Jedna mała dziurka

Irokez, rogaining 24-godzinny, Mistrzostwa Polski, Mielec, 21-22.04.2018

8.00 Zaczynamy. Do zespołu zaprosił mnie Tadeusz Podraza, zawodnik nie bardzo szybki, za to bardzo wytrzymały. Co sezon kończy kilkanaście imprez ultra mających po 100, 200, a nawet ponad 600 kilometrów długości

8.20 Pierwszy punkt zaliczamy nieco naokoło. Wychodzimy z niego przez bagienko i ze zdziwieniem patrzymy na teoretycznie szybszych od nas Bartka karabina i Mariusza Opiołę, którzy dobiegają dopiero do punktu z przeciwnej strony

11.20 Mamy już ponad 500 punktów przeliczeniowych. To 1/4 mojego planu zrobiona w 3.20. Ciepło jest, jakieś 25 stopni. Niedługo Tadek złapie na termometrze 29 stopni

12.00 Tracimy ochotę na bieganie. Jest za gorąco

13.00 Zaliczamy 8D. Zabawny jest wzór perforatora na tym punkcie, ma tylko jeden ząbek

14.30 Atakujemy wieś ze sklepem. Niestety sklep był czynny tylko do 13.00. Wbijamy się na jedno z podwórek i prosimy gospodarzy o wodę.

15.00 Przed startem wymieniłem w butach zniszczone wkładki. Przełożyłem nowe z innej pary. Teraz czuję, jak te nowe zaczynają wędrować wewnątrz buta, a przód jednej z nich zwija się

17.00 Zgubiłem kompas. Do tej pory nawigowaliśmy razem, choć dowodził Tadeusz. Od tego momentu będzie nawigował sam, bez mojej pomocy

18.00 Piecze mnie pod lewą stopą. Zrobił mi się bąbel od pozwijanej wkładki. Wyrzucam ją i dalej idę w trochę zbyt luźnym bucie

19.00 Sklep. Przed sklepem Milada Klapkova i Michal Klapka. Jak przystało na Czechów siedzą i piją piwo. Milada wygrywała kiedyś setkowy ranking PMnO, a Michal bywał na podium klasyfikacji generalnej

23.00 Niedobrze, kryzys. Czuję, że słabnę. Nie daję rady utrzymać tempa partnera. Jedzenie nie wchodzi, słodkie picie też nie. Przez jakiś czas można by mnie przewrócić jednym palcem. Dawno już mnie tak nie stargało.  Chwilę leżę na ziemi, potem dopada mnie telepawka (temperatura w nocy spada do 6 stopni). Jakoś jednak zbieram się i człapię za Tadkiem

24.00 Punkt 5A, zagłębienie terenu. W miejscu gdzie powinien być punkt jest wielkie wyrobisko. W pobliżu jest kilka mniejszych. Szukamy punktu przez 40 minut, tzn. Tadek szuka, a ja błąkam się półprzytomny. Chcę położyć się i umrzeć, ale wstyd mi przed kumplem, więc łażę w tę i z powrotem udając, że szukam z nim

0.40 Siedzę na skraju wyrobiska powtarzając mantrę „75 metrów od drogi. Ale tu go przecież nie ma. 75 metrów od drogi. Ale tu go przecież nie ma.” Tadek też ma dość. Odpuszczamy. Idziemy na następny punkt. Nawykowo liczę kroki i nagle przychodzi olśnienie. Od wyrobiska do drogi jest 35 metrów czyli punkt musi być 40 metrów dalej. Odliczamy, wchodzimy w krzaki i… mamy go! Szukaliśmy po wyrobiskach, a on siedział w zwykłym dołku

2.00 Odżyłem. Alleluja!

4.00 Jesteśmy obaj zmęczeni. Zaczynamy robić błędy nawigacyjne. Tu 15 minut, tam 20, spada nam tempo

5.00 Lewa stopa pali. Bąble zaczynają gwałtownie rozmnażać się. Rosną w oczach

6.00 Zrobiliśmy wszystkie zaplanowane punkty. Zostały jeszcze dwie godziny. Może zrobilibyśmy coś jeszcze?

6.45 Trochę pogubiliśmy się, ale złapaliśmy 3C

7.18 Meta. Już wystarczy. Uff, co za ulga. Według moich wyliczeń mamy 2230 punktów

7.25 Sędzia liczy nasze punkty. Wychodzi 2150. Biorę do ręki kartę i sprawdzam. Też wychodzi 2150. No dobra, i tak nieźle

7.26 Na metę wchodzą Piotr Jaśkiewicz i Radek Defeciński. Faworyci. Sędzia liczy punkty: 2140. Ogrywamy ich!

7.45 Mariusz Opioła i Bartek Karabin na mecie. Zrobili jakiś kosmiczny wynik, nikt ich nie prześcignie

7.55 Finiszują Kasia Sochacka i Przemek Witczak. Mają 2200 i zajmują drugie miejsce.


iro

Trzecie miejsce w Mistrzostwach Polski. Co za wynik! Pierwszy raz odkąd startuję jestem na podium mistrzowskiej imprezy. Nie miałem do tej pory szczęścia do takich zawodów. Zawsze byli lepsi ode mnie. Bo nie ukrywajmy: nie jestem jakimś supertalentem. Owszem, zdarza mi się mocno  zap…dalać na treningach, ale tak naprawdę, mimo wielkiego doświadczenia jestem tylko dobrym przeciętniakiem. Ot, czasem wyrwę jakieś podium w mniejszej imprezie. Ale w ważnych medale zdobywają inni.

Ostatni raz na podium setki na orientację stałem 13 lat temu. Potem było świetne 6. miejsce w Mistrzostwach Europy w rajdach przygodowych, były nawet wygrane pięćdziesiątki, ale na długich nawigacyjnych trasach byłem daleko od miejsc najwyższych. Teraz niespodziewanie udało się. Niespodziewanie, bo w trakcie zawodów wydawało mi się, że jestem cieniutki. Dopadł mnie potężny kryzys, który udało się przełamać. O tej edycji Irokeza będę pamiętał i opowiadał przez lata.

Nie było by to możliwe bez Tadka. To on nawigował, to on był motorem napędowym zespołu. Wydawało mi się, że jestem słaby, a w rzeczywistości to on był taki mocny. Tadeusz ma dość niezwykłe miejsce w historii polskiego ultra. Tam, gdzie inni kończą on dopiero zaczyna. Ma w dorobku 300-kilometrowy Tor Des Geants i 600-kilometrowy Goldsteig. Dwa razy był na podium Beskidy Ultra Trail, najtrudniejszej w Polsce imprezy ultra. Po raz trzeci stanął na podium Mistrzostw Polski w rogainingu. Niewielu zawodników ma taki dorobek.

rano


Fajna jest ta Puszcza Sandomierska. W okolicy Mielca jest identyczna jak pod Stalową Wolą. Wszędzie sosny, sporo piachu, może tylko wydmy większe. Właściwie to czułem się tam jak domu.

To samo można powiedzieć o Irokezie. Pod szyldem Compassu imprezę robią Mariusz Maryniak i Piotr Pietroń. Ciekawe, ale moją pierwszą imprezą ultra był wiele lat temu Salomon Trophy, także robiony przez Compass. Przez lata zmienili się ludzie, ale szyld wciąż jest ten sam. Jakość tych imprez też jest wciąż na wysokim poziomie. Pod względem rozstawienia punktów czy konstruowania trasy to impreza wręcz archetypowa.

Jedyne, co zmieniłbym w Irokezie, to dołożyłbym klasyfikację par mieszanych. Takiej np. Katarzynie Sochackiej trudno jest ogrywać mężczyzn. Wynik zrobiła fantastyczny i jako najlepsza kobieta zasługuje na tytuł Mistrzyni Polski.


To jednak jeszcze nie koniec emocji.

Wtorek dwa dni po zawodach, 20.10 Tadek przysyła informację: „Nie zaliczyli nam 8D”. Dzwonię do Mariusza i pytam, czy można jeszcze składać protesty.

-Tak, można jeszcze do czwartku.

-Czy możesz sprawdzić jeszcze raz karty startowe? Chodzi nam o punkt 8D

-Ten, na którym był perforator z jednym ząbkiem?

W tym momencie wszystko staje się jasne. Perforator robił jedną malutką dziurkę, która umknęła uwadze sędziego. Nie zauważyłem jej i ja, gdy sam liczyłem punkty.

Środa, 9.00 Na Facebooku ukazuje się komunikat o zweryfikowaniu wyników. Mamy 2230 punktów i wskakujemy na drugie miejsce.

Jesteśmy z Tadeuszem wicemistrzami Polski!!!

31301962_943629575797446_4358197405099753472_n

Fot. FB Compass zawody

 

 

Reklamy

U Hucułów

Zaczęło się poważnie, od hymnu. To były oficjalne Mistrzostwa Ukrainy w trailu. Atmosfera szybko zelżała, gdy na scenę wyszły dwie panie i zabawiały sportowców ukraińską popsą. Po kilku piosenkach ruszyliśmy na trasę Sokole Oko, najdłuższą, 52 km / +2800 na Hucuł Trail.

DSC03001.JPG

Założenia były proste: czas w granicach 8 – 9 godzin i miejsce na podium w kategorii + 40. W zeszłym roku w 8 godzin zrobiłem Dusiołka, imprezę o prawie identycznych parametrach. Początek był nawet niezły, pierwsze 10 km  biegłem na 7.30. Tylko miejsce było słabe, bo gdzieś w połowie czwartej dziesiątki. Już druga górka brutalnie zweryfikowała plany. Dość stroma była i prawie stanąłem w miejscu. Powolutku wszyscy mnie wyprzedzali, a ja człapałem krok za krokiem.

DSC03030

Nie tak miało być. To była druga górka, a takich większych na trasie było siedem. I na każdej kolejnej byłem coraz słabszy i wolniejszy. Nie wiem, co się stało, bo na mecie nie byłem bardzo zmęczony. Na drugi dzień też nic mnie nie bolało. Żadnych zakwasów, żadnej rwy kulszowej. Tylko siły nie miałem, by biegać.

Pod górę wiadomo, biegać się nie da. Na dół też nie, bo za stromo. Po śniegu nie, bo ślisko. Po błocie to już w ogóle się nie da. To może po równym? Nie, gdzieś trzeba przecież odpocząć. Niedobrze mi było cały czas i głowa bolała. W końcówce pozwoliłem sobie nawet na małego pawia. Wtedy zrobiło mi się lepiej, ale do mety było już za blisko, żeby cokolwiek nadrobić.

Ale jak się nie da, jeżeli się da. Zwycięzca zrobił całość poniżej siedmiu godzin.

Do mety doturlałem się po dwunastu godzinach, cztery godziny powyżej planu,co wystarczyło do 55. miejsca na 77 uczestników.  Żenada. Beznadzieja. Dno.

A może jednak nie do końca? To wcale nie były łatwe zawody. Co prawda śniegu nie było dużo, ale za to błota nie brakowało. Nie byłem nigdy na Łemkowynie, ale to, co zobaczyłem na Hucule w zupełności mi wystarcza. Błoto płytkie, błoto głębokie, zasysające, przytrzymujące, wywracające, oblepiające i poślizgowe. Każde możliwe. A buty w tym błocie ważyły każdy o kilogram więcej niż powinien.

DSC03562

Zanikające ścieżki? Były. Odcinek poprowadzony przez środek strumienia? Proszę bardzo, był. W poprzek strumienia? Takiego górskiego, z siłą wodospadu i po śliskich kamieniach też był. A może by tak kilkaset metrów pod górę przez wąski wąwóz, oczywiście przez potok  ? Najlepiej tak stromy, żeby chwilami trzeba było używać wszystkich czterech kończyn? To wszystko udało się zmieścić na trasie Sokolego Oka.

Zawody były bardzo spektakularne pod względem widokowym. Choć nie wybiegliśmy powyżej 900 m npm, to widoki na grzbiety i doliny Beskidów Huculskich były niezwykle efektowne. Co podejście oglądać mogliśmy nową dolinę. Przez kilometrów biegliśmy po cudnych połoninach. Zadziwiające jest, jak wysoko ludzie budoją domy, choć trudno czasem znaleźć do nich sensowną drogę. Przez chwilę otwarł się nam niezwykły widok na Hryniawy, Czywczyn i Czarnohorę z Popem Iwanem. Miałem chwilę satysfakcji, gdy biegnąc z trojgiem zawodników lokalnych, nie oni mi, lecz ja im, localesom, opowiadałem o górach zamykających horyzont.

Punkty odżywcze były skromne. Woda, cola, figi, banany, jakieś ciastka, na niektórych cieple zupki. Było ich pięć, na taki dystans wystarczająco. Opublikowany był dokładny wykaz i z góry było wiadomo czego i gdzie się spodziewał.

Były i mankamenty. Najsłabszym punktem zawodów było oznakowanie trasy. W niektórych miejscach zbierały się kilkuosobowe grupy szukające ostatniego znacznika. Powtarzało się to kilkukrotnie. Dołożyłem sobie w ten sposób jakieś trzy kilometry. Rozwiązanie tego problemu było jednak banalne: wystarczyło mieć wgrany w jakieś urządzenie track GPS, by nie gubić się.

Drugim mankamentem było niedoszacowanie trasy. Na FB zawodnicy ukraińscy pisali, że było to ok.  55 km / + 3400. Zwłaszcza ten drugi parametr troche zmienia ocenę końcową osiągniętego rezultatu.

Organizatorem imprezy był Aleksandr „Szura” Olivson. Powinni go pamiętać uczestnicy Bergson Winter Challenge. Przed kilku laty często przyjeżdżał do Polski, by ze swoim zespołem regularnie plasować się na podium najdłuższej trasy tych zawodów. Szura ma też w dorobku miejsce w pierwszej dziesiątce mistrzostw świata w rajdach przygodowych. Kiedyś miał świetne wyniki jako zawodnik, teraz jest równie dobry jako organizator. Robi największe na Ukrainie imprezy trailowe:

Hucuł Trail, marzec, Wyżnica, 23 i 52 km

Dzembronia Trail, kwiecień, Dzembronia, 24 i 42 km

Karpatia Trail, czerwiec, Wołowiec, 66 i 103 km

100 BukoMil, sierpień, Worochta, 71, 118, 186 km

Endurance Trail, wrzesień, Bukowel, 20 i 55 km

Strona organizatora

Strona Hucuł Trail

DSC03012

Komu można te imprezy polecić? Typowym ultrasom biegającym z klapkami na oczach  po równych drogach w poszukiwaniu punktów ITRA niekoniecznie. Ale ci, którzy biegają ultra na orientację powinni być usatysfakcjonowani. Uczestnicy rajdów przygodowych również. Te imprezy powinny podobać się też klasycznym poszukiwaczom przygód, dla których wynik sportowy będzie drugorzędny.


Hiu – zrobiłeś wynik poniżej planu. Pamiętaj jednak, że nie masz już 30 lat, taki prawie oldboy już jesteś. Nie piernicz, że było słabo, bo impreza była bardzo konkretna i za dwa – trzy lata będziesz bardzo dumny, że ją ukończyłeś.

DSC03561

Porachunki z Pokuciem

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, gdzieś w Beskidach Pokuckich…

…eee… gdzie?..  w jakich Beskidach?…pisz Hiu normalnie, przecież nie ma takich Beskidów, a już na pewno w Polsce nie ma…

Był koniec kwietnia 2008. Dwie polskie czwórki wybrały się na Ferrino Extreme Marafon, ponad trzystukilometrowy rajd przygodowy do położonej u stóp Czarnohory Worochty (Czarnohora brzmi lepiej, to już niektórzy kojarzą gdzie). Pojechały i poniosły klęskę. Zespół Brubeck / napieraj.pl nie przetrwał nawet pierwszej nocy, koledzy z Adventury wytrwali na trasie niewiele dłużej. Składy były ciekawe. W Brubecku oprócz mnie byli jeszcze Maciek Tracz, wtedy absolutna czołówka krajowego adventure racing i Krzysztof Dołęgowski, ten od Chudego Wawrzyńca. Miała z nami startować wtedy nikomu szerzej nie znana Agata Matejczuk, ale coś jej wypadło i zastąpiła ją Iza Cieluch. Iza, bardziej znana pod nazwiskiem Burzyńska, niedługo potem stanęła na podium setki w B7D.

Skład był bardzo mocny, a jednak polegliśmy. Pokonała nas nocna przeprawa z rowerami na plecach przez Beskidy Pokuckie. Polegliśmy w walce z błotem, śniegiem i drogami istniejącymi jedynie w wyobraźni autora mapy. Na pocieszenie zostało nam, że prawdopodobnie jesteśmy w ósemkę jedynymi Polakami, którzy z rowerami na plecach pokonali to pasmo górskie w poprzek, na dodatek w warunkach półzimowych. I tak zostanie pewnie co najmniej przez następne 5o lat, bo pożytku z takiego przejścia nie ma żadnego, a sława ma zasięg bardzo ograniczony. Właściwie to nawet zerowy.

Relacje Maćka i Izy z 2008 roku

EM

Na FEM wróciliśmy prawie wszyscy rok później. Adventura (Magda Łączak, Paweł Dybek, Igor Blachut, Irek Waluga) zajęła 3. miejsce w mastersach. Mi udało się wystartować w parze z Michałem Kiełbasińskim. Kolejne w tym zestawie duże nazwisko. Po czterech dniach i trzystu kilometrach rywalizacji zajęliśmy drugie miejsce. Udowodniliśmy sobie, że potrafimy okiełznać ukraińskie Karpaty. Tym razem jednak bój toczył się w Czarnohorze, Gorganach i na Świdowcu. Tylko przez parę chwil mieliśmy w zasięgu wzroku Beskidy Huculskie.

P1120689


Minęło prawie dziesięc lat. Przypomniałem sobie o zawodach na Ukrainie dzięki Sławkowi Konopce, który organizuje tam Bojko Trail. Trasa tej imprezy jest bardzo spektakularna. Za jednym zamachem można zaliczyć Pikuja, Ostrą Horę i Połoninę Równą. Niewiele jest w Polsce tras takiej urody.

Mam jednak taki defekt, że w obcym kraju wolę spotykać raczej autochtonów. Polaków oglądam wystarczająco często w Polsce. za granicą nie są mi do niczego potrzebni. Dlatego  zupełnie mnie nie pociagają zawody takie jak właśnie Bojko Trail czy Lavaredo UT, gdzie naszych liczy się nie na sztuki, tylko na autokary.

Dużo wiecej przyjemności sprawia mi ściganie się z zawodnikami lokalnymi.


Poszukałem, pogrzebałem i… mam!

Hucuł Trail na Pokuciu. Tym samym Pokuciu, gdzie dziesięć lat temu ponieśliśmy totalną porażkę. Będzie okazja odkuć się po latach. Tym przyjemniejsza, że za organizację odpowiada… ta sama ekipa Szury Olivsona, która kiedyś organizowała FEM.

Dystans nie powala, raptem 52 kilometry. Przewyższenie już bardziej: + 2800 metrów. Będzie syto, bardzo syto. To jednak nie koniec atrakcji. Na dzień dzisiejszy na trasie leży 30 – 40 centymetrów śniegu. Trasa przed zawodami nie będzie odśnieżana. Gdyby taka impreza odbywała się u nas dystans zapewne zostałby skrócony (jak np. na Niepokornym Mnichu). Ukraińcy nie są tacy delikatni, biegają bez względu na warunki. W zeszłym roku zwycięzca potrzebował na pokonanie tej trasy aż siedem i pół godziny, a osiem godzin wystarczało do miejsca na podium.

Jest jeszcze jeden drobiazg dodający imprezie smaku. Będą to certyfikowane przez Ukraińską Federację Lekkoatletyczną Mistrzostwa Ukrainy w trailu.

Może być fajnie.


A Huculi to taki lud na wymarciu, żyjący gdzieś na granicy Serbii. Oglądałem film, to wiem.

Mala Hana

Mala Hana to niewielki region etnograficzny na Morawach. Kilka wiosek i miasteczek zagubionych gdzieś między pagórkami. Od dwudziestu trzech lat odbywa się tam dalkovy pochod Malohanacka Stovka. To jednak nie wszystko – równolegle startuje tam Opatovske Smajd, marsz turystyczny na trasach od 10 do 50 kilometrów. Spory, jeżeli dobrze zrozumiałem relację w czeskiej telewizji, to w tym roku wzięło w nim udział ponad 600 uczestników. Stovka wchodzi w skład  cyklu CSUT – Czesko Słowacki Ultra Trail.

Wybraliśmy się tam we dwóch ze Staszkiem Olbrysiem. Na miejscu spotkaliśmy Rafała Koszyka, stałego bywalca czeskich imprez. Oprócz nas była też grupa Węgrów z m. in. Balintem Orsi (zwycięzcą jednej z edycji Beskidy Ultra Trail) i Robertem Kovacsem (dwukrotnym zwycięzcą ponad sześciusetkilometrowego Goldsteiga). Łącznie na starcie stanęły 82 osoby.

Zaskoczeniem na starcie był brak itinera. Dostaliśmy za to mapy z rozrysowaną trasą wiodącą w całości po turystycznych szlakach. Początek był mocny, pierwsze kilometry, pod górkę, robiliśmy w tempie ok. 6 minut na kilometr. Marzyło mi się po cichu pobicie rekordu życiowego. Trasa wydawała się nietrudna, tylko 2350 metrów podejść. Sprawy nie ułatwiał jednak śnieg. Nie było go bardzo dużo, ale trasa była zmrożona i śliska.

Wszystko szło dobrze gdzieś d0 42. kilometra. Tam przez chwilę mapa nie bardzo zgadzała mi się z drogą. W sumie to drobiazg, ale po chwili zgubił mi się niebieski szlak. Nie ruszyło mnie to jakoś, postanowiłem pójść kawałek asfaltem, a potem pierwszą napotkaną drogą dojść do szlaku. Ale jakoś dalej teren nie zgadzał mi się z mapą. Po czterech kilometrach wyciągnąłem kompas i…

… i zadziwiłem sam siebie. Przez cztery kilometry szedłem w kierunku dokładnie odwrotnym od prawidłowego. Żeby wrócić do dobrej drogi musiałem nadłożyć osiem kilometrów. Plan na zrobienie życiówki legł w gruzach. Motywacja również.

Trochę odechciało mi się szybko biegać. Nie miałem jednak nic lepszego do roboty. Bez zbytniego przemęczania się powoli turlałem się do mety. Musiałem wyrobić się do 13.30, bo kilka minut później zaczynał się olimpijski konkurs skoków narciarskich. Ten plan udało się zrealizować idealnie. Na mecie byłem trzydziesty, po 16 godzinach i 48 minutach. Nawet nie przebierałem się;  tak jak stałem poszedłem w miasto szukać baru z telewizorem i olimpijską transmisją.

Zwycięzcy, Tomas Klimsa i Robert Frohn zrobili całość w 10.55. Najszybsza kobieta, Eliska Kaniowa była na mecie w 13.19.

Gdy wchodziłem na metę przed czternastą, na scenie rozkładała się bluegrassowa kapela. Po skokach, o 16.30 zespół grał nadal. Poszedłem spać, a gdy wróciłem chwilę przed dwudziestą zespół wciąż jeszcze był na scenie. Pod sceną wirowało kilka par, a ręce tańczących zamiast na biodrach krążyły po pośladkach partnerów. Można tylko pozazdrościć Czechom umiejętności bawienia się.

Krótko podsumowując imprezę:

Zalety: świetna atmosfera, przebijająca nawet nasze imprezy na orientację: z jednej strony mocni ściganci, z drugiej osoby łojące piwo jeszcze przed startem. Ciekawa i mimo stosunkowo  niewielkich przewyższeń wcale nie łatwa trasa. Po drodze sporo ładnych widoków. Niskie wpisowe (ok. 68 złotych). Tani ( 7 zł) nocleg na miejscu

Wady: niefrasobliwe oznaczenie punktów kontrolnych. Kto nie znał trasy czasem musiał ich długo szukać (Staszek Olbryś szukając trafił nawet aż do sąsiedniej wioski). Trasa została wyznaczona w sposób umożliwiający skracanie, co wykorzystało kilku uczestników. W skrajnym przypadku można było na tym ugrać nawet koło godziny.  Wyniki zostały opublikowane dopiero trzy dni po zwodach.

W Czechach nie mówcie nigdy „szukać”, to niecenzuralne. Używajcie określenia „hledat”.

Mój start: czwarty raz w Czechach i czwarty raz sportowa porażka, wynik prawie trzy godziny słabszy od zakładanego. Mimo to wróciłem usatysfakcjonowany, pod każdym względem zadowolony. Może to kwestia klimatu imprez w tym kraju, trochę trudności trasy, może też specyficznego stylu organizacji, ale starty w tym kraju zawsze są dla mnie piękną przygodą, i to przez duże P.

DSC02589

 

 

Poniewierka

Tras było cztery: półmaraton, dycha, nordic walking i 15 km na orientację. Impreza nazywała się Zimowa Poniewierka i w założeniu była spotkaniem integracyjnym grup biegowych z Podkarpacia. Za orientację odpowiadał Andrzej Kusiak. Ten sam, który sprowadził RDS do Łętowni. Ten sam, który z zespołem Podkarpacia zdobył drużynowe mistrzostwo Polski w marszach na orientację.

Po starcie poszliśmy mocno w las. Początkowo sporą grupą, by po drugim punkcie pobiec każdy w swoja stronę. Trochę zdziwiło mnie, że nikt nie poleciał za mną. Przyjrzałem się mapie i dokonałem odkrycia: mój wariant był jakoś mało optymalny. Trudno, trzeba gonić mocno, to jeszcze może nadrobię.

No i nadrobiłem: po siódemce chciałem zrobić trójkę, ale jakoś się zagapiłem i niechcący wylądowałem na ósemce. Zarobiłem dodatkowy kilometr. Zegarek pokazywał jednak, że wciąż jest nieźle. No to naginałem. Do czasu gdy drogę zagrodziła mi rzeka. Nie bardzo wielka, taka do kolan, jak najbardziej do przejścia. Jedynym problemem była temperatura otoczenia: sześć stopni poniżej zera. Nie przyjechałem jednak na zawody by mazgaić się, tylko na ściganie. Co z tego, że zimno, przeszedłem na drugą stronę i już (tu nadmienię, że fakt miał miejsce o 11.20, w Biedaczowie zostaliśmy do 15.30, a ja nie miałem butów na zmianę „bo przecież na mrozie będzie sucho”).

Półtora kilometra przed metą dogoniłem Pawła Puściznę. Skoncentrowaliśmy się na ściganiu tak głęboko, że zamiast na metę, drugi raz pobiegliśmy na PK 1. Oczywiście znowu niechcący. Z ostatnich krzaków 70 m przed metą wybiegliśmy równocześnie. Paweł skręcił w prawo do biura zawodów, a ja odruchowo w lewo, w stronę banera z napisem „meta”. No i zonk; nasza meta była jednak w biurze. Wpadłem tam pół minuty po rywalu, wściekły na cały świat. Andrzej mówił o wszystkim na odprawie, ale po co mi odprawa. Ja przecież wiem wszystko najlepiej.

W sumie jednak wcale nie było źle. Przeciwnie, było bardzo dobrze. Okazało się, że zająłem drugie miejsce! Mimo stosunkowo łatwej mapy błędy robili wszyscy. Na trasie zrobiłem 17,5 kilometra. Dla porównania czwarty Tadek Podraza zrobił prawie dwa kilometry mniej.

Była na Poniewierce także PKŻ. Co prawda nie wolno jeszcze jej biegać, ale spacerować po lesie owszem, tak. Poszła więc do lasu na plotki z Anią Podrazą. Panie na mecie bardzo były zdziwione, gdy dowiedziały się, że… zajęły wspólnie trzecie miejsce.

Podsumowując: trasa fajna, wynik ekstra, pogoda dla mocnych, towarzystwo doborowe. Podobnie było i na innych trasach Zimowej Poniewierki. Organizatorzy, którzy w sumie ściągnęli do Biedaczowa kilka setek zawodników zrobili dobrą robotę.


Ale…

„Osoby z Państw nie należących do UE mogą brać udział w zawodach i klasyfikacji open bez przyznawania nagród pieniężnych i rzeczowych” – taki zapis znalazł się w regulaminie imprezy. Zapis dyskryminujący potencjalnych uczestników ze względu na pochodzenie. Niezgodny z polską konstytucją i to w punkcie, którego nie negują nawet ci, którzy chcieli by ją zmieniać.

Do zawodów chciała zgłosić się grupa zawodników z Maroka. Organizatorzy zrobili sondę wśród uczestników i dołożyli do regulaminu taki kuriozalny zapis. Nie chcę pastwić się nad nimi, chcieli dobrze. Odpowiedzieli na społeczne zapotrzebowanie tak, jak życzyli sobie tego rodzimi zawodnicy.

Nie potrafię nad tym przejść do porządku dziennego. Z naszych biegaczy wyszło tu kilka paskudnych cech. Na przykład pazerność na pieniądze. Nasi amatorzy uważają, że należy im się kasa za bieganie. Nawet jeżeli ktoś biega szybciej od nich, nie wahają się przed udupieniem go regulaminowo, by samemu wziąć pieniądze. Naszym biegaczom wydaje się też, że zasługują na nagrody, bo są u siebie. Wyobrażacie sobie Maraton Nowojorski z zapisem regulaminowym, że obcokrajowcom nie należą się nagrody? Wyobrażacie sobie maraton w Berlinie z zapisem „nur fur Deutsch?” Ale imprezę w Polsce z zapisem „nagrody tylko dla Polaków” nasi „sportowcy” już potrafią sobie wyobrazić.

Jest tylko jedna uczciwa zasada dotycząca przyznawania jakichkolwiek nagród: należą się one lepszemu. Nie białemu, nie czarnemu, nie polskiemu, kenijskiemu ani zielonemu.

LEPSZEMU.

Szkoda, że niektórzy nie potrafią sobie przyswoić tak elementarnej prawdy.

 

Katastrofa z happy endem

Wrażliwsi czytelnicy w trakcie zapoznawania się z treścią wpisu mogą posłuchać sobie lokalnej muzyki

Gdzie właściwie jest Drezdenko? Prawie 800 kilometrów na północny zachód od miejsca, gdzie mieszkam. Daleko, bardzo daleko. To tyle samo kilometrów, co do serbskiego Nowego Sadu. A do Budapesztu mam tylko 150 kilometrów mniej. Gdzie to jest? W województwie lubuskim? Cóż to za nazwa? Wiecie, gdzie leży Lubusz? W Niemczech, w Brandenburgii. No to gdzie jest to Drezdenko? Na terenie dawnej Nowej Marchii czyli ma się rozumieć w Polsce.

Taki los przygranicznych miasteczek, że przechodziły nieraz z rąk do rąk. Brandenburgia, Państwo Krzyżackie, Polska, Nowa Marchia, Prusy, Niemcy, znowu Polska. Taka jest historia miasteczka, gdzie mieściła się baza Nocnej Masakry.

Z dojazdem trochę zeszło. Najpierw kilka godzin za kierownicą do Krakowa, potem przesiadka na miejsce pasażera. Nie pospałem sobie, bo Jacek i Sergiusz to doskonali kompani do dyskusji. zamiast więc spać – prowadziliśmy nieustającą konwersację. W bazie byliśmy po prawie trzynastu godzinach jazdy, z tego jedna przypadła na sen.

Do rozpoczęcia imprezy pozostawało niewiele czasu. Według planu, bo rzeczywistość była inna: start opóźnił się o ponad godzinę. Musieliśmy czekać w gotowości na przyjazd organizatora, który podobno ugrzązł gdzieś w błocie. Obsuwka nie była jedynym problemem. Na starcie panował straszny bałagan. Część zawodników zamiast spokojnie planować warianty musiała nerwowo biegać za opisami punktów, których początkowo było za mało.

W końcu dorwałem opis, spojrzałem z bliska na mapę i… wtedy okazało się, że nic nie widzę. Od jakiegoś czasu psuje mi się wzrok. Staram się raczej nie jeździć na imprezy z nocną nawigacją. Przed Nocna Masakrą starałem się dobrze przygotować logistycznie: zabrałem okulary, zabrałem żonie lepszą czołówkę. I co? I nic. W świetle czołówki dobrze widziałem tylko grube czarne kreski. Delikatnych przerywanych oznaczających przecinki nie zauważałem. W pewnym momencie nawet zadałem komuś pytanie: „Co to jest ta gruba czerwona kreska ?”. Odpowiedź brzmiała: „Droga krajowa”.

Przyglądałem się mapie tak uważnie, jak tylko dało się. Efekt? Pierwszy, raczej banalny punkt kontrolny, przestrzeliłem o pięćset metrów mimo dość dokładnego liczenia odległości. Szybko wróciłem do drogi po której przesuwał się sznureczek świateł. Postanowiłem, że za nic, za żadne skarby świata nie zostanę tej nocy sam w lesie. Że wsiądę na plecy pierwszemu z brzegu nawigatorowi i będę trzymał się jego spodni do samej mety.

Pierwszymi napotkanymi ludźmi byli Jacek Litewka i Marek Sobiegraj. Byli po drodze też inni, nasz tramwaj czasem kurczył się, a czasem powiększał, ale prawie całą trasę pokonaliśmy razem. Oni nawigowali, ja tylko pilnowałem, gdzie mniej więcej jesteśmy.

Ktoś zaraz powie: „To było żenujące, tak się nie robi”. Ano było żenujące, nie przeczę. Tyle tylko, że w zaistniałych warunkach nie byłem zawodnikiem pełnosprawnym, musiałem walczyć nie z mapą i terenem, a raczej ze swoim defektem, którego jak dotąd nie umiem oswoić.

Ogólnie to czułem się paskudnie. Bylem niedospany i wszystko mnie bolało. Doskwierała mi rwa kulszowa, zjawisko przybierające na sile w błocie i wilgoci. Zupełnie rozsypała mi się psychika. Zatraciłem jakiekolwiek ambicje. Jedyne o czym marzyłem to meta, koniec tego koszmaru. Truchtałem bezwolnie za Markiem i Jackiem odliczając kilometry do końca. Na szczęście koledzy trzymali tempo. Już na ulicach Drezdenka Marek przyspieszył i zostawił nas z tyłu. Podobnie jak chwilę wcześniej spotkany kolega. Widzieliśmy go jeszcze kilkaset metrów przed bazą, ale nie chciało nam się go gonić. Zaraz potem, po ośmiu godzinach i piętnastu minutach weszliśmy na metę i zapytaliśmy o zajęte miejsce. Byliśmy czwarci.

Czwarte miejsce! Będąc na wpół ślepym niedospanym paralitykiem bez ambicji wszedłem na metę z minimalną stratą do podium!

Właściwie to cale szczęście, że na czwartym, a nie wyżej, bo byłoby to zwyczajnie niesprawiedliwe. Nie zasłużyłem na więcej, całą trasę wiozłem się na cudzych plecach (nawet jeżeli miałem usprawiedliwienie).

Teraz najlepsze: Nocna Masakra była moim najlepiej punktowanym tegorocznym startem. Mój najsłabszy i najbardziej żenujący występ okazał się punktowo najlepszym. Mało tego: cała szóstka zawodników z którą walczyliśmy o podium klasyfikacji generalnej PMnO skończyła za moimi plecami. Niby mojej zasługi w tym nie było wiele, ale taka sytuacja zawsze cieszy.

Ostatecznie podium PMnO wywalczył Piotr Kwitowski. Emocji nie zabrakło: Piotr pogubił się na ostatnim punkcie dwa kilometry przed metą i stracił ponad godzinę. Udało mu się jednak wybronić. Na swój wynik solidnie zapracował, z walczącej do końca szóstki był w przekroju całego sezonu najlepszy. Mój wynik z Drezdenka pozwolił mi zachować szóste miejsce.

Tym razem Nocna Masakra nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia. Bałagan na starcie i nierozstawiony punkt kontrolny psują tej imprezie opinię. Nieszczególnie sprawdził się też elektroniczny system zaliczania punktów kontrolnych. Zawsze bylem ciekawy czy sprawdzi się on na deszczu lub mrozie. Mimo, że warunki pogodowe nie były złe, a jedynym problemem była wilgotność powietrza, to część SMS-ów nie dochodziła do celu. Nawigacyjnie NM nie była szczególnie trudna, taki wyższy poziom stanów średnich). Wystarczyło dokładnie liczyć przecinki (choć najpierw trzeba było je zobaczyć na mapie).

Tyle.

Stary sezon zakończony, nowy zaczyna się za kilka dni. Będzie dużo okazji do rewanżu.

Sześcioro do pudła

Przed Nocną Masakrą wygląda to tak:
Michał Jędroszkowiak 361,85
Marcin Sontowski 338,75
—–
Piotr Kwitowski 297,67
Stanisław Kaczmarek 290,10
Anna Sejbuk 282,57
Hubert Puka 281,28
Piotr Szpakowski 270,36
Mariusz Czajka 251,17
Pierwsze dwa miejsca w PMnO TP 50 są już obsadzone. Została walka o najniższy stopień podium. Szanse ma jeszcze 6 osób, w tym jedna kobieta.
Jestem w tej szóstce i ja. Udało mi się pozostać w walce o trofea do ostatniej imprezy sezonu. Jaki będzie finał? Mogę skończyć trzeci, ale też mogę spaść na ósmą pozycję.
Ile punktów maksymalnie mogą zdobyć poszczególni zawodnicy?
Kwitowski 315,76
Szpakowski 307,56
Kaczmarek 305,91
Czajka 304,17
Sejbuk 298,51
Puka 299,17
Co musi stać się, bym trafił na podium? Przede wszystkim muszę wygrać Nocną Masakrę. Ale to za mało, to powinien być mój bieg życia. Muszę ograć o co najmniej 30 – 50 minut Piotra Szpakowskiego, Staszka Kaczmarka i Mariusza Czajkę. O ile to jest jeszcze w zasięgu wyobraźni, to pozostaje jeszcze jedno: Piotrowi Kwitowskiemu muszę dołożyć około trzy godziny.

Czy są na to jakieś szanse? Szczerze mówiąc od września przybrałem na wadze pięć kilogramów. Psuje mi się wzrok i w nocy jestem na wpół ślepy. Pięćdziesiątkę ostatni raz wygrałem siedem lat temu. Mój najlepszy tegoroczny wynik w zawodach z wysoką wagą to 41,74, a potrzebuję 53,00.

Z drugiej strony wszyscy bezpośredni rywale to zawodnicy mocni, ale równi, o podobnej klasie sportowej. Każdy z każdym może wygrać lub przegrać. W porównaniu z rywalami dużo częściej biegałem i nawigowałem w nocy (poza Kaczmarkiem). Jest jeszcze jedno: Nocna Masakra to impreza nieprzewidywalna. Zdarzało się, że na pierwszym miejscu open przybiegały kobiety (Agnieszka Staniewska, Sylwia Godlewska). Zdarzyło się też, że wygrywał, z niezwykłym jak na TP 50 czasem (ponad czternaście godzin), znany ze wszystkiego oprócz szybkiego biegania Szymon Szkudlarek.
Na tych zawodach zdarzyć się może wszystko, więc dopóki piłka w grze…