Wszystkie barwy jesieni

Właściwie to nie chciałem jechać na Kiwona. Kontuzja kolana to pierwszy powód, kontuzja brzucha drugi, a na dodatek kilka dni przed startem rołożył mnie jakiś wirus. A może jakaś bakteria? Najchętniej poleżałbym sobie w łóżku, ale PKŻ trochę mnie pomolestowała, zapakowaliśmy się więc do samochodu z Erką i Pocertescu i pojechaliśmy do Rozdziela. Start na TP 50 nie wchodził jednak w grę. Forma opłakana, ze zdrowiem jeszcze gorzej, nie miałbym żadnych szans na ukończenie. Przepisałem się na TP 15.

Rano ruszyliśmy na trasę. Pogoda była piękna, a okoliczności przyrody jeszcze piękniejsze. Słońce, jak na połowę października, grzało całkiem mocno. Lasy mieniły się wszystkimi jesiennymi kolorami, począwszy od bladych żółci, przez czerwienie, aż do brązów. Pod nogami szeleściły dywany z liści. Pięknie było, normalnie jakaś Liga Mistrzów estetyki.

Cały czas truchtałem sobie spokojnie. Od czasu do czasu mijałem się z Izą Osyszko, więc tempo było całkiem przyzwoite. Czułem, że jestem gdzieś w okolicy podium. Po latach biegania w imprezach na orientacje czuje się takie rzeczy. Pierwsze pięć punktów poszło nieźle. Został ostatni. Łatwizna: wąwóz, brzeg potoku.

Wpadam do wąwozu tam, gdzie powinien być punkt i… nic. Punktu nie ma. Dobra, idę 50 metrów do góry. Dalej nic. No to kurs 100 metrów na dół. Znowu nic. 150 do góry. 200 na dół. 250 do góry. 300 na dół. Punktu nie ma! W międzyczasie spotykam Izę. Też nie może znaleźć punktu. W końcu odpuszczam i spokojnie wracam do bazy. Już bez biegania, bo brzuch boli. Na mecie wpisuję na kartę BPK (brak punktu kontrolnego) i liczę na potwierdzenie tego wpisu jako prawidłowego. Okazuje się, że punkt jednak był. Stał 20 metrów wyżej od najwyższego miejsca, gdzie dotarłem. Chwile spieram się z Tomkiem Dudą (organizatorem), tłumaczę mu, że punkt stał nie tam, gdzie powinien. Tomek spokojnie odpala w telefonie internet, wyszukuje zdjęcie satelitarne terenu i okazuje się, że to on miał rację, nie ja. Punkt stał prawidłowo!

Potem usiedliśmy sobie na schodkach przed szkołą. Słońce dalej grzało. Siedzieliśmy w parę osób i opowiadaliśmy sobie jakieś rajdowe historie. Jedni przychodzili, inni odchodzili, kolejni wpadali na metę. A schodki cały czas były zajęte. Było tak fajnie, jak na żadnej innej tegorocznej imprezie. Fajni ludzie jeżdżą na imprezy PMnO, fajni ludzie je organizują. Sport to jedno, ale część towarzyska jest tak samo ważna. Warto jeździć na te imprezy, nawet nie stawiając sobie żadnych celów sportowych. Warto dla samego towarzystwa. Kiwon pod tym względem jest w ścisłym czubie stawki.

Trzeba jeszcze napisać parę słów o TP 50. Kiwon dołączył w tym roku do klubu imprez trudnych. Punkty nie były proste do odnalezienia. Zostały ukryte głęboko w lasach, a warianty pomiędzy nimi były mocno niebanalne. Gwoździem programu był punkt na Magurze Małastowskiej: postawiony daleko od pozostałych, na największej górce w okolicy. Zdobywając go niektórzy tracili czas, w którym mogliby zrobić 3 – 4 inne punkty. Na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy zaliczyli wszystkie punkty w limicie. Zazdrościłem tym, którzy mogli zmierzyć się z kiwonową pięćdziesiątką.

Nie wszystko jednak było idealne. Organizator zaplątał się w regulaminie, który sam napisał. Początkowo przyznawał kary czasowe za brak punktów. Potem okazało się, że według regulaminu bezwzględnym pierwszym kryterium klasyfikacji jest ilość zaliczonych punktów. W efekcie w kategorii kobiecej inne panie stały na podium, a inne są na nim w wynikach końcowych. Poszkodowane zostały osoby, którym zależało na ukończeniu imprezy w limicie. Wnioski z tej sytuacji są dwa. Dla organizatorów: by precyzyjnie pisali regulaminy. Dla uczestników: by czytali regulaminy i nie bali się składać protestów. Czasem można sporo ugrać.

Przed Kiwonem Tomek zachęcał mnie w prywatnym mailu do przyjazdu hasłem „Beskid Niski jesienią urywa d…”. Miał 100 % racji. Urywa!

Reklamy

O Jatce, co naprawdę była jatką

Stęskniłem się za bieganiem na orientację. Za nabijaniem kilometrów i szukaniem punktów kontrolnych. Za piciem piwa na mecie i omawianiem wariantów. Gdy tylko ortopeda dał mi zielone światło na bieganie – nie wahałem się i od razu wypełniłem formularz zgłoszeniowy na Jurajską Jatkę.

To, że lekarz pozwolił jednak niewiele znaczy. Kolano trochę jeszcze boli, ale da się z tym żyć. Gorsza sprawa, że w międzyczasie pojawiła się jeszcze jedna kontuzja. Niefajna, bo mogę co najwyżej truchtać, a  i to raptem tylko po kilka kilometrów. Najgorsze, że tym razem chyba nie da się uniknąć skalpela.

Wracając do Jatki: punktów kontrolnych było 23. Pierwsze trzy weszły na czysto, potem mała nadróbka, znowu pięć na czysto. Dalej wpadka na 15 minut i kilka znowu na czysto. Nawigacja szła sprawnie. Było to o tyle ciekawe, że trasa nie była łatwa. Mniej więcej co drugi punkt jakieś były azymuty i to nie takie po dwieście metrów, a po kilkaset. Czasem nawet powyżej kilometra przez nieprzebieżny teren. Bolało mnie małe co nieco i po trzech godzinach został mi tylko trucht. Zaplanowałem sobie zrobienie całości w 10 – 11 godzin, żeby nie szwendać się po lesie w nocy, gdy ślepnę, ale plan powoli stawał się nierealny.

Nieszczęście nastąpiło po zmroku. Przelot z 26 na 27, ze skałek rzędkowickich na podlesickie. Najpierw ponad kilometr na azymut, a potem poszukiwanie w ciemności skałek. Owszem, znalazłem. Wgramoliłem się na wierzchołek, ale punktu nie było. Zszedłem więc drogą do najbliższego punktu z którego mogłem się dokładnie namierzyć. W praktyce aż do Podlesic, prawie dwa kilometry dalej. Potem poszło łatwo, za drugim razem punkt znalazłem bezproblemowo. Przy okazji okazało się, że za pierwszym razem wynawigowałem… idealnie na punkt. Tyle tylko, że skałki miały dwa wierzchołki, a ja zaatakowałem ten bez punktu. Taki żart losu…

Nie ostatni tego dnia. Chwilę potem zaatakowałem 28. Po dwudziestu minutach marszu w stronę tego punktu niespodziewanie wróciłem pod 27. Jak? Nie pytajcie, nie wiem. Nie miałem telefonu z endomondo ani zegarka, więc nigdy nie dowiem się, jak to zrobiłem. W tym momencie wola walki zanikła. Byłem zmęczony i odwodniony. Picia zabrałem tyle co zwykle na 8 – 9 godzin. Tymczasem dochodziła dwunasta godzina na trasie. Odpuściłem. Wróciłem do bazy. Na metę wszedłem bardzo, ale to bardzo zmęczony, mając w nogach ponad 60 kilometrów.

Wynik końcowy: bez trzech. Wynik na miarę aktualnych możliwości, po czteromiesięcznej przerwie w treningach, jednej kontuzji niezaleczonej i drugiej napoczętej. Na tyle teraz mnie stać.

Rok temu napisałem, że skończył się czas łatwych Jatek. Przez ten czas trend pogłębił się: Jatki są już nawet nie trudne, a bardzo trudne. Nawigatorzy mieli mnóstwo okazji do wykazania się umiejętnościami. Łukasz Korzeniewski, szef imprezy, postawił przed uczestnikami poprzeczkę bardzo wysoko. Trend do robienia tras trudnych nawigacyjnie ma jednak też pewien minus: o ile są to trasy atrakcyjne dla pewnego hermetycznego grona stałych bywalców, to dla początkujących mogą być raczej zniechęcające. Co zaś  do stałych bywalców: pod względem towarzyskim Jatka staję się powoli imprezą numer jeden w południowej części PMnO).

Podsumowując: wynik sportowy słabiutki, ale na miarę możliwości. Impreza przednia, ze znakiem jakości. Dla mnie absolutny pucharowy top.

 

Szerszenie znad Chodelki

Trzy miesiące bez jeżdżenia na zawody to bardzo dużo. Choć do wyleczenia kontuzji jeszcze daleka droga, instynkt wziął górę i postanowiłem wystartować w pięćdziesiątce. Akurat w zeszły weekend był Mordownik. Najfajniejsza impreza w PMnO, na dodatek Mistrzostwa Polski.

Były tylko dwa problemy: pierwszy – że Mordownik to trudna impreza. Po trzymiesięcznej przerwie, bez treningów, niewiele tam bym osiągnął. Drugi: kontuzja wciąż jest niewyleczona. Ale udało się już zdiagnozować, co mi dolega. Wykończyłem w kolanie rzepkę. Na razie łykam prochy, a jeżeli nie pomogą to dostanę zastrzyk w kolano. Grunt, że noga nie pójdzie pod nóż. Jest też trochę mniej fajna wiadomość: fizjoterapeuta wyłapał jeszcze jeden problem i wysłał do chirurga. Tu muszę poczekać na potwierdzenie diagnozy, ale tym razem chyba nie obejdzie się bez skalpela.

Wracając do Mordownika: w obecnym stanie nie miałem po co tam jechać. Szczęśliwym trafem w tym samym terminie niedaleko od domu, między Lublinem a Kraśnikiem, miał odbyć się Rajd Żródeł Chodelki, ośmiogodzinny rogaining. Spakowaliśmy z PKŻ Erkę, namówiliśmy jeszcze Daniela Pocertescu i pojechaliśmy do Kłodnicy.

Na początku chciałem sobie pobiegać. Nie bardzo jednak dało się, bo PKŻ i Erka postanowiły iść ze mną. Chciałem jakoś pozbyć się ich, ale były strasznie uparte. Ja szybciej, to one też. Ja uciekam, to Erka szczeka. Odpuściłem, postanowiłem poczekać aż same zrezygnują. Po pięciu i pół godzinach, po trzydziestu kilometrach w końcu zmęczyły się. Poszły na metę, pozwalając mi poszaleć w samotności. No to przyspieszyłem na tyle, na ile pozwoliło kolano. Na mecie na liczniku miałem 46 kilometrów. Ile zrobiłbym, gdybym był zdrowy? Na tej trasie jakieś 60 – 64 kilometry.

Efekt końcowy był jednak doskonały. Wygrałem i to ze sporą przewagą nad drugim w klasyfikacji Mariuszem Motyką. PKŻ była trzecia, ale nie w kategorii kobiecej, tylko w generalnej. Obsada nie była wprawdzie szczególnie mocna (mocni pojechali na Mordownika), ale zwycięstwo zawsze sprawia przyjemność. Jak w takim razie wypadłbym na Mordowniku? Gdyby nawigacja poszła dobrze, miałbym szanse na zaliczenie kompletu punktów kontrolnych i miejsce w połowie drugiej dziesiątki. Gdyby nie poszła dobrze – skończyłbym bez dwóch – trzech, trzydziesty w klasyfikacji.

Miejsce na podium trasy trzygodzinnej wywalczył także Pocertescu. Było to jego pierwsze podium w karierze. Zapewne długo będzie je wspominał, bo na trasie miał niecodzienne przygody. Pocertescu zmuszony został do stoczenia boju z dzikim stworem. Jeden z punktów kontrolnych zlokalizowany był w pobliżu gniazda szerszeni. Owady trochę denerwowały się na przybiegających co jakiś czas zawodników. Stara prawda mówi, że gdy w pobliżu człowieka lata szerszeń, należy zachować spokój. Nie machać rękami, nie ruszać się. Można nawet do owada zagadać, spytać jak leci. Wtedy jest szansa na udobruchanie osobnika. Tak też postępował Pocertescu. Nieszczęśliwie jednak złożyło się, że kolega który był z nim na punkcie zachowywał się dokładnie na odwrót. Machał dużo rękami. W końcu  szerszeń naprawdę wkurzył się i zaatakował. Na dodatek zastosował odpowiedzialność zbiorową: kolega go wkurzył, a on użądlił Daniela. Tu jednak trafił na twardszego od siebie: Pocertescu okazał się być bardziej jadowity i szerszeń padł trupem!

Szczerze mówiąc to jad szerszenia nie jest jakoś szczególnie toksyczny. Ba, jest mniej toksyczny niż jad pszczoły czy osy. Ukąszenie tego owada jest jednak nieporównywalnie bardziej bolesne. Zawsze też może okazać się, że poszkodowany ma alergię na ukąszenia. W tym konkretnym przypadku skończyło się na bólu.

Jak ocenić Rajd Źródeł Chodelki od strony organizacyjnej? Było całkiem nieźle. Trasa była fajnie ułożona, z możliwością pokombinowania. Punkty stały tam gdzie powinny. Za lampiony robiły kartki A4, ale nie było najmniejszych problemów ze znalezieniem ich. Od strony sportowej wszytko zagrało tak jak powinno. Od strony socjalnej też było dobrze: dobra zupa na mecie, koszulki dla uczestników i możliwość noclegu w bazie. Drobne niedociągnięcia oczywiście też były, ale na tyle drobne, że nie wpływały na obraz całości.

Było fajnie!

Jeszcze taka mała ciekawostka: pierwszy raz zrobiłem imprezę ultra, na dodatek na orientację w sandałkach. I chyba nie ostatni. Jeżeli tylko nie ma chaszczy, to w sandałach całkiem fajnie biega się.

 

Jedna mała dziurka

Irokez, rogaining 24-godzinny, Mistrzostwa Polski, Mielec, 21-22.04.2018

8.00 Zaczynamy. Do zespołu zaprosił mnie Tadeusz Podraza, zawodnik nie bardzo szybki, za to bardzo wytrzymały. Co sezon kończy kilkanaście imprez ultra mających po 100, 200, a nawet ponad 600 kilometrów długości

8.20 Pierwszy punkt zaliczamy nieco naokoło. Wychodzimy z niego przez bagienko i ze zdziwieniem patrzymy na teoretycznie szybszych od nas Bartka karabina i Mariusza Opiołę, którzy dobiegają dopiero do punktu z przeciwnej strony

11.20 Mamy już ponad 500 punktów przeliczeniowych. To 1/4 mojego planu zrobiona w 3.20. Ciepło jest, jakieś 25 stopni. Niedługo Tadek złapie na termometrze 29 stopni

12.00 Tracimy ochotę na bieganie. Jest za gorąco

13.00 Zaliczamy 8D. Zabawny jest wzór perforatora na tym punkcie, ma tylko jeden ząbek

14.30 Atakujemy wieś ze sklepem. Niestety sklep był czynny tylko do 13.00. Wbijamy się na jedno z podwórek i prosimy gospodarzy o wodę.

15.00 Przed startem wymieniłem w butach zniszczone wkładki. Przełożyłem nowe z innej pary. Teraz czuję, jak te nowe zaczynają wędrować wewnątrz buta, a przód jednej z nich zwija się

17.00 Zgubiłem kompas. Do tej pory nawigowaliśmy razem, choć dowodził Tadeusz. Od tego momentu będzie nawigował sam, bez mojej pomocy

18.00 Piecze mnie pod lewą stopą. Zrobił mi się bąbel od pozwijanej wkładki. Wyrzucam ją i dalej idę w trochę zbyt luźnym bucie

19.00 Sklep. Przed sklepem Milada Klapkova i Michal Klapka. Jak przystało na Czechów siedzą i piją piwo. Milada wygrywała kiedyś setkowy ranking PMnO, a Michal bywał na podium klasyfikacji generalnej

23.00 Niedobrze, kryzys. Czuję, że słabnę. Nie daję rady utrzymać tempa partnera. Jedzenie nie wchodzi, słodkie picie też nie. Przez jakiś czas można by mnie przewrócić jednym palcem. Dawno już mnie tak nie stargało.  Chwilę leżę na ziemi, potem dopada mnie telepawka (temperatura w nocy spada do 6 stopni). Jakoś jednak zbieram się i człapię za Tadkiem

24.00 Punkt 5A, zagłębienie terenu. W miejscu gdzie powinien być punkt jest wielkie wyrobisko. W pobliżu jest kilka mniejszych. Szukamy punktu przez 40 minut, tzn. Tadek szuka, a ja błąkam się półprzytomny. Chcę położyć się i umrzeć, ale wstyd mi przed kumplem, więc łażę w tę i z powrotem udając, że szukam z nim

0.40 Siedzę na skraju wyrobiska powtarzając mantrę „75 metrów od drogi. Ale tu go przecież nie ma. 75 metrów od drogi. Ale tu go przecież nie ma.” Tadek też ma dość. Odpuszczamy. Idziemy na następny punkt. Nawykowo liczę kroki i nagle przychodzi olśnienie. Od wyrobiska do drogi jest 35 metrów czyli punkt musi być 40 metrów dalej. Odliczamy, wchodzimy w krzaki i… mamy go! Szukaliśmy po wyrobiskach, a on siedział w zwykłym dołku

2.00 Odżyłem. Alleluja!

4.00 Jesteśmy obaj zmęczeni. Zaczynamy robić błędy nawigacyjne. Tu 15 minut, tam 20, spada nam tempo

5.00 Lewa stopa pali. Bąble zaczynają gwałtownie rozmnażać się. Rosną w oczach

6.00 Zrobiliśmy wszystkie zaplanowane punkty. Zostały jeszcze dwie godziny. Może zrobilibyśmy coś jeszcze?

6.45 Trochę pogubiliśmy się, ale złapaliśmy 3C

7.18 Meta. Już wystarczy. Uff, co za ulga. Według moich wyliczeń mamy 2230 punktów

7.25 Sędzia liczy nasze punkty. Wychodzi 2150. Biorę do ręki kartę i sprawdzam. Też wychodzi 2150. No dobra, i tak nieźle

7.26 Na metę wchodzą Piotr Jaśkiewicz i Radek Defeciński. Faworyci. Sędzia liczy punkty: 2140. Ogrywamy ich!

7.45 Mariusz Opioła i Bartek Karabin na mecie. Zrobili jakiś kosmiczny wynik, nikt ich nie prześcignie

7.55 Finiszują Kasia Sochacka i Przemek Witczak. Mają 2200 i zajmują drugie miejsce.


iro

Trzecie miejsce w Mistrzostwach Polski. Co za wynik! Pierwszy raz odkąd startuję jestem na podium mistrzowskiej imprezy. Nie miałem do tej pory szczęścia do takich zawodów. Zawsze byli lepsi ode mnie. Bo nie ukrywajmy: nie jestem jakimś supertalentem. Owszem, zdarza mi się mocno  zap…dalać na treningach, ale tak naprawdę, mimo wielkiego doświadczenia jestem tylko dobrym przeciętniakiem. Ot, czasem wyrwę jakieś podium w mniejszej imprezie. Ale w ważnych medale zdobywają inni.

Ostatni raz na podium setki na orientację stałem 13 lat temu. Potem było świetne 6. miejsce w Mistrzostwach Europy w rajdach przygodowych, były nawet wygrane pięćdziesiątki, ale na długich nawigacyjnych trasach byłem daleko od miejsc najwyższych. Teraz niespodziewanie udało się. Niespodziewanie, bo w trakcie zawodów wydawało mi się, że jestem cieniutki. Dopadł mnie potężny kryzys, który udało się przełamać. O tej edycji Irokeza będę pamiętał i opowiadał przez lata.

Nie było by to możliwe bez Tadka. To on nawigował, to on był motorem napędowym zespołu. Wydawało mi się, że jestem słaby, a w rzeczywistości to on był taki mocny. Tadeusz ma dość niezwykłe miejsce w historii polskiego ultra. Tam, gdzie inni kończą on dopiero zaczyna. Ma w dorobku 300-kilometrowy Tor Des Geants i 600-kilometrowy Goldsteig. Dwa razy był na podium Beskidy Ultra Trail, najtrudniejszej w Polsce imprezy ultra. Po raz trzeci stanął na podium Mistrzostw Polski w rogainingu. Niewielu zawodników ma taki dorobek.

rano


Fajna jest ta Puszcza Sandomierska. W okolicy Mielca jest identyczna jak pod Stalową Wolą. Wszędzie sosny, sporo piachu, może tylko wydmy większe. Właściwie to czułem się tam jak domu.

To samo można powiedzieć o Irokezie. Pod szyldem Compassu imprezę robią Mariusz Maryniak i Piotr Pietroń. Ciekawe, ale moją pierwszą imprezą ultra był wiele lat temu Salomon Trophy, także robiony przez Compass. Przez lata zmienili się ludzie, ale szyld wciąż jest ten sam. Jakość tych imprez też jest wciąż na wysokim poziomie. Pod względem rozstawienia punktów czy konstruowania trasy to impreza wręcz archetypowa.

Jedyne, co zmieniłbym w Irokezie, to dołożyłbym klasyfikację par mieszanych. Takiej np. Katarzynie Sochackiej trudno jest ogrywać mężczyzn. Wynik zrobiła fantastyczny i jako najlepsza kobieta zasługuje na tytuł Mistrzyni Polski.


To jednak jeszcze nie koniec emocji.

Wtorek dwa dni po zawodach, 20.10 Tadek przysyła informację: „Nie zaliczyli nam 8D”. Dzwonię do Mariusza i pytam, czy można jeszcze składać protesty.

-Tak, można jeszcze do czwartku.

-Czy możesz sprawdzić jeszcze raz karty startowe? Chodzi nam o punkt 8D

-Ten, na którym był perforator z jednym ząbkiem?

W tym momencie wszystko staje się jasne. Perforator robił jedną malutką dziurkę, która umknęła uwadze sędziego. Nie zauważyłem jej i ja, gdy sam liczyłem punkty.

Środa, 9.00 Na Facebooku ukazuje się komunikat o zweryfikowaniu wyników. Mamy 2230 punktów i wskakujemy na drugie miejsce.

Jesteśmy z Tadeuszem wicemistrzami Polski!!!

31301962_943629575797446_4358197405099753472_n

Fot. FB Compass zawody

 

 

Poniewierka

Tras było cztery: półmaraton, dycha, nordic walking i 15 km na orientację. Impreza nazywała się Zimowa Poniewierka i w założeniu była spotkaniem integracyjnym grup biegowych z Podkarpacia. Za orientację odpowiadał Andrzej Kusiak. Ten sam, który sprowadził RDS do Łętowni. Ten sam, który z zespołem Podkarpacia zdobył drużynowe mistrzostwo Polski w marszach na orientację.

Po starcie poszliśmy mocno w las. Początkowo sporą grupą, by po drugim punkcie pobiec każdy w swoja stronę. Trochę zdziwiło mnie, że nikt nie poleciał za mną. Przyjrzałem się mapie i dokonałem odkrycia: mój wariant był jakoś mało optymalny. Trudno, trzeba gonić mocno, to jeszcze może nadrobię.

No i nadrobiłem: po siódemce chciałem zrobić trójkę, ale jakoś się zagapiłem i niechcący wylądowałem na ósemce. Zarobiłem dodatkowy kilometr. Zegarek pokazywał jednak, że wciąż jest nieźle. No to naginałem. Do czasu gdy drogę zagrodziła mi rzeka. Nie bardzo wielka, taka do kolan, jak najbardziej do przejścia. Jedynym problemem była temperatura otoczenia: sześć stopni poniżej zera. Nie przyjechałem jednak na zawody by mazgaić się, tylko na ściganie. Co z tego, że zimno, przeszedłem na drugą stronę i już (tu nadmienię, że fakt miał miejsce o 11.20, w Biedaczowie zostaliśmy do 15.30, a ja nie miałem butów na zmianę „bo przecież na mrozie będzie sucho”).

Półtora kilometra przed metą dogoniłem Pawła Puściznę. Skoncentrowaliśmy się na ściganiu tak głęboko, że zamiast na metę, drugi raz pobiegliśmy na PK 1. Oczywiście znowu niechcący. Z ostatnich krzaków 70 m przed metą wybiegliśmy równocześnie. Paweł skręcił w prawo do biura zawodów, a ja odruchowo w lewo, w stronę banera z napisem „meta”. No i zonk; nasza meta była jednak w biurze. Wpadłem tam pół minuty po rywalu, wściekły na cały świat. Andrzej mówił o wszystkim na odprawie, ale po co mi odprawa. Ja przecież wiem wszystko najlepiej.

W sumie jednak wcale nie było źle. Przeciwnie, było bardzo dobrze. Okazało się, że zająłem drugie miejsce! Mimo stosunkowo łatwej mapy błędy robili wszyscy. Na trasie zrobiłem 17,5 kilometra. Dla porównania czwarty Tadek Podraza zrobił prawie dwa kilometry mniej.

Była na Poniewierce także PKŻ. Co prawda nie wolno jeszcze jej biegać, ale spacerować po lesie owszem, tak. Poszła więc do lasu na plotki z Anią Podrazą. Panie na mecie bardzo były zdziwione, gdy dowiedziały się, że… zajęły wspólnie trzecie miejsce.

Podsumowując: trasa fajna, wynik ekstra, pogoda dla mocnych, towarzystwo doborowe. Podobnie było i na innych trasach Zimowej Poniewierki. Organizatorzy, którzy w sumie ściągnęli do Biedaczowa kilka setek zawodników zrobili dobrą robotę.


Ale…

„Osoby z Państw nie należących do UE mogą brać udział w zawodach i klasyfikacji open bez przyznawania nagród pieniężnych i rzeczowych” – taki zapis znalazł się w regulaminie imprezy. Zapis dyskryminujący potencjalnych uczestników ze względu na pochodzenie. Niezgodny z polską konstytucją i to w punkcie, którego nie negują nawet ci, którzy chcieli by ją zmieniać.

Do zawodów chciała zgłosić się grupa zawodników z Maroka. Organizatorzy zrobili sondę wśród uczestników i dołożyli do regulaminu taki kuriozalny zapis. Nie chcę pastwić się nad nimi, chcieli dobrze. Odpowiedzieli na społeczne zapotrzebowanie tak, jak życzyli sobie tego rodzimi zawodnicy.

Nie potrafię nad tym przejść do porządku dziennego. Z naszych biegaczy wyszło tu kilka paskudnych cech. Na przykład pazerność na pieniądze. Nasi amatorzy uważają, że należy im się kasa za bieganie. Nawet jeżeli ktoś biega szybciej od nich, nie wahają się przed udupieniem go regulaminowo, by samemu wziąć pieniądze. Naszym biegaczom wydaje się też, że zasługują na nagrody, bo są u siebie. Wyobrażacie sobie Maraton Nowojorski z zapisem regulaminowym, że obcokrajowcom nie należą się nagrody? Wyobrażacie sobie maraton w Berlinie z zapisem „nur fur Deutsch?” Ale imprezę w Polsce z zapisem „nagrody tylko dla Polaków” nasi „sportowcy” już potrafią sobie wyobrazić.

Jest tylko jedna uczciwa zasada dotycząca przyznawania jakichkolwiek nagród: należą się one lepszemu. Nie białemu, nie czarnemu, nie polskiemu, kenijskiemu ani zielonemu.

LEPSZEMU.

Szkoda, że niektórzy nie potrafią sobie przyswoić tak elementarnej prawdy.

 

Katastrofa z happy endem

Wrażliwsi czytelnicy w trakcie zapoznawania się z treścią wpisu mogą posłuchać sobie lokalnej muzyki

Gdzie właściwie jest Drezdenko? Prawie 800 kilometrów na północny zachód od miejsca, gdzie mieszkam. Daleko, bardzo daleko. To tyle samo kilometrów, co do serbskiego Nowego Sadu. A do Budapesztu mam tylko 150 kilometrów mniej. Gdzie to jest? W województwie lubuskim? Cóż to za nazwa? Wiecie, gdzie leży Lubusz? W Niemczech, w Brandenburgii. No to gdzie jest to Drezdenko? Na terenie dawnej Nowej Marchii czyli ma się rozumieć w Polsce.

Taki los przygranicznych miasteczek, że przechodziły nieraz z rąk do rąk. Brandenburgia, Państwo Krzyżackie, Polska, Nowa Marchia, Prusy, Niemcy, znowu Polska. Taka jest historia miasteczka, gdzie mieściła się baza Nocnej Masakry.

Z dojazdem trochę zeszło. Najpierw kilka godzin za kierownicą do Krakowa, potem przesiadka na miejsce pasażera. Nie pospałem sobie, bo Jacek i Sergiusz to doskonali kompani do dyskusji. zamiast więc spać – prowadziliśmy nieustającą konwersację. W bazie byliśmy po prawie trzynastu godzinach jazdy, z tego jedna przypadła na sen.

Do rozpoczęcia imprezy pozostawało niewiele czasu. Według planu, bo rzeczywistość była inna: start opóźnił się o ponad godzinę. Musieliśmy czekać w gotowości na przyjazd organizatora, który podobno ugrzązł gdzieś w błocie. Obsuwka nie była jedynym problemem. Na starcie panował straszny bałagan. Część zawodników zamiast spokojnie planować warianty musiała nerwowo biegać za opisami punktów, których początkowo było za mało.

W końcu dorwałem opis, spojrzałem z bliska na mapę i… wtedy okazało się, że nic nie widzę. Od jakiegoś czasu psuje mi się wzrok. Staram się raczej nie jeździć na imprezy z nocną nawigacją. Przed Nocna Masakrą starałem się dobrze przygotować logistycznie: zabrałem okulary, zabrałem żonie lepszą czołówkę. I co? I nic. W świetle czołówki dobrze widziałem tylko grube czarne kreski. Delikatnych przerywanych oznaczających przecinki nie zauważałem. W pewnym momencie nawet zadałem komuś pytanie: „Co to jest ta gruba czerwona kreska ?”. Odpowiedź brzmiała: „Droga krajowa”.

Przyglądałem się mapie tak uważnie, jak tylko dało się. Efekt? Pierwszy, raczej banalny punkt kontrolny, przestrzeliłem o pięćset metrów mimo dość dokładnego liczenia odległości. Szybko wróciłem do drogi po której przesuwał się sznureczek świateł. Postanowiłem, że za nic, za żadne skarby świata nie zostanę tej nocy sam w lesie. Że wsiądę na plecy pierwszemu z brzegu nawigatorowi i będę trzymał się jego spodni do samej mety.

Pierwszymi napotkanymi ludźmi byli Jacek Litewka i Marek Sobiegraj. Byli po drodze też inni, nasz tramwaj czasem kurczył się, a czasem powiększał, ale prawie całą trasę pokonaliśmy razem. Oni nawigowali, ja tylko pilnowałem, gdzie mniej więcej jesteśmy.

Ktoś zaraz powie: „To było żenujące, tak się nie robi”. Ano było żenujące, nie przeczę. Tyle tylko, że w zaistniałych warunkach nie byłem zawodnikiem pełnosprawnym, musiałem walczyć nie z mapą i terenem, a raczej ze swoim defektem, którego jak dotąd nie umiem oswoić.

Ogólnie to czułem się paskudnie. Bylem niedospany i wszystko mnie bolało. Doskwierała mi rwa kulszowa, zjawisko przybierające na sile w błocie i wilgoci. Zupełnie rozsypała mi się psychika. Zatraciłem jakiekolwiek ambicje. Jedyne o czym marzyłem to meta, koniec tego koszmaru. Truchtałem bezwolnie za Markiem i Jackiem odliczając kilometry do końca. Na szczęście koledzy trzymali tempo. Już na ulicach Drezdenka Marek przyspieszył i zostawił nas z tyłu. Podobnie jak chwilę wcześniej spotkany kolega. Widzieliśmy go jeszcze kilkaset metrów przed bazą, ale nie chciało nam się go gonić. Zaraz potem, po ośmiu godzinach i piętnastu minutach weszliśmy na metę i zapytaliśmy o zajęte miejsce. Byliśmy czwarci.

Czwarte miejsce! Będąc na wpół ślepym niedospanym paralitykiem bez ambicji wszedłem na metę z minimalną stratą do podium!

Właściwie to cale szczęście, że na czwartym, a nie wyżej, bo byłoby to zwyczajnie niesprawiedliwe. Nie zasłużyłem na więcej, całą trasę wiozłem się na cudzych plecach (nawet jeżeli miałem usprawiedliwienie).

Teraz najlepsze: Nocna Masakra była moim najlepiej punktowanym tegorocznym startem. Mój najsłabszy i najbardziej żenujący występ okazał się punktowo najlepszym. Mało tego: cała szóstka zawodników z którą walczyliśmy o podium klasyfikacji generalnej PMnO skończyła za moimi plecami. Niby mojej zasługi w tym nie było wiele, ale taka sytuacja zawsze cieszy.

Ostatecznie podium PMnO wywalczył Piotr Kwitowski. Emocji nie zabrakło: Piotr pogubił się na ostatnim punkcie dwa kilometry przed metą i stracił ponad godzinę. Udało mu się jednak wybronić. Na swój wynik solidnie zapracował, z walczącej do końca szóstki był w przekroju całego sezonu najlepszy. Mój wynik z Drezdenka pozwolił mi zachować szóste miejsce.

Tym razem Nocna Masakra nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia. Bałagan na starcie i nierozstawiony punkt kontrolny psują tej imprezie opinię. Nieszczególnie sprawdził się też elektroniczny system zaliczania punktów kontrolnych. Zawsze bylem ciekawy czy sprawdzi się on na deszczu lub mrozie. Mimo, że warunki pogodowe nie były złe, a jedynym problemem była wilgotność powietrza, to część SMS-ów nie dochodziła do celu. Nawigacyjnie NM nie była szczególnie trudna, taki wyższy poziom stanów średnich). Wystarczyło dokładnie liczyć przecinki (choć najpierw trzeba było je zobaczyć na mapie).

Tyle.

Stary sezon zakończony, nowy zaczyna się za kilka dni. Będzie dużo okazji do rewanżu.

Sześcioro do pudła

Przed Nocną Masakrą wygląda to tak:
Michał Jędroszkowiak 361,85
Marcin Sontowski 338,75
—–
Piotr Kwitowski 297,67
Stanisław Kaczmarek 290,10
Anna Sejbuk 282,57
Hubert Puka 281,28
Piotr Szpakowski 270,36
Mariusz Czajka 251,17
Pierwsze dwa miejsca w PMnO TP 50 są już obsadzone. Została walka o najniższy stopień podium. Szanse ma jeszcze 6 osób, w tym jedna kobieta.
Jestem w tej szóstce i ja. Udało mi się pozostać w walce o trofea do ostatniej imprezy sezonu. Jaki będzie finał? Mogę skończyć trzeci, ale też mogę spaść na ósmą pozycję.
Ile punktów maksymalnie mogą zdobyć poszczególni zawodnicy?
Kwitowski 315,76
Szpakowski 307,56
Kaczmarek 305,91
Czajka 304,17
Sejbuk 298,51
Puka 299,17
Co musi stać się, bym trafił na podium? Przede wszystkim muszę wygrać Nocną Masakrę. Ale to za mało, to powinien być mój bieg życia. Muszę ograć o co najmniej 30 – 50 minut Piotra Szpakowskiego, Staszka Kaczmarka i Mariusza Czajkę. O ile to jest jeszcze w zasięgu wyobraźni, to pozostaje jeszcze jedno: Piotrowi Kwitowskiemu muszę dołożyć około trzy godziny.

Czy są na to jakieś szanse? Szczerze mówiąc od września przybrałem na wadze pięć kilogramów. Psuje mi się wzrok i w nocy jestem na wpół ślepy. Pięćdziesiątkę ostatni raz wygrałem siedem lat temu. Mój najlepszy tegoroczny wynik w zawodach z wysoką wagą to 41,74, a potrzebuję 53,00.

Z drugiej strony wszyscy bezpośredni rywale to zawodnicy mocni, ale równi, o podobnej klasie sportowej. Każdy z każdym może wygrać lub przegrać. W porównaniu z rywalami dużo częściej biegałem i nawigowałem w nocy (poza Kaczmarkiem). Jest jeszcze jedno: Nocna Masakra to impreza nieprzewidywalna. Zdarzało się, że na pierwszym miejscu open przybiegały kobiety (Agnieszka Staniewska, Sylwia Godlewska). Zdarzyło się też, że wygrywał, z niezwykłym jak na TP 50 czasem (ponad czternaście godzin), znany ze wszystkiego oprócz szybkiego biegania Szymon Szkudlarek.
Na tych zawodach zdarzyć się może wszystko, więc dopóki piłka w grze…