… i Ukraina oczami wyjadacza

A oto garść wrażeń po Ferrino Extreme Marafon widzianego oczami Maćka Tracza:

Bardzo krótkie i niezupełnie zgodne z prawdą i rzeczywistością podsumowanie wyjazdu na ukraińskie zawody polskich zespołów mogłoby zamknąć się w jednym słowie: PORAŻKA.

To jak nieadekwatne jest to słowo niech świadczy kilka faktów. Na starcie w klasie EXPEDITION stanęło 19 zespołów z 4 państw w tym dwa zespoły z Polski: Deuter Adventura i połączone siły zespołów Brubeck RISK Team i napieraj.pl. Organizatorzy przygotowali bardzo trudną i wymagającą trasę, którą w trakcie trwania imprezy parokrotnie skracali. Ba tuż przed zawodami trasa została mocno skorygowana i podejrzewam, że z zaplanowanych 360 km zostało ich troszkę mniej. Pogoda nie rozpieszczała uczestników padał deszcz, temperatura w dolinach w ciągu dnia oscylowała w okolicy 10 -12 stopni Celsjusza w nocy ledwo przekraczała 0. W chwilach, gdy wychodziło słonko z za chmur robiło się nieprzyjemnie gorąco. W wysokich partiach gór sypał śnieg. Z powodu zagrożenia lawinowego zespołom z długiej trasy nie pozwolono wejść na Howerlę. Teren potrafił zaskoczyć nawet bardzo doświadczonych zawodników, którzy na niejednych zawodach zęby zdążyli zjeść. Wirtualne asfalty, drogi na mapie z których w rzeczywistości pozostało smętne wspomnienie, czy też wreszcie arterie którymi zamiast jechać na rowerze ledwie byliśmy w stanie pchać nasze rumaki grzęznąc po kolana w błocie lub prowadząc je w wartkim potoku.

Na szczególną uwagę zasługuje sposób traktowania uczestników przez organizatorów. Możemy ją zamknąć w jednym zdaniu: wszyscy jesteśmy dorośli bierzemy udział w ryzykownym przedsięwzięciu. Nikt nas za rączkę nie prowadził podczas testów z umiejętności posługiwania się technikami linowymi. Nikt z organizatorów uprzęży nam nie zakładał. Przy wykonywaniu zadań linowych na trasie mogło nie być obsługi!!! Jeżeli nie potrafisz się posługiwać sprzętem alpinistycznym jest to tylko twój problem. Nie wykonasz zadania wypadasz z gry. Każdy z uczestników miał swoją indywidualną kartę startową. Likwiduje się tym samym możliwość podbijania wszystkich kart przez najmocniejszego w składzie.

Zdaniem organizatorów najlepszy zespół na mecie miał się pojawić po 64 godzinach tymczasem tak jak pisałem wcześniej po skróceniu trasy zwycięzcy pojawili się po prawie 74 godzinach. Z bezpośredniej relacji ukraińskich czempionów wynikało, że spali w sumie 20 minut. Następne trzy zespoły na mecie pojawiły się po 90 godzinach walki w mniej więcej 3 godzinnych odstępach. Z rywalizacji na ostatnich dwóch etapach wycofały się dwa zespoły w tym idący na drugim miejscu NIKEACG z Rosji, który posiadał 10 godzinną przewagę nad 4 zespołem.

Na trasie krótkiej pogrom zespołów był tylko troszkę mniejszy. Z 31 startujących ekip, w tym polskiego teamu York System, do mety dotarło 9. Dwa pierwsze miejsca zajęli zawodnicy zdekompletowanych teamów wcześniej startujących na trasie długiej.

Na Ukrainie na pewno nabraliśmy nowych doświadczeń, które przydadzą się w następnych startach. Trochę żałuję, że nie było nam dane spłynąć na katamaranach rzeką Czeremosz i zjechać z 250 metrowej tyrolki mającej początek na bulli skoczni narciarskiej. Mimo naszego krótkiego występu z niecierpliwością oczekuję startu w przyszłym roku.

Reklamy

Ekstrema oczami debiutantki

Swoimi wrażeniami z pierwszego w życiu naprawdę ekstremalnego rajdu podzieliła się Iza Cieluch:

błoto, błoto, jeszcze więcej błota 😛 górskie strumienie tam, gdzie wg mapy miała iść droga, brak szlaków, gęsty dziewiczy las, wysokie góry… i cecha charakterystyczna: asfalty jak po ostrzale artyleryjskim 😛

tak tak, zgadza się. takie widoki można znaleźć w KARPATACH UKRAIŃSKICH 🙂

a miał tam miejsce Extreme Maraton.

impreza jak sama nazwa wskazuje od samego początku była ekstremalna. zaczęło się od tego, że pomimo dobrej prognozy w Worokcie było bardzo zimno (maks 10 stopni) i lało, „hotel” był nieogrzany chyba już od lat bo aż z tej wilgoci ichniejsza sala gimnastyczna zapleśniała…. do tego wystające kable ze ściany i dyndające na nich gniazdka elektryczne… nie wspominając o tym, że dla setki ludzi wypełniających miejsca noclegowe po brzegi nie uruchomiono ocieplania wody…

ot, taka ciekawostka.

niezrażeni jednak pewnymi drobnymi niedogodnościami, postanowiliśmy się jednak dobrze bawić na samej imprezie, czyli tymże ekstremalnym rajdzie przygodowym.

oj…. ciągle lało…. nie spodziewaliśmy się, że dotrwamy choć do wieczora mokrzy…. jakże niedoceniliśmy organizatorów….

już na odprawie technicznej dowiedzieliśmy się, o zmianie trasy na początek. cały więc plan przepaków skrzętnie uknuty jeszcze w Polsce wziął w łeb. zaraz potem okazało się, że targamy ze sobą cały szpej, w tym szczególnie uciążliwy zestaw obowiązkowy do wspinaczki…. bo to nigdy nie wiadomo, co nas na drodze spotka… np takie zadanie specjalne, polegające na tym, że sami ustawiamy stanowisko do zjazdu, podbijamy punkt po czym małpujemy z powrotem w górę… nikt nie patrzy czy lina (którą rzecz jasna też wozimy i nosimy ze sobą) właściwie jest zabezpieczona… nie ma instruktora bądź choćby obsługi punktu…. mamy być zdolni, silni i twardzi… :> na dowód czego wszystkie zadania linowe są dłuższe, wyższe, dalsze, bardziej ektremalne…. koledzy z zespołu, Maciek, Hubert i Krzysiek, powiedzą potem, że czegoś takiego nie widzieli.

godzina zero, czyli 10:00, wybiła, start.

nikt już nie przejmuje się ciągle padającym deszczem. adrenalinka sięga zenitu, jednak zdaje się nie przekonać nasilającego się przeziębienia… zmarzłam pierwszej nocy i właśnie coś się we mnie wykluwa… co za pech… byle do mety…

prolog

zespoły zostały podzielone na 4 grupy, każda miała inną kolejność wykonywanych zadań. nam wypadło: pierwsze długie BnO, dwa: wejście po linie na konstrukcję skoczni narciarskiej i przepięcie się do zjazdu na rozciągniętej linie, trzy: krótkie BnO (na którym zaliczyłam na dobry początek upojną kąpiel w górskim strumieniu :P) i na koniec zadanie specjalne: zjazd po linie z dwa razy wyższej skoczni (strach się bać już przy samym wychodzeniu na zadanie po schodkach w najmniejszym stopniu nie budzącymi zaufania – miałam ochotę przypinać się lonżami na zmianę do barierki dla bezpieczeństwa ;)) z asekuracją rzecz jasna po naszej już zespołowej linie.

tak, co by nikt nie miał wątpliwości, że należy ją mieć.

po ok 2h ruszyliśmy w trasę. zaczęło się niewinnie: rowerem do punktu pierwszego po dziurawych drogach, u stóp Howerli. upojny podjazd, zostawiamy rowery, przebieramy się sprawnie w buty trailowe i w …. śnieg 🙂 z całym obowiązkowym dobytkiem, w tym z kaskiem, bo przecież będziemy się na któryś tam punkt z kolejny poręczować… miodzio.

przez ostatnie jednak dni przybyło sporo świeżego śniegu. najprawdopodobniej z tego też powodu odmówiono nam przyjemności trekingu na samą Howerlę… do zaliczenia pozostał nam punkt ze wspomnianymi linami – czyli krótka wspinaczka zakończona soczystym dupoślizgiem 🙂

znów na rowerkach zjeżdżamy cudownie dziurawą i ubłoconą drogą, nie hamuję, bo szkoda mi już na początku zajechać hamulce, a zapasowe mam dopiero w przepaku 2, do którego dotrzemy najwcześniej wieczorem kolejnego dnia.

rozpędzona nie wyrabiam na śliskiej nawierzchni i ląduję – szczęśliwie – na miękkiej i pachnącej poduszce ułożonych w stos gałęzi świerkowych 😉

wypadamy na drogę. mkniemy przed siebie w doskonałych nastrojach ciesząc się całkiem dobrym czasem. nawigator woła: prawa! naszym oczom ukazuje się…. no właściwie trudno to nazwać… ni to strumień, ni to jakaś … droga (?) niezrażeni pokonujemy kolejne kałuże poruszając się już zdecydowanie wolniej po niestabilnym podłożu… co chwilę grunt miesza się z wartkim strumieniem. już wcześniej kompleksowo umoczona, teraz już nie miałam oporów pokonując kolejny metry brodząc w wodzie, czasem jadąc w wodzie po osie. cóż… pocieszałam się myślą, że skarpety zmienię jutro… taka to uroda rajdów przygodowych 😀

nabieramy wysokości, strumieć nabiera siły, grunt staje się coraz bardziej podmokły. już brniemy w błocie do pół łydki, czasem po kolana… pchając przed sobą rowery. przeziębienie daje znać o sobie szybko uchodzącymi jak z pękniętej dętki siłami 😦 już szkoda mi chłopaków, którzy mi bardzo pomagają wierząc, że to tylko kryzys. też bardzo chciałam w to wierzyć, jednak powoli też zaczynam odczuwać trudności z oddechem.
walka trwa… podążamy wybraną trasą a tu… szlak się urywa. przed nami strome zbocze a w górze przełęcz, nasz cel. nie mamy wyboru, pakujemy się w gęsty, dziewiczy las. kamienie porośnięte mchem, zpróchniałe drzewa, gęste zarośla… żadnych ścieżek. a my dyrdamy się w górę, mozolnie, zgodnie z obranym kursem. zachwycam się dzikością otaczającej mnie natury klnąc jednocześnie pod nosem na trudami rajdu. woda na długi etap, jedzenie, uprząż, ciężki plecak ciąży, czuję już ból w kręgosłupie. deszcz nie ustaje. nikt nam jednak nie obiecywał, że będzie lekko.
stajemy na szczycie, zdobywamy punkt i dalej… połoninką… głębokie koleiny, śnieg, błoto… będzie o czym opowiadać… np o tym jak Hubert wpadł po pas w zaspę… takich warunków nie było jeszcze na polskim rajdzie… nie na tak długim odcinku…

kolejny punkt w dolinie, trzeba do niego zejść. poruszamy się niemal na azymut, szlaki zaznaczone na mapie nie istnieją najprawdopodobniej dawno nie odnawiane. natura odebrała swoją własność, użyczając gdzieniegdzie kawałek w dzierżawę ludziom…

ciemno się zrobiło. odpalamy lampki.

nawet nie przypuszczaliśmy, co jeszcze nas czeka: skoro jakoś należy zejść do tej doliny… dróg brak, tzn jakieś są, jednak nie zaznaczone na mapie to i nie wiadomo, gdzie prowadzą…. schodzimy lasem. znów: stromizna niebezpieczna nawet dla piechura miała być najlepszą drogą dla rajdowca w spd i z rowerem. sprowadzamy. czuję się coraz słabsza, zaczynam pokasływać. walczę ze sprzętem, który co krok zachacza to o drzewo to znów o skałę… kolejny krok i….. aaaaauuuuuuć wpadłam w pułapkę założoną przez mchy i kamienie. noga się podwinęła, całą siłą uderzyłam w goleń. upadłam, ujrzałam wszystkie gwiazdy. tylko nie to, nie tu i nie teraz!!! ;(

boli. nie bardzo mogę obciążać tą nogę a tu końca lasu nie widać. ale nic poza solidnym obiciem nie ma. może się rozejdzie.

uff… wreszcie naszym oczom ukazuje się droga i strumień. dolina, do której zmierzamy. teraz na rower i w dół.

aaauuuuuuu

wertepy szarpią bolącą nogą. łzy napływają mi do oczu… czyżbym … nie …. nie chce…. nie mogę…. nieeeee…. nie mogę jechać…. spacer… krótko, może przestanie.
chwilę potem próbuję znowu. ze zmęczenia z trudem otrzymują równowagę na rowerze…. noga przy każdej nierówności naprawdę baaardzo boli ;(

byle do asfaltu. zawsze to lepiej niż niestabilny, nierówny szutr…

tylko że tego asfaltu ni huhu… a wioska wielka…

opadam z sił… zmoczona na samym początku pielucha obtarła już mnie chyba do żywego. spdy też.

gęsta mgła spowiła dolinę. świadło czołówki odbijało się od kryształków tańczących w powietrzu, miałam wrażenie, że sypie gęstym śniegiem. zjawisko oślepiało mnie, nie widziałam co dzieje się tuż przede mną.
psyche się poddała 😦

ok 3:30 nad ranem ten rajd niestety dla mnie się zakończył 😦

z przepaku wyjechał podstawiony przez organizatorów bus, który zabrał mnie i trzy kolejne zespoły do bazy…

tej nocy zrezygnowała 2/3 ze startujących zespołów. ostatnie 7 pozostało na trasie. kolejnego dnia odpadł jeszcze jeden.

tym razem jednak z prysznica leci ciepła woda… doskonała, gorąca ambrozja na bolące ciało… opuchlizna na nodze jak piącha, sina. palce jak kalafiory… powiedziałby kto: czy było warto? po co mi to? odpowiem: warto było. choć jeszcze na szlaku obiecywałam sobie dłuższy odpoczynek, teraz, gdy emocje opadły, zaczęłam już kombinować jak się tu odkuć. obiecałam sobie, że zapytam bardziej doświadczonych kolegów o trening. wystartuję gdzieś treningowo. dałam się namówić na Kierat… namawianie nie trwało długo 😉

a najbardziej jestem dumna z tego, że pokonałam swój lęk wysokości. dzięki pomocy zespołu, dobrych radach i instrukcjach, samodzielnie, pierwszy raz w życiu obsługiwałam sprzęt wspinaczkowy.

mam nadzieję, że będę miała okazję wystartować w choć podobnym składzie. popracuję nad tym 🙂

i jeszcze tu wrócę 😛