Mordownik Chaszczownik

Wszystko zakończyło się całkiem zwyczajnie. Ci, którzy zwykle mnie ogrywają byli na mecie szybciej. Ci, których zwykle ogrywam, byli z tyłu. A z dwoma mniej więcej takimi samymi jak ja weszliśmy na metę razem.

A jednak było inaczej niż zwykle.

Po cichu marzyło mi się podium. Wymyśliłem sobie, że jeżeli będą trudne warunki pogodowe to rywale osłabną a ja, eks – rajdowiec nie pęknę i ich pokonam. Pierwsza część planu wypaliła: warunki były bardzo trudne. Temperatura powietrza + 30, bezwietrznie. Druga część planu również sprawdziła się. Bieganie w takich warunkach sprawiało problemy wszystkim. Nawet zawodnicy z podium mieli swoje kryzysy. Co w takim razie nie wypaliło? Ano to, że po trzydziestym kilometrze zatkało mnie i przestałem biegać. Definitywnie. Ugotowałem się i było po zawodach.

Za to wcześniej było pięknie. O, jeszcze jak pięknie. Po dwudziestu pięciu kilometrach byłem liderem. Nawet koszulkę miałem stosowną do tej roli: żółtą. Kilkadziesiąt metrów za mną biegł Marcin Sontowski, a kawałek dalej Bartek Karabin.

Prawdziwego mężczyznę niestety poznaje się nie po tym, jak zaczyna, a po tym jak kończy. Zacząłem robić drobne błędy nawigacyjne. Takie pięciominutowe, ale przemnożone razy sześć dały pół godziny. Do tego doszedł jeden gruby. Były dwa wzgórza ze skałami na wierzchołkach, czterysta metrów od siebie. No i wylazłem nie na to, co trzeba. W sumie na nawigacji straciłem około 50 minut.

Na zagotowaniu straciłem więcej. Cztery minuty zwolnienia na kilometrze razy trzydzieści kilometrów daje dwie godziny. No dobra, na utrzymanie tempa z początku zawodów nie było szans. Ale licząc zwolnienie po dwie minuty na kilometr i precyzyjną nawigację (maksymalnie 10 minut straty) wynik końcowy wyglądałby inaczej. Wygrałbym!

To jest coś, co w zawodach na orientację jest niesamowite. Średniak, mający dobry dzień, nie tracący w biegu i dobrze nawigujący ma szansę ograć teoretycznie lepszych. Po prostu piękne.

To jednak nie był mój dzień. Skończyłem siódmy, a wygrał Marcin Sontowski, lider Pucharu Polski. PKŻ skończyła na piątym miejscu, czyli tradycyjnie wyżej niż ja.

Teraz trochę konkretów: Mordownik, Pilica pod Zawierciem, 50 kilometrów (w praktyce 57), ponad tysiąc metrów przewyższenia. Czas 9.20. Wydaje się słaby, ale po pierwsze był straszny upał. Po drugie trasa w wielu miejscach była słabo przebieżna. Organizatorzy wyszukali chyba wszystkie możliwe chaszcze w okolicy. Punkty na skałach i wierzchołkach wzgórz, często bez doprowadzających do nich ścieżek. Stąd propozycja zmiany nazwy imprezy na „Chaszczownik”. Nawigacja dość trudna.

Ciekawa sprawa: lubię Mordownika, bo jest trudny. A kilka innych imprez lubię, bo są łatwe. Interesujący brak konsekwencji. Tak czy inaczej, gdybym miał Mordownika otagować to wybrałbym dwa hasła: „ulubione” oraz „obecność obowiązkowa”

 

 

Kariera od zera 5

2009

40 – Ferrino Extreme Marafon, 330 km AR2, Rachów, Ukraina, Michał Kiełbasiński, 2. miejsce

Po kilku nieudanych próbach wreszcie ukończyłem swój pierwszy kilkudniowy rajd. Nie dość, że ukończyłem, to jeszcze udało się wskoczyć na podium! Stało się tak dzięki Michałowi, który poprowadził nasz zespół przez Czarnochorę, Gorgany i dookoła Świdowca. Dziś mogę powiedzieć, że był to mój najpiękniejszy i najważniejszy rajd przygodowy.

Podobno Michał ma trudny charakter. Nie wiem, nie zauważyłem. Z nas dwóch to raczej ja jestem ten trudniejszy. Cieszę się, że dwa razy wystartowaliśmy razem. Od żadnego innego zawodnika nie nauczyłem się tak wiele, jak od niego.

Przygody oczywiście też były. Już pierwszego dnia zaimponowaliśmy wszystkim niebanalnym podejściem do nawigacji. Na etapie rowerowym, zamiast zjechać jak wszyscy z przełęczy pod Howerlą (najwyższy szczyt Ukrainy) na południe, zdecydowaliśmy się na zjazd na północ. Z premedytacją weszliśmy na teren znajdujący się… poza mapą. Zyskaliśmy na tym kilka kilometrów, ale nie uwzględniliśmy jednego. Był koniec kwietnia. Północne karpackie stoki leżały pod śniegiem. Dobre dwie godziny przebijaliśmy się przez śnieg po pas. Oczywiście z rowerami.

Trzeciego dnia Michał urwał łańcuch. A ostatniego w moim rowerze rozsypał się uchwyt mocujący tylne koło. Na zjazdach w każdej chwili mogło sobie odpaść. Pomógł nam przygodny gospodarz. Pomagali nam też rywale, Rosjanie. Mimo, że walczyliśmy z nimi o zwycięstwo, pożyczali nam sprzęt do naprawy rowerów i dętki (bo własne Hiu zgubił po drodze).

41 – Jura Skałka Zawiercie Adventure, 180 km AR 2, Zawiercie, Tomasz Radomiński, NKL

Jakieś 500 metrów po starcie w tylnym kole rozleciała się piasta (świeżo robiona, słynny mechanik z ul. Harcerskiej). Szczęśliwym trafem tuż obok był warsztat w którym udało się naprawić usterkę. Gorsza sprawa była z partnerem. Pojechał z peletonem. W ferworze walki dopiero po kilkunastu minutach zauważył, że jedzie beze mnie. Najpierw czekał, aż dojadę, potem zaczął mnie szukać. Znalazł 500 m od startu, ale mieliśmy w tym momencie jakieś półtorej godziny straty do przedostatnich. Jeszcze próbowaliśmy walczyć, w nocy przesunęliśmy się w okolice środka stawki. Gdy przyszedł sleepmonster – odpuściliśmy.

42 – Navigator, 50 km orientacja, Mrozy, 1. miejsce

Puchar w TP 50 miał narodzić się dopiero w następnym sezonie. Wygrywanie było więc nieco łatwiejsze niż dziś. Co nie zmienia faktu, że aby zwyciężyć trzeba trochę namęczyć się. Zwłaszcza w trzydziestostopniowym upale.

 

43 – Rajd 360`, 115 km AR 2, Olsztynek, Patrycja Lejk, 8. miejsce, 3. miks

Patrycja to ciekawy przypadek: wspinała się, biegała na orientację, startowała w rajdach przygodowych. Największy sukces osiągnęła w zawodach paralotniarskich. Udało się jej zdobyć medal mistrzostw świata w paralotniarstwie precyzyjnym (za prawidłową nazwę konkurencji głowy bym nie dał)

44 – Wyzwanie, 160 km AR masters, Opole, Justyna Balik, Bogdan Rycerski, Przemysław Mazur, 6. miejsce

Ciekawy zestaw osobowy: Bogdan był aktualnym czempionem setkowego PMnO. Przemek to powiew wielkiego sportu. Był czołowym pilotem – nawigatorem w rajdach samochodowych. Zdarzyło mu się nawet startować z samym Robertem Kubicą. Dla odmiany Justyna była absolutną amatorką.

Mało z tego rajdu pamiętam. Dotarłem do bazy w nocy, jakieś trzy godziny przed startem i byłem mocno niedospany. Obudziłem się raz. Na kilkanaście kilometrów przed metą Przemkowi wysypał się rower i już prawie mieliśmy podjąć decyzję o wycofaniu się. Wtedy wymyśliłem, jak rozwiązać problem za pomocą dwudziestogroszowej monety.

2010

45 – Zimowy Rajd 360`, 170 km AR masters, Olsztynek, Urszula Wojciechowska, Damian Fac, Marcin Klisz, 4. miejsce

Głównym bohaterem imprezy był… gulasz. Śmierdział straszliwie, ale był gorący. Po prawie dobie gier i zabaw na świeżym zimowym powietrzu byliśmy głodni i zmarznięci. Mimo odpychającego zapachu zjedliśmy go. Nie tylko my, inne zespoły też. A potem gulasz postanowił z nas wyjść. Nie oszczędzał nikogo: ani słabych, ani mocnych. W praktyce wyglądało to tak: noc, ciemno, mroźnie. Ekipa nagle zatrzymuje się i delikwent idzie w krzaczki. Na mrozie ściąga spodnie, wystawia to i owo na mróz i telepiąc się z zimna czeka wiadomo na co. W tym czasie reszta ekipy czeka, również telepiąc sie z zimna. Potem delikwent wraca i gdy wszyscy mają nadzieję, że ruszą i rozgrzeją się, drugi delikwent idzie w krzaki i ściąga spodnie. Potem trzeci. I tak w kółko, aż do us…nia.

Mieliśmy też bohatera teamowego, Damiana. Damian pamiętał, że w środku rajdu będzie etap narciarski, więc zabrał ze sobą narty. Zapomnial jednak, że potrzebne mu będą jeszcze buty. W czasie, gdy śmigaliśmy na biegówkach, on z nartami pod pachą truchtał obok nas. Dzielny był, starał się, ale podium przepadło właśnie na tym etapie.

 

46 – Skorpion, 50 km orientacja, Szczebrzeszyn, 1. miejsce

Siedzieliśmy jakiś czas temu na jednym z rajdów w dobrym sportowo gronie opowiadając o różnych rajdowych przypadkach. Rzuciłem wtedy, że raz zdarzyło mi się wygrać pucharową pięćdziesiątkę z czasem około dwunastu godzin. Reakcją był głośny śmiech i żarty typu „Pewnie byłeś jedynym startującym.”

Otóż nie, uczestników było około setki, w tym kilku niezłych. Warunki atmosferyczne były ciekawe: na całej trasie leżał śnieg, od pół metra wzwyż. To była najdziwniejsza impreza na orientację, jaką widziałem. Przez śnieg przebijał się długi ludzki wąż. Pierwszych piętnastu torowało na zmianę drogę, reszta szła za nimi w wydeptanej rynience. Im bliżej mety, tym bardziej wąż kurczył się. Najsłabsi odpadali.

Dziesięć kilometrów przed metą depnąłem mocniej. Tempo wytrzymali jeszcze Darek Szydłakak i Maciek Bednarz. Razem zajęliśmy pierwsze miejsce. Mimo nietypowych okoliczności (a może właśnie dlatego) jestem z tej wygranej bardzo dumny.

47 – Adventure Trophy, 360 km AR masters, Arłamów, Urszula Wojciechowska, Maciej Więcek, Grzegorz Łuczko, 6. miejsce

Działo się, oj działo. To był ten rajd, gdzie rzucałem kaskiem o asfalt i kurwowałem wniebogłosy, bo partner z zespołu mnie wkurzył (co gorsza to on miał rację). Ten rajd, gdzie Ula nieprzyjemnie rozbiła się na rolkach, a potem trzy dni jęczała i marudziła (na rolkach rozbili się w naszym zespole wszyscy prócz mnie, bo miałem takie RzęchyKtóreSameHamowały). Ten rajd, który Maciek próbował wygrać samodzielnie, nie oglądając się na resztę zespołu. Ten, gdy w ostatnią noc Maciek zasnął na stojąco, oparty o rower, a potem spaliśmy razem, przytuleni do siebie w… jeżynach.

Dwie osoby z zespołu od tego czasu ani razu nie wystartowały w żadnym rajdzie. Do tego sportu teba mieć nie tylko mocne ciało, ale i mocną głowę.

A poza tym to było fajnie. No i za piątym podejściem ukończyłem Adventure Trophy. W samą porę, kolejnej edycji już nie było.