Wejście Smoka

Od początku chciałem jechać na tę imprezę. Podobała mi się nazwa: Przejście Smoka. Wymyśliłem sobie, że gdybym uzyskał jakiś spektakularny rezultat, to blogowej relacji dałbym tytuł „Wejście Smoka”, a potem w relacji porównywałbym się z Brucem Lee. Nie tylko nazwa podobała mi się, także to, że baza miała mieścić się w Bochotnicy, obok Kazimierza nad Wisłą. Miejsca, gdzie są setki, o ile nie tysiące pięknych wąwozów. Nie ma drugiego takiego miesca w Polsce, a i w Europie nie wiem, czy jest gdzieś podobny teren. Był jeszcze jeden prozaiczny aspekt sprawy: z miejsca gdzie mieszkam do bazy jedzie się 100 minut. To jeden z najkrótszych dojazdów na zawody.

W bazie przywitali nas ludzie biegający z czołówkami i zaglądającymi pod krzaki i rynny. Było to Mini InO, krótka zabawa na malutkich lampionikach pochowanych w różnych zakamarkach. Dosłownie dwie minuty później my też czesaliśmy teren dokoła szkoły.

Mini InO było fragmentem czegoś, co określiłbym jako niemal festiwal imprez nawigacyjnych. Organizatorzy, KInO Stowarzysze, przygotowali jeszcze cztery trasy do marszów na orientację oraz rogaining. Do wyboru były trasy ośmio- i pięciogodzinna, trasa rowerowa oraz w niedzielę rano trzygodzinne dożynki. W terenie na samym tylko rogainingu stanęło 77 punktów kontrolnych.

Ale najważniejsza była mapa.

Została stworzona praktycznie od zera. Skala 1: 15 000, format A2. Potężna płachta z zaznaczoną każdą drogą i każdym domem w okolicy. Wrażenie było oszałamiające. Jeszcze nigdy nie biegałem na tak dokładnej, wielkiej i jednocześnie ładnej mapie. I jeszcze te wąwozy, a w nich 77 punktów!

O ile mapy dostaliśmy jeszcze wieczorem, to wartości wagowe punktów otrzymaliśmy na dziesięć minut przed startem. Akurat to nie było fajne, bo brakło czasu, by wyznaczyć sensowny wariant. Pół godziny było by w sam raz.

Początek miałem nędzny:

–  na pierwszym punkcie nie spojrzałem na kompas i zbiegłem nie tam, gdzie trzeba. Półtora kilometra nadróbki,

– trzeci punkt przestrzeliłem o 200 metrów. Może to niedużo, ale musiałem cofać się przez gęste krzaczory,

– przed czwartym zgubiłem kartę startową. Na szczęście domyśliłem się gdzie. Znalazłem ją, ale dołożyłem sobie kilometr i stratę nerwów,

– piątego nie znalazłem wcale. Upierniczyło mi się, że będzie stał w wąwozie na dole, a on grzecznie stał na górze,

– szósty (426) stał na wąziutkim grzbieciku. Atakowałem go od drogi przez geste, dwumetrowe trzciny, przez które nic nie było widać. Najpierw wbiłem się w bagno powyżej kostek, potem dwa razy wszedłem nie na ten grzbiet, co trzeba. A potem… przez dwumetrowe trzciny przejechał traktor i zrobił piękną drogę prosto na właściwy grzbiet.

W tym momencie, półtorej godziny od startu, zawody były dla mnie jedną wielką katastrofą. Mój duchowy patron Bruce Lee na pewno nie był by ze mnie dumny.

Ale wtedy los prawie się odmienił. Zacząłem dobrze nawigować. Do końca zawodów nie zrobiłem już ani jednego błędu. Drogi zgadzały się, poziomice również. Mapa sama prowadziła z punktu na punkt. Dlaczego więc napisałem „prawie”? Bo dostałem biegowstrętu. Teren był niełatwy, średnio na każdy punkt przypadało ok. 50 m podejść. Na koniec sezonu wyszło ze mnie przemęczenie i ciężko było mi zmusić się do biegania.

Finalnie zająłem czwarte miejsce. Właściwie niezłe. Przez niespełna osiem godzin machnąłem około 5o kilometrów. Zaliczyłem 28 punktów z wynikiem 123 pp. Trzeci Adam Michalski miał ponad 140 pp i nawet przy dobrej nawigacji od początku i tak bym go nie wyprzedził. Zwycięzcy, Mateusz Mioduszewski i Tomasz Duda mieli ponad 180 pp. Zastanawiam się, ile by w Bochotnicy nabiegał Bruce Lee. PKŻ (75 pp) może by ograł, ale nie wydaje mi się, by miał szanse zdobyć choćby 100 pp. Może ten Bruce wcale nie był taki mocny, jak nam się wydaje? Quentin Tarantino i Brad Pitt trochę go niedawno odbrązowili.

Ogółem na trasach rogainingowychprzez dwa dni  wystartowało około  50 osób. Mieli okazję zobaczyć najlepszą mapę w historii PMnO oraz jedną z najbardziej spektakularnych tras w historii zawodów rozgrywanych pod tym szyldem. KInO Stowarzysze zaliczył prawdziwe „wejście smoka” do grona organizatorów pucharowych imprez. Cieszę się, że mogłem w tym uczestniczyć.

Scan

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s