Sprawa się rypła

Jest taka impreza sportowa, która nazywa się Kazinczy Emlektura. Ma też drugą nazwę Kazinczy Memorial Tour. Odbywa się w Zemplenach, na węgiersko – słowackim pograniczu. Główna trasa zawodów ma 206 kilometrów długości i prawie osiem tysięcy metrów sumy podejść. Ale można spróbować czegoś krótszego, do wyboru są także trzy setki, cztery pięćdziesiątki, a nawet dwudziestka. Miałem przyjemność być tam cztery razy, z tego dwa razy dałem radę całej trasie. Określenie „byłem” nie jest jednak precyzyjne. Od pierwszej bytności zakochałem się w tej imprezie, w niepowtarzalnym klimacie tworzonym przez uczestników i organizatorów.

Mniej więcej rok temu pantoflową pocztą w świat poszła plotka. Głosiła, że nadchodzi jubileuszowa dziesiąta edycja Kazinczego i z tej okazji organizatorzy jednorazowo wydłużą trasę imprezy do trzystu kilometrów.  Od początku wiedziałem, że chcę tam być. Konkretnie na tej trasie, w tym miejscu i z tymi ludźmi. Podnieść sobie sportową poprzeczkę w zawodach, które lubię najbardziej z wszystkich.

Przygotowania poszły sprawnie. Zaplanowałem po drodze jedną setkę (Malohanacka w Czechach) i dwa biegi dwudziestoczterogodzinne (Irokez i Kwietny Bieg). Do przygotowań dołożyłem nietypowy element. Ponieważ słabo posługuję się językiem angielskim, postanowiłem podciągnąć się w tej umiejętności. Bo miło jest pogadać przed startem czy wypić piwo na mecie, wymieniając się wrażeniami.


Był kiedyś aktor Jan Himilsbach. Zdarzyło się tak, że zaproponowano mu rolę w zagranicznym filmie. Był jednak jeden warunek: musiał nauczyć się języka angielskiego. Bez głębszego zastanawiania się Himilsbach odmówił. Tłumaczył, że „reżyser rozmyśli się, z filmu nic nie wyjdzie, a ja zostanę jak ten ch.j z tym angielskim”.


Miało być pięknie, ale nie będzie. Wysiadło mi kolano. Dwa tygodnie temu na biegu w Lisowicach kilka kilometrów po starcie coś zaczęło boleć. Nie przejąłem się tym za bardzo, bo przy moim stanie zdrowia zawsze coś mnie boli, gdy biegam. Spokojnie robiłem swoje nie przejmując się bólem. Bo przecież po biegu przejdzie.

Ale nie przeszło. Owszem, jest lepiej, ale Kazinczy jest już za tydzień.  Wiem, że na ten stan kolana nie ma najmniejszego sensu, by startować. Cóż, sprawa się rypła.

Nie wiem, kiedy wrócę do treningów. Może za tydzień, może za miesiąc. Przerwa dobrze mi zrobi, od prawie trzech lat nie zrobiłem posezonowego roztrenowania. Było zaplanowane po starcie na Węgrzech. Kontuzje zdarzają się, szkoda tylko, że ta wypadła tuż przed najważniejszym startem sezonu.

Można znaleźć też pozytywne strony złapania kontuzji akurat teraz. Gdybym pojechał na Kazinczego straciłbym tydzień mundialu. Teraz będę mógł spokojnie obejrzeć całość.

No i zostałem jeszcze z tym angielskim, całkiem jak Himilsbach.

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s