Dusiołek po raz trzeci

Fajny jest Dusiołek, tylko trochę pechowy. Nie jest traktowany przez uczestnikówna tyle poważnie, na ile by zasługiwał. Odbywa się niedługo przed Kieratem, mniej więcej w tym samym terenie, więc wielu uczestników setki traktuje go jako trening. Tymczasem jest to bardzo solidna impreza, zarówno organizacyjnie, jak i sportowo. Na pięćdziesięciu kilometrach jest zwykle 2000 – 3000 metrów podejść. Jak na ten dystans to dużo.

Jak było tym razem? Po obejrzeniu mapy uznałem, że nawigacja jest jeszcze prostsza niż zazwyczaj. Co z tego, skoro na trasie dołożyłem sobie bonusowe 20 minut. Może jednak nie było aż tak prosto?

Przelot na jedynkę: przez Ciecień czy Księżą Górę? Rok temu leciałem na Ciecień na azymut, więc wymyśliłem, że tym razem trzeba wejść bez kombinowania. Błąd! Ci, którzy poszli naokoło zarobili 7 – 8 minut.

Potem Śnieżnica czarnym szlakiem. Tu następuje selekcja na tych, którzy walczą i tych, którzy idą na spacer. Zbieg ze Śnieżnicy – doganiam i wyprzedzam Grzegorza Korpulę, by po wyjściu z lasu zbiec 100 metrów za daleko. Grzegorz, pamiętając o naszej walce na zeszłorocznym Kiwonie, wrzuca piąty bieg i ucieka pod kolejną górkę. Ja, pamiętając o zeszłorocznym finiszu na Kiwonie, obiegam ją naokoło. Na kolejnym punkcie okazuje się, że wariant rywala był dwie minuty szybszy.

Glichów, 33 kilometr – robię dodatkowe 300 metrów skuszony widocznym z dala szyldem sklepu spożywczego. Jest gorąco, kończy mi się picie. Funduję sobie colę i lody. Stracilem dystans, ale to inwestycja na kolejne kilometry.

Glich wierzchołek, 35 kilometr – niespodziewanie wychodzę z dołu prosto na punkt. Stoi nie tam, gdzie powinien. Jeszcze bardziej niespodziewanie dowiaduję się, że jestem piąty i mam 17 minut straty do podium. Wrzucam szósty bieg i lecę na dół jak wariat. Po drodze mijam Tomka Domina i Krzyśka Lachora, bardzo rozeźlonych, bo stracili kilka minut przez błąd obsługi sędziowskiej.

W dół kilometry uciekają szybko, pod górkę już nie. Zwalniam. Na kolejnym punkcie dowiaduję się, że nadrobiłem tylko minutę. Opuszcza mnie wola walki. Dalej do mety podążam nie przemęczając się zbytnio. Schodząc z Księżej Góry wybieram kiepski wariant i wyprzedzają mnie Krzysiek i Tomek.

Efekt: 7. miejsce, 54,5 km / +2700, czas 7.59. Uwzględniając dystans i przewyższenia – to mój najszybszy Dusiołek. Czyli było dobrze.

Jeszce kilka słów o dokładności pomiarów na różnych urządzeniach. Niektórzy mieli po około 49 kilometrów, rekordziści nawet poniżej 49. Tymczasem na trasie nie było nic, co powodowało by takie różnice. Owszem straciłem 20 minut na nawigacji, ale mogłem w ten sposób dołożyć sobie najwyżej 2,5 kilometra. Z kolei suma przewyższeń wyszła o 300 – 400 metrów większa niż u niektórych i to już jest niesamowite, bo biegaliśmy po tych samych górach. Znowu wyjdzie, że marny ze mnie nawigator, a to tylko różnica w dokładności urządzeń pomiarowych.

A poza tym to Dusiołek jest fajny. A Ciecień i Śnieżnica najfajniejsze.

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s