Jesienny raport

Rzadziej ostatnio piszę, nadrabiam więc braki i informuję po kolei:

PKŻ – wyleczyła kontuzję i od kilku miesięcy pilnie trenuje truchta sobie od czasu do czasu. Polubiła bieganie z psem, zaczęła jeździć nawet na psie zawody. Niedawno była w Lutowiskach na imprezie o nazwie 4 Seasons Razem z Psem. Na dystansie 15 km udało się jej zająć 3. miejsce i jest to wynik, który budzi spory szacunek. Zawody były bardzo ładne widokowo i dobrze zorganizowane, nie mogę jednak nie napisać o ich nazwie. Są organizatorzy, którzy kiepsko posługują się językiem polskim i wolą „efektowniejsze” nazwy w języku obcym, zwykle angielskim. Tu jednak organizatorzy poszli dalej i pomieszali dwa języki. Nie oni jedni, kojarzycie np. „100 miles of Beskid Wyspowy”? Gdy widzę coś takiego krwawią mi oczy…

DSC04602

PKŻ wystartowała też na GEZNO. Jej partnerką na trasie R (ok. 20km + 15 km + przewyższenia) była Magda Stępień, dwa haszczaki Daisy i Borys oraz Erka. Spisały się nieźle, bo skończyły zawody na 15. pozycji na ok. 50 zespołów. Przy okazji dowiedziała się, jak to jest zaliczyć glebę z dużym psem husky. Podobno wygladało to tak, że ona już leżala, a Borys dalej sobie biegł. Dopiero po kilku metrach załapał, że coś go hamuje. W efekcie PKŻ wyglądała tak, że sąsiedzi zastanawiali się, czy nie jest ofiarą przemocy domowej.

Samo GEZNO zaś to absolutny top krajowych imprez nawigacyjnych. Piękne i wymagające trasy, ponad 200 zespołów na starcie i doborowe towarzystwo na mecie. Impreza na której zawsze warto być.

DSC04595

Erka – biega szybciej niż PKŻ. Problem w tym, że nie zawsze w tym samym kierunku. Doskonale daje sobie radę na rajdowych trasach pod względem fizycznym. Musi jednak trochę popracować nad psychiką. Na dzień dzisiejszy uwielbia oznajmiać wszystkim w okolicy, że ona już tu jest. Zabiera też głos w każdej sprawie nieproszona. Efekt? Gdy ktoś chce namierzyć mnie lub PKŻ, najłatwiej zrobi to podążając tam, gdzie usłyszy szczekanie.

DSC_0191

Hiu – mam dwa problemy. Pierwszy to kolano. Ortopeda zdiagnozował uszkodzenie rzepki. Łykanie prochów nie pomogło, więc zaordynował zastrzyk z kwasu hialuronowego. To taka substancja, którą wstrzykują sobie w usta niektóre panie, jeżeli chcą być piękniejsze mieć usta jak glonojad. Od wstrzyknięcia minął tydzień. Na razie dalej boli, ale za to mam ładniejsze kolano.

Drugi mój problem to przepuklina pachwinowa. Kontuzja popularna w tym sezonie wśród biegaczy w PMnO, nawet tych ze ścisłej czołówki. Niektórzy jednak są już po i wrócili do biegania, a ja muszę poczekać. Za dwa tygodnie mam zabieg a po nim.. może jeszcze drugi, bo boli jakoś tak symetrycznie. Wersja optymistyczna: wrócę do biegania po Nowym roku. Pesymistyczna: w okolicy RDS.

Na dziś to by było na tyle.

 

 

Reklamy

Szerszenie znad Chodelki

Trzy miesiące bez jeżdżenia na zawody to bardzo dużo. Choć do wyleczenia kontuzji jeszcze daleka droga, instynkt wziął górę i postanowiłem wystartować w pięćdziesiątce. Akurat w zeszły weekend był Mordownik. Najfajniejsza impreza w PMnO, na dodatek Mistrzostwa Polski.

Były tylko dwa problemy: pierwszy – że Mordownik to trudna impreza. Po trzymiesięcznej przerwie, bez treningów, niewiele tam bym osiągnął. Drugi: kontuzja wciąż jest niewyleczona. Ale udało się już zdiagnozować, co mi dolega. Wykończyłem w kolanie rzepkę. Na razie łykam prochy, a jeżeli nie pomogą to dostanę zastrzyk w kolano. Grunt, że noga nie pójdzie pod nóż. Jest też trochę mniej fajna wiadomość: fizjoterapeuta wyłapał jeszcze jeden problem i wysłał do chirurga. Tu muszę poczekać na potwierdzenie diagnozy, ale tym razem chyba nie obejdzie się bez skalpela.

Wracając do Mordownika: w obecnym stanie nie miałem po co tam jechać. Szczęśliwym trafem w tym samym terminie niedaleko od domu, między Lublinem a Kraśnikiem, miał odbyć się Rajd Żródeł Chodelki, ośmiogodzinny rogaining. Spakowaliśmy z PKŻ Erkę, namówiliśmy jeszcze Daniela Pocertescu i pojechaliśmy do Kłodnicy.

Na początku chciałem sobie pobiegać. Nie bardzo jednak dało się, bo PKŻ i Erka postanowiły iść ze mną. Chciałem jakoś pozbyć się ich, ale były strasznie uparte. Ja szybciej, to one też. Ja uciekam, to Erka szczeka. Odpuściłem, postanowiłem poczekać aż same zrezygnują. Po pięciu i pół godzinach, po trzydziestu kilometrach w końcu zmęczyły się. Poszły na metę, pozwalając mi poszaleć w samotności. No to przyspieszyłem na tyle, na ile pozwoliło kolano. Na mecie na liczniku miałem 46 kilometrów. Ile zrobiłbym, gdybym był zdrowy? Na tej trasie jakieś 60 – 64 kilometry.

Efekt końcowy był jednak doskonały. Wygrałem i to ze sporą przewagą nad drugim w klasyfikacji Mariuszem Motyką. PKŻ była trzecia, ale nie w kategorii kobiecej, tylko w generalnej. Obsada nie była wprawdzie szczególnie mocna (mocni pojechali na Mordownika), ale zwycięstwo zawsze sprawia przyjemność. Jak w takim razie wypadłbym na Mordowniku? Gdyby nawigacja poszła dobrze, miałbym szanse na zaliczenie kompletu punktów kontrolnych i miejsce w połowie drugiej dziesiątki. Gdyby nie poszła dobrze – skończyłbym bez dwóch – trzech, trzydziesty w klasyfikacji.

Miejsce na podium trasy trzygodzinnej wywalczył także Pocertescu. Było to jego pierwsze podium w karierze. Zapewne długo będzie je wspominał, bo na trasie miał niecodzienne przygody. Pocertescu zmuszony został do stoczenia boju z dzikim stworem. Jeden z punktów kontrolnych zlokalizowany był w pobliżu gniazda szerszeni. Owady trochę denerwowały się na przybiegających co jakiś czas zawodników. Stara prawda mówi, że gdy w pobliżu człowieka lata szerszeń, należy zachować spokój. Nie machać rękami, nie ruszać się. Można nawet do owada zagadać, spytać jak leci. Wtedy jest szansa na udobruchanie osobnika. Tak też postępował Pocertescu. Nieszczęśliwie jednak złożyło się, że kolega który był z nim na punkcie zachowywał się dokładnie na odwrót. Machał dużo rękami. W końcu  szerszeń naprawdę wkurzył się i zaatakował. Na dodatek zastosował odpowiedzialność zbiorową: kolega go wkurzył, a on użądlił Daniela. Tu jednak trafił na twardszego od siebie: Pocertescu okazał się być bardziej jadowity i szerszeń padł trupem!

Szczerze mówiąc to jad szerszenia nie jest jakoś szczególnie toksyczny. Ba, jest mniej toksyczny niż jad pszczoły czy osy. Ukąszenie tego owada jest jednak nieporównywalnie bardziej bolesne. Zawsze też może okazać się, że poszkodowany ma alergię na ukąszenia. W tym konkretnym przypadku skończyło się na bólu.

Jak ocenić Rajd Źródeł Chodelki od strony organizacyjnej? Było całkiem nieźle. Trasa była fajnie ułożona, z możliwością pokombinowania. Punkty stały tam gdzie powinny. Za lampiony robiły kartki A4, ale nie było najmniejszych problemów ze znalezieniem ich. Od strony sportowej wszytko zagrało tak jak powinno. Od strony socjalnej też było dobrze: dobra zupa na mecie, koszulki dla uczestników i możliwość noclegu w bazie. Drobne niedociągnięcia oczywiście też były, ale na tyle drobne, że nie wpływały na obraz całości.

Było fajnie!

Jeszcze taka mała ciekawostka: pierwszy raz zrobiłem imprezę ultra, na dodatek na orientację w sandałkach. I chyba nie ostatni. Jeżeli tylko nie ma chaszczy, to w sandałach całkiem fajnie biega się.

 

Miejsca na mapie

Nie chciało mi się w tym tygodniu pisać, więc zabrałem się za rysowanie. Sporządziłem mapkę miejsc, w których zdarzyło mi się biegać w zawodach. Mapka ma cel wybitnie autoreklamowy. Ma sugerować, że jestem zawodnikiem, który widział już wszystko, więc na pewno jestem super i hiper cośtam cośtam.

Legenda:

Kółko czerwone: rajd przygodowy

Duże czerwone: rajd przygodowy, którego zrobienie zajęło więcej niż dobę

Niebieskie: pięćdziesiątka piesza

Duże niebieskie: setka piesza

Bardzo duże niebieskie: dwusetka piesza

Zielone: bieganie krótsze niż 50 km lub inne sporty

TW 36

A skoro poszła wersja krajowa, to zabrałem się także za zagraniczną. Za granicą zostało jeszcze sporo miejsc do pobiegania. Na razie wygląda to tak:

TW0518

Dusiołek po raz trzeci

Fajny jest Dusiołek, tylko trochę pechowy. Nie jest traktowany przez uczestnikówna tyle poważnie, na ile by zasługiwał. Odbywa się niedługo przed Kieratem, mniej więcej w tym samym terenie, więc wielu uczestników setki traktuje go jako trening. Tymczasem jest to bardzo solidna impreza, zarówno organizacyjnie, jak i sportowo. Na pięćdziesięciu kilometrach jest zwykle 2000 – 3000 metrów podejść. Jak na ten dystans to dużo.

Jak było tym razem? Po obejrzeniu mapy uznałem, że nawigacja jest jeszcze prostsza niż zazwyczaj. Co z tego, skoro na trasie dołożyłem sobie bonusowe 20 minut. Może jednak nie było aż tak prosto?

Przelot na jedynkę: przez Ciecień czy Księżą Górę? Rok temu leciałem na Ciecień na azymut, więc wymyśliłem, że tym razem trzeba wejść bez kombinowania. Błąd! Ci, którzy poszli naokoło zarobili 7 – 8 minut.

Potem Śnieżnica czarnym szlakiem. Tu następuje selekcja na tych, którzy walczą i tych, którzy idą na spacer. Zbieg ze Śnieżnicy – doganiam i wyprzedzam Grzegorza Korpulę, by po wyjściu z lasu zbiec 100 metrów za daleko. Grzegorz, pamiętając o naszej walce na zeszłorocznym Kiwonie, wrzuca piąty bieg i ucieka pod kolejną górkę. Ja, pamiętając o zeszłorocznym finiszu na Kiwonie, obiegam ją naokoło. Na kolejnym punkcie okazuje się, że wariant rywala był dwie minuty szybszy.

Glichów, 33 kilometr – robię dodatkowe 300 metrów skuszony widocznym z dala szyldem sklepu spożywczego. Jest gorąco, kończy mi się picie. Funduję sobie colę i lody. Stracilem dystans, ale to inwestycja na kolejne kilometry.

Glich wierzchołek, 35 kilometr – niespodziewanie wychodzę z dołu prosto na punkt. Stoi nie tam, gdzie powinien. Jeszcze bardziej niespodziewanie dowiaduję się, że jestem piąty i mam 17 minut straty do podium. Wrzucam szósty bieg i lecę na dół jak wariat. Po drodze mijam Tomka Domina i Krzyśka Lachora, bardzo rozeźlonych, bo stracili kilka minut przez błąd obsługi sędziowskiej.

W dół kilometry uciekają szybko, pod górkę już nie. Zwalniam. Na kolejnym punkcie dowiaduję się, że nadrobiłem tylko minutę. Opuszcza mnie wola walki. Dalej do mety podążam nie przemęczając się zbytnio. Schodząc z Księżej Góry wybieram kiepski wariant i wyprzedzają mnie Krzysiek i Tomek.

Efekt: 7. miejsce, 54,5 km / +2700, czas 7.59. Uwzględniając dystans i przewyższenia – to mój najszybszy Dusiołek. Czyli było dobrze.

Jeszce kilka słów o dokładności pomiarów na różnych urządzeniach. Niektórzy mieli po około 49 kilometrów, rekordziści nawet poniżej 49. Tymczasem na trasie nie było nic, co powodowało by takie różnice. Owszem straciłem 20 minut na nawigacji, ale mogłem w ten sposób dołożyć sobie najwyżej 2,5 kilometra. Z kolei suma przewyższeń wyszła o 300 – 400 metrów większa niż u niektórych i to już jest niesamowite, bo biegaliśmy po tych samych górach. Znowu wyjdzie, że marny ze mnie nawigator, a to tylko różnica w dokładności urządzeń pomiarowych.

A poza tym to Dusiołek jest fajny. A Ciecień i Śnieżnica najfajniejsze.

 

 

 

Jedna mała dziurka

Irokez, rogaining 24-godzinny, Mistrzostwa Polski, Mielec, 21-22.04.2018

8.00 Zaczynamy. Do zespołu zaprosił mnie Tadeusz Podraza, zawodnik nie bardzo szybki, za to bardzo wytrzymały. Co sezon kończy kilkanaście imprez ultra mających po 100, 200, a nawet ponad 600 kilometrów długości

8.20 Pierwszy punkt zaliczamy nieco naokoło. Wychodzimy z niego przez bagienko i ze zdziwieniem patrzymy na teoretycznie szybszych od nas Bartka karabina i Mariusza Opiołę, którzy dobiegają dopiero do punktu z przeciwnej strony

11.20 Mamy już ponad 500 punktów przeliczeniowych. To 1/4 mojego planu zrobiona w 3.20. Ciepło jest, jakieś 25 stopni. Niedługo Tadek złapie na termometrze 29 stopni

12.00 Tracimy ochotę na bieganie. Jest za gorąco

13.00 Zaliczamy 8D. Zabawny jest wzór perforatora na tym punkcie, ma tylko jeden ząbek

14.30 Atakujemy wieś ze sklepem. Niestety sklep był czynny tylko do 13.00. Wbijamy się na jedno z podwórek i prosimy gospodarzy o wodę.

15.00 Przed startem wymieniłem w butach zniszczone wkładki. Przełożyłem nowe z innej pary. Teraz czuję, jak te nowe zaczynają wędrować wewnątrz buta, a przód jednej z nich zwija się

17.00 Zgubiłem kompas. Do tej pory nawigowaliśmy razem, choć dowodził Tadeusz. Od tego momentu będzie nawigował sam, bez mojej pomocy

18.00 Piecze mnie pod lewą stopą. Zrobił mi się bąbel od pozwijanej wkładki. Wyrzucam ją i dalej idę w trochę zbyt luźnym bucie

19.00 Sklep. Przed sklepem Milada Klapkova i Michal Klapka. Jak przystało na Czechów siedzą i piją piwo. Milada wygrywała kiedyś setkowy ranking PMnO, a Michal bywał na podium klasyfikacji generalnej

23.00 Niedobrze, kryzys. Czuję, że słabnę. Nie daję rady utrzymać tempa partnera. Jedzenie nie wchodzi, słodkie picie też nie. Przez jakiś czas można by mnie przewrócić jednym palcem. Dawno już mnie tak nie stargało.  Chwilę leżę na ziemi, potem dopada mnie telepawka (temperatura w nocy spada do 6 stopni). Jakoś jednak zbieram się i człapię za Tadkiem

24.00 Punkt 5A, zagłębienie terenu. W miejscu gdzie powinien być punkt jest wielkie wyrobisko. W pobliżu jest kilka mniejszych. Szukamy punktu przez 40 minut, tzn. Tadek szuka, a ja błąkam się półprzytomny. Chcę położyć się i umrzeć, ale wstyd mi przed kumplem, więc łażę w tę i z powrotem udając, że szukam z nim

0.40 Siedzę na skraju wyrobiska powtarzając mantrę „75 metrów od drogi. Ale tu go przecież nie ma. 75 metrów od drogi. Ale tu go przecież nie ma.” Tadek też ma dość. Odpuszczamy. Idziemy na następny punkt. Nawykowo liczę kroki i nagle przychodzi olśnienie. Od wyrobiska do drogi jest 35 metrów czyli punkt musi być 40 metrów dalej. Odliczamy, wchodzimy w krzaki i… mamy go! Szukaliśmy po wyrobiskach, a on siedział w zwykłym dołku

2.00 Odżyłem. Alleluja!

4.00 Jesteśmy obaj zmęczeni. Zaczynamy robić błędy nawigacyjne. Tu 15 minut, tam 20, spada nam tempo

5.00 Lewa stopa pali. Bąble zaczynają gwałtownie rozmnażać się. Rosną w oczach

6.00 Zrobiliśmy wszystkie zaplanowane punkty. Zostały jeszcze dwie godziny. Może zrobilibyśmy coś jeszcze?

6.45 Trochę pogubiliśmy się, ale złapaliśmy 3C

7.18 Meta. Już wystarczy. Uff, co za ulga. Według moich wyliczeń mamy 2230 punktów

7.25 Sędzia liczy nasze punkty. Wychodzi 2150. Biorę do ręki kartę i sprawdzam. Też wychodzi 2150. No dobra, i tak nieźle

7.26 Na metę wchodzą Piotr Jaśkiewicz i Radek Defeciński. Faworyci. Sędzia liczy punkty: 2140. Ogrywamy ich!

7.45 Mariusz Opioła i Bartek Karabin na mecie. Zrobili jakiś kosmiczny wynik, nikt ich nie prześcignie

7.55 Finiszują Kasia Sochacka i Przemek Witczak. Mają 2200 i zajmują drugie miejsce.


iro

Trzecie miejsce w Mistrzostwach Polski. Co za wynik! Pierwszy raz odkąd startuję jestem na podium mistrzowskiej imprezy. Nie miałem do tej pory szczęścia do takich zawodów. Zawsze byli lepsi ode mnie. Bo nie ukrywajmy: nie jestem jakimś supertalentem. Owszem, zdarza mi się mocno  zap…dalać na treningach, ale tak naprawdę, mimo wielkiego doświadczenia jestem tylko dobrym przeciętniakiem. Ot, czasem wyrwę jakieś podium w mniejszej imprezie. Ale w ważnych medale zdobywają inni.

Ostatni raz na podium setki na orientację stałem 13 lat temu. Potem było świetne 6. miejsce w Mistrzostwach Europy w rajdach przygodowych, były nawet wygrane pięćdziesiątki, ale na długich nawigacyjnych trasach byłem daleko od miejsc najwyższych. Teraz niespodziewanie udało się. Niespodziewanie, bo w trakcie zawodów wydawało mi się, że jestem cieniutki. Dopadł mnie potężny kryzys, który udało się przełamać. O tej edycji Irokeza będę pamiętał i opowiadał przez lata.

Nie było by to możliwe bez Tadka. To on nawigował, to on był motorem napędowym zespołu. Wydawało mi się, że jestem słaby, a w rzeczywistości to on był taki mocny. Tadeusz ma dość niezwykłe miejsce w historii polskiego ultra. Tam, gdzie inni kończą on dopiero zaczyna. Ma w dorobku 300-kilometrowy Tor Des Geants i 600-kilometrowy Goldsteig. Dwa razy był na podium Beskidy Ultra Trail, najtrudniejszej w Polsce imprezy ultra. Po raz trzeci stanął na podium Mistrzostw Polski w rogainingu. Niewielu zawodników ma taki dorobek.

rano


Fajna jest ta Puszcza Sandomierska. W okolicy Mielca jest identyczna jak pod Stalową Wolą. Wszędzie sosny, sporo piachu, może tylko wydmy większe. Właściwie to czułem się tam jak domu.

To samo można powiedzieć o Irokezie. Pod szyldem Compassu imprezę robią Mariusz Maryniak i Piotr Pietroń. Ciekawe, ale moją pierwszą imprezą ultra był wiele lat temu Salomon Trophy, także robiony przez Compass. Przez lata zmienili się ludzie, ale szyld wciąż jest ten sam. Jakość tych imprez też jest wciąż na wysokim poziomie. Pod względem rozstawienia punktów czy konstruowania trasy to impreza wręcz archetypowa.

Jedyne, co zmieniłbym w Irokezie, to dołożyłbym klasyfikację par mieszanych. Takiej np. Katarzynie Sochackiej trudno jest ogrywać mężczyzn. Wynik zrobiła fantastyczny i jako najlepsza kobieta zasługuje na tytuł Mistrzyni Polski.


To jednak jeszcze nie koniec emocji.

Wtorek dwa dni po zawodach, 20.10 Tadek przysyła informację: „Nie zaliczyli nam 8D”. Dzwonię do Mariusza i pytam, czy można jeszcze składać protesty.

-Tak, można jeszcze do czwartku.

-Czy możesz sprawdzić jeszcze raz karty startowe? Chodzi nam o punkt 8D

-Ten, na którym był perforator z jednym ząbkiem?

W tym momencie wszystko staje się jasne. Perforator robił jedną malutką dziurkę, która umknęła uwadze sędziego. Nie zauważyłem jej i ja, gdy sam liczyłem punkty.

Środa, 9.00 Na Facebooku ukazuje się komunikat o zweryfikowaniu wyników. Mamy 2230 punktów i wskakujemy na drugie miejsce.

Jesteśmy z Tadeuszem wicemistrzami Polski!!!

31301962_943629575797446_4358197405099753472_n

Fot. FB Compass zawody

 

 

U Hucułów

Zaczęło się poważnie, od hymnu. To były oficjalne Mistrzostwa Ukrainy w trailu. Atmosfera szybko zelżała, gdy na scenę wyszły dwie panie i zabawiały sportowców ukraińską popsą. Po kilku piosenkach ruszyliśmy na trasę Sokole Oko, najdłuższą, 52 km / +2800 na Hucuł Trail.

DSC03001.JPG

Założenia były proste: czas w granicach 8 – 9 godzin i miejsce na podium w kategorii + 40. W zeszłym roku w 8 godzin zrobiłem Dusiołka, imprezę o prawie identycznych parametrach. Początek był nawet niezły, pierwsze 10 km  biegłem na 7.30. Tylko miejsce było słabe, bo gdzieś w połowie czwartej dziesiątki. Już druga górka brutalnie zweryfikowała plany. Dość stroma była i prawie stanąłem w miejscu. Powolutku wszyscy mnie wyprzedzali, a ja człapałem krok za krokiem.

DSC03030

Nie tak miało być. To była druga górka, a takich większych na trasie było siedem. I na każdej kolejnej byłem coraz słabszy i wolniejszy. Nie wiem, co się stało, bo na mecie nie byłem bardzo zmęczony. Na drugi dzień też nic mnie nie bolało. Żadnych zakwasów, żadnej rwy kulszowej. Tylko siły nie miałem, by biegać.

Pod górę wiadomo, biegać się nie da. Na dół też nie, bo za stromo. Po śniegu nie, bo ślisko. Po błocie to już w ogóle się nie da. To może po równym? Nie, gdzieś trzeba przecież odpocząć. Niedobrze mi było cały czas i głowa bolała. W końcówce pozwoliłem sobie nawet na małego pawia. Wtedy zrobiło mi się lepiej, ale do mety było już za blisko, żeby cokolwiek nadrobić.

Ale jak się nie da, jeżeli się da. Zwycięzca zrobił całość poniżej siedmiu godzin.

Do mety doturlałem się po dwunastu godzinach, cztery godziny powyżej planu,co wystarczyło do 55. miejsca na 77 uczestników.  Żenada. Beznadzieja. Dno.

A może jednak nie do końca? To wcale nie były łatwe zawody. Co prawda śniegu nie było dużo, ale za to błota nie brakowało. Nie byłem nigdy na Łemkowynie, ale to, co zobaczyłem na Hucule w zupełności mi wystarcza. Błoto płytkie, błoto głębokie, zasysające, przytrzymujące, wywracające, oblepiające i poślizgowe. Każde możliwe. A buty w tym błocie ważyły każdy o kilogram więcej niż powinien.

DSC03562

Zanikające ścieżki? Były. Odcinek poprowadzony przez środek strumienia? Proszę bardzo, był. W poprzek strumienia? Takiego górskiego, z siłą wodospadu i po śliskich kamieniach też był. A może by tak kilkaset metrów pod górę przez wąski wąwóz, oczywiście przez potok  ? Najlepiej tak stromy, żeby chwilami trzeba było używać wszystkich czterech kończyn? To wszystko udało się zmieścić na trasie Sokolego Oka.

Zawody były bardzo spektakularne pod względem widokowym. Choć nie wybiegliśmy powyżej 900 m npm, to widoki na grzbiety i doliny Beskidów Huculskich były niezwykle efektowne. Co podejście oglądać mogliśmy nową dolinę. Przez kilometrów biegliśmy po cudnych połoninach. Zadziwiające jest, jak wysoko ludzie budoją domy, choć trudno czasem znaleźć do nich sensowną drogę. Przez chwilę otwarł się nam niezwykły widok na Hryniawy, Czywczyn i Czarnohorę z Popem Iwanem. Miałem chwilę satysfakcji, gdy biegnąc z trojgiem zawodników lokalnych, nie oni mi, lecz ja im, localesom, opowiadałem o górach zamykających horyzont.

Punkty odżywcze były skromne. Woda, cola, figi, banany, jakieś ciastka, na niektórych cieple zupki. Było ich pięć, na taki dystans wystarczająco. Opublikowany był dokładny wykaz i z góry było wiadomo czego i gdzie się spodziewał.

Były i mankamenty. Najsłabszym punktem zawodów było oznakowanie trasy. W niektórych miejscach zbierały się kilkuosobowe grupy szukające ostatniego znacznika. Powtarzało się to kilkukrotnie. Dołożyłem sobie w ten sposób jakieś trzy kilometry. Rozwiązanie tego problemu było jednak banalne: wystarczyło mieć wgrany w jakieś urządzenie track GPS, by nie gubić się.

Drugim mankamentem było niedoszacowanie trasy. Na FB zawodnicy ukraińscy pisali, że było to ok.  55 km / + 3400. Zwłaszcza ten drugi parametr troche zmienia ocenę końcową osiągniętego rezultatu.

Organizatorem imprezy był Aleksandr „Szura” Olivson. Powinni go pamiętać uczestnicy Bergson Winter Challenge. Przed kilku laty często przyjeżdżał do Polski, by ze swoim zespołem regularnie plasować się na podium najdłuższej trasy tych zawodów. Szura ma też w dorobku miejsce w pierwszej dziesiątce mistrzostw świata w rajdach przygodowych. Kiedyś miał świetne wyniki jako zawodnik, teraz jest równie dobry jako organizator. Robi największe na Ukrainie imprezy trailowe:

Hucuł Trail, marzec, Wyżnica, 23 i 52 km

Dzembronia Trail, kwiecień, Dzembronia, 24 i 42 km

Karpatia Trail, czerwiec, Wołowiec, 66 i 103 km

100 BukoMil, sierpień, Worochta, 71, 118, 186 km

Endurance Trail, wrzesień, Bukowel, 20 i 55 km

Strona organizatora

Strona Hucuł Trail

DSC03012

Komu można te imprezy polecić? Typowym ultrasom biegającym z klapkami na oczach  po równych drogach w poszukiwaniu punktów ITRA niekoniecznie. Ale ci, którzy biegają ultra na orientację powinni być usatysfakcjonowani. Uczestnicy rajdów przygodowych również. Te imprezy powinny podobać się też klasycznym poszukiwaczom przygód, dla których wynik sportowy będzie drugorzędny.


Hiu – zrobiłeś wynik poniżej planu. Pamiętaj jednak, że nie masz już 30 lat, taki prawie oldboy już jesteś. Nie piernicz, że było słabo, bo impreza była bardzo konkretna i za dwa – trzy lata będziesz bardzo dumny, że ją ukończyłeś.

DSC03561

Porachunki z Pokuciem

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, gdzieś w Beskidach Pokuckich…

…eee… gdzie?..  w jakich Beskidach?…pisz Hiu normalnie, przecież nie ma takich Beskidów, a już na pewno w Polsce nie ma…

Był koniec kwietnia 2008. Dwie polskie czwórki wybrały się na Ferrino Extreme Marafon, ponad trzystukilometrowy rajd przygodowy do położonej u stóp Czarnohory Worochty (Czarnohora brzmi lepiej, to już niektórzy kojarzą gdzie). Pojechały i poniosły klęskę. Zespół Brubeck / napieraj.pl nie przetrwał nawet pierwszej nocy, koledzy z Adventury wytrwali na trasie niewiele dłużej. Składy były ciekawe. W Brubecku oprócz mnie byli jeszcze Maciek Tracz, wtedy absolutna czołówka krajowego adventure racing i Krzysztof Dołęgowski, ten od Chudego Wawrzyńca. Miała z nami startować wtedy nikomu szerzej nie znana Agata Matejczuk, ale coś jej wypadło i zastąpiła ją Iza Cieluch. Iza, bardziej znana pod nazwiskiem Burzyńska, niedługo potem stanęła na podium setki w B7D.

Skład był bardzo mocny, a jednak polegliśmy. Pokonała nas nocna przeprawa z rowerami na plecach przez Beskidy Pokuckie. Polegliśmy w walce z błotem, śniegiem i drogami istniejącymi jedynie w wyobraźni autora mapy. Na pocieszenie zostało nam, że prawdopodobnie jesteśmy w ósemkę jedynymi Polakami, którzy z rowerami na plecach pokonali to pasmo górskie w poprzek, na dodatek w warunkach półzimowych. I tak zostanie pewnie co najmniej przez następne 5o lat, bo pożytku z takiego przejścia nie ma żadnego, a sława ma zasięg bardzo ograniczony. Właściwie to nawet zerowy.

Relacje Maćka i Izy z 2008 roku

EM

Na FEM wróciliśmy prawie wszyscy rok później. Adventura (Magda Łączak, Paweł Dybek, Igor Blachut, Irek Waluga) zajęła 3. miejsce w mastersach. Mi udało się wystartować w parze z Michałem Kiełbasińskim. Kolejne w tym zestawie duże nazwisko. Po czterech dniach i trzystu kilometrach rywalizacji zajęliśmy drugie miejsce. Udowodniliśmy sobie, że potrafimy okiełznać ukraińskie Karpaty. Tym razem jednak bój toczył się w Czarnohorze, Gorganach i na Świdowcu. Tylko przez parę chwil mieliśmy w zasięgu wzroku Beskidy Huculskie.

P1120689


Minęło prawie dziesięc lat. Przypomniałem sobie o zawodach na Ukrainie dzięki Sławkowi Konopce, który organizuje tam Bojko Trail. Trasa tej imprezy jest bardzo spektakularna. Za jednym zamachem można zaliczyć Pikuja, Ostrą Horę i Połoninę Równą. Niewiele jest w Polsce tras takiej urody.

Mam jednak taki defekt, że w obcym kraju wolę spotykać raczej autochtonów. Polaków oglądam wystarczająco często w Polsce. za granicą nie są mi do niczego potrzebni. Dlatego  zupełnie mnie nie pociagają zawody takie jak właśnie Bojko Trail czy Lavaredo UT, gdzie naszych liczy się nie na sztuki, tylko na autokary.

Dużo wiecej przyjemności sprawia mi ściganie się z zawodnikami lokalnymi.


Poszukałem, pogrzebałem i… mam!

Hucuł Trail na Pokuciu. Tym samym Pokuciu, gdzie dziesięć lat temu ponieśliśmy totalną porażkę. Będzie okazja odkuć się po latach. Tym przyjemniejsza, że za organizację odpowiada… ta sama ekipa Szury Olivsona, która kiedyś organizowała FEM.

Dystans nie powala, raptem 52 kilometry. Przewyższenie już bardziej: + 2800 metrów. Będzie syto, bardzo syto. To jednak nie koniec atrakcji. Na dzień dzisiejszy na trasie leży 30 – 40 centymetrów śniegu. Trasa przed zawodami nie będzie odśnieżana. Gdyby taka impreza odbywała się u nas dystans zapewne zostałby skrócony (jak np. na Niepokornym Mnichu). Ukraińcy nie są tacy delikatni, biegają bez względu na warunki. W zeszłym roku zwycięzca potrzebował na pokonanie tej trasy aż siedem i pół godziny, a osiem godzin wystarczało do miejsca na podium.

Jest jeszcze jeden drobiazg dodający imprezie smaku. Będą to certyfikowane przez Ukraińską Federację Lekkoatletyczną Mistrzostwa Ukrainy w trailu.

Może być fajnie.


A Huculi to taki lud na wymarciu, żyjący gdzieś na granicy Serbii. Oglądałem film, to wiem.