Słoneczne WInO

Dawno nie startowałem. Przez ten czas odzwyczaiłem się od pisania relacji z imprez i teraz ciężko mi zebrać się do napisania relacji z WInO – rzeszowskiej Wiosennej Imprezy na Orientację. Coś jednak napisać trzeba, więc do rzeczy:

Do zrobienia było 30 kilometrów. Były też krótsze dystanse: 6 i 15 km, ten dłuższy dystans był jednaj najbardziej pociągający. Forma sportowa była znikoma. 8 miesięcy bez biegania, 3 miesiące bezruchu i 8 kilogramów nadwagi (ale dwa i pół już zrzuciłem!) skazywały mnie co najwyżej na walkę o przetrwanie. Wprawdzie tydzień wcześniej machnąłem 60 km na Czarnym KORnO, ale był to tylko spacer z PKŻ i psem. Na WInO trzeba było biegać, na dodatek po sytych i stromych pagórach.

Start był inny niż zazwyczaj. Na wcześniejszych edycjach peletonik grzecznie obiegał naokoło skarpę tuż za startem. Tym razem wszyscy ruszyli na nią na wprost, nie przejmując się stromizną. Zawsze to parę metrów mniej do zrobienia. A potem już standard: góra – dół, góra – dół. W tempie nieprzesadnym, bo na treningach dzielnie i mało skutecznie  walczę, by łamać tempo 5.30 / kilometr. Tadek Podraza i Tomek Domin uciekli daleko do przodu, nie dawałem też  rady utrzymać tempa Daniela B. znanego na blogu jako Pocertescu. Przed PK 4 dołożyłem sobie jedną górkę więcej niż wszyscy, bo trochę za fajnie by było, by nie zrobić błędów nawigacyjnych. Jakieś 800 m za PK4 dogonił mnie Daniel, ale akurat on biegł na czwórkę i był trochę zdziwiony, że musi się cofnąć.

Dalej znowu góra – dół, a potem kilka wąwozów, gdzie można było wykazać się nawigacyjnie. Poszło jakoś łatwo i na PK 6 przybiegłem piąty. To, że piąty, to pikuś. W zasięgu wzroku, 200 m przede mną byli czwarty i trzeci! Na kolejnych dwóch przelotach znowu można było pokombinować i oto na ósemce zameldowałem się… drugi. Do mety zostały trzy punkty, na dodatek takie, gdzie trudno było zrobić błąd nawigacyjny. Pozostał jeden drobiazg: wytrzymać tempo.

No i nie wytrzymałem. Płuca owszem, działały jak trzeba, ale nogi zamieniły się w dwa sztywne, nieruchawe klocki. Nie dość tego, to jeszcze wymyśliłem gorszy wariant na obiegnięcie działek. Wbiegając na PK 10 zobaczyłem wybiegającego Tomka Domina. Przypomniały mi się nasze finisze na Przeprawie 2016 i Nadwiślańskim 2017. Ale tym razem długiego finiszu nie było. Nie miałem już siły. Jeszcze dociągnąłem się dwie minuty od niego na PK 11, ale tam padłem całkiem. Do mety doczłapałem piąty. 26 kilometrów  w poziomie i 700 m w pionie zrobiłem w 3.18. Tomek skończył trzeci, pięć minut wcześniej, a zwycięzcą został o 15 minut szybszy ode mnie Tadek Podraza.

Sportowo jest to wynik ponad stan. Właściwie nie miałem prawa tak pobiec. Proszę nie pytać, jak to się stało, bo nie wiem.

PKŻ wystartowała w zespole z Anią Majkowską i psami: Erką i Akim. Gdyby na WInO była klasyfikacja kobieca – zajęły by trzecie miejsce. Ale niestety nie było.

Ale poza tym było fajnie. Słońce świeciło mocno. Trasa miała fragmenty zarówno dla nawigujących, jak i dla łydkowców. Wolontariuszki na punktach pięknie się uśmiechały. Właściwie to one z całego WInO podobały mi się najbardziej (wolontariuszki, nie punkty) i w poglądzie tym nie byłem odosobniony.

Jednym słowem sobota udała się, a rokowania na przyszłość nie są złe.

 

 

 

Reklamy

Długi spacer z psem

Pierwszy od prawie pół roku punkt kontrolny wchodził opornie. Można było spodziewać się, że będzie trudny, bo miał wysoką wagę mimo bliskości bazy. Ale żeby aż tak? No i ta mapa: dwudziestka piątka zamiast standardowej pięćdziesiątki. Najpierw poszliśmy 150 m za daleko na północ. Potem tak samo za daleko na wschód. Za chwilę obeszliśmy go jeszcze od południa. A punktu nie było. Bo stał pośrodku koła, obeszliśmy go ze wszystkich stron. No i jeszcze Ania P. – chciała nam pokazać gdzie stoi, ale… dwie minuty po wyjściu z punktu… zapomniała skąd przyszła! Zgubiła drogę! PKŻ strasznie mnie wkurzała. Jak stała w miejscu to wkurzała tym, że stoi. A chwilę później wkurzała mnie tym, że sobie poszła punktu szukać, zamiast stać!

W końcu znalazł się. Można go było zrobić w 20 minut, a my straciliśmy ponad godzinę.

Potem było już lepiej. Nie żeby całkiem dobrze, ale punkty zaczęły wchodzić. Tylko warianty były jakieś takie okrężne. Tempo też nie było zabójcze, ale tak jest zawsze, gdy idzie grupa. A nas było troje: PKŻ, Erka i ja. Erka biegała w tę i z powrotem jak jakaś wariatka, PKŻ pilnowała Erki, a ja pilnowałem mapy. Najwięcej siły miała chyba Erka, bo nawet w końcówce, po jedenastu godzinach ciągnęła ostro. Ja człapałem za żoną próbując dotrzymać jej kroku, ale wychodziło to tak sobie. Osiem miesięcy przerwy od biegania, z tego trzy miesiące zupełnego bezruchu zrobiło swoje. Słaby jestem, najsłabszy od chyba dwudziestu lat.

20190324_091445

Ale i tak było fajnie. Słońce pięknie świeciło, cieplutko było i przyjemnie. Okoliczności przyrody były piękne: lasy, pola, góry. Zwłaszcza gór było dużo. Po drodze trafił się nawet jeden UNESCO-wy zabytek: zespół sanktuaryjny w Kalwarii Zebrzydowskiej. Zaliczyliśmy nawet spacer po Dróżkach Pana Jezusa i Dróżkach Panny Marii! Skupialiśmy się jednak na trasie zawodów, bo nie jesteśmy fanami ani stylu rokokowego, ani manieryzmu holenderskiego.

20190324_094836.jpg

Podobało się nam, podobało się i Erce. Dzielnie wytrzymała prawie dwanaście godzin na trasie. Pierwszy raz zrobiła około 60 kilometrów.

Impreza miała skomplikowaną nazwę: Wiosenne Czarne Korno – Kompania NiepoKorna. Miejscem akcji była Lanckorona i jej bardzo szeroko rozumiane okolice. Zorganizowana była z rozmachem – trzeba było trochę natrudzić się, by rozstawić punkty pod rogaining, gdzie najdłuższa trasa miała 24 godziny i robiło się ją na rowerach. Ciekawe, ile kilometrów zrobili najlepsi? Ogólnie to trasa była fajna, a punkty kontrolne atrakcyjnie usytuowane. Np. „Tatry” – punkt, gdzie naprawdę były Tatry. Rozumiane podwójnie wieloznacznie i wcale nie w rozumieniu najpopularniejszym. Żałowaliśmy też, że nie dotarliśmy na „zęby smoka”.

A zupka na mecie – żurek to była poezja nie zupa! Ciekawe, że to samo mówili ci, co zamówili pomidorową.

Wynikowo poszło nam przeciętne, by nie powiedzieć, że słabo. Ale przecież nie ścigaliśmy się, tylko poszliśmy na długi spacer z psem. A Erce to całkiem wszystko jedno, jaki osiągnęliśmy wynik. Ważne, że było fajnie.

20190324_102720

Wszystkie barwy jesieni

Właściwie to nie chciałem jechać na Kiwona. Kontuzja kolana to pierwszy powód, kontuzja brzucha drugi, a na dodatek kilka dni przed startem rołożył mnie jakiś wirus. A może jakaś bakteria? Najchętniej poleżałbym sobie w łóżku, ale PKŻ trochę mnie pomolestowała, zapakowaliśmy się więc do samochodu z Erką i Pocertescu i pojechaliśmy do Rozdziela. Start na TP 50 nie wchodził jednak w grę. Forma opłakana, ze zdrowiem jeszcze gorzej, nie miałbym żadnych szans na ukończenie. Przepisałem się na TP 15.

Rano ruszyliśmy na trasę. Pogoda była piękna, a okoliczności przyrody jeszcze piękniejsze. Słońce, jak na połowę października, grzało całkiem mocno. Lasy mieniły się wszystkimi jesiennymi kolorami, począwszy od bladych żółci, przez czerwienie, aż do brązów. Pod nogami szeleściły dywany z liści. Pięknie było, normalnie jakaś Liga Mistrzów estetyki.

Cały czas truchtałem sobie spokojnie. Od czasu do czasu mijałem się z Izą Osyszko, więc tempo było całkiem przyzwoite. Czułem, że jestem gdzieś w okolicy podium. Po latach biegania w imprezach na orientacje czuje się takie rzeczy. Pierwsze pięć punktów poszło nieźle. Został ostatni. Łatwizna: wąwóz, brzeg potoku.

Wpadam do wąwozu tam, gdzie powinien być punkt i… nic. Punktu nie ma. Dobra, idę 50 metrów do góry. Dalej nic. No to kurs 100 metrów na dół. Znowu nic. 150 do góry. 200 na dół. 250 do góry. 300 na dół. Punktu nie ma! W międzyczasie spotykam Izę. Też nie może znaleźć punktu. W końcu odpuszczam i spokojnie wracam do bazy. Już bez biegania, bo brzuch boli. Na mecie wpisuję na kartę BPK (brak punktu kontrolnego) i liczę na potwierdzenie tego wpisu jako prawidłowego. Okazuje się, że punkt jednak był. Stał 20 metrów wyżej od najwyższego miejsca, gdzie dotarłem. Chwile spieram się z Tomkiem Dudą (organizatorem), tłumaczę mu, że punkt stał nie tam, gdzie powinien. Tomek spokojnie odpala w telefonie internet, wyszukuje zdjęcie satelitarne terenu i okazuje się, że to on miał rację, nie ja. Punkt stał prawidłowo!

Potem usiedliśmy sobie na schodkach przed szkołą. Słońce dalej grzało. Siedzieliśmy w parę osób i opowiadaliśmy sobie jakieś rajdowe historie. Jedni przychodzili, inni odchodzili, kolejni wpadali na metę. A schodki cały czas były zajęte. Było tak fajnie, jak na żadnej innej tegorocznej imprezie. Fajni ludzie jeżdżą na imprezy PMnO, fajni ludzie je organizują. Sport to jedno, ale część towarzyska jest tak samo ważna. Warto jeździć na te imprezy, nawet nie stawiając sobie żadnych celów sportowych. Warto dla samego towarzystwa. Kiwon pod tym względem jest w ścisłym czubie stawki.

Trzeba jeszcze napisać parę słów o TP 50. Kiwon dołączył w tym roku do klubu imprez trudnych. Punkty nie były proste do odnalezienia. Zostały ukryte głęboko w lasach, a warianty pomiędzy nimi były mocno niebanalne. Gwoździem programu był punkt na Magurze Małastowskiej: postawiony daleko od pozostałych, na największej górce w okolicy. Zdobywając go niektórzy tracili czas, w którym mogliby zrobić 3 – 4 inne punkty. Na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy zaliczyli wszystkie punkty w limicie. Zazdrościłem tym, którzy mogli zmierzyć się z kiwonową pięćdziesiątką.

Nie wszystko jednak było idealne. Organizator zaplątał się w regulaminie, który sam napisał. Początkowo przyznawał kary czasowe za brak punktów. Potem okazało się, że według regulaminu bezwzględnym pierwszym kryterium klasyfikacji jest ilość zaliczonych punktów. W efekcie w kategorii kobiecej inne panie stały na podium, a inne są na nim w wynikach końcowych. Poszkodowane zostały osoby, którym zależało na ukończeniu imprezy w limicie. Wnioski z tej sytuacji są dwa. Dla organizatorów: by precyzyjnie pisali regulaminy. Dla uczestników: by czytali regulaminy i nie bali się składać protestów. Czasem można sporo ugrać.

Przed Kiwonem Tomek zachęcał mnie w prywatnym mailu do przyjazdu hasłem „Beskid Niski jesienią urywa d…”. Miał 100 % racji. Urywa!

O Jatce, co naprawdę była jatką

Stęskniłem się za bieganiem na orientację. Za nabijaniem kilometrów i szukaniem punktów kontrolnych. Za piciem piwa na mecie i omawianiem wariantów. Gdy tylko ortopeda dał mi zielone światło na bieganie – nie wahałem się i od razu wypełniłem formularz zgłoszeniowy na Jurajską Jatkę.

To, że lekarz pozwolił jednak niewiele znaczy. Kolano trochę jeszcze boli, ale da się z tym żyć. Gorsza sprawa, że w międzyczasie pojawiła się jeszcze jedna kontuzja. Niefajna, bo mogę co najwyżej truchtać, a  i to raptem tylko po kilka kilometrów. Najgorsze, że tym razem chyba nie da się uniknąć skalpela.

Wracając do Jatki: punktów kontrolnych było 23. Pierwsze trzy weszły na czysto, potem mała nadróbka, znowu pięć na czysto. Dalej wpadka na 15 minut i kilka znowu na czysto. Nawigacja szła sprawnie. Było to o tyle ciekawe, że trasa nie była łatwa. Mniej więcej co drugi punkt jakieś były azymuty i to nie takie po dwieście metrów, a po kilkaset. Czasem nawet powyżej kilometra przez nieprzebieżny teren. Bolało mnie małe co nieco i po trzech godzinach został mi tylko trucht. Zaplanowałem sobie zrobienie całości w 10 – 11 godzin, żeby nie szwendać się po lesie w nocy, gdy ślepnę, ale plan powoli stawał się nierealny.

Nieszczęście nastąpiło po zmroku. Przelot z 26 na 27, ze skałek rzędkowickich na podlesickie. Najpierw ponad kilometr na azymut, a potem poszukiwanie w ciemności skałek. Owszem, znalazłem. Wgramoliłem się na wierzchołek, ale punktu nie było. Zszedłem więc drogą do najbliższego punktu z którego mogłem się dokładnie namierzyć. W praktyce aż do Podlesic, prawie dwa kilometry dalej. Potem poszło łatwo, za drugim razem punkt znalazłem bezproblemowo. Przy okazji okazało się, że za pierwszym razem wynawigowałem… idealnie na punkt. Tyle tylko, że skałki miały dwa wierzchołki, a ja zaatakowałem ten bez punktu. Taki żart losu…

Nie ostatni tego dnia. Chwilę potem zaatakowałem 28. Po dwudziestu minutach marszu w stronę tego punktu niespodziewanie wróciłem pod 27. Jak? Nie pytajcie, nie wiem. Nie miałem telefonu z endomondo ani zegarka, więc nigdy nie dowiem się, jak to zrobiłem. W tym momencie wola walki zanikła. Byłem zmęczony i odwodniony. Picia zabrałem tyle co zwykle na 8 – 9 godzin. Tymczasem dochodziła dwunasta godzina na trasie. Odpuściłem. Wróciłem do bazy. Na metę wszedłem bardzo, ale to bardzo zmęczony, mając w nogach ponad 60 kilometrów.

Wynik końcowy: bez trzech. Wynik na miarę aktualnych możliwości, po czteromiesięcznej przerwie w treningach, jednej kontuzji niezaleczonej i drugiej napoczętej. Na tyle teraz mnie stać.

Rok temu napisałem, że skończył się czas łatwych Jatek. Przez ten czas trend pogłębił się: Jatki są już nawet nie trudne, a bardzo trudne. Nawigatorzy mieli mnóstwo okazji do wykazania się umiejętnościami. Łukasz Korzeniewski, szef imprezy, postawił przed uczestnikami poprzeczkę bardzo wysoko. Trend do robienia tras trudnych nawigacyjnie ma jednak też pewien minus: o ile są to trasy atrakcyjne dla pewnego hermetycznego grona stałych bywalców, to dla początkujących mogą być raczej zniechęcające. Co zaś  do stałych bywalców: pod względem towarzyskim Jatka staję się powoli imprezą numer jeden w południowej części PMnO).

Podsumowując: wynik sportowy słabiutki, ale na miarę możliwości. Impreza przednia, ze znakiem jakości. Dla mnie absolutny pucharowy top.

 

Szerszenie znad Chodelki

Trzy miesiące bez jeżdżenia na zawody to bardzo dużo. Choć do wyleczenia kontuzji jeszcze daleka droga, instynkt wziął górę i postanowiłem wystartować w pięćdziesiątce. Akurat w zeszły weekend był Mordownik. Najfajniejsza impreza w PMnO, na dodatek Mistrzostwa Polski.

Były tylko dwa problemy: pierwszy – że Mordownik to trudna impreza. Po trzymiesięcznej przerwie, bez treningów, niewiele tam bym osiągnął. Drugi: kontuzja wciąż jest niewyleczona. Ale udało się już zdiagnozować, co mi dolega. Wykończyłem w kolanie rzepkę. Na razie łykam prochy, a jeżeli nie pomogą to dostanę zastrzyk w kolano. Grunt, że noga nie pójdzie pod nóż. Jest też trochę mniej fajna wiadomość: fizjoterapeuta wyłapał jeszcze jeden problem i wysłał do chirurga. Tu muszę poczekać na potwierdzenie diagnozy, ale tym razem chyba nie obejdzie się bez skalpela.

Wracając do Mordownika: w obecnym stanie nie miałem po co tam jechać. Szczęśliwym trafem w tym samym terminie niedaleko od domu, między Lublinem a Kraśnikiem, miał odbyć się Rajd Żródeł Chodelki, ośmiogodzinny rogaining. Spakowaliśmy z PKŻ Erkę, namówiliśmy jeszcze Daniela Pocertescu i pojechaliśmy do Kłodnicy.

Na początku chciałem sobie pobiegać. Nie bardzo jednak dało się, bo PKŻ i Erka postanowiły iść ze mną. Chciałem jakoś pozbyć się ich, ale były strasznie uparte. Ja szybciej, to one też. Ja uciekam, to Erka szczeka. Odpuściłem, postanowiłem poczekać aż same zrezygnują. Po pięciu i pół godzinach, po trzydziestu kilometrach w końcu zmęczyły się. Poszły na metę, pozwalając mi poszaleć w samotności. No to przyspieszyłem na tyle, na ile pozwoliło kolano. Na mecie na liczniku miałem 46 kilometrów. Ile zrobiłbym, gdybym był zdrowy? Na tej trasie jakieś 60 – 64 kilometry.

Efekt końcowy był jednak doskonały. Wygrałem i to ze sporą przewagą nad drugim w klasyfikacji Mariuszem Motyką. PKŻ była trzecia, ale nie w kategorii kobiecej, tylko w generalnej. Obsada nie była wprawdzie szczególnie mocna (mocni pojechali na Mordownika), ale zwycięstwo zawsze sprawia przyjemność. Jak w takim razie wypadłbym na Mordowniku? Gdyby nawigacja poszła dobrze, miałbym szanse na zaliczenie kompletu punktów kontrolnych i miejsce w połowie drugiej dziesiątki. Gdyby nie poszła dobrze – skończyłbym bez dwóch – trzech, trzydziesty w klasyfikacji.

Miejsce na podium trasy trzygodzinnej wywalczył także Pocertescu. Było to jego pierwsze podium w karierze. Zapewne długo będzie je wspominał, bo na trasie miał niecodzienne przygody. Pocertescu zmuszony został do stoczenia boju z dzikim stworem. Jeden z punktów kontrolnych zlokalizowany był w pobliżu gniazda szerszeni. Owady trochę denerwowały się na przybiegających co jakiś czas zawodników. Stara prawda mówi, że gdy w pobliżu człowieka lata szerszeń, należy zachować spokój. Nie machać rękami, nie ruszać się. Można nawet do owada zagadać, spytać jak leci. Wtedy jest szansa na udobruchanie osobnika. Tak też postępował Pocertescu. Nieszczęśliwie jednak złożyło się, że kolega który był z nim na punkcie zachowywał się dokładnie na odwrót. Machał dużo rękami. W końcu  szerszeń naprawdę wkurzył się i zaatakował. Na dodatek zastosował odpowiedzialność zbiorową: kolega go wkurzył, a on użądlił Daniela. Tu jednak trafił na twardszego od siebie: Pocertescu okazał się być bardziej jadowity i szerszeń padł trupem!

Szczerze mówiąc to jad szerszenia nie jest jakoś szczególnie toksyczny. Ba, jest mniej toksyczny niż jad pszczoły czy osy. Ukąszenie tego owada jest jednak nieporównywalnie bardziej bolesne. Zawsze też może okazać się, że poszkodowany ma alergię na ukąszenia. W tym konkretnym przypadku skończyło się na bólu.

Jak ocenić Rajd Źródeł Chodelki od strony organizacyjnej? Było całkiem nieźle. Trasa była fajnie ułożona, z możliwością pokombinowania. Punkty stały tam gdzie powinny. Za lampiony robiły kartki A4, ale nie było najmniejszych problemów ze znalezieniem ich. Od strony sportowej wszytko zagrało tak jak powinno. Od strony socjalnej też było dobrze: dobra zupa na mecie, koszulki dla uczestników i możliwość noclegu w bazie. Drobne niedociągnięcia oczywiście też były, ale na tyle drobne, że nie wpływały na obraz całości.

Było fajnie!

Jeszcze taka mała ciekawostka: pierwszy raz zrobiłem imprezę ultra, na dodatek na orientację w sandałkach. I chyba nie ostatni. Jeżeli tylko nie ma chaszczy, to w sandałach całkiem fajnie biega się.

 

Jedna mała dziurka

Irokez, rogaining 24-godzinny, Mistrzostwa Polski, Mielec, 21-22.04.2018

8.00 Zaczynamy. Do zespołu zaprosił mnie Tadeusz Podraza, zawodnik nie bardzo szybki, za to bardzo wytrzymały. Co sezon kończy kilkanaście imprez ultra mających po 100, 200, a nawet ponad 600 kilometrów długości

8.20 Pierwszy punkt zaliczamy nieco naokoło. Wychodzimy z niego przez bagienko i ze zdziwieniem patrzymy na teoretycznie szybszych od nas Bartka karabina i Mariusza Opiołę, którzy dobiegają dopiero do punktu z przeciwnej strony

11.20 Mamy już ponad 500 punktów przeliczeniowych. To 1/4 mojego planu zrobiona w 3.20. Ciepło jest, jakieś 25 stopni. Niedługo Tadek złapie na termometrze 29 stopni

12.00 Tracimy ochotę na bieganie. Jest za gorąco

13.00 Zaliczamy 8D. Zabawny jest wzór perforatora na tym punkcie, ma tylko jeden ząbek

14.30 Atakujemy wieś ze sklepem. Niestety sklep był czynny tylko do 13.00. Wbijamy się na jedno z podwórek i prosimy gospodarzy o wodę.

15.00 Przed startem wymieniłem w butach zniszczone wkładki. Przełożyłem nowe z innej pary. Teraz czuję, jak te nowe zaczynają wędrować wewnątrz buta, a przód jednej z nich zwija się

17.00 Zgubiłem kompas. Do tej pory nawigowaliśmy razem, choć dowodził Tadeusz. Od tego momentu będzie nawigował sam, bez mojej pomocy

18.00 Piecze mnie pod lewą stopą. Zrobił mi się bąbel od pozwijanej wkładki. Wyrzucam ją i dalej idę w trochę zbyt luźnym bucie

19.00 Sklep. Przed sklepem Milada Klapkova i Michal Klapka. Jak przystało na Czechów siedzą i piją piwo. Milada wygrywała kiedyś setkowy ranking PMnO, a Michal bywał na podium klasyfikacji generalnej

23.00 Niedobrze, kryzys. Czuję, że słabnę. Nie daję rady utrzymać tempa partnera. Jedzenie nie wchodzi, słodkie picie też nie. Przez jakiś czas można by mnie przewrócić jednym palcem. Dawno już mnie tak nie stargało.  Chwilę leżę na ziemi, potem dopada mnie telepawka (temperatura w nocy spada do 6 stopni). Jakoś jednak zbieram się i człapię za Tadkiem

24.00 Punkt 5A, zagłębienie terenu. W miejscu gdzie powinien być punkt jest wielkie wyrobisko. W pobliżu jest kilka mniejszych. Szukamy punktu przez 40 minut, tzn. Tadek szuka, a ja błąkam się półprzytomny. Chcę położyć się i umrzeć, ale wstyd mi przed kumplem, więc łażę w tę i z powrotem udając, że szukam z nim

0.40 Siedzę na skraju wyrobiska powtarzając mantrę „75 metrów od drogi. Ale tu go przecież nie ma. 75 metrów od drogi. Ale tu go przecież nie ma.” Tadek też ma dość. Odpuszczamy. Idziemy na następny punkt. Nawykowo liczę kroki i nagle przychodzi olśnienie. Od wyrobiska do drogi jest 35 metrów czyli punkt musi być 40 metrów dalej. Odliczamy, wchodzimy w krzaki i… mamy go! Szukaliśmy po wyrobiskach, a on siedział w zwykłym dołku

2.00 Odżyłem. Alleluja!

4.00 Jesteśmy obaj zmęczeni. Zaczynamy robić błędy nawigacyjne. Tu 15 minut, tam 20, spada nam tempo

5.00 Lewa stopa pali. Bąble zaczynają gwałtownie rozmnażać się. Rosną w oczach

6.00 Zrobiliśmy wszystkie zaplanowane punkty. Zostały jeszcze dwie godziny. Może zrobilibyśmy coś jeszcze?

6.45 Trochę pogubiliśmy się, ale złapaliśmy 3C

7.18 Meta. Już wystarczy. Uff, co za ulga. Według moich wyliczeń mamy 2230 punktów

7.25 Sędzia liczy nasze punkty. Wychodzi 2150. Biorę do ręki kartę i sprawdzam. Też wychodzi 2150. No dobra, i tak nieźle

7.26 Na metę wchodzą Piotr Jaśkiewicz i Radek Defeciński. Faworyci. Sędzia liczy punkty: 2140. Ogrywamy ich!

7.45 Mariusz Opioła i Bartek Karabin na mecie. Zrobili jakiś kosmiczny wynik, nikt ich nie prześcignie

7.55 Finiszują Kasia Sochacka i Przemek Witczak. Mają 2200 i zajmują drugie miejsce.


iro

Trzecie miejsce w Mistrzostwach Polski. Co za wynik! Pierwszy raz odkąd startuję jestem na podium mistrzowskiej imprezy. Nie miałem do tej pory szczęścia do takich zawodów. Zawsze byli lepsi ode mnie. Bo nie ukrywajmy: nie jestem jakimś supertalentem. Owszem, zdarza mi się mocno  zap…dalać na treningach, ale tak naprawdę, mimo wielkiego doświadczenia jestem tylko dobrym przeciętniakiem. Ot, czasem wyrwę jakieś podium w mniejszej imprezie. Ale w ważnych medale zdobywają inni.

Ostatni raz na podium setki na orientację stałem 13 lat temu. Potem było świetne 6. miejsce w Mistrzostwach Europy w rajdach przygodowych, były nawet wygrane pięćdziesiątki, ale na długich nawigacyjnych trasach byłem daleko od miejsc najwyższych. Teraz niespodziewanie udało się. Niespodziewanie, bo w trakcie zawodów wydawało mi się, że jestem cieniutki. Dopadł mnie potężny kryzys, który udało się przełamać. O tej edycji Irokeza będę pamiętał i opowiadał przez lata.

Nie było by to możliwe bez Tadka. To on nawigował, to on był motorem napędowym zespołu. Wydawało mi się, że jestem słaby, a w rzeczywistości to on był taki mocny. Tadeusz ma dość niezwykłe miejsce w historii polskiego ultra. Tam, gdzie inni kończą on dopiero zaczyna. Ma w dorobku 300-kilometrowy Tor Des Geants i 600-kilometrowy Goldsteig. Dwa razy był na podium Beskidy Ultra Trail, najtrudniejszej w Polsce imprezy ultra. Po raz trzeci stanął na podium Mistrzostw Polski w rogainingu. Niewielu zawodników ma taki dorobek.

rano


Fajna jest ta Puszcza Sandomierska. W okolicy Mielca jest identyczna jak pod Stalową Wolą. Wszędzie sosny, sporo piachu, może tylko wydmy większe. Właściwie to czułem się tam jak domu.

To samo można powiedzieć o Irokezie. Pod szyldem Compassu imprezę robią Mariusz Maryniak i Piotr Pietroń. Ciekawe, ale moją pierwszą imprezą ultra był wiele lat temu Salomon Trophy, także robiony przez Compass. Przez lata zmienili się ludzie, ale szyld wciąż jest ten sam. Jakość tych imprez też jest wciąż na wysokim poziomie. Pod względem rozstawienia punktów czy konstruowania trasy to impreza wręcz archetypowa.

Jedyne, co zmieniłbym w Irokezie, to dołożyłbym klasyfikację par mieszanych. Takiej np. Katarzynie Sochackiej trudno jest ogrywać mężczyzn. Wynik zrobiła fantastyczny i jako najlepsza kobieta zasługuje na tytuł Mistrzyni Polski.


To jednak jeszcze nie koniec emocji.

Wtorek dwa dni po zawodach, 20.10 Tadek przysyła informację: „Nie zaliczyli nam 8D”. Dzwonię do Mariusza i pytam, czy można jeszcze składać protesty.

-Tak, można jeszcze do czwartku.

-Czy możesz sprawdzić jeszcze raz karty startowe? Chodzi nam o punkt 8D

-Ten, na którym był perforator z jednym ząbkiem?

W tym momencie wszystko staje się jasne. Perforator robił jedną malutką dziurkę, która umknęła uwadze sędziego. Nie zauważyłem jej i ja, gdy sam liczyłem punkty.

Środa, 9.00 Na Facebooku ukazuje się komunikat o zweryfikowaniu wyników. Mamy 2230 punktów i wskakujemy na drugie miejsce.

Jesteśmy z Tadeuszem wicemistrzami Polski!!!

31301962_943629575797446_4358197405099753472_n

Fot. FB Compass zawody

 

 

Poniewierka

Tras było cztery: półmaraton, dycha, nordic walking i 15 km na orientację. Impreza nazywała się Zimowa Poniewierka i w założeniu była spotkaniem integracyjnym grup biegowych z Podkarpacia. Za orientację odpowiadał Andrzej Kusiak. Ten sam, który sprowadził RDS do Łętowni. Ten sam, który z zespołem Podkarpacia zdobył drużynowe mistrzostwo Polski w marszach na orientację.

Po starcie poszliśmy mocno w las. Początkowo sporą grupą, by po drugim punkcie pobiec każdy w swoja stronę. Trochę zdziwiło mnie, że nikt nie poleciał za mną. Przyjrzałem się mapie i dokonałem odkrycia: mój wariant był jakoś mało optymalny. Trudno, trzeba gonić mocno, to jeszcze może nadrobię.

No i nadrobiłem: po siódemce chciałem zrobić trójkę, ale jakoś się zagapiłem i niechcący wylądowałem na ósemce. Zarobiłem dodatkowy kilometr. Zegarek pokazywał jednak, że wciąż jest nieźle. No to naginałem. Do czasu gdy drogę zagrodziła mi rzeka. Nie bardzo wielka, taka do kolan, jak najbardziej do przejścia. Jedynym problemem była temperatura otoczenia: sześć stopni poniżej zera. Nie przyjechałem jednak na zawody by mazgaić się, tylko na ściganie. Co z tego, że zimno, przeszedłem na drugą stronę i już (tu nadmienię, że fakt miał miejsce o 11.20, w Biedaczowie zostaliśmy do 15.30, a ja nie miałem butów na zmianę „bo przecież na mrozie będzie sucho”).

Półtora kilometra przed metą dogoniłem Pawła Puściznę. Skoncentrowaliśmy się na ściganiu tak głęboko, że zamiast na metę, drugi raz pobiegliśmy na PK 1. Oczywiście znowu niechcący. Z ostatnich krzaków 70 m przed metą wybiegliśmy równocześnie. Paweł skręcił w prawo do biura zawodów, a ja odruchowo w lewo, w stronę banera z napisem „meta”. No i zonk; nasza meta była jednak w biurze. Wpadłem tam pół minuty po rywalu, wściekły na cały świat. Andrzej mówił o wszystkim na odprawie, ale po co mi odprawa. Ja przecież wiem wszystko najlepiej.

W sumie jednak wcale nie było źle. Przeciwnie, było bardzo dobrze. Okazało się, że zająłem drugie miejsce! Mimo stosunkowo łatwej mapy błędy robili wszyscy. Na trasie zrobiłem 17,5 kilometra. Dla porównania czwarty Tadek Podraza zrobił prawie dwa kilometry mniej.

Była na Poniewierce także PKŻ. Co prawda nie wolno jeszcze jej biegać, ale spacerować po lesie owszem, tak. Poszła więc do lasu na plotki z Anią Podrazą. Panie na mecie bardzo były zdziwione, gdy dowiedziały się, że… zajęły wspólnie trzecie miejsce.

Podsumowując: trasa fajna, wynik ekstra, pogoda dla mocnych, towarzystwo doborowe. Podobnie było i na innych trasach Zimowej Poniewierki. Organizatorzy, którzy w sumie ściągnęli do Biedaczowa kilka setek zawodników zrobili dobrą robotę.


Ale…

„Osoby z Państw nie należących do UE mogą brać udział w zawodach i klasyfikacji open bez przyznawania nagród pieniężnych i rzeczowych” – taki zapis znalazł się w regulaminie imprezy. Zapis dyskryminujący potencjalnych uczestników ze względu na pochodzenie. Niezgodny z polską konstytucją i to w punkcie, którego nie negują nawet ci, którzy chcieli by ją zmieniać.

Do zawodów chciała zgłosić się grupa zawodników z Maroka. Organizatorzy zrobili sondę wśród uczestników i dołożyli do regulaminu taki kuriozalny zapis. Nie chcę pastwić się nad nimi, chcieli dobrze. Odpowiedzieli na społeczne zapotrzebowanie tak, jak życzyli sobie tego rodzimi zawodnicy.

Nie potrafię nad tym przejść do porządku dziennego. Z naszych biegaczy wyszło tu kilka paskudnych cech. Na przykład pazerność na pieniądze. Nasi amatorzy uważają, że należy im się kasa za bieganie. Nawet jeżeli ktoś biega szybciej od nich, nie wahają się przed udupieniem go regulaminowo, by samemu wziąć pieniądze. Naszym biegaczom wydaje się też, że zasługują na nagrody, bo są u siebie. Wyobrażacie sobie Maraton Nowojorski z zapisem regulaminowym, że obcokrajowcom nie należą się nagrody? Wyobrażacie sobie maraton w Berlinie z zapisem „nur fur Deutsch?” Ale imprezę w Polsce z zapisem „nagrody tylko dla Polaków” nasi „sportowcy” już potrafią sobie wyobrazić.

Jest tylko jedna uczciwa zasada dotycząca przyznawania jakichkolwiek nagród: należą się one lepszemu. Nie białemu, nie czarnemu, nie polskiemu, kenijskiemu ani zielonemu.

LEPSZEMU.

Szkoda, że niektórzy nie potrafią sobie przyswoić tak elementarnej prawdy.