zabytkiem Czerniowców jest wpisany na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO uniwersytet. Jego początkowe przeznaczenie było jednak inne. W połowie XIX stulecia greckoprawosławny metropolita postanowił wybudować odpowiednią dla siebie siedzibę. W ten sposób powstał monumentalny kompleks budynków, którego charakterystycznymi cechami były surowa cegła, wieżyczki i kolorowe dachówki. Jedni twierdza, że jest to styl neogotycko – bizantyński. Inni mówią o stylu mołdawsko – mauretańskim. Jedno jest pewne: budowla jest niezwykła.

DSC03093

W jednej z dzielnic miasta, Sadagórze rezydował rabbi, nazywany „różyńskim cadykiem”. Był głową  chasydów. Prowadził się niezwykle bogato. Co roku przyjeżdżało do niego tysiące wiernych z Rosji, Galicji i Besarabii. Ślad tych czasów pozostał na wielkim cmentarzu żydowskim. Udało nam się odnaleźć ten cmentarz (nie było to proste, dysponowaliśmy mapą o skali 1: 1 000 000), niestety brama była zamknięta.

DSC03123

 

Reklamy

Mamy Motylą Nogę!

Wyjaśniła się ostatnia zagadka związana z Rajdem Dolnego Sanu. Miło donieść, że Nagroda  im. B. Tucholskich  Motylej Nogi trafi w ręce Wojciecha Zająca. 28 dni wystarczyło mu, by pozbierać się po setce nad Sanem i wystartować w kolejnej imprezie PMnO, Wiosennym Rajdzie 360`. Tam spędził na trasie 8 godzin i 5 minut, spełnił więc wszystkie wymagania, by nagroda trafiła w jego ręce. Aby zająć pierwsze miejsce łącznie spędził na trasach dwóch imprez 32 godziny i 9 minut.

Drugi kandydat, Katarzyna Sochacka, jest na liście startowej Irokeza. Ta impreza odbędzie się dopiero za tydzień, więc gratulujemy wygranej Wojtkowi.

wz

U Hucułów

Zaczęło się poważnie, od hymnu. To były oficjalne Mistrzostwa Ukrainy w trailu. Atmosfera szybko zelżała, gdy na scenę wyszły dwie panie i zabawiały sportowców ukraińską popsą. Po kilku piosenkach ruszyliśmy na trasę Sokole Oko, najdłuższą, 52 km / +2800 na Hucuł Trail.

DSC03001.JPG

Założenia były proste: czas w granicach 8 – 9 godzin i miejsce na podium w kategorii + 40. W zeszłym roku w 8 godzin zrobiłem Dusiołka, imprezę o prawie identycznych parametrach. Początek był nawet niezły, pierwsze 10 km  biegłem na 7.30. Tylko miejsce było słabe, bo gdzieś w połowie czwartej dziesiątki. Już druga górka brutalnie zweryfikowała plany. Dość stroma była i prawie stanąłem w miejscu. Powolutku wszyscy mnie wyprzedzali, a ja człapałem krok za krokiem.

DSC03030

Nie tak miało być. To była druga górka, a takich większych na trasie było siedem. I na każdej kolejnej byłem coraz słabszy i wolniejszy. Nie wiem, co się stało, bo na mecie nie byłem bardzo zmęczony. Na drugi dzień też nic mnie nie bolało. Żadnych zakwasów, żadnej rwy kulszowej. Tylko siły nie miałem, by biegać.

Pod górę wiadomo, biegać się nie da. Na dół też nie, bo za stromo. Po śniegu nie, bo ślisko. Po błocie to już w ogóle się nie da. To może po równym? Nie, gdzieś trzeba przecież odpocząć. Niedobrze mi było cały czas i głowa bolała. W końcówce pozwoliłem sobie nawet na małego pawia. Wtedy zrobiło mi się lepiej, ale do mety było już za blisko, żeby cokolwiek nadrobić.

Ale jak się nie da, jeżeli się da. Zwycięzca zrobił całość poniżej siedmiu godzin.

Do mety doturlałem się po dwunastu godzinach, cztery godziny powyżej planu,co wystarczyło do 55. miejsca na 77 uczestników.  Żenada. Beznadzieja. Dno.

A może jednak nie do końca? To wcale nie były łatwe zawody. Co prawda śniegu nie było dużo, ale za to błota nie brakowało. Nie byłem nigdy na Łemkowynie, ale to, co zobaczyłem na Hucule w zupełności mi wystarcza. Błoto płytkie, błoto głębokie, zasysające, przytrzymujące, wywracające, oblepiające i poślizgowe. Każde możliwe. A buty w tym błocie ważyły każdy o kilogram więcej niż powinien.

DSC03562

Zanikające ścieżki? Były. Odcinek poprowadzony przez środek strumienia? Proszę bardzo, był. W poprzek strumienia? Takiego górskiego, z siłą wodospadu i po śliskich kamieniach też był. A może by tak kilkaset metrów pod górę przez wąski wąwóz, oczywiście przez potok  ? Najlepiej tak stromy, żeby chwilami trzeba było używać wszystkich czterech kończyn? To wszystko udało się zmieścić na trasie Sokolego Oka.

Zawody były bardzo spektakularne pod względem widokowym. Choć nie wybiegliśmy powyżej 900 m npm, to widoki na grzbiety i doliny Beskidów Huculskich były niezwykle efektowne. Co podejście oglądać mogliśmy nową dolinę. Przez kilometrów biegliśmy po cudnych połoninach. Zadziwiające jest, jak wysoko ludzie budoją domy, choć trudno czasem znaleźć do nich sensowną drogę. Przez chwilę otwarł się nam niezwykły widok na Hryniawy, Czywczyn i Czarnohorę z Popem Iwanem. Miałem chwilę satysfakcji, gdy biegnąc z trojgiem zawodników lokalnych, nie oni mi, lecz ja im, localesom, opowiadałem o górach zamykających horyzont.

Punkty odżywcze były skromne. Woda, cola, figi, banany, jakieś ciastka, na niektórych cieple zupki. Było ich pięć, na taki dystans wystarczająco. Opublikowany był dokładny wykaz i z góry było wiadomo czego i gdzie się spodziewał.

Były i mankamenty. Najsłabszym punktem zawodów było oznakowanie trasy. W niektórych miejscach zbierały się kilkuosobowe grupy szukające ostatniego znacznika. Powtarzało się to kilkukrotnie. Dołożyłem sobie w ten sposób jakieś trzy kilometry. Rozwiązanie tego problemu było jednak banalne: wystarczyło mieć wgrany w jakieś urządzenie track GPS, by nie gubić się.

Drugim mankamentem było niedoszacowanie trasy. Na FB zawodnicy ukraińscy pisali, że było to ok.  55 km / + 3400. Zwłaszcza ten drugi parametr troche zmienia ocenę końcową osiągniętego rezultatu.

Organizatorem imprezy był Aleksandr „Szura” Olivson. Powinni go pamiętać uczestnicy Bergson Winter Challenge. Przed kilku laty często przyjeżdżał do Polski, by ze swoim zespołem regularnie plasować się na podium najdłuższej trasy tych zawodów. Szura ma też w dorobku miejsce w pierwszej dziesiątce mistrzostw świata w rajdach przygodowych. Kiedyś miał świetne wyniki jako zawodnik, teraz jest równie dobry jako organizator. Robi największe na Ukrainie imprezy trailowe:

Hucuł Trail, marzec, Wyżnica, 23 i 52 km

Dzembronia Trail, kwiecień, Dzembronia, 24 i 42 km

Karpatia Trail, czerwiec, Wołowiec, 66 i 103 km

100 BukoMil, sierpień, Worochta, 71, 118, 186 km

Endurance Trail, wrzesień, Bukowel, 20 i 55 km

Strona organizatora

Strona Hucuł Trail

DSC03012

Komu można te imprezy polecić? Typowym ultrasom biegającym z klapkami na oczach  po równych drogach w poszukiwaniu punktów ITRA niekoniecznie. Ale ci, którzy biegają ultra na orientację powinni być usatysfakcjonowani. Uczestnicy rajdów przygodowych również. Te imprezy powinny podobać się też klasycznym poszukiwaczom przygód, dla których wynik sportowy będzie drugorzędny.


Hiu – zrobiłeś wynik poniżej planu. Pamiętaj jednak, że nie masz już 30 lat, taki prawie oldboy już jesteś. Nie piernicz, że było słabo, bo impreza była bardzo konkretna i za dwa – trzy lata będziesz bardzo dumny, że ją ukończyłeś.

DSC03561

Na Bukowinę

Do Wyżnicy chcieliśmy dojechać w około 10 godzin. Co z tego, że plan był dobry, skoro z realizacją poszło jak zazwyczaj czyli kiepsko. Zatrzymała nas ukraińska granica. Jeszcze o siódmej rano strona internetowa podawała, że na odprawę na przejściu w Medyce czeka się godzinę. O dziesiątej kolejka miała już ponad kilometr długości. Sforsowanie granicy zajęło nam prawie pięć godzin. Nie tak miało być. W stosunku do planu mieliśmy w tym momencie dwie godziny straty.

Droga do Lwowa była niezła. A potem kolejny problem: przyjechaliśmy w godzinach szczytu i obwodnica tego miasta była zupełnie zakorkowana. Dziesięć kilometrów jechaliśmy prawie godzinę. Znowu zmarnowaliśmy czas.

Przez Stanisławów i Kołomyję przejechaliśmy względnie sprawnie. Niepokoiła mnie jednak końcówka po lokalnych drogach, dlatego chciałem koniecznie dojechać do celu za dnia. Niepokój był słuszny, ostatnie kilometry były koszmarne. Nie wyrobiliśmy się przed zmrokiem. Dziury w drodze były coraz większe. Chwilami cała droga składała się głównie z dziur, a asfalt znikał całkiem. Jakość ukraińskich dróg lokalnych jest jedyna w swoim rodzaju. Zbudowano je 30 – 40 lat temu i zazwyczaj od tego czasu nie były remontowane. Trudno sobie to wyobrazić, jeszcze trudniej w to uwierzyć. Trzeba to po prostu zobaczyć. A jeżeli przyjeżdżać to nie swoim samochodem.

Po trzydziestu kilometrach kowbojskiej jazdy w końcu dojechaliśmy do mostu w Kutach. Czarny Czeremosz oddziela tu Galicję i Bukowinę. Czym  jest ta Bukowina? To region podzielony dziś na pół między Ukrainę i Rumunię. W ciągu ostatniego stulecia był także pod władzą austriacką, niemiecką i radziecką. A wcześniej panowali tu Mołdawianie, Polacy i Turcy. Przed II Wojną Światową Czarny Czeremosz odgraniczał od siebie Polskę i Rumunię.To przez most w Kutach uciekały we wrześniu 1939 roku tysiące Polaków. Między nimi byli marszałek Edward Rydz – Śmigły i prezydent Ignacy Mościcki. Wyjeżdżało też złoto narodowego banku, a za kierownicą jednej z ciężarówek siedziała Halina Konopacka, złota medalistka olimpijska.

most

Za mostem była Wyżnica, po trzynastu godzinach dojechaliśmy na miejsce. Baza turystyczna, gdzie dzień wcześniej rezerwowałem pokój była jednak pusta. Nie było obsługi. Był tylko jeden człowiek, który tak jak my przyjechał na zawody. Skontaktował nas z obsługą i…  pani po drugiej stronie słuchawki nic nie wiedziała o naszym przybyciu. Powiedziała, że skontaktuje się z synem i jeżeli on potwierdzi rezerwację, przyjedzie i nas wpuści. Postanowiliśmy zastosować technikę faktów dokonanych. Sami weszliśmy do bazy, sami otworzyliśmy pokój, by zostać na noc. Przecież mieliśmy rezerwację.

Pani przyjechała o dwudziestej trzeciej, by nam powiedzieć, że nie rezerwacji jednak nie mamy. Że numer pod który dzwoniliśmy to nie jest numer ich bazy. Że mamy sobie stąd iść. Wywnioskowaliśmy z PKŻ,  że naprzyjmowali z synem rezerwacji więcej niż mieli miejsc, wiec pozbywają się trudnych klientów czyli nas. Wściekłem się. Powiedziałem, że nigdzie nie idziemy. Ostatecznie stanęło na tym, że możemy przespać do rana, a potem do widzenia. Biorąc pod uwagę fakt, że była północ, a za dwanaście godzin miałem start, przed którym musiałem znaleźć kwaterę dla siebie i PKŻ, nie było to szczególnie komfortowe rozwiązanie. Zawsze jednak lepsze, niż gdybyśmy mieli spać na ulicy.

Rano szybko wstałem i zacząłem szukać nowej kwatery. Na szczęście była czynna jeszcze jedna baza, która nas przyjęła. Tam złapaliśmy internet i zaczęliśmy sprawdzać telefony. Wtedy okazało się, że… zarezerwowaliśmy nocleg w  zupełnie innej bazie niż myślałem. Poskładaliśmy do kupy numery telefonów i okazało się, że najpierw dzwoniłem do bazy, gdzie nie dogadałem się. Potem do drugiej, gdzie udało się zarezerwować nocleg, a na koniec pojechałem do trzeciej, bo źle spisałem adres. Na miejscu wbiłem się na chama do lokalu, gdzie nie mieliśmy rezerwacji, a na koniec zrobiłem awanturę starszej pani, która przyszła do nas o dwudziestej trzeciej.

Brawo Hiu, w ten sposób potrafisz załatwić nocleg tylko ty jeden na całym świecie. Jesteś miszcz!

 

 

 

Porachunki z Pokuciem

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, gdzieś w Beskidach Pokuckich…

…eee… gdzie?..  w jakich Beskidach?…pisz Hiu normalnie, przecież nie ma takich Beskidów, a już na pewno w Polsce nie ma…

Był koniec kwietnia 2008. Dwie polskie czwórki wybrały się na Ferrino Extreme Marafon, ponad trzystukilometrowy rajd przygodowy do położonej u stóp Czarnohory Worochty (Czarnohora brzmi lepiej, to już niektórzy kojarzą gdzie). Pojechały i poniosły klęskę. Zespół Brubeck / napieraj.pl nie przetrwał nawet pierwszej nocy, koledzy z Adventury wytrwali na trasie niewiele dłużej. Składy były ciekawe. W Brubecku oprócz mnie byli jeszcze Maciek Tracz, wtedy absolutna czołówka krajowego adventure racing i Krzysztof Dołęgowski, ten od Chudego Wawrzyńca. Miała z nami startować wtedy nikomu szerzej nie znana Agata Matejczuk, ale coś jej wypadło i zastąpiła ją Iza Cieluch. Iza, bardziej znana pod nazwiskiem Burzyńska, niedługo potem stanęła na podium setki w B7D.

Skład był bardzo mocny, a jednak polegliśmy. Pokonała nas nocna przeprawa z rowerami na plecach przez Beskidy Pokuckie. Polegliśmy w walce z błotem, śniegiem i drogami istniejącymi jedynie w wyobraźni autora mapy. Na pocieszenie zostało nam, że prawdopodobnie jesteśmy w ósemkę jedynymi Polakami, którzy z rowerami na plecach pokonali to pasmo górskie w poprzek, na dodatek w warunkach półzimowych. I tak zostanie pewnie co najmniej przez następne 5o lat, bo pożytku z takiego przejścia nie ma żadnego, a sława ma zasięg bardzo ograniczony. Właściwie to nawet zerowy.

Relacje Maćka i Izy z 2008 roku

EM

Na FEM wróciliśmy prawie wszyscy rok później. Adventura (Magda Łączak, Paweł Dybek, Igor Blachut, Irek Waluga) zajęła 3. miejsce w mastersach. Mi udało się wystartować w parze z Michałem Kiełbasińskim. Kolejne w tym zestawie duże nazwisko. Po czterech dniach i trzystu kilometrach rywalizacji zajęliśmy drugie miejsce. Udowodniliśmy sobie, że potrafimy okiełznać ukraińskie Karpaty. Tym razem jednak bój toczył się w Czarnohorze, Gorganach i na Świdowcu. Tylko przez parę chwil mieliśmy w zasięgu wzroku Beskidy Huculskie.

P1120689


Minęło prawie dziesięc lat. Przypomniałem sobie o zawodach na Ukrainie dzięki Sławkowi Konopce, który organizuje tam Bojko Trail. Trasa tej imprezy jest bardzo spektakularna. Za jednym zamachem można zaliczyć Pikuja, Ostrą Horę i Połoninę Równą. Niewiele jest w Polsce tras takiej urody.

Mam jednak taki defekt, że w obcym kraju wolę spotykać raczej autochtonów. Polaków oglądam wystarczająco często w Polsce. za granicą nie są mi do niczego potrzebni. Dlatego  zupełnie mnie nie pociagają zawody takie jak właśnie Bojko Trail czy Lavaredo UT, gdzie naszych liczy się nie na sztuki, tylko na autokary.

Dużo wiecej przyjemności sprawia mi ściganie się z zawodnikami lokalnymi.


Poszukałem, pogrzebałem i… mam!

Hucuł Trail na Pokuciu. Tym samym Pokuciu, gdzie dziesięć lat temu ponieśliśmy totalną porażkę. Będzie okazja odkuć się po latach. Tym przyjemniejsza, że za organizację odpowiada… ta sama ekipa Szury Olivsona, która kiedyś organizowała FEM.

Dystans nie powala, raptem 52 kilometry. Przewyższenie już bardziej: + 2800 metrów. Będzie syto, bardzo syto. To jednak nie koniec atrakcji. Na dzień dzisiejszy na trasie leży 30 – 40 centymetrów śniegu. Trasa przed zawodami nie będzie odśnieżana. Gdyby taka impreza odbywała się u nas dystans zapewne zostałby skrócony (jak np. na Niepokornym Mnichu). Ukraińcy nie są tacy delikatni, biegają bez względu na warunki. W zeszłym roku zwycięzca potrzebował na pokonanie tej trasy aż siedem i pół godziny, a osiem godzin wystarczało do miejsca na podium.

Jest jeszcze jeden drobiazg dodający imprezie smaku. Będą to certyfikowane przez Ukraińską Federację Lekkoatletyczną Mistrzostwa Ukrainy w trailu.

Może być fajnie.


A Huculi to taki lud na wymarciu, żyjący gdzieś na granicy Serbii. Oglądałem film, to wiem.

A niech to Motyla Noga!

Na rajd do Pruchnika nie dojechał. Przegrał w starciu z przełącznikiem świateł w samochodzie.

Męczył się strasznie przez cały tydzień. Bardzo chciał zmierzyć się z najtrudniejszą w historii trasą Rajdu Dolnego Sanu. W końcu zadzwonił do mnie z pytaniem: „Masz jeszcze mapę setki?”

Akurat jedna mapa mi jeszcze została. Zostały też punkty kontrolne, bo i ja miałem problem z samochodem i nie zebrałem ich na czas. Odprawę zrobiliśmy w niedzielę o osiemnastej w Stalowej Woli, a o dwudziestej trzeciej w Pruchniku Paweł Szpak samotnie ruszył na trasę setki.

W nocy szło mu całkiem nieźle. Dzięki delikatnie minusowej temperaturze podłoże było twarde, więc kilometry uciekały szybko. Sytuacja zmieniła się diametralnie w dzień. Nawigacja po południowej stronie Sanu (właściwie wschodniej, ale na mapie wyglądało to na południową) była bardzo trudna. Drogi na mapie zupełnie nie pokrywały się z tymi w terenie. Na dodatek ziemia rozmarzła, więc ścieżki zamieniły się w paskudną mokrą breję.

Od poniedziałkowego popołudnia posuwałem się samochodem tropem Pawła. Zbierałem lampiony z punktów kontrolnych i wirtualnie asekurowałem go. Szacowałem, że ma szansę na zrobienie całości trasy w około 26- 27 godzin. Niestety tuż przed dwudziestą pierwszą dostałem informację: „Wysiadł mi achilles. Jestem w Dubiecku”.

W momencie rezygnacji Paweł miał w nogach 91 kilometrów i + 2200 metrów przewyższenia. Do mety brakowało mu jeszcze 20 kilometrów w poziomie i 800 m w pionie.

Nie wiem, za co on tak lubi tego eR-De-eSa. Wiem, że tym, co zrobił, bardzo mi zaimponował.

P1010976

 Paweł na I Rajdzie Dolnego Sanu, Stalowa Wola 2008

Relacja live na blogu Motylej Nogi