Pruchnickie Harce

Jak jestem w Pruchniku, to zawsze jest ciekawie, zawsze coś się dzieje. Pierwszy raz: wyprawa rowerowa jakieś 20 lat temu. Wiało, dość konkretnie. Na tyle mocno, że jadąc z wiatrem pod górkę nie musieliśmy pedałować.

Drugi raz: Harce Rowerowe kilka lat temu. PKŻ zapytana na jaką trasę zapiszemy się odpowiedziała, że na najdłuższą. Bo my to niby jacyś pro-cośtam jesteśmy. To zapisaliśmy się na najdłuższą. Chcielibyście zobaczyć zdziwienie w jej oczach, gdy przejechaliśmy Kańczugę. To spojrzenie na pagóry i pytanie”Ja mam po tym jeździć? A to się w ogóle tak da?” Zaliczyliśmy wtedy dwie trzecie punktów, a na metę przyjechaliśmy półtorej godzimy po limicie.

Trzeci raz: Rajd Dolnego Sanu. Jeden z najlepszych i najdramatyczniejszych, jakie się odbyły. Załamanie pogody. Błoto, potem mróz i śnieg. I telefony od kolejnych uczestników, którym ze względu na gwałtowne opady nie udało się dotrzeć do bazy. Nie na metę. Na start!

Tym razem trasa była krótka, 15 kilometrów na orientację. Trasa dość fizyczna. Punkty niby łatwe, ale trzeba było być czujnym, jak choćby na PK 38, dla mnie drugim. Punkt przy starej chałupie. Na mapie żadnych zabudowań i łąka, w terenie kilka domostw i gęste krzaki. Zaliczyliśmy go na słuch, idąc tam, gdzie był największy hałas. Akurat znaleźli go rowerzyści, to podbiliśmy i my. Ale byli i tacy, co szukali ponad godzinę.

Na wyjściu z punktu zobaczyłem Pawła Szykułę (miejscowego, to ważne), jak ucieka w krzaki. Pomyślałem, że pewnie zna skrót i chce przetrawersować zbocze, aby ominąć wierzchołek. Pomysł świetny, wiec poleciałem za nim, a za nami jeszcze PKŻ i Erka. Niestety, okazało się, że Paweł zagrał pokerowo. Chciał skrócić trasę, nie było żadnej ścieżki. A krzaczory były dorodne! Oj! Jeżyny, pokrzywy i co kto sobie jeszcze wymyśli, wszystko było. Zmarnowaliśmy tam sporo czasu, zanim wyszliśmy podrapani i pogryzieni na normalną drogę.

Potem biegłem za Pomarańczowymi. Ciągnęli mocno. Co ja przyspieszyłem, to oni też. Może bym ich dopadł, ale musiałem zaliczyć nieplanowany pit-stop we wsi pod mostem. Dwie minuty straty. Potem źle wstrzeliłem się w wyjście ze wsi. Źle czyli zamiast iść normalną drogą znowu wlazłem w pokrzywy. To kolejne trzy minuty w plecy. Pomarańczowi mignęli mi jeszcze z daleka na przedostatnim punkcie. 5 minut straty, za dużo by ich dogonić. Próbowałem, dwa kilometry zrobiłem jeszcze poniżej 4.30 (z górki).

Pomarańczowych było troje, więc myślałem, że z podium nici. Okazało się jednak, że nie nagradzano kategorii open, a wiekowe. Niespodziewanie w 40-54 byłem najlepszy. Do tej pory kategorii wiekowych nie traktowałem specjalnie poważnie, ale ze względu na PESEL chyba będę musiał z nimi przeprosić się.

Trzeba jeszcze napisać, że PKŻ spisała się bardzo dzielnie. Ominęła nawigacyjne rafy i również wygrała swoją kategorię. I jak tu nie lubić tego Pruchnika?

Porażka przyszła o świcie

Bałem się tej Roztoczańskiej 13. Bałem się, bo start zaplanowany był o północy, a ja w nocy ślepnę. Nie tak całkiem, z tym co daleko ode mnie nie mam problemów. Nie widzę tego co blisko czyli np. mapy.

Dodatkowym problemem był regulamin. Na trasie oprócz zwykłych punktów miały być postawione punkty stowarzyszone. Karą za przybicie stowarzysza miało być… zupełne niezaliczenie punktu. Brutalne to było. Premiowało nie szybkość, a dokładność.

Mimo obaw noc poszła w miarę sprawnie. W miarę, bo punkty wchodziły dość topornie. Tu dziesięć minut straty, tam piętnaście, ciężko to szło. No i wariant wybrałem bezsensowny. Gdy spotkałem w którymś momencie Tadka P. i Zenka L., obaj mieli zaliczony jeden punkt więcej. Dwadzieścia pięć minut straty w trzy godziny – sporo. Ale do nadrobienia. Z nadzieją czekałem na wschód słońca.

Dramat zaczął się o świcie. Prosty przelot z 15 na 26, niemal banalny. Zaraz za wsią drogę zagrodziły mi laski: jeden, drugi, trzeci. Nie było ich na mapie. Ale wszystko wydawało się pod kontrolą. Długa ściana lasu, potem w lewo i powinien być punkt.

Otóż nie, zamiast punktu były pokrzywy. A ja w krótkich spodniach. Gdy jest ciepło zawsze biegam w krótkich, długich nienawidzę. Gdyby się dało, to chodziłbym w krótkich spodniach i bez skarpet nawet w zimie. Ale w pokrzywach krótkie spodnie słabo się sprawdzają.

No więc zwolniłem w tych pokrzywach. Parzyły niemiłosiernie, a na dodatek przestałem liczyć odległość. Zamiast punktu znalazłem figę. Zrobiłem jedno kółeczko. Potem drugie. Punktu dalej nie było nigdzie widać. Wyszedłem z lasu rozejrzałem się i… stwierdziłem, że ściana lasu ma inny kształt niż na mapie. W międzyczasie minęło ponad pół godziny.

Pochodziłem w tę i z powrotem i wymyśliłem! Czwarta nad ranem, a ja wymyśliłem! Przyszło mi do głowy, że wyszedłem poza mapę i muszę wyjść na najbliższe większe wzgórze by się namierzyć. Genialne, nieprawdaż? No to wyszedłem z lasu na wzgórze i… nic. Wtedy przyszedł mi do głowy kolejny pomysł. Skoro jestem poza mapą, to gdy będę szedł na wschód, dojdę do właściwej ściany lasu i dokładnie się namierzę. Doszedłem więc do lasu na wschodzie – i dalej nie wiedziałem, gdzie jestem. Granica lasu nie chciała mi się zgodzić z mapą. Poszedłem więc drogą, która zamieniła się w asfalt, a potem znikła.

W końcu załapałem, gdzie jestem. Byłem dwa kilometry na południe od punktu. Byłem prawie kilometr od kolejnego, na dodatek dzieliło mnie od niego kilka pól rzepaku do pokonania w poprzek. Straciłem dwie i pół godziny. Motywacja spadła do zera. Odechciało mi się.

Głupia sprawa, ten felerny punkt był najdalej oddalonym od bazy. Żeby wrócić musiałem zrobić ponad dwadzieścia kilometrów. Po drodze zgarnąłem jeszcze dwa PK i skończyłem z wynikiem 9/18 i 55-cioma kilometrami w nogach. Najlepsi wykręcili podobny kilometraż, ale z kompletem punktów. Skończyłem na trzecim miejscu od końca.

A teraz najlepsze: po analizie śladu GPS okazało się, że wcale nie wyszedłem poza mapę. Szukałem punktu w dobrym miejscu! Ba, wręcz przeszedłem przez punkt, tylko nie zauważyłem go! Lampiony były w formie kartek A4. Organizator Roztoczańskiej ma zwyczaj chowania punktów. Gdyby punkt był klasycznym trójwymiarowym lampionem – bezproblemowo zaliczył bym go. Kartki A4 nie zauważyłem.

Gwoli uczciwości trzeba jednak stwierdzić, że wszyscy inni, którzy byli w tej okolicy punkt znaleźli. Tylko ja, biedna sierotka, nie.

Humor trochę poprawił mi się na porajdowej wyżerce. Bo Roztoczańska 13 posiłkami stoi. Pieczyste na mecie dostępne było w ilościach przerastających moje możliwości spożycia. Kuchnia to bardzo mocny punkt tej imprezy.

Zakończę tradycyjnym: fajnie było! A że sportowo wyszło katastrofalnie – cóż, zdarza się. C`est la vie…

Życie bez RDS

Niepostrzeżenie minął rok od czasu odwołania pierwszych imprez z powodu pandemii. Zaczęło się od… Irokeza / Rajdu Dolnego Sanu. Od tych zawodów ruszyła lawina, która porwała kolejnych, małych i dużych, bez wyjątku.

Przez dwanaście lat impreza budowała swoją markę. Była wśród dziesięciu najstarszych w Polsce imprez ultra. Trzynasta edycja, RDS połączony z Irokezem, zapowiadała się wspaniale. Rekordowa frekwencja, na starcie krajowi i zagraniczni medaliści mistrzostw świata i Europy. Trzynastka okazała się jednak pechowa. Zawodów nie udało się rozegrać…

Jesienią, gdy przyszedł czas układania kalendarza na kolejny rok, nie miałem w sobie ani odrobiny wiary, że pandemia odpuści. Nie zgłosiłem RDS do kalendarza. Zwyczajnie nie wierzyłem, że uda się cokolwiek zrobić. Inni organizatorzy wierzyli. Poświęcali czas i energię na przygotowanie swoich imprez, a potem kolejno jeden za drugim odwoływali je. Nadal jeszcze odwołują. Mógłbym napisać coś w rodzaju „ja wiedziałem, że tak będzie”, ale po co? To żadna satysfakcja, wolałbym się mylić.

RDS-u nie ma więc drugi raz z rzędu. Trochę smutno i żal. Te zawody kumulowały mnóstwo dobrej energii. Brakuje mi jeżdżenia samochodem po bezdrożach, by znaleźć miejsca na punkty kontrolne. Brak mi wszystkich, którzy przyjeżdżali na Podkarpacie, by taplać się w błocie i deszczu. Brakuje rozmów o wszystkim i o niczym na mecie do późnej nocy.

Ta sytuacja ma jednak swój rewers. Odzyskałem zimą i wiosną czas dla siebie. Przede wszystkim zaś przestałem stresować się. Nie ma co ukrywać: robienie imprezy w pojedynkę to naprawdę grube obciążenie psychiczne. Odporność na stres nie jest moją mocną stroną. Przygotowanie imprezy zawsze kosztowało mnie sporo zdrowia. W tym roku, gdy z góry wiedziałem, że nie zrobię nic, z barków spadł mi duży ciężar.

Co więc robię? Czytam sporo książek. Słucham dużo muzyki (w międzyczasie podjąłem drobną współpracę z ulubioną stacją radiową). Biegam z psem. To ostatnie to coś nowego. PKŻ zaplanowała sobie na ten rok, że będzie chorować. Wcześniej jednak wytrenowała Erkę, naszego psa, do całkiem niezłego poziomu sportowego.

Pierwsze próby biegania z Erką trochę mnie zdołowały. Byłem przekonany, że bez trudu będę z nią biegał szybciej niż PKŻ i… przeżyłem ciężki szok, gdy okazało się, że żona biega z psem szybciej niż ja. Ba! Po dwóch miesiącach wspólnych treningów nadal nie jestem w stanie wykręcić na treningach takich czasów, jak one! Mało tego, PKŻ będąc niezdrową, od czasu do czasu wychodzi do lasu potruchtać z psem i… nadal są ode mnie szybsze.

Jest taki plan, bym wystartował w mistrzostwach Polski w dogtrekkingu. Z ciekawości zacząłem guglać, kto startuje w takich imprezach. Pierwszy zawodnik którego sprawdziłem, dobry ale nie najlepszy, miał życiówki 2.35 w maratonie i 7.58 na sto kilometrów. Kolejnych już nie guglałem. Ten jeden wystarczył, bym przestał sobie wróżyć sukcesy w tym sporcie.

Co dalej z RDS? Nie wiadomo, czas na myślenie o tym przyjdzie jesienią. Z jednej strony czuję brak, tęsknię, z drugiej – nabrałem trochę spokoju. Może RDS wróci, może nie. Zobaczymy za rok.

Najlepsi w PMnO: TP 50 M

Dziś ostatnia odsłona przedstawiania najlepszych w historii zawodników nawigacyjnego ultra: podsumowanie TP 50 M. Ranking obejmuje lata 2010 – 2020. W każdym sezonie punkty otrzymywało piętnastu najlepszych zawodników.

1Sontowski Marcin122
2Jędroszkowiak Michał107
3Lenczowski Jan80
4Kwitowski Piotr71
5Kaczmarek Stanisław69
6Hippner Marcin61
7Grabowski Bartłomiej58
8Gostomczyk Karol55
9Parzybut Jan51
10Fudro Edward40
11Wanat Wojciech37
12Duda Tomasz35
13Arseniuk Krzysztof31
14Baszczak Mirosław30
15Łuczko Grzegorz25
15Romanowski Łukasz25
15Lisak Krzysztof25
15Jankowiak Paweł25
19Maliszewski Leszek24
19Urbański Andrzej24
21Chyczewski Piotr20
22Komorowski Mateusz19
23Witczak Przemysław18
24Waszczyk Bernard17
25Bałchanowski Michał16
26Olbryś Stanisław Adam14
26Szkudlarek Szymon14
28Prozorowski Wiesław13
29Ćwidak Paweł12
29Szydłak Dariusz12
29Kociołek Ireneusz12
29Galla Marek12
29Reczek Sebastian12

No i jest niespodzianka: Marcin Sontowski wyprzedził Michała Jędroszkowiaka i to pomimo faktu, że Michał trzykrotnie był najlepszym zawodnikiem sezonu. Marcin zanotował dwa zwycięstwa, podobnie jak Jan Lenczowski.

Najwięcej razy w piętnastce sezonu pojawiali się Piotr Kwitowski i Stanisław Kaczmarek, obaj po osiem razy. Sześć razy na liście znaleźli się Marcin Sontowski i Jan Parzybut.

Najlepsi w PMnO: TP 50 K

Przed nami kolejna odsłona rywalizacji o miano najlepszych w historii pieszych maratonów na orientację. Oto najlepsze zawodniczki konkurencji TP 50 K. Zestawienie obejmuje lata 2010 – 2020. Do rankingu liczone były wyniki dziesięciu najlepszych zawodniczek w każdym sezonie.

1Sejbuk Anna102
2Duszak Dorota101
3Karpa Katarzyna70
4Nowak Laura51
5Owczarz Joanna40
6Wanat – Panejko Katarzyna35
7Kozioł Dagmara26
8Szmyt Barbara24
8Groza Katarzyna24
10Łaska Renata23
10Truszkowska Kamila23
12Godlewska Sylwia21
13Skubida Ewa20
13Horova Magda20
13Grabowska Joanna20
16Łazowska Sylwia18
16Wojciechowska Urszula18
18Brudlo Beata17
19Sadowska Anna15
20Maliszewska Magdalena15
21Spiegiewicz Anna15
21Płowaś Marta15
21Gruziel Magdalena15
21Ćwidak Anna15
21Bartoszewicz Magda15

W tej konkurencji walka o zwycięstwo była najbardziej zacięta. Ostatecznie, rzutem na taśmę, zwyciężyła Anna Sejbuk. Zawodniczka ta najczęściej zwyciężała – trzy razy. Dwukrotnie wygrywała Dorota Duszak.

Dorota była najczęściej klasyfikowana w pierwszej dziesiątce – osiem razy. Siedem razy klasyfikowana była Katarzyna Karpa.


Edit: coś mi w tym zestawieniu nie pasowało. Wydawało mi się cały czas, że coś jest nie tak z pierwszym sezonem TP 50. Poszukałem, pogrzebałem i… miałem rację. Tworząc zestawienie posługiwałem się danymi ze strony PMnO. Te dla TP 50 obejmują wyniki od 2011 roku. Tymczasem pierwszym sezonem klasyfikowania TP 50 był rok 2010! Wyniki na szczęście są dostępne na „starej” stronie PMnO. Na szczęście zmian na czołowych miejscach nie było. Obecny ranking jest już poprawiony, z wynikami od roku 2010.

Najlepsi w PMnO: TP 100 M

Dziś podsumowanie królewskiej konkurencji pieszych maratonów na orientację: TP 100 M. Ponieważ panów traktujących rywalizację w sposób sportowy zawsze było więcej niż pań, postanowiłem przyznawać punkty piętnastu osobom za każdy sezon. Zawodnicy otrzymywali kolejno: 25, 20, 15, 12, 11, 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2 i 1 pkt.

1Michał Jędroszkowiak241
2Buchajewicz Andrzej137
3Witczak Przemysław95
4Więcek Maciej90
5Kaczmarek Stanisław72
6Hippner Marcin68
7Borowiec Krzysztof67
8Fudro Edward63
8Kędziora Robert63
10Eibl Andrzej61
11Pietrzak Mariusz57
12Krasuski Marcin54
13Noga Witold53
14Herman – Iżycki Leszek52
15Szaciłowski Piotr42
16Bujakiewicz Gabriel37
17Baszczak Mirosław35
18Parzybut Jan32
19Klapka Michal30
19Fałowski Rafał30
21Korpula Grzegorz29
22Pryjma Tomasz28
23Glinka Michał25
23Plesiński Mariusz25
23Rycerski Bogdan25
23Skolimowski Adam25
27Janowicz Jacek22
27Podraza Tadeusz22
29Zając Wojciech21
30Kopacz Piotr20

Zwycięzca mógł być tylko jeden: Michał Jędroszkowiak. Zdobył więcej punktów niż zawodnicy z miejsc 2. i 3. razem wzięci. Gdyby najwyżej sklasyfikowany spośród czynnych setkowiczów Przemysław Witczak chciał przeskoczyć go w rankingu, musiałby wygrywać klasyfikację roczną przez siedem lat z rzędu.

Michał najczęściej wygrywał klasyfikację generalną. Zrobił to aż pięć razy. Trzykrotnym zwycięzcą był Andrzej Buchajewicz, dwa razy zrobił to Maciej Więcek.

Jędroszkowiak był nie tylko najlepszym, ale i najbardziej stabilnym zawodnikiem. W pierwszej piętnastce zestawienia meldował się aż 12 razy, z tego jedenaście na podium. Dziesięciokrotnie notowany na liście był Leszek Herman – Iżycki, a dziewięciokrotnie Stanisław Kaczmarek i Mariusz Pietrzak.

Najlepsi w PMnO: TP 100 K

Ranking obejmuje lata 2006 – 2020. Punktuje pierwsza dziesiątka podsumowania za każdy rok. Punkty za kolejne pozycje to 20, 15, 12, 10, 8, 6, 4, 3, 2, 1. Na początek podsumowanie dla pań w konkurencji TP 100.

1Trykozko Anna134
2Horova Magda92
3Klapkova Milada77
4Sochacka Katarzyna67
5Lebioda Maria61
6Giełzak Sabina58
6Małowińska Małgorzata58
8Skolimowska Katarzyna51
9Rosińska Patrycja40
10Welz Dominika33
11Szwaracka Malgorzata32
12Stefańczyk Małgorzata26
12Masiulaniec Agata26
14Truszkowska Kamila22
15Daniluk Natalia21
16Matyjek – Macholla Joanna20
16Porębska Katarzyna20
16Milczarek Dorota20
19Kinowska Katarzyna19
20Owczarz Joanna17
21Duszak Dorota16
21Sułkowska Joanna16
21Zimny Urszula16
24Hajkova Vera14
25Frączek – Bogacka Justyna13

Trzykrotnie wygrywały w podsumowaniach rocznych Milada Klapkova (2006 – 2008) i Maria Lebioda (2014 – 2016). Po dwa razy najlepsze były Anna Trykozko, Katarzyna Sochacka i Sabina Giełzak.

Aż dziesięciokrotnie zmieściła się w pierwszej dziesiątce sezonu Magda Horova. Dziewięć razy udało się to Annie Trykozko.

Hiu 2020

TP 50 orientacja:

9. – Silesia Race, 50 km, Pszczyna

49., przedostatnie– Skorpion, 50 km, Goraj

NKL – Dobra Impreza na Orientację, 50 km, Dobra

1. – Rajd Źródeł Chodelki, rogaining 8 h, Kłodnica Dolna

9. – Tarantula,50 km, Lublin

Orientacja krótsze

1.- Zimowa Poniewierka, 15 km, Brzoza Królewska

5. – Dusiołek Górski, 35 km, Wiśniowa

6. – Bike Orient, 30 km, Miedzierza

14., ostatnie – Operacja Liśc Dębu, 10 km, Mielec

2. – Budzyń, 7 km, Nowa Sarzyna

Dogtrekking:

3. – Jurajski Dogtrekking (zespół z Ewą Skubidą), 25 km,

2 – Sądecki Dogtrekking, 20 km, Szczawnik

Główny Szlak Beskidzki – odcinek Wołosate – Krynica 250 km / 89 godzin

2055 kilometrów w nogach. 12 startów, nie za dużo, nie za mało. Jak na rok covidowy – w sam raz. Około 140 dni na zawodach lub treningach. Prawie 20 wycieczek biegowych w góry. To był całkiem ciekawy rok.

Najlepszy występ zanotowałem na Silesii. Bieg był niezły, nawigacja też. Słabsze miejsce wynikło z bardzo dobrej obsady zawodów. Zaraz potem był występ najgorszy, na Skorpionie. Nie dojechała głowa, kompletnie poległem na nawigacji. Podobnie było na Operacji Liść Dębu. Cóż, z wiekiem głowa zaczyna płatać niespodzianki. NKL w Dobrej wynikał ze słabej nawigacji i tego, że czekałem na starcie na PKŻ. Potem na mecie brakło tych kilku minut.

Zdarzało się też, że wygrywałem głową. Na Rajdzie Źródeł Chodelki było kilku mocniejszych fizycznie ode mnie. Pierwsze miejsce to zasługa idealnie dobranej taktyki. Dość powiedzieć, że na mecie byłem półtorej minuty przed limitem.

Najważniejszą imprezą roku był atak na GSB. Z jednej strony przerosło mnie to. Cel który sobie postawiłem, 519 kilometrów po górach, w 7 dni, był zbyt ambitny. Nie dałem rady. Z drugiej strony – zrobiłem najdłuższą trasę w życiu. Niby porażka, ale czuję dumę ze zrobienia tego odcinka trasy bez żadnego wsparcia.

Nieźle szło mi na lokalnych imprezach. Zwycięstwo w Poniewierce, 2. miejsce w Budzyniu. Szkoda trochę Operacji Liść Dębu, ale czasem muszą zdarzyć się i porażki.

Został jeszcze dogtrekking, sport którego do tej pory nie traktowałem priorytetowo. Tymczasem okazało się, że dzięki PKŻ, która świetnie wytrenowała Erkę, możemy robić bardzo dobre wyniki jako zespół. Może nawet na poziomie medalu mistrzostw Polski. Kolejny sezon może być ciekawy.

Jedynym co martwi, to fakt, że czuję, że z wiekiem słabnę. W tym sezonie w PMnO przechodzę do kategorii weterańskiej, a na GEZNO nawet do starszej weterańskiej. Na treningach biegam wolniej niż rok, dwa lata temu, nie wspominając o dalszej przeszłości. Od dłuższego czasu boli to i owo, i co roku tych obolałych części ciała jest więcej. Ces`t la vi, takie życie. Na szczęście nadal mam różne sportowe plany i marzenia, i choć trzeba je coraz bardziej korygować, to mam nadzieję, że sporo jeszcze przede mną.

2020: PKŻ i Erka

Biegi z psem:

6.   (najszybsza kobieta) – Bieg „Policz się z cukrzycą”, 3 km, Stalowa Wola

5.  (najszybsza kobieta) – 4 Seasons z psem, 25 km, Jaśliska

4. – Turbacz Winter Trail, 21km, Nowy Targ

3. open (2. team, z Hubertem Puką) Jurajski Dogtrekking, 25 km, Kostkowice

1. – Sądecki Dogtrekking, 20 km

Orientacja:

5. – Zimowa Poniewierka, 15 km orientacja

6. – Skorpion, 25 km orientacja, Goraj

8. – Jaszczur Wydzielony Oddział, 25 km, (zespół z Anną Majkowską i Andrzejem Wodzieniem)

… – Dusiołek Górski, 35 km, Wiśniowa

5. – Dobra Impreza na Orientację, 50 km, Dobra

2. – Bike Orient, 30 km, Miedzierza

1. – Rajd Źródeł Chodelki, rogaining 8 h

1. –  (zespół, z Anną Majkowską i Dariuszem Rychlickim ) Jaszczur Graniczna Przełęcz, Komańcza, 25 km

2. – Operacja Liść Dębu, 10 km, Mielec

2. – Budzyń, 7 km, Nowa Sarzyna

W tym roku robimy wspólne podsumowanie dla PKŻ i Erki. Wspólne, bo we wszystkich imprezach biegały razem. Zaliczyły aż 15 startów, co w sezonie covidowym trzeba uznać za świetny wynik.

Dziewczyny pięknie rozbiegały się. PKŻ wytrenowała Erkę, a zarazem w bieganiu z psem znalazła brakujące „coś”. Mimo kilku lat startów i dużego doświadczenia w imprezach ultra, dopiero teraz odkryła prawdziwą sportową żyłkę. Zaczęła grzebać w kalendarzach zawodów i wyszukiwać wszystkie możliwe „psie” imprezy. Pod względem mocy dziewczyny zrobiły wielki postęp. Uczciwie mówiąc to jestem dziś od nich znacznie wolniejszy, tak na treningach, jak i na zawodach.

Zaskakuje dorobek PKŻ w imprezach na orientację. Pięć miejsc na podium to piękny wynik, zwłaszcza, że z nawigacją u PKŻ dawniej bywało różnie. O ile Budzyń czy Operacja Liść Dębu to niewielkie lokalne zawody, to Bike Orient jest imprezą całkiem poważną. Wygrana w Jaszczurze w Komańczy idzie na konto zespołu z Anią Majkowską i Darkiem Rychlickim. Natomiast Rajd Źródeł Chodelki PKŻ wygrała samodzielnie, a to impreza rangi pucharu Polski.

Czas na najważniejsze: biegi z psem. Zaczęło się pechowo. Na dwóch pierwszych imprezach PKŻ była najszybszą kobietą, ale… organizatorzy nie wpadli na pomysł stworzenia kategorii kobiecej. Bo nie i już! Mamy XXI wiek, a niektórzy organizatorzy tkwią jeszcze w XIX nie zauważając, że paniom należy się osobna kategoria.

Potem był pechowy występ na Turbacz Winter Trail, gdzie podium uciekło przez… złe oznaczenie trasy. PKŻ powetowała to sobie na dogtrekkingach Jurajskim i Sądeckim. Na pierwszym wspólnie wbiliśmy się na podium w kategorii open, na drugim udało się jej ponownie być najszybszą kobietą na trasie.

Co dalej z RDS?

Co z RDS-em? Oto jest pytanie. Odpowiedź padnie od razu: jest kiepsko.

Zacznijmy od Irokeza/RDS. Rozmawialiśmy ostatnio z Mariuszem Maryniakiem i nasze wnioski były identyczne: na razie nie da się zorganizować żadnej imprezy z legalnym noclegiem. Stan prawno – epidemiczny nie pozwala. Prawdopodobne nie da się zrobić nic co najmniej do lata. Najważniejszą konkurencją rozgrywaną na I/RDS miał być 24 – godzinny rogaining, mistrzostwa Polski. Zrobienie takiej imprezy bez bazy to narażanie zdrowia uczestników (nie mam tu na myśli pandemii, tylko możliwość zabezpieczenia uczestnikom długiej trasy cywilizowanych i bezpiecznych warunków). Być może Mariusz zdecyduje się na zrobienie Irokeza w lecie, ale jest to pisane palcem na wodzie.

Może w takim razie zwykły RDS? Tu problem polega na czym innym. Moje obowiązki zawodowe ułożone są w taki sposób, że nie ma możliwości, bym zrobił imprezę później niż koniec marca / początek kwietnia. Zwykle był to pierwszy tydzień po połowie marca. Stan prawny na dziś nie pozwala na załatwienie jakiejkolwiek bazy. Jedyne imprezy, jakie mają teraz szanse bytu to baza w rodzaju „stolik i dwa krzesła pod drzewem w lesie”. Latem można tak się bawić. Kto jednak był na RDS w Pruchniku, ten wie, że o tej porze roku jest to pomysł absurdalny.

Niektórzy kombinują z rozmaitymi substytutami zawodów. Klasycznym przykładem jest tu Wilga Orient. Z całym szacunkiem dla organizatorów tej imprezy (naprawdę doceniam determinację), to taka wirtualna rywalizacja mnie nie pociąga. Albo normalne zawody, albo żadne. Z tego powodu zdecydowałem się nie zgłaszać RDS do tegorocznego pucharu PMnO.

Na dziś nie jestem w stanie podać ani daty, ani lokalizacji. Jakaś nadzieja owszem jest, ale realne szanse na to, że zawody odbędą się szacuję na nie więcej niż 20 – 30 %.

Historia pewnego treningu

– Idę na trening do lasu. Podwieziesz mnie?

– …eee… znowu? No dobra, podwiozę…

– Ale ja bym chciała z Atosikiem….

– Nie no, to bez sensu, to nie po drodze.

(Atos – znajomy pies ze schroniska)

– No co ty dzisiaj taki jesteś, Atos siedzi smutny w klatce, a ty stroisz fochy!

– Dobra, pojedziemy po niego.

– Ale przywieziesz nas z powrotem?

– Przywiozę. (ciężkie westchnienie)

– Ale tu nas nie wysadzaj, tu chodzi za dużo ludzi. Zawieź nas do następnego lasu!

– Wrr…

Pojechałem po Atosa. Zawiozłem oboje do drugiego lasu. Wróciłem za godzinę. Odwiozłem Atosa i ją. Wyjeździłem 34 kilometry, żeby zrobili jeden trening!

—–

Spodobało się jej. Już wymyśliła następny trening, 180 kilometrów od domu…


Deszczowy Sądecki

Pobudka znowu o czwartej rano. W sobotę, wtedy gdy ma się wielką ochotę odespać cały tydzień. Wiecie co jest najtrudniejsze w weekendowych wyjazdach w góry albo na zawody? Przebiegnięcie 50 kilometrów? Nie… najtrudniejsze to wstać z łóżka o czwartej rano. Za oknem jeszcze czarno, deszcz ładuje całą mocą w parapet, ciśnienie ze standardowych 120/80 spada o gdzieś połowę. I wtedy trzeba się zebrać i wstać…

Dobra, koniec rozczulania się nad sobą. Wstaliśmy. Pojechaliśmy. Deszcz tłukł się o karoserię, a my jechaliśmy. Tak bardziej na autopilocie niż świadomie, więc przegapiłem zjazd z autostrady. Niechcący dojechaliśmy do Tarnowa. Dalej był jakiś skrót, ale żeby go znaleźć trzeba by zbudzić śpiącą PKŻ. Taki odważny to ja nie jestem. Pojechałem taka trasą, jaką znałem, więc do Szczawnika dojechaliśmy na pół godziny przed startem.

Naszym celem był Sądecki Dogtrekking, na którym mieliśmy biegać na trasie 16+ (chodzi o kilometry, nie wiek uczestników). PKŻ wkręciła się w ten sport na całego. Od czasu do czasu nakręca też mnie, zgłasza nas jako zespół i wtedy muszę biegać razem z nimi. Bo jest jeszcze element najważniejszy czyli Erka.

Dojechaliśmy na miejsce. Było kameralnie, na dwóch trasach ledwie 30 osób. Deszcz dalej padał, ale humory raczej dopisywały. Szybka odprawa i wystartowaliśmy. PKŻ i Erka wydarły szybko do przodu tak, jakby w zespole nie było mnie. Początek wspólnego biegania zawsze jest dla mnie trudny. Przez pierwsze 2 – 3 kilometry są dla mnie za szybkie. Lęcę wypluwając płuca, a one fruną…

Pierwszy punkt wszedł leciutko, ale już z drugim był problem. Typowy dla prawie wszystkich dogtrekkingów, łącznie nawet z mistrzostwami Polski. Imprezy te są robione przez ludzi którzy doskonale znają się na psach, ale niezupełnie doskonale na mapach. Właściwie to czasem zupełnie się na mapach nie znają. Tu, na dwójce symbol punktu zasłaniał dość ważną treść: przy której drodze stoi punkt. Przy każdym kolejnym punkcie trzeba też było zgadywać gdzie punkt stoi: w centrum prostokątnego znaczka, przy którymś z jego boków, czy po prostu gdzieś w pobliżu. A może gdzieś całkiem dalej – jak przy trójce, gdzie punkt stał rzeczywiście przy strumieniu, ale nie tym, co na mapie. Przy kolejnych punktach w losowej kolejności wszystkie te opcje okazywały się prawdziwe.
Dobra, mniejsza z mapą, grunt, że deszcz przestał padać. Żeby jednak nie było za łatwo, na siódemce zgubiłem długopis. Kolejne punkty potwierdzaliśmy robiąc zdjęcia.

Dziesiątka: połowa trasy, najwyżej położony punkt, tuż pod szczytem Runka w pasmie Jaworzyny Krynickiej. Powinien stać przy czerwonym szlaku, ale go nie ma. Prostokąt zahacza o szlak niebieski, ale tam też nie ma punktu. Szukamy na ścieżce w bok – dalej nic. Telefon do organizatora – okazuje się, że to punkt z obsadą sędziowską. Stoją przy szutrówce, 50 m od zakrętu gdzie odbiliśmy w bok. Na milion procent nie tam, gdzie powinni. Op…dalam sędziego, a ten zdziwiony odpowiada, że stoi we właściwym miejscu. Ręce opadają… i nie tylko ręce.

Nie dość, że mapa jest dość, hm.., swobodna, to deszcz znowu pada. Właściwie to leje. Sprężamy się więc i lecimy dalej. Tym razem już bez przygód. Na mecie zamykamy się w samochodzie tak, jak właściwie wszyscy pozostali uczestnicy. Tego dnia pogoda nie była łaskawa.

Mokro, zimno i do domu daleko… Zostało jeszcze zakończenie. Ponieważ zgłosił się tylko jeden zespół, ten nasz, organizatorzy upchnęli nas oboje do kategorii indywidualnych. PKŻ wygrała, a ja… zająłem drugie miejsce. Nieśmiało zasugerowałem, że nie zasłużyłem, bo biegłem bez psa, ale organizatorzy byli zdecydowani, bym dostał nagrodę. Długo nie protestowałem, dają – to biorę.

Tu warto napisać o mocnej stronie dogtrekkingów: nagrodach. Zwykle są to karmy dla psów. Zazwyczaj jest jej mnóstwo. Śmialiśmy się później, że Erka powinna przejść na zawodowstwo, bo dostała tyle karmy, że jest już w stanie sama się wyżywić.

Trzeba jeszcze napisać, że była to pierwsza edycja Sądeckiego Dogtrekkingu. Pewne rzeczy się udały (fajna trasa, atmosfera w bazie), inne niekoniecznie (pogoda, mapa). Trzeba mieć nadzieję, że na kolejnej edycji imprezy wady będą poprawione.

Podsumowując: nie były to jakoś szczególnie mocno obsadzone zawody. Miejsc na podium ani ja, ani PKŻ nie będziemy rozpatrywać w kategorii wielkiego sukcesu. Ważne jest to, że na swój sposób dobrze się bawiliśmy (nawet jeżeli była to zabawa nieco masochistyczna). Dobrze bawiła się też Erka.

Koniec końców fajnie było.

Tarantula

Start zaplanowany był na ósmą rano. Żeby zdążyć musiałem wstać już o czwartej, taka ostatnio tradycja nam się narodziła. Szybkie śniadanie, pakowanie, spacer z psem, potem dwie godziny jazdy i chwilę po siódmej byłem nad Zalewem Zemborzyckim na miejscu startu.

W bazie starzy znajomi ze Skorpiona, Tarantulę organizuje ta sama ekipa. Uczestnicy właściwie też ci sami. Było kameralnie, na TP 50 tylko szesnaścioro chętnych. W ten weekend na południu Polski miały odbyć się trzy pięćdziesiątki na orientację, musiało się to odbić na frekwencji. Po nas startowały jeszcze TP 10 i TP 20. Przed startem każdy dostał okolicznościową chustę. Niby nikt nie biega dla gadżetów, ale każdy bardzo je lubi.

Pierwszy rzut oka na mapę i zdziwienie: będzie łatwo! Skorpion słynie z trudnej nawigacji, tymczasem tu trasa wydawała się bardzo prosta. Zbyt prosta. Gdzieś musiał być haczyk.

Jedynka była banalna. Dwójka wydawało się, że też będzie. Dobiegłem w miejsce, gdzie spodziewałem się punktu i… nic. Pusto. Po chwili przybiegł Bartek Deptuś, za nim peletonik. Szukaliśmy wszyscy, ale punktu nie było. Bartek często trenuje w tych okolicach, zna dobrze teren. Zakomunikował wszystkim, że to na pewno tu. Po paru minutach szukania punkt znalazł się sto metrów dalej. Byłem przekonany, że to stowarzysz, więc go nie podbiłem. Dumnie wpisałem w kartę startową „brak punktu kontrolnego” i pobiegłem dalej.

Do trójki było niedaleko. Tym razem peleton był szybszy. Tam, gdzie spodziewałem się punktu, kilku podminowanych panów biegało w tę i z powrotem. Bezskutecznie, bo punktu znowu nie było. Posprawdzaliśmy okoliczne ścieżki i krzaki. Namierzyliśmy się jeszcze z drugiej strony i nic. Tym razem wszyscy wpisali w karty „BPK”.

Zeszło ze mnie ciśnienie. Do mety jeszcze 45 kilometrów, a karta startowa prawie pusta. Zwolniłem. Poluzowałem. Przestało mi się chcieć.

Ciekawa sprawa, ale właśnie wtedy punkty zaczęły wchodzić. Jeden, drugi, trzeci… Na trasie regularnie mijałem się z dwoma panami, a potem wchodziliśmy na punkty jednocześnie. Czasem brakowało trochę precyzji, np. na PK 6 właściwego dołka szukaliśmy trzy razy. Trochę nie podobało mi się chowanie punktów. Większość stała „nie z tej strony drzewa”, niektóre leżały wręcz na ziemi, przy korzeniach. Nie było jednak trudno.

Przed dziesiątką trochę za długo szedłem przez wieś, mając nadzieję na znalezienie sklepu. W nagrodę zaliczyłem długi przelot przez pole buraków. Po jedenastce w lesie „odkręcił” mi się kierunek. Tu nagrodą był czterokilometrowy przelot po budowanej drodze ekspresowej. Przy dwunastce przypomniało mi się, że zanim zbudowano obwodnicę Lublina, to po drugiej stronie lasu zawsze stały takie milutkie, ekstrawagancko poubierane panie. Ciekawe, gdzie teraz stoją?

Pięć kilometrów przed metą dogoniłem Marcina Stefaniuka. On też nie podbił PK 2. Teraz obaj mieliśmy dylemat: zaryzykować i zostawić wszystko tak, jak stało w karcie czy wrócić na dwójkę i jeszcze raz ją dokładnie namierzyć. Decyzję odłożyliśmy do mety.

Nie oddaliśmy kart! Ku uciesze organizatorów wyszliśmy na trasę jeszcze raz. Nie był to łatwy wybór, w nogach mieliśmy 58 kilometrów, od ośmiu godzin byliśmy na trasie. Decyzja była słuszna! Punkt który uznaliśmy początkowo za stowarzysza był dobry! Nie stał wprawdzie idealnie, był przesunięty o 80 metrów, ale mieściło się to w granicach normy. No i jeszcze mały drobiazg: rano uznałem, że stoi 100 metrów za daleko na zachód. W rzeczywistości był za bardzo przesunięty na… wschód! Sprawdzenie stanu rzeczy kosztowało nas godzinę, dodatkowo zrobiliśmy siedem kilometrów. Satysfakcja ze zrobienia kompletu była jednak bezcenna.

Odrobinę pogdybam: gdybym podbił dwójkę od razu i pobiegł pięć minut szybciej, skończyłbym jako drugi. Podium było w zasięgu ręki. Podjęcie jednej złej decyzji kosztowało mnie spadek na dziewiąte miejsce. Taki już urok biegania na orientację: żeby robić dobre wyniki trzeba podejmować trudne decyzje, ale jedna zła decyzja może zniweczyć szanse na dobry wynik.

—–

Może się tak zdarzyć, że w najbliższej przyszłości znowu będzie problem z organizacją zawodów. Że znowu czekają na nas ograniczenia. Tym bardziej trzeba docenić, że komuś jeszcze chce się organizować zawody. Paweł, Maciek, Artur i reszta ekipy – dzięki za Tarantulę.

Fajnie było!

Miszczur Przełączonego Ogranicznika

Odstawiłem PKŻ do remizy strażackiej w Komańczy i ruszyłem pokowboić. Trochę samochodem, trochę na piechotę. Najpierw do Łupkowa. Wyobraźcie sobie góry, ostatnią wieś i ostatnią asfaltową drogę. Od tego asfaltu odchodzą już tylko szutrówki. Obok jednej z nich idą tory donikąd. Niespodziewanie w dolinie pojawia się dworzec w Łupkowie. Dokładnie w centrum niczego. Taki całkiem spory dworzec, jak w mieście. Zbudowany w czasach Franciszka Józefa. Zdarzyło się kiedyś, że cesarz osobiście tu się pojawił. W książce Jarosława Haszka o wojaku Szwejku zawitał tu też główny bohater. Ale to było dawno, w czasach, gdy góry stanowiły granice między Węgrami i Galicją. Dziś oddzielają Polskę i Słowację.

Idę dalej, na Przełęcz Łupkowską. Przełęcz stanowi granicę między Bieszczadami i Beskidem Niskim. Na samej górze znajduję pierwszy lampion. Jest tak oczywisty, że węszę podstęp. Rzeczywiście, kilkanaście metrów dalej w krzakach wisi jeszcze jeden. Schodzę na słowacką stronę. Podobno mają tu stan wyjątkowy, ale w górach tego nie widać. Schodzę do tunelu kolejowego pod przełęczą. W sezonie turystycznym jeżdżą tędy pociągi z Łupkowa do Medzilaborców (tych od Andy Warhola). Teraz, po sezonie, w tunelu jest cicho i spokojnie. Po drodze zaliczam trzeci lampion. Nieźle mi idzie, zwłaszcza, że nie mam mapy imprezy!

Przy dworcu spotykam Mariusza M., Staszka K. i Leszka H.-I. Oni startują w drugiej, konkurencyjnej imprezie. Nazwy nie podam, bo jej organizator nie lubi, gdy o nim piszę. Leszek i Staszek rysują na kartach startowych rzut od wschodu na resztki obelisku przed dworcem. W ten sposób zaliczam czwarty punkt. Dołączam do kolegów i idziemy na cmentarz. Tam znajduje się kolejny punkt, dla mnie piąty.

Siadam do samochodu i przemieszczam się do Woli Michowej. Na cmentarzu spotykam Adama M. Okazuje się, że jestem na kolejnym punkcie kontrolnym. Adam wysyła mnie na zarośnięty mostek kilkaset metrów dalej. Tam też stoi lampion.

Kolejny cel to cmentarz żydowski w Woli Michowej. Po drodze wpadam na Ryśka P. z kolegą. Od nich dowiaduję się, że zaraz zaliczę kolejne dwa punkty. W sumie mam ich już dziewięć.

Sam cmentarz to bardzo smutne miejsce, czytanie opisu w jaki sposób zgładzono tu 150 osób co wrażliwszym może sprawiać ból. Wszystko przez to, że jeden naród wymyślił sobie, że jest fajniejszy niż wszystkie inne narody. I że z faktu tego wyciągnął wniosek, że może decydować o ich losie.

Dziś w kraju w którym żyjemy coraz częściej można usłyszeć, że Polska i Polacy są fajniejsi niż różni „inni”. Czasami nazywa się to „patriotyzmem”. Warto by wyznawców tej ideologii zaprosić na wycieczkę w miejsca takie jak Wola Michowa. Może choć część z nich zrozumiałaby do czego może prowadzić wcielanie w życie tych teorii.

Idę dalej, do Obelisku Żubra. Upamiętnia pierwsze żubry przywiezione w Bieszczady. Te z czasem rozmnożyły się i zostały już na stałe. Obelisk nieszczególny, ale to kolejny punkt!

Impreza trwa, lecę do Balnicy, do kaplicy i cudownego źródełka. Tym razem nie łapię żadnego punktu, to za daleko. Źródełko ponoć leczy różne choroby, ale jakoś nie odczułem poprawy stanu swojego zdrowia. Widocznie jest przereklamowane.

Jadę do bazy, a tu poboczem idą Marek P. i Jarek Z. Dołączam do nich. Razem łapiemy punkt opisany jako „artefakt”. Szkoda, że nie poszedłem z nimi dalej, bo niedaleko, przy budzie z oscypkami stał jeszcze jeden. Za chwilę dzwoni do mnie Ania P. która startuje w konkurencyjnej imprezie. Potrzebuje zwózki z trasy i uważa, że w roli ratownika sprawdzę się najlepiej. Zakładam więc koszulkę superbohatera i jadę po koleżankę.

Podsumowując: po dokładnym podliczeniu wyszło, że zaliczyłem jedenaście punktów kontrolnych z czterdziestu jeden możliwych. Niby niedużo, wszyscy zaliczyli więcej. Ale oni mieli mapy, a ja nie! Z mapą to każdy potrafi znajdować! Bez mapy poziom trudności zdecydowanie wzrasta. Tym samym przyznaję sobie tytuł Miszczura Ograniczonego Przełącznika!

(Tak nawiasem mówiąc to PKŻ też jest niezła. Na tej imprezie z mapą na TP 25, w zespole z Anią Majkowską, Darkiem Rychlickim, Erką i Luśką zajęła drugie miejsce)


Anatomia katastrofy: Operacja Liść Dębu

Zapowiadało się lekko i przyjemnie. Sobotę spędzić mieliśmy na Operacji Liść Dębu, kameralnym około trzynastokilometrowym biegu na orientację. Chciałem powalczyć o zwycięstwo. Nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy.

Problemy zaczęły się przy poszukiwaniu bazy imprezy. Miała mieścić się na parkingu przy ZPK pod Mielcem. Pojechaliśmy na miejsce znane nam z MIT, ale było puste. Pamiętałem, że znaki po drodze wskazywały inny parking. Zawróciliśmy, ale na tym drugim też nikogo nie było. Szybki telefon do Tadka Podrazy. Zapamiętuję że wszyscy są na parkingu przy krajówce z numerem z „5” na końcu. Skręcam w drogę z takim numerem, a PKŻ pyta dlaczego jadę akurat tędy. Tym razem pomyliłem drogę 875 z 985. Albo jakoś podobnie. Czas leci, do startu pół godziny, a ja sobie jeżdżę w tę i z powrotem szukając bazy. Dopiero czwarta próba okazała się być udaną.

Startujemy. Mapa 1: 15 000, piętnaście punktów kontrolnych do zaliczenia. Jako jedyny biegnę na PK 20. Nie wiadomo właściwie po co, bo to zupełnie bezsensowny wariant. Dwieście metrów przed punktem upiernicza mi się, że źle przeliczyłem odległość na kroki. Że przestrzeliłem. Robię kółeczko, wracam. Kilka kroków do przodu, kilka do tyłu. Głupieję. Odpuszczam PK 20, zrobię go wracając na metę. Lecę na PK 13.

Organizator, Mirosław Marek, uprzedzał, że na tym przelocie mapa nie będzie się zgadzać. Rzeczywiście, w wydmie wykopana jest wielka dziura w ziemi, kopalnia piasku. Zbiegam na dno, niepotrzebnie. Wracam na górę, ale nie z tej strony co trzeba. Znowu na dół. Żeby podbić punkt trzeba jeszcze raz wyjść na górę.

Następny jest PK 9. Źle odczytuję poziomice i zamiast na zboczu szukam go na grzbiecie. Punkt znajduje grupa dziewczęco – psia. Zamiast być im wdzięczny, jestem na nie wściekły. Właściwie to na cały świat jestem wściekły. Lecę na PK 15. Na skrzyżowaniu mylę drogi i wybiegam na PK 21. Próbuję złapać go na azymut, ale nie wchodzi.

Jestem na trasie od 35 minut. W tym czasie zdążyłem popełnić serię ośmiu kolejnych błędów. Samodzielnie znalazłem jeden (!) punkt! Chwila wahania i… rezygnuję. Schodzę do bazy. Na dziś ta zabawa przestała mi sprawiać jakąkolwiek przyjemność.

Podsumujmy: osiem razy z rzędu podjąłem złą decyzję. Decyzje prawidłowe: ani jednej. Do tego dodać trzeba trzy błędy podczas dojazdu. Razem wychodzi jedenaście, wszystko w niecałe półtorej godziny. Gdyby potraktować sprawę zero – jedynkowo, szansa na taka passę wynosiłaby 0,048 %. Bardziej obrazowo: potrzeba by 2048 osób, by któraś zachowała się równie beznadziejnie.

—–

Nie mogłem tego tak zostawić. Dzień później wróciłem pod Mielec by wyrównać rachunki. Perforatory zostały wprawdzie pozdejmowane, ale Mirek zostawił na punktach biało – czerwoną taśmę, bo kilka osób zadeklarowało zrobienie trasy „po godzinach”. Ustaliłem sobie, że aby zachować porównywalność wyników będę zaliczał punkty w takiej samej kolejności, jak zaplanowałem dzień wcześniej. Dodatkowo na każdym punkcie miałem robić 15 sekund przerwy tak, jakbym podbijał kartę startową.

Jako pierwszy znowu PK 20. Szybko znajduję słupek z ZPK. Wydaje mi się, że stoi za wcześnie. Szukam głębiej, ale nic nie ma. Podbijam wiec zetpeka i biegnę dalej. Mały problem mam z PK 15. Znowu źle odczytuję poziomice. Robię dwa kółeczka, by odkryć, że punkt stoi po drugiej stronie grzbietu. To już jednak koniec problemów. Kolejne punkty wchodzą jeden za drugim. Rozkręcam się, przyspieszam. Znam czasy zwycięzców. Od połowy trasy widzę, że na każdym punkcie urywam z ich rezultatów minutę – dwie. Na metę wbiegam z czasem 1.45. To sześć minut szybciej od wczorajszego zwycięzcy, Tadka Podrazy.

6 minut szybciej! Gdybym to zrobił wczoraj, zająłbym pierwsze miejsce. To znaczy, że jednak potrafię, że jestem całkiem niezły! Że wczoraj to był tylko wypadek przy pracy.

Ej Hiu, a nie mogłeś tak pobiec wczoraj?

—–

Wieczorem w domu opowiadam PKŻ jak mi poszło. Jestem z siebie bardzo dumny. W pewnym momencie PKŻ mi przerywa: „Ale dlaczego wziąłeś dwa zetpeki? Przecież na odprawie Mirek mówił, że żaden punkt nie będzie postawiony na zetpeku”. Yyy…, ale o co chodzi? Nic o tym nie wiem, a przecież byłem na odprawie. Ano byłem, ale na chwilę się urwałem, by zamknąć w samochodzie szczekającą Erkę. Sprawdzam tracki na Endo, porównuję ze zdjęciami terenu i… PKŻ ma rację. Dwa punkty stały w innych miejscach. To oznacza, że wcale nie wygrałbym. Skończyłbym zawody bez dwóch PK .

Co za rozczarowanie…

—–

Myślicie, że to już koniec, że temat jest zamknięty? Nie ma tak łatwo. Dzień później porównujemy z Tadkiem przebiegi na 2drerun. Ze zdziwieniem zauważam, że na wirtualnej mapie Tadek przybiega na metę przede mną. Chwilę zastanawiamy się o co chodzi. Trasa piesza na OLD startowała 15 minut później niż rowerowa. Okazało się, że organizator wpisał biegaczom godzinę startu z rowerówki. Ich prawdziwe wyniki były o 15 minut lepsze. To znaczy, że nawet w tej rywalizacji zamiast wygrać, przegrałem z Tadkiem o 9 minut. I jeszcze z Zenonem Lulkiem o cztery minuty. Miałbym ten sam czas co trzeci Józef Klimasz.

Gdyby ogarnąć całość, to zająłbym i tak to samo miejsce, co przy zaliczeniu tylko dwóch PK.

Co za wspaniała katastrofa!

Jedyne co mi zostało, ostatnia rzecz którą mogę się pochwalić: zrobiłem półtora kilometra więcej niż Tadeusz. To oznacza, że przynajmniej tempo miałem najszybsze. Tyle mi zostało na pocieszenie.