Basilica Fortificata, cz. 4

Jedziemy w stronę Braszowa. Najkrótsza droga prowadzi przez jeden z symboli Rumunii: zamek w Bran, siedzibę Draculi. Wiele razy powtarzałem, że nie interesują mnie zabytki przerobione na disneyland, że moja stopa w tym miejscu nie stanie. Tak jednak głupio się złożyło, że wbrew planom, Bran zwyczajnie jest po drodze, nie da się go ominąć. Zanim wjedziemy do miasteczka musimy jeszcze odstać swoje w trzykilometrowym korku. Przez miejscowość poprowadzona jest tylko jedna droga, a wszyscy chcą koniecznie zobaczyć zamek Draculi.

DSC04113

Pod zamkiem dziki tłum. Dziesiątki straganów i setki ludzi. Zgiełk i harmider. Aby kupić bilety trzeba odstać swoje w olbrzymiej kolejce. Na oko to godzina – półtorej czekania. Wstęp kosztuje 40 zł, drogo. Z ulgą przyjmuję decyzję reszty ekipy, że nie chce nam się czekać. Dzięki temu dotrzymuję słowa – moja noga na zamku nie stanęła. Przyznać jednak mu trzeba, że z zewnątrz wygląd ma cudny.

Kolejny punkt programu to Braszów. Wielokulturowe dwustutysięczne miasto z piękną starówką. Można tu szukać śladów niemieckich, węgierskich i żydowskich, ale są i polskie. Podczas Wiosny Ludów przez kilka dni gościł tu generał Józef Bem. Upamiętnia to tablica na jednej z kamienic. Węgrzy pamiętają o polskim bohaterze, w Polsce to postać nieco zapomniana. Można przypuszczać, że to dlatego, że pod koniec życia generał przeszedł na islam.

DSC_0167

Nocleg znajdujemy dopiero w Sfantu Georghe (tym z judetulu Covasna, bo jest jeszcze drugie pod Tulczą). Po raz kolejny objawia nam się bogactwo kulturowe Rumunii – Sfantu Georghe to stolica seklerszczyzny, rejonu zamieszkałego w 80 % przez Węgrów. Nikt tu nie mówi po rumuńsku, nie ma po co.

Mieszka tu 60 tysięcy ludzi, mniej więcej tyle co w Stalowej Woli. W przeciwieństwie do mojego miasta jest tu jednak kilka zabytków z XV-wiecznym kościołem na czele. Jest tu teatr, podobno jeden z lepszych w kraju (w moim mieście nie ma teatru). Są tu kafejki w których do późnej nocy można pić piwo, a od wczesnego ranka raczyć się kawą (otwarte jeszcze przed ósmą rano).

DSC04144

Kolejny dzień stoi pod znakiem „basilica fortificata”. Hasło to oznacza warowne kościoły, siedmiogrodzki znak rozpoznawczy. Przed wiekami był tu zwyczaj, by kościoły we wsiach otaczać murami obronnymi tak, by w razie zagrożenia w środku mogli schronić się mieszkańcy. Na pierwszy ogień idzie Prejmer, kościół zbudowany przez… Krzyżaków. To największy z warownych kościołów. Mury obronne sięgają do 14 metrów wysokości. Grube są, bardzo grube. W środku dowiadujemy się po co. Wewnątrz murów znajduje się ponad 270 cel, które w przypadku najazdu wroga były zajmowane przez ludzi. A ponad nimi jest część wojskowa, przestrzeń dla żołnierzy, z której prowadzili oni działania wobec przeciwnika.

DSC04154

DSC04184

Kolejna basilica firtificata to Homorod. Bardzo malownicza, choć spoza listy UNESCO. Bramę otwiera nam pan Johan. Zaraz po nas wchodzą niemieckie turystki. Johan zaprasza je na wieżę, gdzie mogą uruchomić dzwon. Potem następny turysta pociąga za sznurek i jeszcze kolejny. Mija 20 minut, a turyści radośnie biją w dzwon. Jeżeli tak jest codziennie, to podejrzewam, że pan Johan jest najbardziej nielubianą osobą we wsi.

DSC04192

Kilka kilometrów za Homorod asfalt kończy się. Dalej jedziemy szutrówką do Darjiu. To kolejny warowny zamek, tym razem seklerski, albo jak kto woli węgierski. Kościół jest nieco mniej efektowny niż poprzednie. Nowy jest dach, nowe drzwi wejściowe nie pasują do bryły budynku. Naszą uwagę przyciągają całe rzędy wielkich drewnianych skrzyń ustawionych w krużganku. Seklerzy byli zapobiegliwi – każda rodzina miała przy kościele swoją skrzynię. Po zbiorach mieli obowiązek uzupełnienia skrzyni, by w razie oblężenia mieć co jeść.

DSC04233

Niespodziewanie odczuliśmy w Darjiu genius loci. Coś nieuchwytnego, coś co sprawiło, że poczuliśmy się tam dobrze.

Nieuchwytnego…

Za Darjiu asfalt znowu znikł. Nie jest łatwo dojechać do tej miejscowości. Nie trafia tam dużo Polaków. Po powrocie do domu próbowałem wyguglać więcej informacji o tej wiosce i… poza wzmianką na Wikipedii o kościele (jest na liście UNESCO) w polskojęzycznym internecie nie ma nic!

DSC04246

Potem wpadliśmy na chwile do Sighisoary. Byliśmy tam już kilka lat temu. Standardowo obejrzeliśmy wieżę zegarową, malutką starówkę, dom Vlada Palovnika, kościół na wzgórzu (basilica fortificata) i cmentarz ewangelicki. Sighisoara czyli wiadomo: średniowieczna perełka. Można godzinami chłonąc klimat.

DSC04270

Potem pojawił się problem: w Sighisoarze nie było miejsc noclegowych. Nie było ich także w okolicy Sighisoary. Ani bliskiej, ani dalekiej. Był szczyt sezonu turystycznego i w promieniu 150 kilometrów nigdzie nie było wolnych miejsc. Namioty rozbiliśmy więc w polu kukurydzy.

Następnego dnia zwiedziliśmy jeszcze Pestera Ursilor, jaskinię Niedźwiedzią w Chiscau. Tzn. zwiedzili PKŻ i Daniel. Oni oglądali, a ja spacerowałem z Erką. Na szczęście nie lubię jaskiń, wiec było mi to nawet na rękę.

Po drodze, gdzieś w górach, przy zjeździe z przełęczy położonej na 1400 m n.p.m. skończyły się nam klocki hamulcowe. Przed wyjazdem mechanik powiedział, że są dobre. Ale po drodze sporo gór było, więc starły się. Była sobota, warsztaty mechaników pozamykane. Nie chciałem martwić reszty ekipy zbędnymi szczegółami. Obiecałem, że dam radę i dojechałem do Polski ze startymi klockami. Polak potrafi!


3 warowne kościoły

1 zamek

3 średniowieczne miasta

2 monastyry

1 zapora wodna

2 szczyty górskie powyżej 2400 m n.p.m.

1 jaskinia

2 cule (he he, co to jest?)

6 obiektów z listy UNESCO

To wszystko w 8 dni za mniej niż tysiąc złotych. Nieźle!

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s