O Jatce, co naprawdę była jatką

Stęskniłem się za bieganiem na orientację. Za nabijaniem kilometrów i szukaniem punktów kontrolnych. Za piciem piwa na mecie i omawianiem wariantów. Gdy tylko ortopeda dał mi zielone światło na bieganie – nie wahałem się i od razu wypełniłem formularz zgłoszeniowy na Jurajską Jatkę.

To, że lekarz pozwolił jednak niewiele znaczy. Kolano trochę jeszcze boli, ale da się z tym żyć. Gorsza sprawa, że w międzyczasie pojawiła się jeszcze jedna kontuzja. Niefajna, bo mogę co najwyżej truchtać, a  i to raptem tylko po kilka kilometrów. Najgorsze, że tym razem chyba nie da się uniknąć skalpela.

Wracając do Jatki: punktów kontrolnych było 23. Pierwsze trzy weszły na czysto, potem mała nadróbka, znowu pięć na czysto. Dalej wpadka na 15 minut i kilka znowu na czysto. Nawigacja szła sprawnie. Było to o tyle ciekawe, że trasa nie była łatwa. Mniej więcej co drugi punkt jakieś były azymuty i to nie takie po dwieście metrów, a po kilkaset. Czasem nawet powyżej kilometra przez nieprzebieżny teren. Bolało mnie małe co nieco i po trzech godzinach został mi tylko trucht. Zaplanowałem sobie zrobienie całości w 10 – 11 godzin, żeby nie szwendać się po lesie w nocy, gdy ślepnę, ale plan powoli stawał się nierealny.

Nieszczęście nastąpiło po zmroku. Przelot z 26 na 27, ze skałek rzędkowickich na podlesickie. Najpierw ponad kilometr na azymut, a potem poszukiwanie w ciemności skałek. Owszem, znalazłem. Wgramoliłem się na wierzchołek, ale punktu nie było. Zszedłem więc drogą do najbliższego punktu z którego mogłem się dokładnie namierzyć. W praktyce aż do Podlesic, prawie dwa kilometry dalej. Potem poszło łatwo, za drugim razem punkt znalazłem bezproblemowo. Przy okazji okazało się, że za pierwszym razem wynawigowałem… idealnie na punkt. Tyle tylko, że skałki miały dwa wierzchołki, a ja zaatakowałem ten bez punktu. Taki żart losu…

Nie ostatni tego dnia. Chwilę potem zaatakowałem 28. Po dwudziestu minutach marszu w stronę tego punktu niespodziewanie wróciłem pod 27. Jak? Nie pytajcie, nie wiem. Nie miałem telefonu z endomondo ani zegarka, więc nigdy nie dowiem się, jak to zrobiłem. W tym momencie wola walki zanikła. Byłem zmęczony i odwodniony. Picia zabrałem tyle co zwykle na 8 – 9 godzin. Tymczasem dochodziła dwunasta godzina na trasie. Odpuściłem. Wróciłem do bazy. Na metę wszedłem bardzo, ale to bardzo zmęczony, mając w nogach ponad 60 kilometrów.

Wynik końcowy: bez trzech. Wynik na miarę aktualnych możliwości, po czteromiesięcznej przerwie w treningach, jednej kontuzji niezaleczonej i drugiej napoczętej. Na tyle teraz mnie stać.

Rok temu napisałem, że skończył się czas łatwych Jatek. Przez ten czas trend pogłębił się: Jatki są już nawet nie trudne, a bardzo trudne. Nawigatorzy mieli mnóstwo okazji do wykazania się umiejętnościami. Łukasz Korzeniewski, szef imprezy, postawił przed uczestnikami poprzeczkę bardzo wysoko. Trend do robienia tras trudnych nawigacyjnie ma jednak też pewien minus: o ile są to trasy atrakcyjne dla pewnego hermetycznego grona stałych bywalców, to dla początkujących mogą być raczej zniechęcające. Co zaś  do stałych bywalców: pod względem towarzyskim Jatka staję się powoli imprezą numer jeden w południowej części PMnO).

Podsumowując: wynik sportowy słabiutki, ale na miarę możliwości. Impreza przednia, ze znakiem jakości. Dla mnie absolutny pucharowy top.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s